środa, 9 grudnia 2020

Wodny pałac Yum Kaxa

 Studnia Ofiarna 3

Chitzen Itza - Piramida Kukulkana





Cenote z Chitzen Itza ma około sześćdziesięciu metrów średnicy. Powierzchnia wody od wieków, znajduje się na tym samym poziomie dwudziestu metrów poniżej górnej krawędzi brzegów. 



Na końcu Świętej Drogi, która prowadzi tu od Świątyni Kukulkana, stoi inna mała świątynia. 



Thompson nazwał ją Świątynią Ostatniego Oczyszczenia. To w niej wybrane dziewczęta – przyszłe oblubienice Yum Kaxa – poddawano rytualnemu oczyszczeniu dymem z kopalowej żywicy – pum. Odzywały się flety, warkotały głucho tunkule – bębny Majów. Na brzegach stał tłum i śpiewał hymny pochwalne na cześć Yum Kaxa, trąbiły rogi z morskich konch. Orszak podchodził nad samą krawędź Studni - zbliżało się to, co ostatnie.



Platforma Ofiarna.

Na samym skraju cenote, znajdowała się kamienna Platforma Ofiarna. To stąd kapłani Majów zrzucali oszołomione narkotykiem, prawdopodobnie już nieprzytomne dziewczyny w głębiny Studni. Trzeba było tylko chwycić Wybrankę za ręce i nogi, rozkołysać i dziewicza narzeczona zstępowała do wodnego pałacu boga Yum Kaxa.



Ludzie modlili się:- Boże, przyjmij tę dziewicę i ześlij urodzaj na nasze pola, daj wyrosnąć kukurydzy, daruj nam deszcz. Boże, przyjmij dziewczynę i racz przyjąć także inne nasze dary ……



 Gładka tafla wody w Studni Ofiarnej, uspokojona już po wrzuceniu dziewczyny, pokrywała się teraz licznymi kręgami - na powierzchnię cenote spadał deszcz klejnotów z nefrytu, złota, kulki żywicy kopalowej.

Bębny warkotały nieustannie, a wierni błagali: - Boże, daj wodę naszym polom, daj wodę naszym miastom…….

Nawodnione pola rodzą kukurydzę, a kukurydza to życie. Życie miasta, życie całego narodu. Czyż więc łaska boska nie jest warta życia kilku młodych dziewczyn?

Rok w rok, nad Studnię w Chitzen Itza przybywała procesja i powtarzał się rytuał zaślubin boga – mieszkańca cenote z indiańskimi  oblubienicami.

A potem w wodę wrzucano kosztowności.

CDN.


wtorek, 8 grudnia 2020

Herbert Thompson

     Studnia Ofiarna 2

Mija sześćdziesiąt lat od ekspedycji Stevensa i do Chitzen Itza przybywa Herbert Thompson, człowiek, któremu wszyscy wróżyli podobny los - mianowicie mówili mu, że już nie wróci z kamiennego miasta, świeżo przecież opuszczonego przez Wolnych Indian.


I tak się też stało – Thompson nigdy już Chitzen Itza nie opuścił – zamieszkał tu na stałe. A sprowadziło go tego niezwykłego miasta Majów zaledwie kilka krótkich zdań z „Relacji” Diego de Landy, mówiących o skarbach ofiarnych zatopionych w cenote


Możemy się tylko domyślać ilu Indian zamęczył biskup Diego de Landa, dla zdobycia wiadomości o Studni. Thompson działał planowo - żeby ułatwić sobie poznanie tajemnicy Studni Ofiarnej, objął stanowisko konsula amerykańskiego na Jukatanie. Tu ciekawostka z jego życia: - wpisał się do historii archeologii amerykańskiej między innymi dzięki temu, że kupił całe indiańskie miasto. Mianowicie kiedy wraz z Catherwoodem odkrył w dżungli miasto Majów – Copan, zgłosił się do niego Metys, mieszkający w wiosce nieopodal i przedstawił dokumenty, z których niezbicie wynikało, że jest właścicielem całej okolicznej puszczy, a więc także ruin, które tam tkwią. Stevensowi nie pozostawało więc nic innego, jak odkupić od właściciela prawo własności do Copan za …… całe pięćdziesiąt dolarów! No i jako dodatek musiał urządzić wystawny bankiet dla wszystkich mieszkańców wioski. Podobnie zmuszony był zrobić sześćdziesiąt lat później Thompson – aby przekonać się o prawdziwości zapisów Diego de Landy o skarbach ze Świętej Studni, teraz on kupił prawo własności do Chitzen Itza. Tu cena była już nieporównanie wyższa, chociażby z powodu inflacji – minął przecież szmat czasu.



W ten oto sposób kolejny pasjonat – dwudziestopięcioletni konsul Stanów Zjednoczonych Ameryki, Herbert Thompson, stał się właścicielem hacjendy San Isidro, na której spędzi kolejne 50 lat – całą resztę życia. Od Meridy – siedziby konsulatu, dzieliło go wiele godzin jazdy w siodle, ale nie dbał o to – po prostu w Meridzie bywał niezwykle rzadko, a całą energię poświęcał życiowemu celowi – wymyślaniu sposobów eksploracji Studni Ofiarnej. Jednak poza pasją i tytułem konsula więcej atutów nie miał. Brakowało mu paru rzeczy, a głównie pieniędzy, bowiem cały majątek rodzinny wydał na kupno hacjendy.



Nie miał pojęcia o archeologii, jednak dzięki pasji samouka szybko nadrobił braki wiedzy. Gorzej było z nurkowaniem – nigdy nie pracował pod wodą. Atoli te drobne przeszkody nie zniechęcały Thompsona, nie tracił pogody ducha – przecież miał przed sobą całe życie! Przychodził codziennie nad Studnię i patrzył godzinami na wodę, a oczami wyobraźni widział skarby, które niechybnie leżą na jej dnie. 


CDN

PS. Na koniec grudniowych wpisów dodam kilka zdań o aktualnym układzie planet, wpływających grawitacją na decyzje inwestorów giełdowych. 



poniedziałek, 7 grudnia 2020

Chitzen Itza

Dziś pierwsza opowieść z serii niezwykłych historii związanych z poszukiwaniem skarbów na Jukatanie. I co ciekawe te wszystkie historie skupiają się w jednym miejscu.

Chitzen Itza - to największe i najsławniejsze miasto Majów, stało się sławne między innymi dzięki cenote - Świętej Studni



Centrum Chitzen Itza, gdzie wznosi się Piramida Pierzastego Węża (latającego boga Kukulkana), łączy ze Studnią Ofiarną Święta Droga. Ta Droga, to szeroki na 10,5 metra bulwar o długości 274 metrów.






Kiedyś tą Drogą kroczyły wielotysięczne zastępy, aby oddać hołd Yum Kaxowi, bogu pól i lasów, ponieważ życie każdego mieszkającego tu Indianina, uzależnione było od wody. A ta, na wapiennym podłożu Jukatanu, utrzymywała się jedynie w charakterystycznych studniach - cenotes.  




                                       

Na Jukatanie jest kilka znanych cenotes, ale jedno z nich jest wyjątkowe. Majowie wierzyli, że Yum Kax żyje na dnie tego właśnie szczególnego cenoteStudni Ofiarnej z miasta Chitzen Itza. Pielgrzymi przychodzili więc nad krawędź Studni, aby błagać w modlitwie jej mieszkańca o życiodajną wilgoć. I płacili bogu za deszcz i wodę: - do Świętej Studni wrzucano ofiary - najpiękniejsze dziewice i cenne klejnoty. Tak działo się przez setki, a może i tysiące lat. Na dnie musiało się więc zgromadzić niezłe bogactwo.

Dziś Droga jest oczyszczona, lecz przed stu kilkudziesięcioma laty, kiedy dotarła tu pierwszy ekspedycja Stevensa, droga była niewidoczna – zakrywał ją gąszcz buszu, zwany tu selvą. Odkrywcy przerąbywali się w pocie czoła przez gąszcz selvy, aby dotrzeć nad krawędź Studni, skąd mogli tylko popatrzeć w dół.



               

Bowiem na wszystko przychodzi odpowiednia pora i taka pora dla pierwszego badacza, który chciał się dowiedzieć, ile prawdy jest w tych opowieściach o bezcennych skarbach zalegających na dnie cenote, miała nadejść dopiero po sześćdziesięciu latach od ekspedycji Stevensa.                           

Czemu musiało upłynąć aż sześćdziesiąt lat? Oto zrodził się Bunt. Potomkowie Majów powstali, wytłukli nielicznych białych i od tej pory nie wpuszczali obcych na swoje terytorium. Dopiero po sześćdziesięciu latach Powstańcy wycofali się głębiej w busz.

sobota, 5 grudnia 2020

Sygnał

Wiele lat temu, zaraz po odkryciu wiązek neutrinowych, naukowcy zachłysnęli się odkryciem i natychmiast rozpoczęli neutrinowe kosmiczne nasłuchy. Zachłysnęli się nowością, ponieważ decydentom - czytaj: - propagandzie, udało się skutecznie wrzucić w niepamięć Informację z farmy Crabwood, a także Wiadomość z pola sprzed radioteleskopu Chilbolton. Poza tym w dotychczas eksploatowanych pasmach nasłuchu nic się nie działo.

Nie trzeba było długo czekać na wynik - minęło tylko kilka miesięcy i specjalistom udało się zarejestrować Sygnał. Sygnał był niewątpliwie sztucznego pochodzenia (w tym przypadku "sztuczne" oznacza od istot żywych - naszych braci kosmicznych) i nadbiegał z szerokiego radiantu obszaru alfy Małego Psa, oraz jego otoczenia w promieniu 1,5 stopnia.

Sygnał zawarty był pękach niskoenergetycznych, w paśmie 57 milionów Ev. i zawierał bilion jednostek w przeliczeniu na kod binarny. Przekaz nadawany był sposobem ciągłym, po nim następowała przerwa, po przerwie Przekaz ponawiano.

Specjaliści nie mieli wątpliwości, że mają do czynienia z Informacją i należy podjąć próbę jej odczytania. Ponieważ nadmiarowość w kanale przesyłowym była przyzerowa, sygnał przedstawiał się jako szum.

O tym, że ten szum jest Sygnałem, świadczyło to, że co 87,66 godziny następowała przerwa, po której cała modulowana sekwencja powtarzała się z bezbłędną dokładnością, na co wskazywała profesjonalna rozdzielczość (30.000 Ev.) ówczesnej aparatury używanej na Ziemi.

Aparatura ta nazywała się Lascaglii-Jeffreysa i w czasie o którym piszę (lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku) były w nią wyposażone jedynie nieliczne obserwatoria światowe.

Oczywiście sprawą zainteresowali się wojskowi. Tu zwrócę uwagę Czytelnika na specyfikę wojskowych mózgownic – oni wyobrażali sobie, że oto Ktoś być może podaje przepis na produkcję jakiejś fajnej bombki atomowej, lub czegoś w tym rodzaju i dzięki odkodowaniu Sygnału zdobędą „przewagę” nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.

Prace nad Sygnałem były żmudne, trwały całe lata i podobno osiągnięto niewiele. Ogłoszono jedynie, że Sygnał – List ma znaczenie podwójne: - działa „stymulująco” na stworzenia żywe i rośliny, oraz zawiera niemożliwą do odczytania treść.                                                                                                  

Ponieważ sprawę pilotowały Służby, mogłem spokojnie założyć, że odczytaną informację objęto tajemnicą. Od opisanej sprawy minęły lata i dziś możemy powiedzieć: - ogólnie decydenci kłamią. Czyli witamy w Roswell.

W każdym razie końcowe podsumowanie brzmiało: - „Informacja prawdopodobnie jest przeznaczona dla odbiorcy poza Ziemią, a ziemska aparatura odebrała ją tylko z tego powodu, że akurat znajdowaliśmy się przypadkowo na drodze wiązki przekazu”.

W komunikacie dostajemy potwierdzenie, że była to Informacja przekazywana w wiązce kierunkowej (małe zużycie energii). Natomiast wskazanie, że Informacja była przeznaczona dla kogoś innego, potwierdza, że jest więcej kosmicznych braci, niż tylko nadawca i my. Nie ma przypadków, a ja nie mam aparatury do odbioru wiązek neutrinowych, ale Liczby to moja domena. Otóż zaintrygował mnie czas trwania Sygnału – 87,66 godziny.                                                                                                      

Pomyślałem: -  ta liczba wydaje mi się dziwnie znajoma. Pomyślałem i odpuściłem pamiętając o wu –wei, luziczku: - jeśli mam coś wiedzieć, to będę o tym wiedział, musi tylko nadejść odpowiedni czas. I ten czas nadszedł już o poranku następnego dnia! Bingo!

 Przecież rok ziemski ma 8766 godzin!                                                              

365,25 dni x 24 godziny = 8766  godzin.                                                                                           

Albo inaczej: - 87,66 godzin : 24 = 3,6525 dnia! Czyli 87,66 godzin to jedna setna roku!

Jaki z tego wniosek? Sygnał był przeznaczony dla Ziemian, a jego treść utajniono.                                                                      

A wracając do informacji, która się ostała - czyli zauważonym wpływie Sygnału na kod genetyczny istot żywych. Oto dowiedzieliśmy się, że Ktoś steruje zmianami i pozostaje tylko pytanie, jaki jest kierunek zmian, jaka przyszłość nas czeka, czy zmiany kodu to są Popraweczki, czy też Pogorszeczki. Biorąc pod uwagę traktowanie Ziemi przez homo sapiensa, wyłaniają się dwie tezy:

- Po pierwsze primo ludzi jest za dużo.                                                                      

- Po drugie primo z punktu odczuwania Matki Ziemi, ludzkość skoncentrowana na walce z przyrodą, zagubiona w dualnym umyśle zbiorowym, podchodzi do krawędzi.

 

 

 

piątek, 4 grudnia 2020

Smolnik nad Osławą

Jest po trzydniowym deszczu, jednocześnie jedzenie się kończy. Pojadę na rowerze do sklepu - najpierw szosą, potem drogą, po której przed wojną biegły szyny kolejki bieszczadzkiej w stronę Łupkowa. Droga miejscami tonie w sławnym tłustym bieszczadzkim błocie – co za frajda wpadać pędem w błoto z duszą na ramieniu – przewrócę się, albo nie przewrócę? Trzeba w siebie wierzyć, bo wiara czyni cuda, a ja w siebie wierzę i dlatego ani razu się nie przewróciłem, ale rower uszlajany do imentu. Tydzień temu byłem w sklepie w Nowym Łupkowie, to teraz dla odmiany zajadę do Smolnika nad Osławą i przy okazji odwiedzę mego przyjaciela rzeźbiarza Zbyszka Sawickiego – nie ma przypadków, nasze nazwiska różnią się tylko jedną literą.











Ostatnia rzeźba Zbyszka. Inne do obejrzenia na Facebooku.



Kładka - dwuteownik skracający drogę od Zbyszka do cerkwi.



Powrót i rowerowa kąpiel w Osławie. 






czwartek, 3 grudnia 2020

Czerń a może biel

Grudzień - naturalny czas na mały rachunek sumienia.

Dużo piszę o radości życia, o wolności. Proszę jednak nie myśleć, że namawiam do rozwodów, albo gloryfikuję singlowanie. Broń boże. Po prostu już przeszedłem swoje w dwóch małżeństwach, każde trwało dwadzieścia lat. Wiem, że bywają autentycznie szczęśliwe, długoletnie małżeństwa. Jakoś nie dane mi było takiej pary poznać, ale Stachura miał to szczęście i mniej więcej tak to opisał: 

- „Obserwuję ich ze zdziwieniem i zazdrością. Są tyle lat po ślubie, a miłość z nich nie uleciała. Szanują się. Kiedy jedno mówi, drugie słucha, czule się do siebie zwracają, a kiedy na siebie patrzą, widzę perły w ich oczach. Ach jakie to piękne".

 Życie jest lekcją i zbieraniem własnych doświadczeń. Na przykład mój antyklerykalizm narodził się z pierwszego nieudanego kontaktu z lekcjami religii i kościołem (wpis o szkole z ul.Grottgera). Mijały lata, ja trwałem w niechęci do kk, aż przyszedł moment, kiedy zacząłem mieć wątpliwości, czy nie tkwię przypadkiem w jakimś zaprzaństwie. Spróbowałem więc w imię miłości do świata, to swoje uprzedzenie przełamać. Niestety bez rezultatu. Mało tego – w próbach łamania uprzedzenia przestudiowałem liczne teksty teologiczne - właściwie stałem się teologiem, a mój antyklerykalizm nie tylko stwardniał, ale się przemienił w antyklerykalizm wojujący! Zobaczyłem kk - tę największą korporację, jako układ o strukturze mafijnej, demiurga zła w Polsce, podporę podłych polityków. Okupanta, który ze swej istoty jest instytucją totalitarną – to ukryty wróg demokracji i wolności.  

Patrzę w kalendarz – koło połowy grudnia planuję przerwę w pisaniu. Odezwę się w nowym roku, na początku stycznia. Na koniec grudniowego pisania szykuję 7 odcinków o poszukiwaczach skarbu zatopionego w Studni Śmierci na Jukatanie.  

                                     Dualizm


To góra i dół, lewo i prawo, ale też białe i czarne. W ten ostatni wzór wpisuje się klasyczny już podział w polskim zaścianku.

A co na ten temat rzekł był klasyk?: - Wszystkiemu winien jest sułtan i zgraja eunuchów. Ach ten klasyk. Niby ma rację, jednak sprawa jest nieco bardziej złożona.

Nie ma przecież tak, że istnieje tylko czarne i białe. Przez życie człowieka, który potrafi wyrwać się nie tylko mentalnie, ale i fizycznie z indoktrynacji kulturowej, przewija się cała paleta barw, falowanie uczuć, no i delikwent ogarnia wtedy właściwą perspektywę. 


Natomiast u zwykłych zjadaczy chleba, biel życiowa jest tylko jednym jej końcem, a czerń drugim. Egzystencja, którą sobie wybrali, nie zapewnia im wielu kolorów niestety. Czerń brudzi biel i pojawia się szarość, która w ich życiu jest rzeczywistością dominującą.

Dlatego osobnik, który odfrunął tylko mentalnie z rodzimego grajdołka - już uratował siebie i nawet z zasłoniętymi oczami rzeczywistość zaczyna widzieć inaczej.


zdecydowanie ostrzej


azaliż powinien się starać nie oceniać innych (a nie jest to łatwe, bowiem bęcwałów ci u nas dostatek) pamiętając, że każdy ma prawo żyć tak, jak chce.

 ---------------------------------------------------------------------------------------



środa, 2 grudnia 2020

Bielusieńki świat

I znowu zrobiło się biało u Jędrka Połoniny


Całą noc padał śnieg. Cichy, cichy, cichuteńki. Przyszedł świt, a tu świat cały biały, bielusieńki. Niech cię głowa już nie boli, niech cię smutna myśl nie trapi, bo od dziś, bo od dziś – pokój ludziom dobrej woli.

                                                     Marian Hemar



Noc - całą noc dzisiaj zdrowo padało, pierwszy zimowy spadł śnieg i zasypało mię wszystko na biało, spadł zdrajca nocą i cicho legł.                       
Rusz się Zenek do roboty! Wstań Zenek, wstań!

                                                                        Zenek blues




Lubię zimę, a padający śnieg po prostu kocham. Lubię także odśnieżać szuflą. Być może w poprzednim wcieleniu byłem takim Zenkiem z piosenki Andrzeja Rosiewicza. 


                                                                                                              

W zimowych Bieszczadach odgarnia się tylko tyle śniegu, ile trzeba żeby drzwi się otworzyły – dalej można sobie darować. 


                                                      

U Jana Gabriela przed Domem na Górze nigdy nie odśnieżałem, bo Jan mnie zawsze ubiegł. 



                       

Ale jeden raz przydarzyła mi się prawdziwa bajkowa frajda z odśnieżaniem, kiedy mieszkałem pod Toruniem.                                                                                   Nadeszło kilka dni śnieżnych grudniowych, była szeroka, wygodna szufla - prawie taczka, słuszny kawałek placu do odgarnięcia przed garażem, chodniki. Upajałem się wolnością - mijał właśnie trzeci miesiąc od chwili, kiedy "skoczyłem nie mając skrzydeł, a one wyrosły mi już w locie" - po dwudziestu latach wyrwałem się z małżeństwa. Przepełniała mnie radość i taka chęć do roboty, że nie trzeba było wołać wstań Zenek, wstań!    

Idzie zima, śniegiem prószy, marzną noski, marzną uszy

 


Marzną nóżki i paluszki 



A dziewczynkom też cycuszki


 

I dziewczynki wciąż nurtuje


 Czy chłopakom marzną chuje.    

PS, Może ten ostatni zimowy wierszyk nie jest najwyższego lotu, ale potraktujmy go z wyrozumiałością, jako odreagowanie od smutków.



wtorek, 1 grudnia 2020

Błędny program

Przykład dzieci, które jeszcze do szkoły nie chodzą.



Przykład dziecka, które chodzi do szkoły.


Kiedy przynosi dobre stopnie – jest chwalone, przytulane może nawet. Może nawet, bo jest tak wiele rodzin, w których rodzice nie potrafią wyrażać uczuć, a być może wstydzą się, lub boją okazywać czułość.


Dziecko przynosi złe stopnie – rodzice się złoszczą. Powstaje zapis podświadomy; - wartość człowieka zależy od oceny wystawionej przez innych, w tym przypadku nauczyciela, którym może być przecież zwykły głąb.


                                                                                                                       

Bez urazy, ale zwykłe głąby są w każdej grupie zawodowej, ze szczególnym wskazaniem na polityków.

        W podświadomości dziecka na całe życie zapisuje się chory kod: - masz taką wartość, jaką przypiszą ci inni. Czyli zwracaj uwagę na to, co ludzie powiedzą, bo jak zrobisz coś inaczej niż inni, okaże się, że nie jesteś nic wart.

W dorosłym życiu rolę nauczyciela i rodziców przejmie żona, szef, teściowa. Większość się podporządkuje błędnemu programowi. Człowiek, mąż, żona – lub tylko pracownik, który z tego powstał, jest wtłoczony w tłum. Zwykle jest to istota nawet efektywna, która zachowuje się tak, jak od niej oczekują, osiągająca sukcesy. 

Atoli na wszystko przychodzi czas i w końcu do istoty dotrze, że gdzieś kiedyś po drodze zgubiła własne osobiste życie. I wtedy zrozumie czemu nie potrafi się szczerze cieszyć z tego co jest.


Więcej: - taka istota w głębi duszy poczuje się głęboko rozdarta i nieszczęśliwa. A przecież uczucia są najważniejsze, bo one nie kłamią.

I teraz pojawia się problem: - kiedy istota odczuje swoją nieszczęśliwość, zacznie poszukiwać czegoś zastępczego, co ukoi ten ból. Witamy w Krainie Uzależnień.