Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inkarnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inkarnacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 stycznia 2022

Flaga ze śnieżnymi lwami

 



Każdy medal ma dwie strony: -
Tybetańczycy uciekali do Nepalu i Indii. Nepal jest biednym państwem i Chiny łatwo uzależniły go ekonomicznie i politycznie. Indie również starają się pokojowo współżyć z tym za chwilę pierwszym mocarstwem światowym. Tybetańczycy na wygnaniu nie mają życia usłanego różami, jak to na wygnaniu. Tak jak kiedyś struga uchodźców zasilała Dharamsalę, tak obecnie trend się odwraca: - Tybetańczycy wracają do ojczyzny. 




Protesty samospaleń ucichły, Chińczycy trochę odpuścili prześladowania, jednak perspektywy na rok 2020 nie były ciekawe: - poinformowano rodziców dzieci z Ngawy, że szkoła podstawowa numer 3 zmienia język nauczania na chiński. A była to ostatnia szkoła w kraju z językiem tybetańskim. Także narzucono wirusowe ograniczenia: - aplikacja w telefonie z kodem zielonym, żółtym lub czerwonym. Jak w całym kraju służy to do zarządzania epidemią, ale także do zakazu wstępu do różnych obszarów i władze planują pozostawić ten środek kontroli ludności na stałe.


Chiny dość szybko stają się tym, co politolog Stein Ringen, nazwał dyktaturą doskonałą. Kontrola państwa jest wszechstronna, nadzór nad komunikacją online dokładny, kamery monitoringu wszechobecne (jedna kamera przypada na dwie osoby), biometryczne  śledzenie ludności tak zaawansowane, że zachowanie „porządku” przebiega praktycznie bez zakłóceń. Olbrzymia baza danych i sławne algorytmy spowodowały, że chińska wersja Pegasusa potrafi rozpoznać stan emocjonalny nie tylko szpiegowanej pojedyńczej osoby, ale i całej grupy potencjalnych buntowników. Wydaje się, że za chwilę z pomocą AI zaczną odczytywać myśli.  Jednak tak totalne podejście Chin jest niewątpliwie mniej barbarzyńskie od metod kontrolowania niezadowolenia społecznego stosowanych przez inne reżimy, na przykład gaz trujący aplikowany opozycji przez Asada w Syrii.






Według brytyjskiej technologicznej firmy konsultingowej, już w 2020 roku Chiny miały osiągnąć pełen sukces w rozpoznawaniu twarzy dowolnej osoby.  Ten system „zaufania społecznego” w połączeniu z biometrycznymi dowodami osobistymi ze skanowaną tęczówką, pozwala władzom na natychmiastowe karanie obywateli za najdrobniejszy sprzeciw, poprzez odbieranie przywilejów, do blokady konta pieniężnego włącznie. Chiny zbliżają się do technologicznej dystopii - społeczeństwo jest chwycone za krtań, przez co stało się podejrzliwe i nieufne, a chińskie macki zastraszania wykraczają już daleko poza granice kraju – dotarły na przykład do Watykanu – oto papież Franciszek w 2014 roku odmówił udzielenia Dalajlamie audiencji.




Dalajlama się zestarzał. Teraz główną polityczną sprawą będzie następca Dalajlamy. Jak wiemy kolejnej inkarnacji poszukuje się na drodze duchowych wierzeń, jednak rząd chiński ma tu od dawna ustalony plan: - chcą mieć decydujący wpływ na wskazanie „odpowiedniego” następcy. Wiadomo bowiem: - jest prawo, ale ono musi być po właściwej stronie. Konsekwencje ewentualnej chińskiej ingerencji w tym obszarze będą tragiczne.



wtorek, 16 listopada 2021

Poszukiwanie inkarnacji

 

W Tybecie poszukiwanie i odnalezienie danej inkarnacji, wydaje się podobne do przesiewania góry informacji we współczesnych czasach, dla znalezienia tego przysłowiowego ziarenka prawdy (rozmiaru gorczycy). 


Zdarza się, że lama, sam już będący tulku, czyli wcieleniem duchowego przywódcy z wyższej półki, przepowiada na łożu śmierci miejsce, w którym się ponownie odrodzi. Czasami podaje nawet szczegóły dotyczące swoich przyszłych rodziców, usytuowania domu i inne drobiazgowe detale.


Poszukiwania kolejnej inkarnacji zaczynają się na ogół jakieś dwa lata po śmierci lamy tulku. Główny intendent i inni funkcjonariusze przystępują do działania.



                                                                                                            

Jeżeli zmarły lama pozostawił przepowiednię, lub instrukcje dotyczące odnalezienia jego inkarnacji, wtedy poszukiwacze nimi się kierują.                                   Gdy nie ma wskazówek, konsultują się z lamą-astrologiem i lamą- jasnowidzem, którzy określają, często w bardzo niejasnych słowach, miejsce, czy też krainę, w której znajduje się dziecko, tudzież określają znaki, które pozwolą potwierdzić pewność inkarnacji.


Jeżeli chodzi o inkarnacje najwyższego szczebla, głos zabiera mnich, który jest jedną z państwowych wyroczni i ta konsultacja jest obowiązkowa dla inkarnacji Dalajlamy i Taszi-lamy.


Czasami dziecko odpowiadające opisowi wróża zostaje odnalezione bardzo szybko. Kiedy indziej, zanim to się wydarzy, mijają lata. To powód do smutku dla świeckich wiernych lamy. Jeszcze bardziej martwi to mnichów jego klasztoru, ponieważ pozbawiony czcigodnego zwierzchnika nie przyciąga już tylu zamożnych dobroczyńców, toteż opłacane przez nich uczty stają się coraz rzadsze.  




Kiedy dziecko odpowiadające z grubsza warunkom zostaje odnalezione, znów prosi się o konsultację lamę wróżbitę. Jeżeli ten opowie się za kandydatem, dziecko poddaje się dość szczególnej próbie.

Pewną liczbę przedmiotów osobistych zmarłego lamy układa się pomiędzy podobnymi rzeczami i dziecko ma za zadanie wskazać te pierwsze, wykazując, że rozpoznaje przedmioty, które należały do zmarłego w tulku.

Zdarza się, że wiele dzieci rozpoznaje przedmioty bezbłędnie. Tłumaczone jest to tym, że inkarnacja jest podzielna i może dotyczyć kilku ciał. Wtedy znowu potrzebna jest ingerencja lamy-wróża, który dokonuje decydującego wyboru.





poniedziałek, 18 stycznia 2021

Tybetańskie dzieci - tulku


Duże klasztory tybetańskie poza głównym zwierzchnikiem, mają wśród swoich członków czasami ponad setkę tulku. Każdy z nich oprócz bogatego domostwa, ma wiele innych mieszkań w różnych klasztorach oraz posiadłości w Tybecie i Mongolii.


Jak wiadomo, w całym Tybecie jest całe multum dzieci – tulku, które relacjonują różne zaskakujące i ciekawe zdarzenia ze swych poprzednich wcieleń. Dziś za Aleksandrą David-Neel przytoczę jedną z takich relacji:







Obok pałacu lamy tulku Pegje, u którego wówczas mieszkałam w Kumbumie, znajdowała się siedziba innego tulku zwanego Angecangiem. Siedem lat minęło od śmierci ostatniego Angecanga, a jego nowe wcielenie nie zostało jeszcze odnalezione. Wszyscy wokoło się smucili z tego powodu, oprócz intendenta, który zarządzał dobrami zmarłego lamy. Dzięki temu zarządzaniu, osobiste dobra intendenta miały się coraz lepiej.


Kiedyś zdarzyło się jednak, że podczas podróży kupieckiej intendent zaszedł do jednego z gospodarstw, by zaspokoić pragnienie i odpocząć. Kiedy pani domu przygotowywała dla niego herbatę, wyjął z kieszeni tabakierę z jadeitu i już miał wziąć szczyptę tabaki, kiedy dziecko, które bawiło się w kacie kuchni, podeszło i powstrzymało go, kładąc rączkę na tabakierze.                                                                          Dlaczego używasz mojej tabakiery? – zapytało tonem wyrzutu. Intendent skamieniał. Rzeczywiście tabakiera nie należała do niego, była własnością zmarłego Angecanga. Być może nie miał zamiaru jej ukraść, ale znajdowała się w jego kieszeni i posługiwał się nią na co dzień.

Intendent stał osłupiały ze zdumienia, podczas gdy chłopiec patrzył na niego surowo i groźnie, a jego zmieniona twarz nie wyglądała teraz na twarz dziecka.

- Zwróć mi ją natychmiast –rozkazał maluch – ona należy do mnie.

Pełen wyrzutów sumienia i zawstydzony mnich upadł do stóp swojego mistrza. Kilka dni później ujrzałam to dziecko prowadzone z wielką pompą do pałacu. Ubrane było w brokatową szatę, siedziało na pięknym czarnym kucu, którego intendent trzymał za uzdę. Kiedy orszak wszedł do pałacu chłopiec zapytał: - Czemu skręcamy na lewo, na drugi podwórzec? Przecież drzwi są po prawej stronie.

Otóż drzwi po prawej stronie zostały z jakichś przyczyn zamurowane po śmierci lamy i przeniesiono je na stronę lewą. Mnisi byli zachwyceni tym nowym dowodem autentyczności, a chłopiec został zaprowadzony do prywatnych apartamentów lamy, gdzie podano mu herbatę. Dziecko usiadłszy na wysokim stosie poduszek, popatrzyło na czarkę z jadeitu ze spodeczkiem z pozłacanego srebra i pokrywką ozdabianą turkusami, którą postawiono przed nim na stole.

- Podajcie mi największą porcelanową czarkę – zażądał i opisał dokładnie naczynie z chińskiej porcelany oraz deseń, jakim było ozdobione.

Nikt nie widział takiej czarki. Intendent i mnisi starali się przekonać młodego lamę, że podobnej nie ma w domu.

Właśnie w tym momencie korzystając z dobrych relacji z intendentem weszłam do pomieszczenia. Znałam już historię tabakiery i chciałam zobaczyć z bliska mojego niezwykłego małego sąsiada. Zgodnie z tybetańskim zwyczajem ofiarowałam mu jedwabną szarfę i kilka prezentów. Przyjął je z miłym uśmiechem, ale widać było, że nadal z przejęciem myśli o czarce.

- Poszukajcie lepiej, a na pewno znajdziecie – zapewniał mnichów.

I nagle jakby strumień wspomnień ożywił jego myśli, opisał pewien malowany kufer, w takim to a takim kolorze, znajdujący  się w określonym miejscu, w pokoju, gdzie przechowywano przedmioty rzadko używane. Mnisi pokrótce wtajemniczyli mnie w to, co się działo. Zostałam w pokoju tulku, pragnęłam bowiem zobaczyć, co się stanie.                                                                                          

Nie minęło pół godziny, a czarka ze spodeczkiem i pokrywką została odnaleziona w pudle znajdującym się w opisanej przez dziecko skrzyni.


- Nie miałem pojęcia o istnieniu tej czarki – powiedział mi potem intendent. – Albo sam lama, albo mój poprzednik musiał ją włożyć do skrzyni, która prócz niej nie zawierała nic wartościowego, a której nie otwierano od lat. 

czwartek, 12 listopada 2020

Odnaleziony tulku


Dla okazania jedności z młodymi, każdy wpis poprzedzam Symbolem Buntu Kobiet

*****  *** Dziadersy muszą odejść! 

------------------------------------------------------------------------------------

Aleksandra David-Neel (1868-1969) - „Mistycy i Magowie Tybetu”.  


                            

 Byłam świadkiem odnalezienia tulku (inkarnacja oświeconego mistrza) w okolicznościach zgoła fantastycznych.  Zdarzenie miało miejsce w nędznej oberży w niewielkiej osadzie niedaleko Ansi (pustynia Gobi).

Szlaki wiodące z Mongolii do Tybetu w tym regionie krzyżują się  z wielką drogą prowadzącą od Pekinu do Rosji poprzez cały kontynent. Byłam więc zmartwiona, choć nie zdziwiona, kiedy dotarłszy do oberży o zachodzie słońca, zobaczyłam, że jest zajęta przez mongolską karawanę.


Podróżni byli podnieceni, jakby zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jednakże ze zwykłą u nich uprzejmością, wzmocnioną jeszcze przez religijne szaty, jakie Jongden i ja mieliśmy na sobie. Mongołowie jeden z pokoi odstąpili nam i naszym ludziom, zrobili też miejsce w stajni dla naszych zwierząt.

Kiedy ja i mój syn przystanęliśmy, żeby obejrzeć wielbłądy leżące na w podwórzu, drzwi jednego z pokoi otworzyły się i jakiś wysoki, młody człowiek o miłej twarzy, biednie ubrany w tybetańskie szaty, zatrzymał się w progu,  i zapytał, czy jesteśmy Tybetańczykami. Odpowiedzieliśmy, że tak.

Wtedy starszy lama, po którego bogatym stroju rozpoznaliśmy, że jest przywódcą karawany, ukazał się za tym młodym, wysokim mężczyzną i zwrócił się do nas po tybetańsku.

Jak zwykle przy takich okazjach wymieniliśmy kilka zdań na temat krainy, z której przyjechaliśmy i miejsca będącego celem naszej podróży. Lama powiedział, że zamierzał udać się do Lhasy przez  Suzhou zimową drogą, ale jego podróż okazała się zbędna, więc wraca do Mongolii. Służący krzątający się na podwórzu przytaknęli jego słowom z powagą.


Zastanawiałam się co mogło wpłynąć na tak gwałtowną zmianę ich decyzji o kierunku podróży. Ponieważ jednak lama udał się do swego pokoju, uznałam, że niestosownie byłoby prosić go o wyjaśnienie sprawy. Wieczorem, kiedy już zdążyli wypytać naszych służących, Mongołowie zaprosili nas na herbatę i wtedy usłyszałam całą historię.

Ten przystojny młody człowiek urodził się w prowincji Ngari na południowym zachodzie Tybetu i był, jak się zdaje, kimś w rodzaju wizjonera. Przynajmniej tak nazwaliby go ludzie Zachodu. Ale my byliśmy w Azji.

Od najmłodszych lat Migjura – tak bowiem miał na imię – prześladowała dziwna myśl, że nie znajduje się tam, gdzie powinien się znajdować. Czuł się obcy w swojej wiosce, a nawet we własnej rodzinie. W marzeniach sennych widywał pejzaże, jakich nie ma w Ngari - piaszczyste pustkowia, okrągłe namioty z filcu i niewielki klasztor na wzgórzu.                                                                    

Kiedy nie spał, w jego umyśle również pojawiały się takie właśnie obrazy i nakładały się na to co go otaczało, zasłaniały to i tworzyły wokół niego ciągłe miraże. Nie skończywszy 14 lat, uciekł z domu, niezdolny oprzeć się pokusie zobaczenia w rzeczywistości tego, co widział w wizjach.

Od tego czasu żył jak włóczęga, pracując od czasu do czasu, by zarobić na utrzymanie, jednak najczęściej żebrał. Błądził to tu, to tam. Nie mógł utrzymać się w jednym miejscu. Teraz szedł z Ariki na północ do trawiastych pustkowi.

Idąc przed siebie bez celu, jak to miał w zwyczaju, kilka godzin drogi przed nami dotarł pod oberżę, gdzie zatrzymała się na postój karawana.                                     Dostrzegł wielbłądy w podwórcu i nie wahając się ani chwili, odruchowo otworzył drzwi. Tu stanął twarzą w twarz ze starym lamą. Wówczas przez głowę jak błyskawica przeleciało mu wspomnienie zdarzeń z przeszłości, ożywiając jego pamięć.

Ujrzał tego samego lamę jako młodego człowieka, swojego ucznia, a siebie jako starca. Obaj szli razem drogą. Wracali z długiej pielgrzymki do świętych miejsc Tybetu. Wracali do siebie do klasztoru na szczycie wzgórza.


Przypomniał o tym wszystkim przywódcy karawany, z najdrobniejszymi detalami. Opowiadał o ich życiu w dalekim klasztorze i podał wiele szczegółów, dotyczących miejsc i osób.


A przecież Mongołowie udali się w tę podróż, aby prosić Dalajlamę o wskazówki na temat sposobu odnalezienia tulku zwierzchnika klasztoru, którego miejsce od ponad dwudziestu lat było nieobsadzone, mimo tak wielu wysiłków poszukiwawczych. 


                                                                     

Ci przesądni ludzie byli święcie przekonani, że dzięki swej wszechwiedzy Dalajlama poznał ich zamiary i w swojej wielkiej dobroci doprowadził do spotkania z odrodzonym lamą.

Włóczęga z Ngari natychmiast został poddany zwyczajowej próbie i znowu bez chwili zawahania, nieomylnie wyciągnął z torby to, co powinien wyciągnąć jako tulku. W torbie bowiem znajdowały się pomieszane bardzo podobne przedmioty, wśród nich także te, które należały do zmarłego lamy.

W umysłach Mongołów nie mogła się pojawić i nie pojawiła się najmniejsza wątpliwość co do autentyczności odnalezionego tulku.

Nazajutrz zobaczyłam karawanę wracającą tą sama drogą, którą przyszła. Oddalała się na kroczących powoli wielkich wielbłądach, aż zniknęła na horyzoncie pustkowia Gobi.

Nowy tulku wędrował wraz z nią ku swemu niezwykłemu przeznaczeniu.


 

  

czwartek, 31 października 2019

Świadoma inkarnacja


Po przeżyciach związanych ze śmiercią kliniczną (1995 rok) nasiliło się moje zainteresowanie sferami ducha, a więc także religiami. Często sięgałem po książki z tego zakresu i wyłuskiwałem szczegóły, które potwierdzały osobiste wspomnienia. Był wpis „Po tamtej stronie”.
     Jedną z najcenniejszych książek traktujących o wymienionych sprawach, jest praca Alexandry David-Neel.
Dziś urywek o inkarnacji - wyborze przyszłego wcielenia.
      Rzecz przypisana jest do grupy oświeconych.


To, że wędrówka dusz - reinkarnacja istnieje nie podlega kwestii. Przypominam, że chrześcijaństwo czerpiące z religii pierwotnych, uznawało reinkarnację za dogmat, dopóki decyzją polityczną któregoś z soborów nie usunięto jej z doktryny.
      
Alexandra pisze atoli o inkarnacji - świadomym wyborze przyszłego wcielenia: 
- „Duchowo oświeceni mogą wybrać nie tylko swoich przyszłych rodziców, ale i miejsce, gdzie się odrodzą.
Jednakże lamowie podkreślają poważną różnicę między zwykłym odradzaniem się ogółu ludzi, a transmigracją duchowo oświeconych.
    
Oto ci, którzy nie praktykowali żadnych duchowych ćwiczeń, żyją jak zwierzęta i nieświadomie ulegają popędom, mogą zostać wcieleni w człowieka wędrującego w przypadkowych kierunkach i nie osiągają żadnego określonego celu.
     Na przykład ktoś taki spostrzega jezioro na wschodzie, a ponieważ jest spragniony, chęć napicia się sprawia, że idzie w tym właśnie kierunku.
Kiedy jest już w pobliżu, czuje zapach dymu, który wywołuje w nim obraz domu. Owładnięty myślą, że lepiej byłoby napić się herbaty zamiast wody i mieć dach nad głową na noc, zmienia kierunek.
Odchodzi od jeziora zanim do niego dotarł i zmienia kierunek ze wschodniego na północny, ponieważ to z tego kierunku dochodził zapach dymu.
     Kiedy tak idzie, zanim jeszcze zobaczy dom, czy namiot, ukazują mu się groźne duchy. Przerażony wędrowiec ucieka na południe, najszybciej jak może. Odbiegł i sądzi, że jest daleko od potworów i nie musi się ich obawiać, więc zatrzymuje się i zauważa obok siebie innych, a takich samych jak on podróżnych.      
        Ci inni chwalą uroki jakiegoś błogosławionego kraju, ziemi dobrobytu i radości, ku której się kierują.

W człowieku błądzącym kiełkuje entuzjazm, więc przyłącza się do innych i razem ruszają na zachód. Na tej drodze spotykają go jeszcze inne zdarzenia, sprawiając, że za każdym razem znowu zmieni kierunek wędrówki, zanim ujrzy ziemię, gdzie króluje szczęście.
    I tak upływa życie, a wędrowiec zmieniając ciągle kierunek nigdzie nie dotrze, nie osiągnie żadnego celu.
Za to śmierć zaskoczy go w trakcie tych szalonych peregrynacji, a sprzeczne siły, zrodzone z jego nieuporządkowanego działania, zostaną rozproszone.
Siła energii, konieczna, by określić ciągłość tego samego strumienia, nie wytworzyła się, dlatego żaden tulku nie zostanie ukształtowany.
   
Natomiast człowiek oświecony porównywany jest do podróżnika, który doskonale wie, dokąd chce się udać, zna dobrze topografię okolicy, którą wybrał za cel. Także zna drogi, które tam prowadzą.
Jego umysł jest całkowicie oddany sprawie dotarcia do celu.
Idzie, a ogłuchł i oślepł na miraże i pokusy pojawiające się na drodze i nic nie może go z niej zawrócić.
     Takim człowiekiem kierują siły generowane przez  koncentrację myśli i jego działalność fizyczną.
Śmierć może zniszczyć jego ciało w czasie drogi, ale energia psychiczna, której ciało było zarazem twórcą i narzędziem, nadal pozostaje spójna. Dążąc do tego samego celu, zaopatruje się w nowe materialne narzędzie, jakim jest tulku.
Ta teoria współgra z wielką liczbą dawnych tybetańskich legend, których bohaterowie determinują za pomocą aktu woli naturę ich reinkarnacji i naturę przyszłego wcielenia”.

sobota, 18 marca 2017

Perspektywa cysorza

Dziś ostatni dzień biwaku.
Mógłbym co prawda rozdzielić resztki jedzenia, które mi jeszcze zostały i przesunąć wymarsz, ale czuję się już dostatecznie wybiwakowany. Wystarczy.
     Jutro o poranku pożegnam Fereczatą.
A tu i teraz..... mgły poranne zamieniają się w rosę, blask świtu ustępuje miejsca słońcu, jest niemal bezwietrznie i bezczasowo, dym się snuje leniwie. Celebruję to bezczasowe trwanie w pokoju ducha, nadziei i ufności, bo przecież bez tego byłbym jak kamień spadający ze szczytu.




Ach! Ależ pojadłem smaczniutko! Mniam.
Kontempluję widoki i czuję się......  jak cysorz!

Cysorz to ma klawe życie
Oraz wyżywienie klawe!
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę,
A do kawy jajecznicę,
A jak już podeżre zdrowo,
To przynoszą mu w lektyce
Bardzo fajną cysorzową.
Słychać bębny i fanfary,
Prezentują broń ułani:
- Posuń no się trochę, stary!
Mówi Najjaśniejsza Pani.
Potem ruch się robi w izbach,
Cysorz z łóżka wstaje letko,
Siada sobie w złoty zycbad,
Złotą goli się żyletką
I świeżutki, ogolony,
Rześko czując się i zdrowo
Wkłada ciepłe kalesony
I koszulkę flanelową.
A tu przyjemności same
Oraz niespodzianek wiele:
Przynoszą mu "Panoramę",
"WTK" i "Karuzelę",
"Filipinkę" i "Sportowca"
I skrapiają perfumami
I może grać w salonowca
z Marszałkiem i Ministrami.
Salonowiec sport to miły,
Lecz cesarska pupa - tabu!
On ich może z całej siły,
A oni go muszą słabo...
Po obiedzie złota cytra
Gra prześliczną melodyjkę,
Cysorz bierze z szafy litra
I odbija berłem szyjkę.
Sam popije - starej niańce
Da pociągnąć dla ochoty.
A kiedy już jest na bańce,
To wymyśla różne psoty
Potem ciotkę otruć każe
Albo cichcem zakłuć stryjca...
...dobrze, dobrze być cysorzem,
Choć to świnia i krwiopijca!
                                                                      Tadeusz Chyła.

Często piszę o perspektywie. O tym, że spojrzenie z odpowiedniego dystansu jest podstawą rozumienia zjawisk w każdym z aspektów życia.
      Przyznaję rację Leszkowi (Komentarz do wczorajszego posta)
że inkarnując, wiedzieliśmy dobrze, w co się pakujemy.
Przecież to nasza dusza działając suwerennie wybrała miejsce na mapie, rodziców i lekcje do przerobienia w tym wcieleniu.
I większość, przy pomocy swej wolnej woli wybrała dla siebie sen.

To chyba dobrze, bo całkiem spora część populacji preferuje życie stadne w miejscach, gdzie można dojechać samochodem.
Gdyby było inaczej, na Fereczatej mógłby stać las namiotów.
Lecz po co gdybać, jest jak jest, stoi tu jeden namiot, czyli jest dobrze.

     
Wracamy do perspektywy na przykładzie frapujących odkryć naukowców zajmujących się historią Ziemi. Konkretnie okresem z przełomu ordowiku i syluru, czyli tym, co było 440 milionów lat temu.
Co zdarzyło się w wymienionym czasie?
  Otóż 440 milionów lat temu nastąpiła na Ziemi awaria ogrzewania!.

Awaria była na tyle poważna, że wymarło dwie trzecie ówczesnej fauny. Takie fakty wynikają z wykopalisk skamieniałych zwierząt (trylobitów) zamieszkujących dawne oceany. Ogromne przestrzenie opanowały lodowce.
      Zgodnie z obiegową opinią, była to wina jednego ze „złych” meteorytów. Otóż w Ziemię uderzył meteoryt (asteroida?) o średnicy 12 kilometrów i uwolnił tym uderzeniem energię rzędu dziesięciu miliardów bomb zrzuconych na Hiroshimę.
     Pyły wyrzucone siłą uderzenia w przestrzeń, utworzyły zasłonę, która przez rok nie przepuściła światła słonecznego.
Ogrzewanie całkiem wysiadło.
Mogło być nawet minus sto!
      Taka była obiegowa opinia, dopóki sprawą nie zajął się astronom Adrian Mellot z uniwersytetu Kansas.
Mellot właściwie udowodnił, że przyczyna wyginięcia fauny nie znajduje się wcale na naszej planecie.
Winny był potwór z czeluści kosmosu: - życie padło ofiarą supernowej!
       Rozbłysk gamma w ciągu kilku minut zniszczył warstwę ozonową naszej planety.
Długo bronił się skostniały świat nauki przed hipotezą rozbłysku gamma.
Wreszcie zaakceptował tę hipotezę.
       Czy obecnie grozi Ziemi rozbłysk gamma?

Niby powodu do zmartwień może nam dostarczyć biały karzeł HR 8210, znajdujący się 150 milionów lat świetlnych od Ziemi, a więc w skali kosmosu tuż za rogiem.
     Potencjalne zagrożenie osłabiają dwa czynniki: - „już wkrótce”
w skali kosmicznej oznacza przedział kilkuset milionów lat.
Drugim osłabiającym czynnikiem jest rozszerzanie się Wszechświata. Kiedy nadejdzie moment rozbłysku, może być tak, iż Ziemia będzie już dostatecznie daleko od miotacza promieni gamma.
      Czyli nie ma się czym przejmować i możemy być na luziczku.
I tak historia ziemskich oceanów stała się także historią kosmosu.
Wszystko w jednym – jak mawiają kanadyjscy Indianie znad Wielkiego Jeziora Niedźwiedziego.