Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztaudynger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztaudynger. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Żyć tak, aby szły iskry

 


Przeglądam teksty z napęczniałego archiwum (nic dziwnego, przecież lubię pisać), oto jeden z tekstów z barwnego roku 2014, w którym 8 miesięcy podróżowałem:

 „Skorzystałem akurat z podwózki przy pomocy BlaBlaCar, a że nie ma przypadków, kiedy wpadł mi w ręce w przepięknym poznańskim Starym Browarze wywiad z pisma dla kobiet, miałem przeczucie. Jakie? Ano że być może znajdę  w nim „Słowo od mego Anioła”. Najpierw przeczytałem motto:

 

O ma duszo, bądź gotowa na przyjście Nieznajomej

Gotuj się, gdyż nadchodzi ta, która umie stawiać pytania.

Ta, która nigdy nie zapomni drogi do twojego domu,

Bo choćbyś unikał życia, to przed Śmiercią nie znasz schronu.

 

Czytałem te słowa zdziwiony, bo właśnie oczekiwałem na spotkanie z Nieznajomą z internetu. Byłem podekscytowany, energia mnie rozpierała. Przeczytałem, nastąpiła chwila zastanowienia i pojawiła się w głowie jedna z fraszek Sztaudyngera, z zasobu na tak zwane specjalne okazje:

 

Nadmiar wigoru stwarza przymus zamiast wyboru.

 

- A co mi tam – niby pomyślałem. „Niby”, ponieważ były to chwile zdarzające się facetom, kiedy to nie myśli się głową.

Czytałem dalej:  

Sonja Heikkila należy do stu najważniejszych myślicieli 2014 roku.

    „W Finlandii na przykład nowym trendem jest nieposiadanie samochodu. Tak zaczynają myśleć młodzi ludzie. Że to nieposiadanie jest nową wartością, bo jest przyjazne środowisku, nie ogranicza wolności. Kiedy bowiem zaparkujesz, musisz wrócić w to miejsce, nie możesz iść dokąd chcesz, nie możesz napić się piwa. To ogranicza.

Nie chcę mieć samochodu, ale chcę się przemieszczać i mieć swobodę ruchu.

Wydaje się, że nadeszła era, w której ważniejsze staje się doświadczenie i wrażenia.

      Ale żyjemy przecież w konsumpcyjnym świecie.

Uważam, że to się zmienia. Ludzie zaczynają redukować liczbę rzeczy, które posiadają. Przechodzą na minimalizm. To wciąż mała grupa młodych, ale trend będzie narastał. To nasza przyszłość. Posiadanie wychodzi z mody”.

Dalej Finka opowiada o MaaS i korzystaniu ze smartfona, aby mieć na zawołanie wygodną podwózkę w dowolnym miejscu.

   - Czy nie obawiasz się, że to skończy się tak, że niemal przestaniemy chodzić?

- Tak, trochę się tego obawiam. Trzeba będzie pomyśleć o wspieraniu chodzenia i jeżdżenia na rowerze.

      W wywiadzie pada także kilka ciekawych zdań na inne tematy.

 - W samotności może być dobrze. Kiedy nie ma partnera świat o dziwo się nie zawala.

    - A co z bliskością?

- Bliskość to nie tylko seks, ale także rozmowa. Bliskość ma wiele form.

A życie polega na tym, aby szły iskry”.

 

P.S - I zaiste, powiadam Wam, to ostatnie zdanie trafiło mi prosto do duszy. Pomyślałem: - Tak jest! Aby iskry szły! Ładnie powiedziane! Połączyć seks z bliskością i rozmową!

           Aliści nadpłynęła refleksja filozoficzna: - jeśli jest ładnie, to dla równowagi powinno być także brzydko. Tudzież wyjaśnienie dla moralistów, lub tak zwanych świętoszków: - wielu prawd nie da się składnie przekazać bez użycia języka potocznego. 

Oto prawda o "iskrach w życiu" zawarta w starym polskim powiedzeniu: - Pić, pierdolić, nie żałować, bida musi pofolgować.


środa, 13 października 2021

Ulecieć ponad siebie

 Siedzę w namiocie, deszcz szumi na tropiku.

Dziś za mną trasa krótka – niecałe 10 km. Tylko wyruszyłem w trasę, gdy niebo zaczęło się stopniowo zaciągać. 

Szedłem rozglądając się za jakimś sympatycznym miejscem pod namiot. Zobaczyłem takowe, paręnaście minut i dom stał, uwinąłem się z podpałką, garnkiem, wodą i wkładką do niej - 20 minut i gęste jedzenie było ugotowane. Spadły pierwsze krople, więc hop w namiot, zjadłem i zapisuję refleksje. Jak Czytelnicy wiedzą – lubię pisać. Niby są to listy do samego siebie, atoli bez Czytelników byłoby tylko pół sukcesu. A przecież sukces powinien być całkowity, bo pół to znaczy tyle, że nie ma nic. Była na blogu anegdota „Pół sukcesu”, nie będę powtarzał.



Swój lgnie do swego, albo inaczej – pokrewna energia przyciąga się. Czarny trzyma z czarnym, kanalia z kanalią, a przyzwoity z podobnym do niego.

Mnie przyciągają ludzie ciekawi. Lubię poznawać nowych ludzi. No może precyzyjniej będzie napisać, że lubiłem, bo teraz, być może przez wirusa, kontakty mocno się ograniczyły. Wydaje mi się, że ludzie się boją, a i ja nie szukam spotkań, ponieważ atoli dobrze mi z moim własnym osobistym człowiekiem. Oj, przewinął się w moim życiu wianek osób ponadprzeciętnie interesujących, paranormalnych, pasjonatów wszelkiej maści, dziwaków, odmieńców, ale też trafiło się kilku niezłych wariatów. Mówiąc krótko: - unikam zwykłych Kowalskich, którzy przed laty wpadli w wyjeżdżoną koleinę życia, zagłębili się w niej po uszy i tak tkwią. Nie wychylają się w żadną ze stron, nie grzeszą. Być może oczekują za to biletu do nieba. A jeśli nie ma nieba? To tylko fikcja? Urojony towar, na którym czarni zbijają od wieków niezłą kasę? A zwykli Kowalscy nie zdają sobie sprawy, że to nie jest życie, tylko wegetacja, tylko czekanie na śmierć. Unikam takich ludzi, ponieważ między nami iskrzy na styku.

Osho wielokrotnie powtarzał: - od czasu do czasu pozwól sobie na odrobinę szaleństwa. Tudzież: - Bóg kocha małych grzeszników.

Anegdota Osho.

Umarła niestara kobieta. Była bardzo piękna za młodu i pomimo upływu lat, utraciła niewiele urody. Staje przed bramą raju, a na jej spotkanie wychodzi święty Piotr i pyta:  Czy kiedy byłaś na ziemi, pozwalałaś sobie na jakieś bara-bara seksualne, drinkowanie, czy inne grzeszki?

Nigdy, nigdy! – gorąco reaguje kobieta.

Czemu więc nie przyszłaś tu wcześniej? – pyta Piotr. Przecież od tak dawna byłaś całkiem martwa!

 

A przecież trzeba żyć! Dlatego pamiętaj: - nie umieraj przed własną śmiercią.

Co innego kontakt z jakimś outsiderem, który potrafił wyrwać się tresurze społecznej i stworzyć swoją własną bańkę. Tu natychmiast budzi się ciepełko w sercu, czuję przyciąganie i niejednokrotnie znajomość dostarcza nut mistycyzmu.

Był raz sobie pewien mistyk, lubił baby i z nimi styk

                                              Jan Sztaudynger

Rozpisałem się, a miałem zająć się pewnym wątkiem, być może ciekawym dla Czytelników. Otóż po kilku latach od powrotu do życia po śmierci klinicznej w 1995 roku (był wpis: -„po drugiej stronie”) zacząłem mieć sporadyczne doznania „ulatywania ponad siebie”. Po pewnym czasie to się skończyło, aby po wieloletniej przerwie wrócić w 2013 roku. Od tej pory przydarza się mianowicie tak, że po co najmniej dwóch, trzech godzinach samotnego marszu, zaczynam widzieć siebie z góry. Jakbym leciał w dronie tuż ponad swoją głową, trochę z tyłu i trochę z boku i widzę siebie, jak idę. To silne uczucie i do tego poparte myślą: - Oto widzę jak moja powłoka, moje ciało idzie. Akceptuję to ciało, dbam o nie, bo dzięki niemu jestem w tym wcieleniu. Niech służy w sprawności przez czas mi przeznaczony.

I takie tam: - na blogu dziś trzy trzynastki - godzina publikacji posta oraz dzisiejsza data. 13 to miłość, albo dłoń. Dwie trzynastki to dwie miłości, albo dwie dłonie, albo modlitwa itd.