Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reinkarnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reinkarnacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2026

Zielone dzieci

 


Czemu stare opowieści są tak cenne? Ponieważ żyjemy w coraz bardziej zakłamanym świecie, tak pełnym informacyjnego śmiecia, że właściwie nie wiadomo, w co wierzyć, a niby ważna wiadomość dziś, jutro okazuje się fejkiem. I wydaje się, że wszystko wraca do normy, jednak zbyt łatwo pomijamy to "niby". Fejk (tak jak kiedyś plotka) jest narzędziem sił ciemności do robienia spustoszenia w zbiorowym mózgu. Natomiast wiarygodność faktów z zamierzchłej przeszłości weryfikuje czas – jeśli się ostały, znaczy to, że są nie tylko legendą.

     Aliści z sieczki internetowej każdy zainteresowany może dziś wyłuskać wartościową pozycję. I tak dzięki Tomaszowi Dąbrowskiemu nie potrzebuję już tyle pisać o reinkarnacji, dzieciach indygo, zwierciadle Kozyriewa. 

Były wpisy na blogu o Janie Gabrjelu z Ciężkowic i kiedy będziesz Czytelniku oglądał film z Grzegorzem Walerzakiem, poczujesz się, jak ja w Domu na Górze u Jana - czyli odlotowo

Także odpuszczam pisanie o wampirach energetycznych, samoleczeniu, ziołach, wierzeniach przodków słowiańskich, właściwej diecie, tudzież o wielu innych fascynujących, a ważnych sprawach. Mogę spokojnie zająć się tematami niszowymi.

                       

W roku 1200 kronikarz klasztoru w Yorkshire, napisał:

„- Trzy mile od klasztoru Męczennika Edmunda leży wioska, w pobliżu której znajdują się starożytne kanały, zwane woolpittes – to od nich właśnie pochodzi nazwa wioski Woolpit.

Podczas żniw, gdy żniwiarze zbierali się na polu, z jednego z tych kanałów wydostało się dwoje dzieci o zielonym ciele. Był to chłopiec i dziewczynka, w ubraniu dziwnego koloru i z nieznanego materiału. Dzieci wędrowały zdezorientowane po polu, aż zobaczyli je żniwiarze i zaprowadzili do wioski, gdzie zebrało się wielu, żeby ten cud zobaczyć”.

Czyli na polach obecnej wioski Woolpit w Suffolk pojawiło się dwoje dziwnych dzieci – starsza dziewczynka i młodszy o parę lat chłopiec. Dzieci mówiły w nieznanym języku, ich ubrania były niezwykłego kroju i z niezwykłego, srebrzystego materiału. Najdziwniejsza była jednak ich skóra – według niektórych źródeł całkiem zielona. Dzieci zostały zaprowadzone do pana tych terenów sir Richarda de Calne. Dalsza historia rozgrywała się na jego dworze (mansion) w Wikes. Dzieci nie chciały, czy też nie potrafiły jeść typowych pokarmów tamtej epoki. Podawano chleb na zakwasie, polewkę (cienka zupka – kisiel z rozgotowanego zboża), mięso. I pewnie umarłyby z głodu, gdyby służący nie zauważyli ciekawej rzeczy, którą kronikarz tak opisuje:

   „Postawiono przed nimi chleb i inne wiktuały, lecz one tylko patrzyły i niczego nie tknęły, choć wyraźnie dręczył je wielki głód, jak potem przyznała dziewczynka. Dzieci płakały z głodu i w końcu, gdy przyniesiono do domu świeżo zebraną fasolę, nie obraną ze strąków, dzieci zaczęły z wielką pożądliwością dawać znaki, aby im ją podano. Kiedy ją dostali, jedli całe strąki, dopiero gdy pokazano im jak się wyłuskuje ziarna, jadły je z wielkim upodobaniem i przez długi czas nie tknęły innego pożywienia”.


Niestety organizm chłopca nie potrafił się przestawić na nowy rodzaj diety i ten po pewnym czasie umarł. Dziewczynka natomiast przywykła do nowych dla siebie warunków i wiodła życie typowe dla dwórki, na zwykłym ówczesnym angielskim dworze.

   Kronikarz pisał : - „Dziewczyna cieszyła się dobrym zdrowiem i z czasem zaczęła jeść bardziej urozmaicone pożywienie, przez co zapewne jej skóra utraciła zieloną barwę”.

   Na koniec opowieści mnich wplótł a jakże kościelną indoktrynację: „Później całkowicie się odrodziła, dzięki przyjęciu chrztu świętego”.

Jeśli kogoś historia zainteresowała, więcej może doczytać <zielone dzieci woolpit>.

 

    

czwartek, 23 lutego 2023

Dwaj sąsiedzi

 


Dawno temu w pewnej tybetańskiej wiosce, w stojących obok siebie domach mieszkało dwóch sąsiadów. Jeden z nich był bogaty, a drugi biedny. Bogaty sąsiad nazywał się Cering i był wyniosły, butny i skąpy, a biedny zaś, imieniem Czampa, miał dobre serce i chętnie dzielił się ze wszystkimi tym, co posiadał.

Zdarzyło się, że para wróbli zbudowała sobie gniazdo na gzymsie nad drzwiami biednego sąsiada i po jakimś czasie wykluły się tam pisklęta. Pewnego dnia, zanim jeszcze młode wróbelki nauczyły się latać, ich rodzice pofrunęli na poszukiwanie pożywienia. W tym czasie jedno z piskląt wyleciało z gniazda, upadło na ziemię i złamało sobie nóżkę.

Kiedy niedługo potem biedny sąsiad wrócił do domu, zobaczył leżącego na progu bezbronnego wróbelka. Zabrał go do domu, starannie obwiązał nicią złamaną nóżkę, a potem wdrapał się ponad gzyms i włożył pisklę do gniazda.

Ten mały wróbelek, o czym Czampa nie wiedziała, był w istocie wróżką.

       Wróbelki podrosły i wyleciały z gniazda. Któregoś pięknego dnia do swego darczyńcy powrócił atoli wróbelek-wróżka z dziewięcioma ziarenkami w dziobie. Wysypał ziarenka na stół i powiedział: - Daję ci te ziarna w podzięce za okazaną dobroć. Zasiej je w swoim ogródku, a zobaczysz, co z nich wyrośnie.

To powiedziawszy odfrunął.


Biedny sąsiad wielce się zdziwił, że wróbel potrafi mówić i pomyślał sobie: - Ależ ten wróbelek pięknie mi podziękował za okazane serce, niezależnie od tego, co z tych ziarenek wyrośnie. Zrobię tak, jak on powiedział.

Wysiał przeto ziarno na przygotowanej grządce przed domem, po czym zupełnie o tym zapomniał.

Jakiś miesiąc później ziarno wykiełkowało, a potem rosło i rosło, aż zaczęły formować się ciężkie kłosy. Któregoś dnia Czampa przyjrzał się kłosom i zobaczył, że w każdym kłosie zamiast ziarna znajduje się drogocenny klejnot.

    Ucieszył się ogromnie Czampa ze swego odkrycia. Zabrał wszystkie 9 klejnotów i poszedł z nimi do miasteczka, aby na początek jeden spieniężyć. Odtąd nie zaznał już więcej biedy, żył sobie w wygodzie i dostatku.

      Wszelako  nagła zmiana jego położenia nie uszła uwagi bogatego sąsiada. Cering zauważył przypływ bogactwa u Czampy i pewnego dnia wybrał się do niego w odwiedziny, by wybadać, co sprawiło, że tak dobrze mu się teraz wiedzie. Zabrał ze sobą dzban piwa, które jak wiadomo rozwiązuje język, a gdy tak obaj popijali i gawędzili, zapytał niby mimochodem o ten nagły dostatek u biednego do tej pory sąsiada.

     Czampa, który był z natury ufny, odparł, że to nie jest sekret i opowiedział szczerze o wróbelku, ziarenkach i klejnotach.

Po powrocie do domu bogaty sąsiad nie mógł spać i całą noc rozmyślał, jaką korzyść mógłby wyciągnąć dla siebie z tej opowieści.

    Rano, niewyspany wyszedł przed dom i zauważył, że na gzymsie nad jego drzwiami, wróbelki również uwiły sobie gniazdo, a sądząc z ćwierkania, znajdowały się tam pisklęta. Bogaty sąsiad pilnie obserwował, kiedy odlecą po pożywienie rodzice pisklaków. Kiedy tylko to się stało, wszedł na przygotowaną drabinę i posługując się pałeczką do ryżu, wypchnął jedno pisklę z gniazda.

Ptaszek spadł na ziemie i złamał sobie nóżkę. Bogaty sąsiad podniósł ostrożnie pisklaka, obwiązał mu nóżkę nicią i pieczołowicie włożył do gniazda mówiąc przy tym, że spodziewa się wdzięczności za okazaną dobroć.

  W samej rzeczy – kiedy pisklę urosło, pewnego dnia przyfrunęło do domu bogatego sąsiada, przysiadło przed nim na stole, a następnie, zaćwierkawszy parę razy, rzekło:

     - Przyniosłem ci jedno ziarno jako prezent za okazaną dobroć. Posadź to ziarno w ogrodzie, a zobaczysz, co z niego wyrośnie.  

Po czym wróbelek odfrunął.


Cering był nieco zawiedziony, a to z powodu że wróbelek przyniósł mu tylko jedno ziarno, lecz zaraz sobie wytłumaczył, że na pewno wyrośnie z tego ziarna ogromny klejnot.

Ucieszył się ogromnie tym pomysłem, po czym starannie przygotował grządkę urodzajnej ziemi, a potem posadził ziarno nie za głęboko i nie za płytko, tak w sam raz.

Ziarno nad wyraz szybko wykiełkowało i rosło dosłownie w oczach. Akurat kiedy zaczynał formować się kłos, Cering musiał wyjechać na pewien czas do miasta w sprawach urzędowych. Gdy po kilku dniach zbliżał się ponownie do swego domu, nie mógł się doczekać widoku dojrzałego klejnotu na grządce.

Jakież było jego zdumienie, kiedy zamiast klejnotu i kłosa, zobaczył siedzącego na grządce groźnie wyglądającego mężczyznę, ze zwojem dokumentów pod pachą.

Bogaty sąsiad przestraszył się srogiego nieznajomego i zapytał, kim on jest.

- W jednym z twoich poprzednich żywotów – odparł nieznajomy – pożyczyłem ci wiele pieniędzy, a ty nigdy mi ich nie oddałeś. Jesteś moim dłużnikiem, przybyłem tu teraz, by zażądać zwrotu długów. Mam ze sobą wszystkie potrzebne dokumenty.

    To powiedziawszy, wierzyciel przejął dom bogatego sąsiada, jego bydło, owce, ziemię i cały pozostały dobytek, degradując Ceringa do pozycji swego sługi.

    

wtorek, 9 listopada 2021

Kto jest dziś ludożercą


 

Kanibalizm

Afryka w początkach XX wieku. Ferdynand Ossendowski pisał, że murzyni wcale nie kryli się z tym upodobaniem. Tak, upodobaniem, bo po pierwsze było to działanie uświęcone tradycją – wroga należy zjeść, a po drugie twierdzili, że mięso ludzkie jest najsmaczniejsze.



      Cywilizowany świat oburzał się z tego powodu, a podróżnik argumentował:

 „Kiedy napastnicy spychali tubylców coraz głębiej w nieurodzajny teren, głód i pragnienie przysłaniały wszystko. Ciało wroga stawało się cennym pokarmem, a jego krew gasiła pragnienie.

     Potem było coraz gorzej. Dlatego wodzowie ustalili Krwawe Ofiary z najsłabszych ludzi szczepu, a gdy i to nie wystarczało, ogłoszono zakaz grzebania zmarłych i poległych, ciała ich oddając na pożywienie dla wojowników, kobiet i dzieci.

To surowa potrzeba spowodowała powstanie właśnie takich obyczajów wśród zrozpaczonych szczepów, które były ścigane przez zaborczych i okrutnych przybyszów. Tubylcy cofali się przez długie wieki, aż oparli się w niedostępnych lasach”.







 

       Cywilizowany świat atakował Ossendowskiego, za obronę murzyńskich zwyczajów, a podróżnik wcale nie miał zamiaru się bronić, w myśl zasady, że najlepszą bronią jest atak.

Dlatego pisał: 

„A przypomnijcie sobie, jak długo żyły starodawne kulty w waszym społeczeństwie!

     W Anglii i Irlandii druidowie zniknęli i to nie od razu, z chwilą narzucenia siłą nauki Chrystusa. Przez wieki jednak druidyzm wypływał walcząc z wpływami Nazarejczyka!

Przypomnijcie sobie Juliana Odstępcę i powrót do wierzeń helleńsko-rzymskich!

A zapomnieliście już, że podczas wojen, klęski głodu w Rosji 1921-23, wśród rozbitków z tonących okrętów, więźniów uciekających z francuskich, czy angielskich galer, z rosyjskich więzień, wśród poszukiwaczy złota, błądzących w puszczy czy w górach – przypadki ludożerstwa były na porządku dziennym!

    Czyż w Rosji Wschodniej, a nawet Środkowej nie istnieją nawet dziś ( lata dwudzieste XX wieku) kulty przodków, obok licznych świątyń obrządku wschodniego i zastępów policji, nauczycieli i lekarzy?

      Czyż tam nie modlono się oficjalnie w urzędowych kościołach, a szczerze przed figurami szczepów Czuwaszów, Mordwińców, Czeremisów, lub przed starosłowiańskimi zbutwiałymi pniami dębów poświęconymi Perunowi?

    Powiecie mi, wy dumni ludzie, że piszę o Rosji – kraju niepojętym, gdzie wiedza i czarnoksięstwo, zabobony i ohyda są dziełem jednej matki.

 Przypomnę więc wam coś, na co godzicie się bezmyślnie.

 

Boicie się trzynastki tak dalece, że w waszych hotelach nie ma pokoju o tym numerze. Tę bojaźń ktoś zaszczepił w ludziach w średniowieczu.

(Żydowska kabalistyczna Księga Zohar podaje znaczenie liczby trzynaście jako „miłość”. Pełen pychy KK zawsze starał się i to na wiele sposobów przykrywać swymi symbolami znaki innych, rzekomo gorszych religii. Tak stało się ze świętymi miejscami naszych słowiańskich ojców – dziś stoją w tych miejscach kościoły. Trzynastki nie udało się przykryć, więc zastosowano dyskredytację – trzynastka jest zła. I tak było dopóki trzynastka nie pokazała się w godzinie śmierci Wojtyły – od tej pory stała się jakby święta.  Przyp.autora bloga)

   Mówicie o Belzebubie, a zapominacie, że był to babiloński i fenicki Baal-Zebub – Stwórca. Bóg Asurbanipala i Sargonidów.

 (Aż do naszych czasów przetrwały potężne fundamenty Świątyni Boga Baala w Libanie w miejscowości Baalbek – autor bloga).

      

Korzystacie z wróżbiarek tak samo, jak to czynili mieszkańcy asyryjskiej Niniwy, pastuchy z północnej Gobi, wojownicy z Himalajów i myśliwi znad morza Beringa.

       Macie uświęcone obyczajem huczne święta po zbiorach urodzajów i karnawałowe szaleństwa, lecz tak samo czynili czciciele Demeter i Persefony w kulcie agrarnym.

W tych samych porach roku tańczyły bachantki, uwieńczone kwiatami, nagie, pijane winem i żądzą.

     Boicie się, panie i panowie, samotnych drzew dziuplastych, mogiły samobójcy, a nie chcecie wiedzieć, że tych samych miejsc boją się Arabowie, Tauregowie i Murzyni, bo tam mają swe siedziby duchy przodków i złe duchy – dżiny.

      Wierzycie, że podkowa przynosi szczęście, a zapominacie, że wykuł ją kowal – haddad, półczarownik.

      Pukacie w niemalowane, czy w pierwszy lepszy drewniany przedmiot, nie wiedząc czemu, a wasz czarny brat robi to samo, tylko, że on wie, że w drzewie osiedlił się duch jego przodka-opiekuna.

      Rozprawiacie o reinkarnacji i transmigracji dusz, wasi okultyści znają nawet górę, do której one zdążają, a czyż co innego od wieków mówią bramini i buddyści w Indiach, czy Tybecie, ale także kapłani ziemi szczepów Mossi, Senufo, Aszanti czy Guro?

      Wy również jesteście ludożercami, gdyż wasze prawo, wasza nauka i wiara, pozwalają przekładać w chore, sterane ciało – młode i silne kości, skórę i narządy zdrowych ludzi z waszego społeczeństwa, wlewać ich krew do waszych zwiędłych żył.

      Czyż dla wypchania brzuchów waszych banków nie składacie ofiary z ciała i krwi waszych biedniejszych braci, pozbawiając ich odporności zatrutym oddechem fabryk i kopalń?

     Pomyślcie, czy wasze ludożerstwo i wasze krwawe ofiary nie są bardziej potworne od murzyńskich, bo wy pożeracie nie tylko ciała, lecz także z niezwykłą perfidią ludzkie dusze, zabijając w nich radość życia i chęć istnienia!

      Powinniście czuć nie pogardę, lecz współczucie dla czarnych zjadaczy ludzi.

     Należy bowiem przekonać ich, że minęły czasy, gdy bogowie łaknęli krwi i że teraz ludzie powinni nazywać siebie braćmi.

Powinna nadejść chwila, gdy wszystkie drewniane i kamienne fetysze trafią do muzeów, a biali i czarni ludzie z jednakowym wstrętem będą się im przyglądać jak straszliwym potworom przedpotopowym”.

wtorek, 5 października 2021

Rinpocze

Dotarłem do źródłosłowu słowa Rinpocze. W Tybecie spotykamy się często z tym określeniem, przypisanym kapłanom, darzonym szczególną czcią. Rin-po-cze to po tybetańsku nieustanna reinkarnacja.

Ponieważ pojawia się słowo Tybet, spójrzmy na kilka zdjęć kwiatów z tego rejonu. Maki himalajskie. 








Świat jest różnorodny i w tym jego piękno. Maki nie tylko są czerwone. 

I przypomina się myśl ogólna, że sedno rozwoju człowieka polega na umiejętności wyrwania się z kulturowego, narzuconego przez skostniałe doktryny plemienne, mentalnego zaścianka. Tudzież; -  życie jest tajemnicą, oraz: - sprawy nieraz wyglądają inaczej, niż nam się wydaje.

     Buddyzm nie uznaje pojęcia Boga – Stwórcy. Tu istnieje tylko prawo przyczyny i skutku. Bardzo to przypomina teorię ewolucji. Buddyzm niesie wolność, natomiast Bóg chrześcijański narzuca kontrolę i poczucie winy. 

Poza tym …. Wszystko już było, jak rzekł Ben Akiba.

Fizyka kwantowa ukuła pojęcie teorii strun, jakiś ktoś niby wymyślił teorię motyla, a rzecz polega na systemie naczyń połączonych, na „odkryciu”, że wszystko jest energią i jest połączone ze wszystkim. A to przecież bardzo stara wiedza, wyartykułowana 500 lat pne. przez Buddę. W słowach Buddy mamy pierwowzór, teorie późniejsze są tylko powtórzeniem, najprawdopodobniej nieświadomym. Ludzie ciągle odkrywają na nowo to, co już było.

Religie.

 

Jeśli zastanawiamy się jaka motywacja kierowała Trzema

Wielkimi od religii, dochodzimy do wniosku, że był to bunt,

niezgoda na ówczesny sposób życia.

Budda wychował się w luksusie, a realny świat biedy i cierpienia nim wstrząsnął. Zapadł się w siebie i doznał oświecenia.

Jezus doznał oświecenia w Indiach, gdzie zapoznał się z filozofią sufich i po powrocie usiłował przekazać tę ideę swoim współplemieńcom.

Mahometa raził rozwiązły sposób życia w Mekce. 23 lata modlił się na Górze Światła aż do momentu, gdy został oświecony - dostał Przekaz - Objawienie Koranu.

Różne religie, a mają jeden punkt wspólny: - kiedy pytano każdego z wymienionych –„Czy jesteś bogiem?” odpowiedź po trzykroć była taka sama: - Nie! Jestem tylko oświecony.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Tybetańskie dzieci - tulku


Duże klasztory tybetańskie poza głównym zwierzchnikiem, mają wśród swoich członków czasami ponad setkę tulku. Każdy z nich oprócz bogatego domostwa, ma wiele innych mieszkań w różnych klasztorach oraz posiadłości w Tybecie i Mongolii.


Jak wiadomo, w całym Tybecie jest całe multum dzieci – tulku, które relacjonują różne zaskakujące i ciekawe zdarzenia ze swych poprzednich wcieleń. Dziś za Aleksandrą David-Neel przytoczę jedną z takich relacji:







Obok pałacu lamy tulku Pegje, u którego wówczas mieszkałam w Kumbumie, znajdowała się siedziba innego tulku zwanego Angecangiem. Siedem lat minęło od śmierci ostatniego Angecanga, a jego nowe wcielenie nie zostało jeszcze odnalezione. Wszyscy wokoło się smucili z tego powodu, oprócz intendenta, który zarządzał dobrami zmarłego lamy. Dzięki temu zarządzaniu, osobiste dobra intendenta miały się coraz lepiej.


Kiedyś zdarzyło się jednak, że podczas podróży kupieckiej intendent zaszedł do jednego z gospodarstw, by zaspokoić pragnienie i odpocząć. Kiedy pani domu przygotowywała dla niego herbatę, wyjął z kieszeni tabakierę z jadeitu i już miał wziąć szczyptę tabaki, kiedy dziecko, które bawiło się w kacie kuchni, podeszło i powstrzymało go, kładąc rączkę na tabakierze.                                                                          Dlaczego używasz mojej tabakiery? – zapytało tonem wyrzutu. Intendent skamieniał. Rzeczywiście tabakiera nie należała do niego, była własnością zmarłego Angecanga. Być może nie miał zamiaru jej ukraść, ale znajdowała się w jego kieszeni i posługiwał się nią na co dzień.

Intendent stał osłupiały ze zdumienia, podczas gdy chłopiec patrzył na niego surowo i groźnie, a jego zmieniona twarz nie wyglądała teraz na twarz dziecka.

- Zwróć mi ją natychmiast –rozkazał maluch – ona należy do mnie.

Pełen wyrzutów sumienia i zawstydzony mnich upadł do stóp swojego mistrza. Kilka dni później ujrzałam to dziecko prowadzone z wielką pompą do pałacu. Ubrane było w brokatową szatę, siedziało na pięknym czarnym kucu, którego intendent trzymał za uzdę. Kiedy orszak wszedł do pałacu chłopiec zapytał: - Czemu skręcamy na lewo, na drugi podwórzec? Przecież drzwi są po prawej stronie.

Otóż drzwi po prawej stronie zostały z jakichś przyczyn zamurowane po śmierci lamy i przeniesiono je na stronę lewą. Mnisi byli zachwyceni tym nowym dowodem autentyczności, a chłopiec został zaprowadzony do prywatnych apartamentów lamy, gdzie podano mu herbatę. Dziecko usiadłszy na wysokim stosie poduszek, popatrzyło na czarkę z jadeitu ze spodeczkiem z pozłacanego srebra i pokrywką ozdabianą turkusami, którą postawiono przed nim na stole.

- Podajcie mi największą porcelanową czarkę – zażądał i opisał dokładnie naczynie z chińskiej porcelany oraz deseń, jakim było ozdobione.

Nikt nie widział takiej czarki. Intendent i mnisi starali się przekonać młodego lamę, że podobnej nie ma w domu.

Właśnie w tym momencie korzystając z dobrych relacji z intendentem weszłam do pomieszczenia. Znałam już historię tabakiery i chciałam zobaczyć z bliska mojego niezwykłego małego sąsiada. Zgodnie z tybetańskim zwyczajem ofiarowałam mu jedwabną szarfę i kilka prezentów. Przyjął je z miłym uśmiechem, ale widać było, że nadal z przejęciem myśli o czarce.

- Poszukajcie lepiej, a na pewno znajdziecie – zapewniał mnichów.

I nagle jakby strumień wspomnień ożywił jego myśli, opisał pewien malowany kufer, w takim to a takim kolorze, znajdujący  się w określonym miejscu, w pokoju, gdzie przechowywano przedmioty rzadko używane. Mnisi pokrótce wtajemniczyli mnie w to, co się działo. Zostałam w pokoju tulku, pragnęłam bowiem zobaczyć, co się stanie.                                                                                          

Nie minęło pół godziny, a czarka ze spodeczkiem i pokrywką została odnaleziona w pudle znajdującym się w opisanej przez dziecko skrzyni.


- Nie miałem pojęcia o istnieniu tej czarki – powiedział mi potem intendent. – Albo sam lama, albo mój poprzednik musiał ją włożyć do skrzyni, która prócz niej nie zawierała nic wartościowego, a której nie otwierano od lat. 

czwartek, 31 października 2019

Świadoma inkarnacja


Po przeżyciach związanych ze śmiercią kliniczną (1995 rok) nasiliło się moje zainteresowanie sferami ducha, a więc także religiami. Często sięgałem po książki z tego zakresu i wyłuskiwałem szczegóły, które potwierdzały osobiste wspomnienia. Był wpis „Po tamtej stronie”.
     Jedną z najcenniejszych książek traktujących o wymienionych sprawach, jest praca Alexandry David-Neel.
Dziś urywek o inkarnacji - wyborze przyszłego wcielenia.
      Rzecz przypisana jest do grupy oświeconych.


To, że wędrówka dusz - reinkarnacja istnieje nie podlega kwestii. Przypominam, że chrześcijaństwo czerpiące z religii pierwotnych, uznawało reinkarnację za dogmat, dopóki decyzją polityczną któregoś z soborów nie usunięto jej z doktryny.
      
Alexandra pisze atoli o inkarnacji - świadomym wyborze przyszłego wcielenia: 
- „Duchowo oświeceni mogą wybrać nie tylko swoich przyszłych rodziców, ale i miejsce, gdzie się odrodzą.
Jednakże lamowie podkreślają poważną różnicę między zwykłym odradzaniem się ogółu ludzi, a transmigracją duchowo oświeconych.
    
Oto ci, którzy nie praktykowali żadnych duchowych ćwiczeń, żyją jak zwierzęta i nieświadomie ulegają popędom, mogą zostać wcieleni w człowieka wędrującego w przypadkowych kierunkach i nie osiągają żadnego określonego celu.
     Na przykład ktoś taki spostrzega jezioro na wschodzie, a ponieważ jest spragniony, chęć napicia się sprawia, że idzie w tym właśnie kierunku.
Kiedy jest już w pobliżu, czuje zapach dymu, który wywołuje w nim obraz domu. Owładnięty myślą, że lepiej byłoby napić się herbaty zamiast wody i mieć dach nad głową na noc, zmienia kierunek.
Odchodzi od jeziora zanim do niego dotarł i zmienia kierunek ze wschodniego na północny, ponieważ to z tego kierunku dochodził zapach dymu.
     Kiedy tak idzie, zanim jeszcze zobaczy dom, czy namiot, ukazują mu się groźne duchy. Przerażony wędrowiec ucieka na południe, najszybciej jak może. Odbiegł i sądzi, że jest daleko od potworów i nie musi się ich obawiać, więc zatrzymuje się i zauważa obok siebie innych, a takich samych jak on podróżnych.      
        Ci inni chwalą uroki jakiegoś błogosławionego kraju, ziemi dobrobytu i radości, ku której się kierują.

W człowieku błądzącym kiełkuje entuzjazm, więc przyłącza się do innych i razem ruszają na zachód. Na tej drodze spotykają go jeszcze inne zdarzenia, sprawiając, że za każdym razem znowu zmieni kierunek wędrówki, zanim ujrzy ziemię, gdzie króluje szczęście.
    I tak upływa życie, a wędrowiec zmieniając ciągle kierunek nigdzie nie dotrze, nie osiągnie żadnego celu.
Za to śmierć zaskoczy go w trakcie tych szalonych peregrynacji, a sprzeczne siły, zrodzone z jego nieuporządkowanego działania, zostaną rozproszone.
Siła energii, konieczna, by określić ciągłość tego samego strumienia, nie wytworzyła się, dlatego żaden tulku nie zostanie ukształtowany.
   
Natomiast człowiek oświecony porównywany jest do podróżnika, który doskonale wie, dokąd chce się udać, zna dobrze topografię okolicy, którą wybrał za cel. Także zna drogi, które tam prowadzą.
Jego umysł jest całkowicie oddany sprawie dotarcia do celu.
Idzie, a ogłuchł i oślepł na miraże i pokusy pojawiające się na drodze i nic nie może go z niej zawrócić.
     Takim człowiekiem kierują siły generowane przez  koncentrację myśli i jego działalność fizyczną.
Śmierć może zniszczyć jego ciało w czasie drogi, ale energia psychiczna, której ciało było zarazem twórcą i narzędziem, nadal pozostaje spójna. Dążąc do tego samego celu, zaopatruje się w nowe materialne narzędzie, jakim jest tulku.
Ta teoria współgra z wielką liczbą dawnych tybetańskich legend, których bohaterowie determinują za pomocą aktu woli naturę ich reinkarnacji i naturę przyszłego wcielenia”.

czwartek, 17 stycznia 2019

Wędrówka dusz

Buddyzm przyjmuje za pewnik wędrówkę duszy w kolejnych wcieleniach.
Wiara w reinkarnację była również częścią doktryny chrześcijańskiej, ale stopniowo KK stawał się coraz bardziej polityczny a mniej duchowy i w końcu reinkarnację z doktryny usunięto.
     Zgłębiałem temat aż do momentu, kiedy wydawało mi się, że wiem już dostatecznie dużo.
Potem, po śmierci klinicznej w 1995 roku, dołączyły osobiste doznania z pobytu "po tamtej stronie".
Dusza jest nieśmiertelna, a reinkarnacja po prostu jest.

Dziś post o poszukiwaniu następnego wcielenia XIII Dalajlamy. Czytelnicy poznają ustaloną od wieków procedurę, o której opowiada osoba najbardziej kompetentna, bo obecny XIV Dalajlama, na wygnaniu w Indiach.
Książka „Opowieść o Tybecie” - Thomasa Lairda.

Po śmierci XIII Dalajlamy rządy objął regent Reting Rinpocze. Po roku piastowania stanowiska, regent rozpoczął najważniejszą część swojej pracy: - poszukiwania XIV Dalajlamy.
Udał się nad jezioro wizji - Lhamo Latso i spojrzał w jego wody podczas medytacji.
       Pięćset lat wcześniej opiekuńczy duch jeziora, Palden Lhamo, obiecała I Dalajlamie w jednej z jego wizji, że zawsze będzie strzegła linii przekazu inkarnowanych dalajlamów.
W myśl tradycji, bogini ukazywała medytującemu regentowi wizję w jeziorze, która umożliwiała mu odnalezienie nowego dalajlamy.
   Mimo usilnych nalegań Reting Rinpocze do 1926 roku zachował milczenie na temat tego, co dostrzegł w jeziorze. W tym roku zebrał Kaszag i ogłosił, że w wizji zobaczył, iż dalajlama odrodzi się we wschodniej prownicji Amdo.
W jeziorze dostrzegł tybetańską literę Ah i kilka innych szczegółów, które wskazywały na konkretną wieś w Amdo.
    W końcu z Lahsy wyruszyły trzy zespoły poszukiwawcze, dwa skierowały się na wschód, a jeden udał się tam, gdzie prowadziły znaki przekazane przez Retinga Rinpocze.
Zgodnie z wizją regenta, zespół poszukiwawczy, który potem odnalazł małego Lhamo, najpierw udał się do odległego miasta Jekundo.
       Tam spotkali panczenlamę, który uciekł do Chin w latach dwudziestych, po tym, jak odmówił Lhasie płacenia podatków wymaganych przez XIII Dalajlamę na finansowanie armii. 
Potem bezskutecznie próbował wynegocjować swój powrót do Tybetu.
Podczas długich rozmów pomiędzy chińskim i tybetańskim rządem (Lhasa nie zgadzała się, żeby towarzyszyli mu chińscy żołnierze) panczenlama był unieruchomiony w Jekundo.
    Po śmierci XIII Dalajlamy dyskretnie sprawdzał na własną rękę doniesienia o narodzinach niezwykłych dzieci w okolicy.
Jak wspominał XIV Dalajlama, duchowa więź pomiędzy obiema liniami przekazu inkarnowanych lamów nigdy nie osłabła, mimo politycznych problemów. Panczenlama słyszał o nieustraszonym chłopcu z Taktser, którego imię dodano do listy zespołu poszukiwawczego.
Panczenlama nigdy nie wrócił do Tybetu i zmarł w następnym roku.

W maju 1937 roku zespół poszukiwawczy dotarł do największego klasztoru w AmdoKumbum, zbudowanego w miejscu narodzin Tsongkhapy – który został rozpoznany na podstawie wizji ówczesnego regenta.
     Taktser znajdował się niedaleko Kumbum, ale najpierw zespół udał się złożyć uszanowanie przedstawicielowi lokalnej władzy, Ma Pu-fangowi, co opóźniło ich przybycie do Taktser do września.
       Chcąc ocenić chłopca w jego naturalnym otoczeniu, przełożony zespołu poszukiwawczego i jednocześnie tulku, który nazywał się Ketsang Rinpocze, zamienił się ubraniem i pozycją ze swoim służącym.
Udając podróżnych, grupa poprosiła rodziców Lhamo o posiłek i nocleg na jedną noc.
     Ketsang usiadł dyskretnie w kuchni z innymi służącymi, podczas gdy rodzice Lhamo zajmowali się zabawianiem „wysokiego lamy” w głównym pomieszczeniu domostwa.
XIV Dalajlama nie pamięta chwili, która miała odmienić jego życie, ponieważ miał wtedy zaledwie dwa lata.
Jednak poznał relacje wszystkich świadków tego zdarzenia.

Oto dwuletni maluch wszedł do kuchni i zastał tam Ketsanga Rinpocze, inkarnację lamy z klasztoru Sera, trzymającego w dłoniach starą malę i siedzącego jakby nigdy nic przy ogniu.
Mala należała do XIII Dalajlamy.
Chłopiec bez lęku podszedł do niego i powiedział: -”Chcę to”.
Ketsang Rinpocze odrzekł: - „Jeśli wiesz, kim jestem, na pewno dam ci tę malę”.
Dziecko zawołało wtedy: - „Sera Lama, Sera Lama”, podając nazwę klasztoru, z którego pochodził Ketsang Rinpocze.
Kiedy dotarł do nas zespół poszukiwawczy – powiedział Dalajlama – stwierdził, że mówię w dialekcie z Lhasy. Ja tego nie pamiętam, ale moja matka mówiła mi, że z członkami zespołu poszukiwawczego porozumiewałem się w języku, którego nie rozumiała. 
Oznacza to, że używałem go w poprzednim życiu.

Zachichotał, kręcąc głową – nawet dzisiaj podchodzi do tych historii z pewnym niedowierzaniem.

Ketsang Rinpocze był pod wrażeniem tego, że został rozpoznany jako lama z Sera i faktu, iż chłopiec nie wypuszczał mali z rąk.
Gdy następnego ranka goście zbierali się do odejścia, według relacji Lhamo wybuchnął płaczem, błagając, żeby iść z nimi.
        Zespół był przekonany, że Lhamo jest prawdopodobnie XIV Dalajlamą, wrócił więc do Taktser kilka dni później i poinformował rodziców, że pragnie poddać chłopca oficjalnej próbie.
Rodzice się domyślali, że mnisi szukają czyjejś inkarnacji, jednak nic ich nie dziwiło, ponieważ, co ciekawe, wcześniej dwóch braci Lhamo zostało rozpoznanych jako inkarnacje.

W dniu próby na długim stole położono przed chłopcem wiele różnych przedmiotów należących do zmarłego dalajlamy, ale poprzekładanych podobnymi, które nie były jego własnością.
       Za każdym razem Lhamo wybierał właściwe rzeczy, odrzucając fałszywe, mówiąc: - „To jest moje”.

W ten sam sposób sprawdzano tuzin innych chłopców, lecz żaden nie wybrał trafnie więcej niż raz, a jeden nieśmiały w ogóle nie chciał podejść do poszukiwaczy.
      Zespołowi bardzo zależało na tym, żeby zabrać ze sobą chłopca do Lhasy, ale Ma Pu-fang zażądał za niego okupu w chińskiej walucie, co w roku 2000 stanowiło równowartość 2,5 miliona dolarów.
Żądanie opóźniło wyjazd chłopca prawie o dwa lata, mimo iż zespół poszukiwawczy przekonywał watażkę, że nie są pewni tej inkarnacji i chcą jedynie sprawdzić jego, oraz innych w Lhasie.
Zespół usiłował zdobyć pieniądze w okolicy, a kurierzy kursowali do Lhasy i z powrotem, czekając na instrukcje.

Jesienią 1937 roku rodzice Lhamo Thondupa zabrali go do klasztoru Kumbum, gdzie spędził dwadzieścia miesięcy.
      Wreszcie zespół zdołał pożyczyć pieniądze na okup od grupy chińskich muzułmanów udających się przez Lhasę do Mekki. Pielgrzymi spłacili Ma Pu-fanga w Xining, a Tybetańczycy zwrócili im dług w Lhasie.
Transakcja ta okazała się bardzo korzystna dla pielgrzymów.
XIV Dalajlama przebywał w Kumbum do lipca 1939 roku. Jego dwaj bracia, którzy zostali rozpoznani jako inkarnacje lamów, znaleźli się w klasztorze wcześniej i studiowali, żeby zostać mnichami. 
       Kiedy Lhamo przyjechał do Lhasy i zobaczył dom nazywany Chensalingka, w którym zmarł XIII Dalajlama, koniecznie chciał wejść do budynku, bo jak mówił "tam są moje zęby". Zaciekawiony mnich-nauczyciel poszedł do wskazanego budynku razem z malcem.  
        Lhamo w jednym z pomieszczeń wskazał na małe pudełko mówiąc: - " tu". 
W pudełku była sztuczna szczęka XIII Dalajlamy.

poniedziałek, 29 października 2018

Przestrzenią ducha jest cisza

Październik.
Po powrocie z wakacji …... chyba celniej będzie: - po powrocie z letnich wyjazdów, bo na wakacjach i to permanentnych, jestem non stop.
       Powód? Emerytura moi Kochani.
Czyli każdy dzień jest dla mnie niedzielą, czego i Wam życzę. I ustalmy jedno: - życie ma być radosne, unikajmy ludzi poważnych czyli obciążonych mentalnie - tacy ciągną do końca w żalu do świata i w ten sposób sieją zarazę.
Wybierajmy trwanie w sprawności fizycznej i umysłowej.
Żeby to osiągnąć ….. to już każdy sam sobie kapitanem i okrętem.

Jedno pewne: - Trzeba mieć w głowie poukładane – prawidłowe myślenie potrafi (bowiem) spowodować zamianę słabych genów na silne!
 Porzekadło: - "W zdrowym ciele zdrowy duch", według mnie można odwrócić.
             Zdrowy duch = zdrowe ciało.
Rozprawialiśmy na ten temat z moim przyjacielem Mirkiem, dochodząc do wniosku, że w tym momencie pojawia się zagadnienie reinkarnacji i karmy.         W każdym razie nie ulega kwestii, że ruch to zdrowie i nie zastąpi go żadne lekarstwo, za to ruch na powietrzu zastąpi wiele lekarstw. 
      A już na pewno zastąpi wszystkie tzw. suplementy diety. Nie było tego wielomiliardowego rynku kiedyś i świadczy on o postępującym ogłupieniu społeczeństwa. Pisałem o tym przy okazji oceniania Rozumu bieszczadzkich Myszy.
       Tę myśl potwierdziłem osobiście w tym roku, po radosnym przewędrowaniu najdłuższego odcinka czerwcowej bieszczadzkiej włóczęgi - 40 km. z Woli Matiaszowej do Baligrodu, przez Bereżnicę, a przecież swoje lata mam.


Wrzesień.
Wyspa Sobieszewska.
Puste plaże poza sezonem.
Flauta i przestrzeń.
      W sumie idealna cisza od ludzkich głosów, bo morze z Zatoki zawsze robi przynajmniej szuu.... szuuuu.




Był azaliż jeden taki dzień, kiedy udało się sfotografować rozprysk.


Po powrocie z Wyspy, poszedłem (Warszawa) do Biblioteki Uniwersyteckiej (Ogród na dachu) Towarzyszy mi myśl, aby napisać o ciszy.




Wewnątrz Biblioteki natykam się na wystawę Kółka Fotograficznego pod tytułem Cisza
Czytam  komunikat: - Przestrzenią ducha jest cisza......


Nie ma przypadków: - oto dostałem tytuł do wpisu.