Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć kliniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć kliniczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 kwietnia 2023

Dwa światy

Moje dwa światy. O sobie bowiem mogę pisać swobodnie.

Pierwszy świat ma nazwę Pogoń.

Pogoń za pieniądzem, dobrami materialnymi, odurzenie tak zwaną Prosperity.

     Własna firma, 350 godzin pracy w miesiącu, także jako robotnik, jednak za godziwe, uczciwie zarobione pieniądze.

Plan Balcerowicza – tracę zamówienia, zwalniam wszystkich pracowników, staję sam przy maszynie w cyklu 36 godzin. Kilkakrotnie wysyłam w eter myśl: - Aniołku, nie chcę tak ciężko pracować! Chciałbym się raz porządnie wyspać i wyleżeć!

Myśl zostaje wysłuchana – wypadek samochodowy, śmierć kliniczna, osiem miesięcy w szpitalu. Po dwudziestu latach zamykam działalność.

 

Wychodzę ze szpitala i rozglądałem się za jakąś pracą, ale już nie fizyczną. Rozwijało się zainteresowanie giełdą, wprowadzono kontrakty terminowe, a ja skoczyłem na główkę w ten nowy świat. Z całym sercem, ale jednocześnie na główkę. Przykład? Rano daytrading na Wig 20, wieczorem Wall Street, po północy  noctrading na Nikkei 225. Uzależnienie od pieniądza - witamy w krainie Paranoja.

    Więc kolejna myśl, ale tym razem od Anioła do mnie: - Rzuć to! Przyhamuj. Zarobiłeś? Odpocznij! Niezależnie od tego ile masz i tak umierając zostawisz wszystko.

Poniższy obrazek celnie podsumowuje ten miniony etap mojego życia.


Drugi świat nazywa się Luzik.

Rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.

- Pod Chryszczatą

Na tej łące górskiej każdy dzień odbieram jak niedzielę, a więc święto. A do tego dziś jest akurat niedziela. Czyli jest niedziela w niedzieli. Sto procent niedzieli w niedzieli, wokół przestrzeń, nad głową krzyk orłów i bezmiar nieba. Pogodnego błękitnego nieba, z odcieniem kobaltowym.

I to dzieje się realnie, nie jest to sen, ani bajka.




 

Wilk napadł na Czerwonego Kapturka

Czerwony Kapturek woła : - ratunku!

Przez las idą krasnoludki, jeden pyta: - pomożemy?

Pozostali jednogłośnie; - coś ty! Przecież ona nie jest z naszej bajki!

 

Żeby komuś pomóc, najpierw należy zacząć od siebie, sobie pomóc, siebie naprawić. Rodzice, kapłani, społeczeństwo, oni wszyscy psują, niszczą człowieka.

Silnie dotarło to do mnie właśnie tutaj, na samotnym biwaku pod Chryszczatą. Dotarło poprzez uczucia, które nie kłamią. Jestem wdzięczny Losowi, że dał mi możliwość samonaprawy, obudził iskrę buntu i nasycił wdzięcznością. Zobaczyłem ten mój poprzedni świat, świat chorej pogoni.

      A więc wdzięczność.

Ta wdzięczność to nic innego jak wybijająca z człowieka fontanna bezinteresownej miłości.

Pracowicie gra orkiestra miliona świerszczy, wieje zefir, a ja upajam się widokami na tym dachu Boskiego Hotelu Siedem Gwiazdek.

Podnosi się upał, a wraz z nim jeszcze wyżej unosi się miłość w sercu Zbyszkowym. Tak, to jest godne i sprawiedliwe i tego warto się trzymać.

Uczucia nie kłamią i upajając się nimi, czuję się rewelacyjnie, jakbym na nowo się narodził.

Albo odkrył w sobie wewnętrzne dziecko.


 Wszystko mija, a bieg zdarzeń bierze początek z myśli. Z prawidłowych myśli.  Poza tym, żeby docenić ciepło, najpierw trzeba zmarznąć. Inaczej się nie da. 

      Poza tym, nie trzeba od razu gdzieś wyjeżdżać ......


czwartek, 20 kwietnia 2023

Medycyna wschodnia

 

We wczorajszym wpisie Osho wypowiedział się na temat nieprawidłowych, czy błędnych myśli, które dziwnym trafem także moja babcia nazywała myślami złymi i powtarzała, że wiele chorób bierze się właśnie z takich myśli.

     W tym samym tekście, Osho przytoczył rzecz o lekarzu, który obudził w pacjencie „osobistego wewnętrznego lekarza”.

      Tak się złożyło, że w ostatnim czasie kilka osób pytało mnie o skuteczność leczenia z pomocą medycyny chińskiej, czy też mongolsko-tybetańskiej. Osoby te kierowałem do placówki leczniczej w Warszawie, stosującej ten rodzaj leczenia. Nie byłem zdziwiony, gdy okazywało się jak poprawiało się zdrowie u tych osób, ponieważ   …. No właśnie, mam prawo pisać tylko o sobie.   


Otóż trzydzieści lat temu przyprowadziłem do Temudżina (nie jest to tekst sponsorowany) moją przyszłą drugą żonę, która cierpiała od maleńkości na uporczywe i niezwykle silne bóle głowy.

       Wiedziałem, że lekarze medycyny wschodniej traktują człowieka holistycznie – jako całość.

Mędrcy tybetańscy mówią: - Martwisz się? Uważasz, że masz dużo problemów? To dlatego jesteś chory. Nie martw się, staraj się dostrzegać dobre strony spraw, bo w każdym problemie jest promień światła. Bądź zadowolony, a nawet szczęśliwy – to jest najlepsze lekarstwo.

      Jak wyglądało postawienie diagnozy? Weszliśmy oboje. Nic się nie mówi. Chińska lekarka poprosiła, aby zdjąć biżuterię z rąk, po czym ujęła moją przyszłą za oba nadgarstki. Patrzyła na twarz pacjentki, wyczuwała puls. Trwało to ze trzydzieści sekund. Poprosiła o pokazanie języka. Po tym niezwykle krótkim badaniu, bez pytania o cokolwiek, bez oglądania wyników badań krwi, czy moczu, usłyszeliśmy: (Chinka mówiła do polskiej lekarki, która tłumaczyła)

– Ma pani za gęstą żółć. Przyczyną tego jest przebyte w dzieciństwie wirusowe zapalenie wątroby. Wątroba jest w części nieczynna i stąd ta gęsta żółć. Z tego też powodu często boli panią głowa.

      Zdumienie ogarnęło mnie i pacjentkę.

Po wyjściu z gabinetu, narzeczona zarzuciła mi, że uprzedziłem lekarkę z czym przychodzimy. Kiedy rozwiałem jej wątpliwości, z kolei ja zapytałem, co z tą jej wątrobą?

     Okazało się, że jako dziecko, rzeczywiście miała wirusowe zapalenie wątroby i tylko cudem, po ściągnięciu lekarstwa z zagranicy, uratowano jej życie.

 Co jeszcze mówiła chińska lekarka?

Powiedziała: - Dostanie pani ziołowe pigułki, będzie je pani łykała przez trzy tygodnie. Bóle głowy ustąpią. Nie tak, żeby całkowicie. One będą już sporadyczne i takie „normalne” z którymi da się żyć spokojnie. I niech pani nie chodzi do żadnego innego lekarza, bo nikt pani już bardziej nie pomoże. Szkoda pieniędzy. I do mnie proszę już nie przychodzić, bo poza tym jest pani zdrowa i szkoda pieniędzy na dalsze wizyty.

      Efekt? Przez dwadzieścia lat mego związku z drugą żoną problemu bolącej głowy nie było.

 Nic dziwnego więc, że przyszłą trzecią żonę, także z bolącą głową, bez zbędnej zwłoki zaprowadziłem do Temudżina, instruując, że ma się nie odzywać.


 Poczekalnia.

      Tu już była sama. Przyjmował lekarz. Nie ma teraz tłumacza, swobodnie mówią po polsku. Badanie wygląda identyczne jak trzydzieści lat temu. (Pewnie tak samo jak i trzysta lat temu). Diagnoza jest bezbłędna - lokalizuje źródło zawirowań zdrowotnych. Dostaje się zioła (proszek, granulki) do łykania. Trzy lata minęły od wizyty - głowa nie boli. Przy okazji znikł wianuszek innych, już nieco drobniejszych dolegliwości.

       W poczekalni miło pachnie tymi samymi lekami ziołowymi, które pacjent zażywa, sprawdzałem. Od samego zapachu człowiek zdrowieje, nawet jak mu nic nie dolega. Nie ma lipy w postaci dymu kadzidełek

  Wniosek osobisty? - Medycyna zachodnia wysiada przy wschodniej - chińskiej, ponieważ traktuje człowieka jako całość, a nie dzieli go na kawałki płuca-serce itp. Do tego dochodzi porównanie skuteczności (i działań ubocznych) chemicznych lekarstw medycyny zachodniej z mikroskopijnymi ilościami naturalnych preparatów chińskich. Odpowiednio dobrane lekarstwa ziołowe regulują cały organizm.

     Być może odsuwają też głupie myśli.

I na koniec o diagnozowaniu: - W gabinecie jest tylko lekarz, pacjent, dwa krzesła i biurko. Nie ma tomografów komputerowych (kosztownych), nie ma żadnych innych drogich wynalazków. Jest tylko prawdziwy chiński (mongolski?) lekarz i jego niebywała wiedza - umiejętność, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu. No i ta trafność diagnozy – siadasz, nic nie mówisz, chwila moment i słyszysz z jakim problemem przyszedłeś.

      Nie jest tak, że pieję z zachwytu nad medycyną wschodnią, a rodzimej nie doceniam. Doceniam na przykład polskich chirurgów, bez pomocy których od wielu lat bym nie żył. W 1995 roku składali mnie pracowicie w całość, a reanimacją przytrzymali zbyszkową duszę w ciele. Dzięki temu mogłem opisać sprawę w poście „Po drugiej stronie”. Dziś obrazek pasujący do moich wspomnień ze śmierci klinicznej.


 

środa, 13 października 2021

Ulecieć ponad siebie

 Siedzę w namiocie, deszcz szumi na tropiku.

Dziś za mną trasa krótka – niecałe 10 km. Tylko wyruszyłem w trasę, gdy niebo zaczęło się stopniowo zaciągać. 

Szedłem rozglądając się za jakimś sympatycznym miejscem pod namiot. Zobaczyłem takowe, paręnaście minut i dom stał, uwinąłem się z podpałką, garnkiem, wodą i wkładką do niej - 20 minut i gęste jedzenie było ugotowane. Spadły pierwsze krople, więc hop w namiot, zjadłem i zapisuję refleksje. Jak Czytelnicy wiedzą – lubię pisać. Niby są to listy do samego siebie, atoli bez Czytelników byłoby tylko pół sukcesu. A przecież sukces powinien być całkowity, bo pół to znaczy tyle, że nie ma nic. Była na blogu anegdota „Pół sukcesu”, nie będę powtarzał.



Swój lgnie do swego, albo inaczej – pokrewna energia przyciąga się. Czarny trzyma z czarnym, kanalia z kanalią, a przyzwoity z podobnym do niego.

Mnie przyciągają ludzie ciekawi. Lubię poznawać nowych ludzi. No może precyzyjniej będzie napisać, że lubiłem, bo teraz, być może przez wirusa, kontakty mocno się ograniczyły. Wydaje mi się, że ludzie się boją, a i ja nie szukam spotkań, ponieważ atoli dobrze mi z moim własnym osobistym człowiekiem. Oj, przewinął się w moim życiu wianek osób ponadprzeciętnie interesujących, paranormalnych, pasjonatów wszelkiej maści, dziwaków, odmieńców, ale też trafiło się kilku niezłych wariatów. Mówiąc krótko: - unikam zwykłych Kowalskich, którzy przed laty wpadli w wyjeżdżoną koleinę życia, zagłębili się w niej po uszy i tak tkwią. Nie wychylają się w żadną ze stron, nie grzeszą. Być może oczekują za to biletu do nieba. A jeśli nie ma nieba? To tylko fikcja? Urojony towar, na którym czarni zbijają od wieków niezłą kasę? A zwykli Kowalscy nie zdają sobie sprawy, że to nie jest życie, tylko wegetacja, tylko czekanie na śmierć. Unikam takich ludzi, ponieważ między nami iskrzy na styku.

Osho wielokrotnie powtarzał: - od czasu do czasu pozwól sobie na odrobinę szaleństwa. Tudzież: - Bóg kocha małych grzeszników.

Anegdota Osho.

Umarła niestara kobieta. Była bardzo piękna za młodu i pomimo upływu lat, utraciła niewiele urody. Staje przed bramą raju, a na jej spotkanie wychodzi święty Piotr i pyta:  Czy kiedy byłaś na ziemi, pozwalałaś sobie na jakieś bara-bara seksualne, drinkowanie, czy inne grzeszki?

Nigdy, nigdy! – gorąco reaguje kobieta.

Czemu więc nie przyszłaś tu wcześniej? – pyta Piotr. Przecież od tak dawna byłaś całkiem martwa!

 

A przecież trzeba żyć! Dlatego pamiętaj: - nie umieraj przed własną śmiercią.

Co innego kontakt z jakimś outsiderem, który potrafił wyrwać się tresurze społecznej i stworzyć swoją własną bańkę. Tu natychmiast budzi się ciepełko w sercu, czuję przyciąganie i niejednokrotnie znajomość dostarcza nut mistycyzmu.

Był raz sobie pewien mistyk, lubił baby i z nimi styk

                                              Jan Sztaudynger

Rozpisałem się, a miałem zająć się pewnym wątkiem, być może ciekawym dla Czytelników. Otóż po kilku latach od powrotu do życia po śmierci klinicznej w 1995 roku (był wpis: -„po drugiej stronie”) zacząłem mieć sporadyczne doznania „ulatywania ponad siebie”. Po pewnym czasie to się skończyło, aby po wieloletniej przerwie wrócić w 2013 roku. Od tej pory przydarza się mianowicie tak, że po co najmniej dwóch, trzech godzinach samotnego marszu, zaczynam widzieć siebie z góry. Jakbym leciał w dronie tuż ponad swoją głową, trochę z tyłu i trochę z boku i widzę siebie, jak idę. To silne uczucie i do tego poparte myślą: - Oto widzę jak moja powłoka, moje ciało idzie. Akceptuję to ciało, dbam o nie, bo dzięki niemu jestem w tym wcieleniu. Niech służy w sprawności przez czas mi przeznaczony.

I takie tam: - na blogu dziś trzy trzynastki - godzina publikacji posta oraz dzisiejsza data. 13 to miłość, albo dłoń. Dwie trzynastki to dwie miłości, albo dwie dłonie, albo modlitwa itd.


piątek, 26 lutego 2021

Ile waży dusza


Dusza to byt odrębny, lecz związany z ciałem. To nasza witalna esencja, bez niej prawidłowe funkcjonowanie nie jest na dłuższą metę możliwe.

Część duszy może zbłądzić pod wpływem przerażających doznań. Także cząstka duszy może zostać ukradziona przez złodzieja dusz (nie mylić z wampirem energetycznym, czyli zmorą).

Jednak ludzie również dobrowolnie pozbawiają się cząstki duszy, pozostawiać ją na przykład przy partnerze, który odchodzi ze związku, lub bliskiej osobie, która zmarła. Albo silnie chcemy uzyskać czyjąś akceptację (oddam ci duszę tylko mnie kochaj) – w ten sposób stawiamy się w pozycji ofiary, a dusza staje się bezbronna. Wysyłamy w przestrzeń sygnał, że jesteśmy gotowi na krzywdę. Dlatego trzeba nauczyć się mówić „nie” i poczytać o asertywności.

Powinniśmy wierzyć intuicji i z niej korzystać. Intuicja zalicza się do bajkowego świata dziecięcych zabaw, świadomości innych rzeczywistości i jest potężnym orężem obronnym, a także cennym drogowskazem życiowym.

Ileż to razy czujemy niechęć do kogoś dopiero poznanego, o którym nie wiemy nic. Nie wolno lekceważyć tego uczucia. Prawdopodobnie, ta dusza wyrządziła nam krzywdę w jednym z poprzednich wcieleń.

Kto kradnie duszę? Zwykle dzieje się to nieświadomie – zabieramy kawałek kochanej osobie, aby czuć z nią połączenie. Także traktowanie partnera jak przedmiotu własności, albo zazdrość o moc i światło drugiego, także może spowodować uszczerbek.

        Spisane z „Nieznanego Świata”.

 

A teraz konkret spoza „Nieznanego Świata”.

Pewnik: - dusza jest. O tym od wieków zapewniali nas teologowie, ezoterycy i mistycy. Jako, że świat idzie do przodu, mamy teraz dowód naukowy, liczbowy, podający jeden parametr, mianowicie ile waży dusza.

Najpierw w eksperymenty na ten temat prowadził w Ameryce, w roku 1926 dr. McDougall. Dysponował łóżkiem – czułą wagą i uzyskał wynik 21 gram. W latach siedemdziesiątych XX wieku, w Szwecji, dr. Nils Olof Jacobson także przeprowadzał badania na ten temat. Metoda była ta sama: - potencjalny klient mogący w każdej chwili wyzionąć ducha, leżał na łóżku – czułej wadze, ale tym razem elektronicznej. Dr Jacobson zważył w ten sposób kilkadziesiąt osób będących na etapie żywy – nieboszczyk. Wynik był zaskakująco ten sam – zawsze 21 gramów!


„Dokładnie w chwili wykonywania ostatniego tchnienia, ciężar umierającego malał skokowo o 21 gramów. Nie zależało to od płci, wieku, ciężaru ciała”.

Czyli mamy potrójną jasność w temacie: - po pierwsze primo dusza jest.

- Po drugie primo waży ona 21 gramów.

- Po trzecie primo dusza może także wędrować poza ciałem, po czym do ciała wrócić. Dzieje się to w czasie snu, eksterioryzacji oraz śmierci klinicznej (był wpis - Po drugiej stronie).

Zdjęć duszy nie mam, więc żeby nie zamulać posta, pozostawiam Czytelników z powyżej opisaną wiedzą w piątek, 26 lutego 2021, życząc miłego weekendu poza domem.

czwartek, 31 października 2019

Świadoma inkarnacja


Po przeżyciach związanych ze śmiercią kliniczną (1995 rok) nasiliło się moje zainteresowanie sferami ducha, a więc także religiami. Często sięgałem po książki z tego zakresu i wyłuskiwałem szczegóły, które potwierdzały osobiste wspomnienia. Był wpis „Po tamtej stronie”.
     Jedną z najcenniejszych książek traktujących o wymienionych sprawach, jest praca Alexandry David-Neel.
Dziś urywek o inkarnacji - wyborze przyszłego wcielenia.
      Rzecz przypisana jest do grupy oświeconych.


To, że wędrówka dusz - reinkarnacja istnieje nie podlega kwestii. Przypominam, że chrześcijaństwo czerpiące z religii pierwotnych, uznawało reinkarnację za dogmat, dopóki decyzją polityczną któregoś z soborów nie usunięto jej z doktryny.
      
Alexandra pisze atoli o inkarnacji - świadomym wyborze przyszłego wcielenia: 
- „Duchowo oświeceni mogą wybrać nie tylko swoich przyszłych rodziców, ale i miejsce, gdzie się odrodzą.
Jednakże lamowie podkreślają poważną różnicę między zwykłym odradzaniem się ogółu ludzi, a transmigracją duchowo oświeconych.
    
Oto ci, którzy nie praktykowali żadnych duchowych ćwiczeń, żyją jak zwierzęta i nieświadomie ulegają popędom, mogą zostać wcieleni w człowieka wędrującego w przypadkowych kierunkach i nie osiągają żadnego określonego celu.
     Na przykład ktoś taki spostrzega jezioro na wschodzie, a ponieważ jest spragniony, chęć napicia się sprawia, że idzie w tym właśnie kierunku.
Kiedy jest już w pobliżu, czuje zapach dymu, który wywołuje w nim obraz domu. Owładnięty myślą, że lepiej byłoby napić się herbaty zamiast wody i mieć dach nad głową na noc, zmienia kierunek.
Odchodzi od jeziora zanim do niego dotarł i zmienia kierunek ze wschodniego na północny, ponieważ to z tego kierunku dochodził zapach dymu.
     Kiedy tak idzie, zanim jeszcze zobaczy dom, czy namiot, ukazują mu się groźne duchy. Przerażony wędrowiec ucieka na południe, najszybciej jak może. Odbiegł i sądzi, że jest daleko od potworów i nie musi się ich obawiać, więc zatrzymuje się i zauważa obok siebie innych, a takich samych jak on podróżnych.      
        Ci inni chwalą uroki jakiegoś błogosławionego kraju, ziemi dobrobytu i radości, ku której się kierują.

W człowieku błądzącym kiełkuje entuzjazm, więc przyłącza się do innych i razem ruszają na zachód. Na tej drodze spotykają go jeszcze inne zdarzenia, sprawiając, że za każdym razem znowu zmieni kierunek wędrówki, zanim ujrzy ziemię, gdzie króluje szczęście.
    I tak upływa życie, a wędrowiec zmieniając ciągle kierunek nigdzie nie dotrze, nie osiągnie żadnego celu.
Za to śmierć zaskoczy go w trakcie tych szalonych peregrynacji, a sprzeczne siły, zrodzone z jego nieuporządkowanego działania, zostaną rozproszone.
Siła energii, konieczna, by określić ciągłość tego samego strumienia, nie wytworzyła się, dlatego żaden tulku nie zostanie ukształtowany.
   
Natomiast człowiek oświecony porównywany jest do podróżnika, który doskonale wie, dokąd chce się udać, zna dobrze topografię okolicy, którą wybrał za cel. Także zna drogi, które tam prowadzą.
Jego umysł jest całkowicie oddany sprawie dotarcia do celu.
Idzie, a ogłuchł i oślepł na miraże i pokusy pojawiające się na drodze i nic nie może go z niej zawrócić.
     Takim człowiekiem kierują siły generowane przez  koncentrację myśli i jego działalność fizyczną.
Śmierć może zniszczyć jego ciało w czasie drogi, ale energia psychiczna, której ciało było zarazem twórcą i narzędziem, nadal pozostaje spójna. Dążąc do tego samego celu, zaopatruje się w nowe materialne narzędzie, jakim jest tulku.
Ta teoria współgra z wielką liczbą dawnych tybetańskich legend, których bohaterowie determinują za pomocą aktu woli naturę ich reinkarnacji i naturę przyszłego wcielenia”.

wtorek, 14 maja 2013

Śmierć kliniczna



Nowy komentarz do posta "Po drugiej stronie - 5" dodany przez 0silbermann0 :

"Życie przed życiem"

Jest wiele przekazów tego, co ludzie widzieli w trakcie 'smierci klinicznej'. Twój Zbyszku jest przepiękny, ale znam również przekaz mojego dziadka, który też widział tunel światła, ale na końcu był mur. Próby rozdrapania go palcami skończyły sie tylko pokrawiweniem rąk i głosem 'jeszcze nie teraz'. Ostatnio Marek Dyjak opowiadał w jednym z programów telewizyjnych o swoich przeżyciach o próbie popełnienia samobójstwa przez powieszenie (nie wiem czy to weszło do emisji czy zostało wycięte, bo nie mam w domu telewizora i nie oglądam telewizji). Twierdzi, że obudził się cały oklejony jakimś śmierdzącym błotem. Było zimno, a smród był nie do zniesienia. Nie było żadnego tunelu, tylko śmierdzące, wszechogarniające błoto po horyzont. Jemu tez powiedziano, że to jeszcze nie jego czas. Wtedy przestał pić.

Ale nie to miało być tematem mojego wpisu. Tak naprawdę, nawiązując do tematu komentarza, chciałem opisać Ci to, co sam pamiętam (albo to tylko sen, czy halucynacje) z momentu przed narodzinami. Wiem, że takie relacje są bardzo rzadkie. Pierwszy raz o tym, że można miec wspomnienia z okresu okoloporodowego dowiedziałem się od mojego kolegi, półjapończyka, ktory twierdził, że tam (w Japonii) jest to temat którym interesują sie bardzo. Inna sprawa, że większość ludzi posiada jakiekolwiek wspomnienia z okolic 3-5 roku życia. Może to jest powód, dlaktórego taka wiedza może być interesująca (pożyteczna, przydatna) dla ludzi interesujących się życiem po życiu, życiem poza ciałem i życiem przed życiem.

Do rzeczy:
"...pamiętam, że nie wiedziałem co to znaczy widzieć. Współodczuwałem grupę istot z którymi czyliśmy się jednością mimo tego, że każde z nas posiadało osobną jaźń. Dziś wyobrażam to sobie jak takie małe, dziecięce, pięcioramienne gwiazdki (z usmiechniętymi buźkami i oczkami) wszystkie razem wtulone w siebie. Było nam tam dobrze i to był stan, z którego nie chcieliśmy się wydobyć.

Co jakiś czas któraś z 'gwiazdek' nas opuszczała. Aż w końcu usłyszałem głos 'teraz kolej na ciebie'. Nie chciałem się rozłączać, bo ta współprzebywalnosć była stanem, w którym najchetniej bym pozostawał cały czas. Ale ciekawość tego co będzie 'tam na dole' mnie skusiła. Dziś (kiedy już wiem co to znaczy widzieć) wyobrażam sobie ciemny otwór w podłodze do którego sam wskoczyłem by się narodzić..."

Dodam tylko, że jestem późniakiem. Urodziłem się okolo dwóch tygodni po 'termnie'. Moja matka przetrzymała poród o dzień, bo nie chciała żebym się urodził w niedzielę ( bo 'podobno urodzeni w niedzielę to największe lenie' sic?), wody płodowe odeszły jej dwa dni wczesniej, a ja (po urodzeniu) byłem cały siny, bo miałem wokół szyi okręconą pępowinę, która utrudniala dopływ krwi do mózgu i drogi oddechowe w całości zapchane łożyskiem, czy co tam jeszcze z dzieckiem w macicy zalega. W szpitalu przezwali mnie King-kong bo miałem (jak małpka) zadarty nosek i włosy nie tylko na głowie ale też na plecach i uszach :)

To nie jest koniec tej historii. Wszystko co napisałem wczesniej możnaby spokojnie nazwać urojeniami chorego umysłu. Jest tylko jeden problem. Co jakiś czas napotykam w życiu osoby, w stosunku do których mam uczucie jakbysmy już kiedyś ze sobą byli. Jakbyśmy już kiedyś przytulali się w tej wyposażonej w osobne jaźnie gromadzie. I sa to osoby w róznym wieku. Jedna miała 75 lat kiedy ją poznałem jako dwudziestolatek, inne są w moim wieku (38) bądź około. Ale spotkałem też pięciolatkę co do której miałem takie uczucia. I najciekawsze zostawiłem na koniec...

Te osoby czuły to samo w stosunku do mnie.

Pozdrawiam