Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2024

Kogut śpiewa na królewskim dworze

 


Opowiadamy dzieciom bajki, ciesząc się, że są takie istoty, które wierzą w niemożliwość.

I w ten sposób potęgujemy możliwości dorosłych.

 

Pewnego razu traktem wiodącym na królewski dwór szedł kogut.

Szedł, żeby przed królewskim zamkiem oznajmić, że król umrze, a wieśniak dostanie młyn.

 

Wyszedł mu naprzeciw wilk i zapytał;

- A dokąd to idziesz, kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – odparł kogut.

- Weź mnie ze sobą, może przydam ci się, gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie – zaproponował wilk.

- Dobrze, wezmę cię. Zamień się tylko w pchłę i schowaj w moim ogonie.

Wilk tak zrobił.

     Kogut ruszył dalej i po chwili spotkał niedźwiedzia, który spytał:

- Dokąd idziesz, kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – powiedział kogut.

- To weź mnie ze sobą, pomogę ci, gdy będziesz w potrzebie – rzekł niedźwiedź.

- Wezmę cię – kogut na to – tylko zamień się w pchłę i schowaj w moim ogonie.

    Niedźwiedź zamienił się w pchłę i schował w ogonie koguta.

I poszli dalej. A tu naraz zastąpił im drogę Mróz i pyta:

- A dokąd to, panie kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – znowu objaśnił kogut.

- Pójdę z tobą, może ci się na coś przydam – zaoferował Mróz.

- No dobrze, tylko zamień się w pchłę i schowaj w moim ogonie.

Mróz zrobił tak, jak kazał kogut i ruszyli dalej.

Wreszcie ukazał się zamek.

Kogut skoczył na most zwodzony przed bramą i odważnie zaśpiewał: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

   Król usłyszał, co wyśpiewuje kogut i się strasznie zezłościł. Kazał koguta wrzucić między barany, żeby go zadeptały na śmierć.

Wrzucili słudzy królewscy koguta miedzy barany i poszli. Kogut wtedy wypuścił z ogona wilka, który rzucił się na stado, rozdarł barany na strzępy, żadnemu nie przepuścił.

    Następnego dnia kogut znowu zaśpiewał na moście: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

    Tym razem król kazał wrzucić koguta między rozjuszone byki, żeby go rozerwały rogami. Natychmiast wykonano królewskie polecenie. Kiedy kogut znalazł się wśród byków, zaraz wypuścił z ogona niedźwiedzia, który migiem rozprawił się z bykami, ratując koguta.

     Następnego dnia kogut znowu pojawił się na zwodzonym moście przed bramą zamku i zaśpiewał: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

    Król rzekł wtedy do swoich służących: - trzeba tego bezczelnego koguta upiec. Napalcie w piecu i wrzućcie go do ognia!

Wkrótce piec był gorący i wrzucono do niego koguta. Wypuścił wtedy kogut Mróz z ogona. I piec się natychmiast zagasił, ostygł, a nawet zamroził, a kogutowi nie nadpaliło się nawet jedno piórko.

    Rano kogut cały i zdrowy znowu zaśpiewał przed bramą:

„Król umrze, a wieśniak dostanie młyn”.

     Tego już król nie mógł ścierpieć i rozkazał: - przynieście mi tego wstrętnego koguta, ja go połknę, bo inaczej on nie przestanie śpiewać tej swojej złośliwej piosenki.

   Zgodnie z rozkazem przyniesiono koguta, a król go połknął.

Jednak przedtem, na wszelki wypadek, kazał jednemu ze swoich żołnierzy stać obok siebie z mieczem w ręce, bo kogut mógł próbować ucieczki z ust króla. Żołnierz miał przykazane: - jak tylko kogut wychyli się z ust króla i wystawi głowę, masz jednym ciachnięciem obciąć mu ją raz na zawsze.

Stał żołnierz posłuszny i patrzył na usta króla. Denerwował się przy tym okrutnie i ręce mu drżały.

Nagle … król wychylił język, chcąc oblizać wargi. Żołnierzowi się wydało, że to kogut wychylił głowę, zamachnął się tedy chwacko mieczem i niechcący urąbał głowę króla.

 

P.S. Na tym bajka się kończy. Czytałem tę bajkę znajomemu dziecku, które ma rozwiniętą kreatywność. Po skończonym czytaniu dziecko pomyślało chwilę, po czym poruszyło cztery wątki: uważności, podejrzliwości, konieczności sprawdzania, umiejętności wyciągania wniosków.

- To już cała bajka? Zapytało (wątek uważności).

- Tak – odpowiedziałem.

- To pokaż książkę – zażądało (nieufność). Sześć lat ma, a już czyta swobodnie.

- Pokazałem - sprawdził (wątek trzeci).

- Bajka w porządku, ale zgubili w tej bajce wieśniaka i młyn – orzekło dziecko (wyciągnął wniosek).

piątek, 15 listopada 2024

O dzieciach obiecanych Wodnikowi

W pewnym zamku mieszkał król ze swą małżonką. Życie ich było pełne smutku, ponieważ nie mieli dzieci, a więc i radości na stare lata.

Pewnego razu król wyruszył w podróż morską, a jego okręt, po wielu miesiącach podróży utknął w miejscu.

Naradzano się i robiono co tylko było możliwe. Nic wszakże nie pomagało i w końcu śmierć zaczęła grozić żeglarzom. Wtedy z morza wyłonił się Wodnik i tak rzekł do króla:

Jeśli dasz mi to, co urodziło się w twoim domu, to pomogę ci zepchnąć okręt. Inaczej zginiesz tu marnie.

Król rozmyślał: - jeśli moja piękna klacz urodziła źrebaka, to dam go chętnie, bo cóż innego mogło się urodzić?

I przyrzekł Wodnikowi dać mu to, co urodziło się w domu. Wtedy okręt ruszył z miejsca i żeglarze szybko wrócili do domu, bo dalszej podróży już im się odechciało.

Na spotkanie króla wyszła szczęśliwa żona i stała na przystani trzymając w objęciach dwoje dzieci – dziewczynkę i chłopca, które się tymczasem urodziły.

Rozradował się król wielce, że został ojcem, jednak radość trwała krótko, ponieważ zaraz przypomniał sobie o Wodniku i przyrzeczeniu.

Nic nie powiedział atoli żonie, martwił się jakiś czas okrutnie, aż z tego wszystkiego sczerniał i schudł. W końcu wpadł na pomysł ukrycia dzieci, co też wykonał.

Minął czas jakiś i do króla zgłosił się Wodnik.

- Dasz mi już to, co przyrzekłeś?

Król zaproponował źrebię, ale Wodnik nie chciał o tym rozmawiać i żądał tego, co urodziła królowa.

Król kupił wówczas we wsi chłopca i dziewczynkę i dał je Wodnikowi.

Wodnik zaniósł dzieci do Wodnikowego Domu, a tam zaczął je przepytywać:

- Powiedzcie, co jest najsłodsze.

- Miód – powiedziały dzieci.

- A co jest najbardziej miękkie ze wszystkich rzeczy?

- Najbardziej miękka jest puchowa poduszka.

- A co jest najtwardsze?

- Kamień.

- A co jest najgęstsze ze wszystkich gęstych rzeczy?

- Smoła.

- Nie, wy nie jesteście królewskimi dziećmi – orzekł Wodnik, odprowadził dzieci do zamku, a sam zaczął szukać kryjówki prawdziwych królewiątek.

Szukał tu i tam, szukał wszędzie. Aż wreszcie sroka zdrajczyni wskazała kryjówkę.

Wodnik wypytał dzieci:

- Co jest najsłodsze?

- Mleko matki – usłyszał,

- Co jest najbardziej miękkie ze wszystkich miękkości?

- Matczyne łono.

Gdy to Wodnik usłyszał, był już pewien, że ma przed sobą królewskie dzieci, zabrał je do Wodnikowego Domu, a tam uczynił z nich sługi.

Mijały lata, a oni żyli we trójkę. Dzieci dorosły i martwiły się jak tu wrócić do swoich rodziców. Dziewczyna wszakże martwiła się jakby mniej, przyzwyczaiła się bowiem do Wodnika i żyła z nim jak żona z mężem.

To z kolei jeszcze bardziej martwiło chłopca, który stawał się coraz smutniejszy.

Pewnego razu wstał o północy, wyszedł za tylne wrota chałupy i gorzko zapłakał nad swoim losem.


Nadbiegł wilk i spytał:

- Czemu płaczesz chłopcze? Jeśli chcesz stąd odejść, to wsiadaj na mój grzbiet.

- Ale ja mam siostrę!

- To przyprowadź ją, oboje was wyzwolę.

Chłopak wszedł do izby – siostra spała z Wodnikiem. Ściągnął ją z łóżka i oboje wskoczyli na grzbiet wilka.

Wilk powiedział: - Jeśli zobaczysz jak Wodnik nas goni, powiedz mi. I popędził, jak tylko mógł najprędzej.

Pędzili jakiś czas, gdy chłopiec krzyknął:

- Już idzie!

Wilk zatrzymał się i powiedział do chłopca:

- Weź teraz krzemień, który jest pod moim ogonem, wsadź go w ziemię i wypowiedz zaklęcie: - Niech się wzniesie krzemienna góra!

Chłopiec wykonał polecenie wilka i natychmiast wyrosła krzemienna góra, wyrosła pod samo niebo i zatarasowała przed Wodnikiem drogę.

Wodnik przekonał się, że nie wdrapie się na górę i rzekł gniewnie:

Muszę wrócić do domu po oskard i wiertło – przewiercę tę górę.

Wrócił prędko do domu, przyniósł oskard i wiertło, przewiercił górę, przeczołgał się tunelem i już miał pogonić za uciekinierami, kiedy przypomniał sobie o swoich narzędziach leżących na drodze, które ktoś mógł ukraść. Kopał więc dół, aby ukryć je w ziemi, a wtedy zaczęła śpiewać sikora:

Ti ti ti, ja, mała sikora

       do patrzenia jestem skora.

        Stary tu coś ukrywa

         ja widziałam i powiem wam.

- Ach ty pleciugo – zakrzyknął Wodnikmuszę doprawdy zanieść narzędzia do domu, inaczej ktoś je tu znajdzie.

Ruszył natychmiast do domu, po czym wrócił i pognał za uciekinierami. Dopadł ich w końcu i zaprowadził do swej chałupy, gdzie żyli jak dawniej. Dziewczyna wyraźnie polubiła życie z Wodnikiem, ale chłopak czuł się jeszcze bardziej żałośnie niż przedtem.


Pewnego razu znowu siedział za chałupą i płakał gorzko, gdy pojawił się czarny szerokogłowy niedźwiedź:

- Czy nie chciałbyś stąd uciec? – zapytał.

- Chętnie! Ale mam siostrę.

- To dawaj ją!

Dziewczyna i Wodnik jak zwykle leżeli na łóżku, chłopak wziął siostrę na ręce i zaniósł na grzbiet niedźwiedzia.

Niedźwiedź ruszył drobnym krokiem mówiąc:

- kiedy zobaczycie Wodnika, powiedzcie mi.

Nie uciekli jeszcze daleko, gdy dał się słyszeć tupot za nimi.

- Już idzie! – krzyknął chłopiec.

- Nie trwóżcie się – powiedział niedźwiedź zatrzymując się – weźcie spod mego ogona szczotkę, rzućcie ją za siebie i powiedzcie: - Niechaj wyrośnie grzbiet górski do samego nieba!

Siostra się nie kwapiła, więc chłopak zrobił jak niedźwiedź pouczył. Zaraz wyrósł grzbiet górski do samego nieba, po czym powtórzyła się historia z Wodnikiem, oskardem, wiertłem i sikorką.

Wodnik musiał znowu wrócić do domu, zostawić tam narzędzia, po czym dogonił uciekinierów i zapowiedział, że jeśli jeszcze raz uciekną, to ich zje.

Wrócili do Domu Wodnika i żyli jak przedtem.

Którejś nocy chłopak nie wytrzymał i znowu płakał z żalu za chałupą. Przydreptał lis:


- Nie uciekłbyś stąd na moim grzbiecie?

- Uciekłbym, ale mam siostrę, poczekaj, pójdę po nią.

Dziewczyna jednak, przytulona do Wodnika, tym razem nie chciała uciekać, chłopak musiał więc użyć siły.

Wsiedli na lisa i uciekają.

Lis zapowiedział: - gdy usłyszycie Wodnika, dajcie znać.

Pomimo tego, że lis biegł szybko, na horyzoncie pojawił się goniący ich Wodnik,

- Nadchodzi! – krzyknął chłopak.

- Pod moim ogonem jest krzesiwo – odezwał się lis – rzuć je za siebie, a zobaczysz co się stanie.

Chłopak rzucił krzesiwo i oto powstał ogromny wodospad, którego Wodnik w żaden sposób nie mógł sforsować. Stanął na krawędzi wodospadu i płakał, wyjąc przy tym jak wilk, ale uciekinierom nie mógł już nic zrobić, bo odgrodzili się od niego na amen.

Widząc, że nic już im nie zagraża, chłopak z siostrą zeszli z lisa i wybudowali sobie blisko wodospadu dom, w którym zamieszkali. Po jakimś czasie, gdy dom był już dobrze zagospodarowany, przyszedł wilk, aby zobaczyć to nowe mieszkanie.

- Czy nie przyjąłbyś mnie na towarzysza swych zabaw? – zapytał chłopaka.

- Czemu nie? I przyjął wilka za towarzysza.

Potem przyszedł niedźwiedź w odwiedziny i też został w towarzystwie. Jako ostatni przyszedł lis, którego chłopak przyjął najchętniej, bo przecież to jemu zawdzięczał ocalenie.

Któregoś dnia tylko dziewczyna została w domu, a całe towarzystwo poszło zabawić się w lesie.

Cniło jej się do Wodnika, pobiegła więc do wodospadu i zaczęła rzucać do niego kamienie. Rzucała bez przerwy, aż woda się uspokoiła i Wodnik mógł się do niej przedostać. Zaprowadziła go do domu brata, gdzie spali jak mąż z żoną, ale gdy nastał dzień Wodnik zamienił się w igłę, którą dziewczyna ukryła w ścianie, aby brat jej nie znalazł.

O brzasku wróciła ekipa z bratem na czele. Zwierzęta natychmiast wyczuły obcego w domu i zaczęły drapać ściany z belek, szukając intruza.

Dziewczyna się przeraziła: - Uspokój bracie swych towarzyszy bo zrujnują nam dom!

Chłopak krzyknął na zwierzęta, a one zaprzestały poszukiwań.

Nazajutrz chłopak wybrał się wraz z kompanami ponownie do lasu, aby zostać tam na noc.

Wodnik natenczas wrócił do swej postaci i legł z dziewczyną w łożu. O brzasku zamienił się w igłę, którą dziewczyna ukryła tym razem w pościeli.

Wróciło towarzystwo z lasu, poczuli obcy zapach, zaczęli szukać w pościeli, dziewczyna udała chorą i poprosiła: - uspokój zwierzęta bracie, bo całkiem nam pościel zniszczą i wyślij kochany braciszku swych towarzyszy, aby zza dziewięciu żelaznych drzwi przynieśli mi maść na moje boleści.

Chłopak uwierzył po raz kolejny słowom siostry i wysłał zwierzęta po maść. Wtedy drzwi się za nimi zatrzasnęły odcinając drogę powrotną. Wodnik się pojawił, złapał chłopaka i rzekł: - teraz ciebie zjem.

Rozpoczęły się przygotowania, aby uśmiercić biednego chłopaka: - siostra napaliła porządnie w piecu, przygotowała ogromną patelnię i zaczęła obierać cebulę potrzebną do przysmaczenia pieczystego. Wodnik tymczasem zaprowadził chłopaka do sauny, aby ten nieco skruszał przed pieczeniem.

Tymczasem zwierzęta kopały w ziemi przejścia po kolejnymi żelaznymi drzwiami, aby przyjść przyjacielowi z pomocą.

Chłopak siedział w saunie, Wodnik co pewien czas sprawdzał czy już dostatecznie skruszał, aż orzekł, że starczy: - jesteś już dość kruchy, można cię upiec. I chciał chłopaka chwycić, lecz ten się wyrwał i skoczył na ścianę sauny, bo usłyszał, że na dachu sauny usiadła sroka i zajazgotała: - synu królewski wytrzymaj jeszcze trochę, przyjaciele twoi są tuż tuż!


Chłopak wyrywał się ze szponów Wodnika i kiedy wydawało się, że już jest po nim, nadbiegły zwierzęta i podarły Wodnika na wąskie paski.

Na wszelki wypadek, aby Wodnik się nie odrodził, spalili na popiół saunę razem z popaskowanym Wodnikiem.

Syn królewski nagrodził swych towarzyszy za uratowanie od śmierci, wydając wspaniałą ucztę na złotych i srebrnych talerzach, na które siostra nakładała same smakołyki.

Kiedy towarzystwo najedzone i napite usnęło, dziewczyna poszła na spalenisko, przeszukała starannie popiół i znalazła w końcu jedną nadpaloną kość z Wodnika. Zabrała ją do domu i wsunęła pod poduszkę, na której spał brat. Wówczas kość wbiła się w głowę chłopaka i chłopak umarł. Wtedy siostra wzięła zwłoki brata i zakopała w ziemi.

W ten sposób zemściła się za spalenie Wodnika.

Kiedy zwierzęta się obudziły, zaczęły węszyć i odkryły zapach ziemi. Odkopały zwłoki, ogarnęła ich wielka żałość, zaczęły rozpaczać, ale i deliberować: - Musimy go przywrócić do życia.

Obejrzeli starannie nieboszczyka i odkryli w jego głowie kość Wodnika.

Niedźwiedź rzekł wtedy: -  oprę głowę na tej kości, może ona przeskoczy do mojej głowy.

I tak uczynił, kość przeskoczyła do głowy niedźwiedzia, chłopak ożył, a teraz niedźwiedź był umarty.

Powiedział wilk: - to na mnie kolej, ja przyłożę głowę do kości, pewnie ona przeskoczy w moją głowę, dzięki czemu niedźwiedź ożyje. I rzecz wykonał.

Teraz wilk był nieżywy, a niedźwiedź wstał.

Lis to wszystko pilnie obserwował i pomyślał: - nie bez przyczyny nazywają mnie chytrusem, już ja coś wykombinuję z tą przeskakującą kością.

Przykląkł i oparł swoją głowę o głowę wilka. Kość jakby tylko na to czekała – jak nie wystrzeli z głowy wilka mierząc w lisa! Ale lis był na to przygotowany i się uchylił. Kość świsnęła mu tylko koło ucha i wbiła się w wielki świerk, który ma się rozumieć natychmiast obumarł.

- A niech sobie obumiera, w lesie jest dużo innych – podsumował lis, radując się, że jemu się to nie przytrafiło.

Tymczasem i wilk się obudził, a wszyscy byli nawet bardziej żywsi niż przedtem. Poszli wespół do domu, poczynili przygotowania, zabrali siostrę, po czym ruszyli do domu rodzinnego, bo czas był na to już najwyższy.

Kiedy uszli już kawał drogi, natknęli się na stary kościół, który był tak stary, że jego dach już się zapadł. W kościele znajdował się ksiądz, jak to nieraz bywa w kościele, oraz dwoje starych ludzi, którzy modlili się do Boga. Byli to rodzice chłopaka, a byli już tak starzy, że nie byli w stanie rozeznać co jest co.

Królewicz wyjął wtedy z zanadrza buteleczkę Wody Życia i skropił nią głowy rodziców.

Król i królowa natychmiast pojaśnieli, zrobili się młodzi, piękni, pełni wigoru i od razu poznali swe dzieci. Zapanowała ogólna radość, a potem wszyscy udali się do zamku królewskiego, gdzie chłopak opowiedział ojcu co przecierpiał, kończąc słowami: - Dzięki mojej siostrze byłem już pod ziemią!

Siostra się nie odzywała, spuściła jeno głowę.

Ojciec słuchał opowieści stopniowo czerwieniejąc na twarzy, po czym rzekł: - Mój synu kochany, rozgniewałem się ja bardzo słuchając ciebie. Toż to sama zgroza! Oto okazuje się, że królewska córka zachowała się niestety jak zwykła blać, czy też kurew jakaś!

Po czym rozkazał wyprowadzić dziewczynę przed bramę, gdzie ją zastrzelono.

Na wszelki wypadek z armaty.

czwartek, 8 lutego 2024

Pokochać swojego niedźwiedzia

Część 15.  

Dopiero nastaje sławna pora miedzy psem a wilkiem, a ja syty wrażeń leżę już w namiocie. Jest ciepło – więc nie zasłaniam wejścia. Usypiam szybko, azaliż czujnie jak zając.

Nagle budzę się.

Jest zupełnie ciemno, tak ciemno, jak może być tylko w dupie (czarnej), o ile tam kiedyś byłeś Czytelniku. Jest tak ciemno, że nawet nie widzisz własnych myśli. Ta wyjątkowa ciemność podobna do sadzy tak mnie zadziwiła, że rano zajrzałem do kalendarza księżycowego i wyczytałem: „18 lipca księżyc w nowiu”.

Atoli wracam do meritum: - jest głucha noc i coś mnie budzi.

Chyba dźwięk jakiś był w tej kompletnej ciszy. Był, albo nie był.

Coś musiało być, bo czuwam. Czuwam korzystając z jedynego dostępnego w tych warunkach zmysłu, mianowicie z uszu.

Coś słychać. To warczenie? Czyli wilk!

Dźwięk staje się głośny – jednak tym razem jest to groźny pomruk. Basior! Głos staje się bliższy i wyraźnie przemieszcza się z prawej strony z dołu, na lewą stronę. Kolejny pomruk słyszę z całkiem bliska, jakby zwierz był tuż za jaworem. Naraz powiew ciągnący z dołu, od strony ściany lasu, przynosi dobrze znany zapachowy bukiet – odór amoniaku przyprawiony mokrą sierścią starego psa z subtelną, atoli niezbędną domieszką smrodu padliny.

Niedźwiedź!

Misio skonsumował przejrzałe delicje, a potem w miejscu gdzie leżały resztki nieboszczyka wytarzał w tym swoją osobistość. Teraz, gdy to opisuję, mogę sobie pozwolić na frywolność, bo to moje któreś tam z rzędu bliskie spotkanie z niedźwiedziem. Emocje, początkowy paraliżujący strach, wszystko to zbladło pozwalając rejestrować zmysłom detale zdarzenia, tym razem z pomocą drugiego zmysłu - nosa.

     Strach był, a jakże, bowiem stwierdzam z niejakim zdziwieniem, że trzymam w garści finkę, po którą sięgnąłem instynktownie.

Nie boi się bowiem tylko martwy albo głupi.

Widzę niedźwiedzia uszami, chwilami węchem, jak krąży i już nie mruczy, tylko porykuje! Jednak nie wyczuwam wrogości w tych rykach, raczej irytację,  niezadowolenie, że oto pojawił się intruz na jego terenie.

Wczoraj traktor kosił i hałasował cały dzień, a dziś pojawił się namiot. Niedźwiedź obchodzi namiot, jest nie więcej niż dwadzieścia - trzydzieści metrów, ależ się wyperfumował!

Mocniej zaciskam nóż w chwili gdy misio mruczy z bliska ze zbocza ponad namiotem, czyli za moimi plecami.

Rozpatruję sprawę z wisielczym humorem, tudzież wagowo: ja – 70 kg z haczykiem, dorosły bieszczadzki niedźwiedź może 500, czy nawet 600 kg. Zero szans. Jednak statystycznie dobra nasza, bo nie zanotowano w Bieszczadach żadnego przypadku śmiertelnego.

Zdarzenie trwa już dość długo, pewnie pół godziny, na pewno trzy pełne okrążenia namiotu były - teraz zwierz usiadł chyba, ponieważ mruczenie dobiega z tego samego kierunku. Nauczony przez babcię - Szeptuchę wysyłam myśl do mego Ducha Opiekuńczego, aby porozumiał się z Duchem niedźwiedzia i namówił owego do odejścia.

System zadziałał – oto pomruki wyraźnie łagodnieją, nawet powiedziałbym, że stają się przyjazne, po czym stopniowo cichną – misio wziął i sobie poszedł. Uff!

    I zaprawdę, powiadam wam: - przypomina mi się scena z Niedźwiednikami z Bombaju, z książki Robertsa Shantaram. Pamięć podsuwa dziwne słowa, jak mi się wtedy wydawało: – Każdy jest wędrowcem. Wędrowcem przez życie i kiedyś spotka swego niedźwiedzia, a wtedy powinien go pokochać.

    Jako że zwierzęta mają osobiste terytorium, być może jest to ten sam niedźwiedź (niedźwiedzica?), na którego drodze znalazłem się w tym miejscu już dwukrotnie. Czy mam go w takim razie nazywać „moim” niedźwiedziem? Bo jeśli tak, a do tego jest to niedźwiedź-dziewczynka, na co wskazywały końcowe przyjazne pomruki  onego - onej w czasie obu incydentów nocnych, to nie mam wyboru i powinienem go – ją – pokochać!

Cisza kompletna. Napięcie opadło, jeszcze trochę czuwam zanurzony w tej sadzy ciemności - w końcu senność zwycięża.


 

sobota, 18 listopada 2023

Wierzba, koza i wilk


Znajome kozy opowiedziały mi następującą historię: 

- Nad brzegu jeziora rosła sobie wierzba. Mijały lata i wierzba stopniowo pochylała się nad taflę wody. Drzewo próbowało zatrzymać to pochylanie rozrostem korzeni, jednak bez skutku i w końcu zrozumiało, że walczyć już nie ma po co.

Pewnego pięknego dnia nad brzeg przyszła młoda kózka napić się wody, co zauważył wilk i postanowił skorzystać z okazji. Kiedy kózka spostrzegła skradającego się wilka było już za późno na ucieczkę przez łąkę. Nie zamierzała jednak się poddawać. Natychmiast wskoczyła na pochyłe drzewo. Wilk był pewny swego, był pewny, że zaraz wspaniałe, delikatne mięso młodej kózki zaspokoi jego głód. Wierzba, która miała już swoje lata, przyglądała się temu dramatowi z wielkim zainteresowaniem. Zrozumiała bowiem, że życie ma różne barwy i że czasami żyje się po to, by w jednej chwili podjąć właściwą decyzję, gdyż druga szansa może się już nigdy nie powtórzyć.

Wilk podbiegł pod samo drzewo - kózka stała może dwa metry ponad nim i o dziwo wcale nie truchlała ze strachu.

Koza była zupełnie wyluzowana, albowiem Kozie Siły Wyższe wspierały ją duchowo. Nagle wilk skoczył w górę usiłując chwycić kózkę za nogę, jednak to mu się nie udało i na wbitych w korę pazurach zawisł na drzewie. Tego ciężaru drzewo już nie utrzymało i natychmiastowo, tudzież początkowo nawet bezgłośnie puściło się gruntu, którego przez te wszystkie lata z takim uporem się trzymało. Na końcu wydarzenia rozległo się wielkie ŁUP! I drzewo całym ciężarem przygniotło wilka do ziemi.

Owemu oczy wyszły z orbit, pękła mu głosowa struna, po czym zaliczył natychmiastowy zgon.

Kózka niezwykle zgrabnie, oraz z wielkim wdziękiem zeskoczyła na ziemię. Była uratowana.



Stała zaskoczona, ponieważ wszystko stało się tak szybko. Stała więc i patrzyła z obrzydzeniem na flaki, które tymczasem wyskoczyły z rozgniecionego wilka. Potem przeniosła wzrok na powalone drzewo rozumując słusznie, że ocalenie zawdzięcza wierzbie. Serce kózki przepełniała wdzięczność. Odtąd kózka zawsze przychodziła w to samo miejsce napić się wody i wspominała drzewo, które uratowało jej życie, powtarzając w myśli: - „Tak widocznie miało być, bo wiadomo przecież, że nie ma przypadków!”

Po dwóch latach koza zauważyła, że w miejscu gdzie rosło drzewo wyrasta młody pęd, atoli nie zjadła niezwłocznie tej świeżej gałązki, jak to kozy mają w zwyczaju. Odrost- dziecko wierzby, szybko zmieniało się w nowe drzewo, rosnąc razem z kozą, początkowo pionowo, atoli po kilku latach zaczęło się pochylać w stronę wody. Dojrzała już koza widząc to naparła na nie mocno przywracając je do pionu, a następnie udeptała dookoła ziemię swoimi racicami powtarzając w myśli: - „Jedna pochyła wierzba wystarczy”.


Kiedy przychodzi letni skwar, zarówno koza jak i drzewo cieszą się swoją obecnością. Drzewo rosnąc wprost do nieba, ma przed sobą wiele lat życia, a starsza już koza leżąc w jego cieniu patrzy z miłością na drzewo i na swoje baraszkujące dzieci – koźlęta, pilnując ich przed wilkiem.


W życiu każdej istoty żywej bywają Piękne Chwile. I takich wspomnień należy się trzymać, bo rzecz to słuszna i zbawienna.

 

piątek, 21 kwietnia 2023

Dwa światy

Moje dwa światy. O sobie bowiem mogę pisać swobodnie.

Pierwszy świat ma nazwę Pogoń.

Pogoń za pieniądzem, dobrami materialnymi, odurzenie tak zwaną Prosperity.

     Własna firma, 350 godzin pracy w miesiącu, także jako robotnik, jednak za godziwe, uczciwie zarobione pieniądze.

Plan Balcerowicza – tracę zamówienia, zwalniam wszystkich pracowników, staję sam przy maszynie w cyklu 36 godzin. Kilkakrotnie wysyłam w eter myśl: - Aniołku, nie chcę tak ciężko pracować! Chciałbym się raz porządnie wyspać i wyleżeć!

Myśl zostaje wysłuchana – wypadek samochodowy, śmierć kliniczna, osiem miesięcy w szpitalu. Po dwudziestu latach zamykam działalność.

 

Wychodzę ze szpitala i rozglądałem się za jakąś pracą, ale już nie fizyczną. Rozwijało się zainteresowanie giełdą, wprowadzono kontrakty terminowe, a ja skoczyłem na główkę w ten nowy świat. Z całym sercem, ale jednocześnie na główkę. Przykład? Rano daytrading na Wig 20, wieczorem Wall Street, po północy  noctrading na Nikkei 225. Uzależnienie od pieniądza - witamy w krainie Paranoja.

    Więc kolejna myśl, ale tym razem od Anioła do mnie: - Rzuć to! Przyhamuj. Zarobiłeś? Odpocznij! Niezależnie od tego ile masz i tak umierając zostawisz wszystko.

Poniższy obrazek celnie podsumowuje ten miniony etap mojego życia.


Drugi świat nazywa się Luzik.

Rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.

- Pod Chryszczatą

Na tej łące górskiej każdy dzień odbieram jak niedzielę, a więc święto. A do tego dziś jest akurat niedziela. Czyli jest niedziela w niedzieli. Sto procent niedzieli w niedzieli, wokół przestrzeń, nad głową krzyk orłów i bezmiar nieba. Pogodnego błękitnego nieba, z odcieniem kobaltowym.

I to dzieje się realnie, nie jest to sen, ani bajka.




 

Wilk napadł na Czerwonego Kapturka

Czerwony Kapturek woła : - ratunku!

Przez las idą krasnoludki, jeden pyta: - pomożemy?

Pozostali jednogłośnie; - coś ty! Przecież ona nie jest z naszej bajki!

 

Żeby komuś pomóc, najpierw należy zacząć od siebie, sobie pomóc, siebie naprawić. Rodzice, kapłani, społeczeństwo, oni wszyscy psują, niszczą człowieka.

Silnie dotarło to do mnie właśnie tutaj, na samotnym biwaku pod Chryszczatą. Dotarło poprzez uczucia, które nie kłamią. Jestem wdzięczny Losowi, że dał mi możliwość samonaprawy, obudził iskrę buntu i nasycił wdzięcznością. Zobaczyłem ten mój poprzedni świat, świat chorej pogoni.

      A więc wdzięczność.

Ta wdzięczność to nic innego jak wybijająca z człowieka fontanna bezinteresownej miłości.

Pracowicie gra orkiestra miliona świerszczy, wieje zefir, a ja upajam się widokami na tym dachu Boskiego Hotelu Siedem Gwiazdek.

Podnosi się upał, a wraz z nim jeszcze wyżej unosi się miłość w sercu Zbyszkowym. Tak, to jest godne i sprawiedliwe i tego warto się trzymać.

Uczucia nie kłamią i upajając się nimi, czuję się rewelacyjnie, jakbym na nowo się narodził.

Albo odkrył w sobie wewnętrzne dziecko.


 Wszystko mija, a bieg zdarzeń bierze początek z myśli. Z prawidłowych myśli.  Poza tym, żeby docenić ciepło, najpierw trzeba zmarznąć. Inaczej się nie da. 

      Poza tym, nie trzeba od razu gdzieś wyjeżdżać ......


wtorek, 22 lutego 2022

Jedzenie biwakowe

 


Na biwakach jadłem: kasze, warzywa, pomidory, czosnek, makarony, czasem kartofle, fasolę, cebulę, cieciorkę, soczewicę, groch, bób, jajka, chleb, bułki, ciastka, lody (z przyczyn oczywistych tylko przy sklepie w dniu zakupów), biały ser, kiełbasę, pyszny pasztet na wagę. Piłem głównie wodę, także miętę i kawę. Tłuszcze – masło, smalec ze skwarkami.








 Niemal codziennie do każdego gotowania dodawany był borowik. O poziomkach, jagodach, malinach, a potem jeżynach i na końcu orzechach laskowych nie piszę za dużo, bo po co. One są w Bieszczadach w swoim czasie zawsze na wyciągnięcie ręki.




 Gotowane posiłki były jednogarnkowe, teoretycznie niby zupy, ale bardzo gęste. Nazywałem je oczywiście „ein topf”. Ilość tej gęściny to zwykle półtora litra. Nieraz gotowałem dwa litry i wszystko zjadałem za jednym zamachem. Apetyt mi dopisywał, bo chodziłem bardzo dużo.

Gotowanie starałem się poczyniać bezdymnie, najbardziej lubiłem na szyszkach, atoli nieraz z powodu wilgoci zadymiło na krótko - najwyżej na pół minuty. Tego pilnowałem mocno, chciałem być mało widoczny, wtopiony w przyrodę, pomimo tego, że w promieniu ładnych paru kilometrów nie było ludzi. To jest jeden z  elementów należących do "odruchów zwierzęcych", kamuflaż, albo wdruk pamięciowy z czasów praprzodków; - działaj jak wilk, kryj się. Znałem już to uczucie niepokoju - zagrożenia nawet, kiedy po wielodniowym samotnym biwakowaniu zauważałem człowieka. Pisałem już, jak mocno uderzyło mnie to wrażenie, kiedy przydarzyło się po raz pierwszy. Poczułem się dzikim zwierzęciem, bo instynkt zadziałał przed myślą - kucnąłem w zielsku i zastanawiałem się zdziwiony co ja robię.




Częstą potrawę stanowił budyń czekoladowy (na wodzie - dorosły człowiek nie trawi mleka - Edgar Cayce) - łyżka masła, cukier, kakao, odrobina soli, grube płatki owsiane lub jęczmienne, kasza manna. Po zagotowaniu zostawić na kilkanaście minut. Budyń powinien mieć taką samą konsystencję, jak „ein topf” - żeby  łyżka w nim stawała dęba. Ten budyń, to moje ulubione danie od dzieciństwa. Widocznie mam ciągły niedobór kakao w organizmie.

 Jadłospis uzgadniałem z brzuchem, dania były proste, zmieniałem składniki aby urozmaicać smaki. Za Chryszczatą, gdzie biwakowałem najdłużej, posmakowałem w podsmażanej cebuli z kaszą i do tego jeżyny – mniam!

 I o jedzeniu dość - niech każdy je co chce.