Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

Kamienne wieże Kaukazu

 Szamil Basajew.

Pisałem nie raz, że powinniśmy uczyć się od naszych wrogów i odpłacać im pięknym za nadobne, według zasady „kto mieczem wojuje”.

Odkąd uznałem kk za wroga wolności, kiedy tylko przeczytałem, czy usłyszałem, że ta organizacja mafijna czegoś zabrania, coś potępia, albo tylko nie pochwala, zaraz zgłębiałem temat, ponieważ z tych właśnie materiałów mogłem wyłuskać kolejne ziarno ukrywanej prawdy.

     Tak samo jest z Rosją. Nie moją rolą jest zastanawianie się nad zrozumieniem „rosyjskiej duszy”, skupiam się na tym, co także dziś boli rosyjskich speców od mocarstwowej ideologii.

Czeczenia. Dwie pełnoskalowe wojny z Rosją.

W niepodległej Estonii po wprowadzeniu własnej waluty pozostały miliardy bezwartościowych rubli. Po rozpadzie Rosji zostały tam góry rubli, które miał odkupić rosyjski rząd. Moskwa targowała się z Estończykami, ci zaś niespodziewanie sprzedali całość według przelicznika sto dwadzieścia dolarów za tonę nic niewartych rublowych banknotów kupcom z Czeczenii. Inni czeczeńscy emisariusze zaczęli zgłaszać się do centralnego banku Moskwy z podrobionymi awizami, na których podstawie przekupieni rosyjscy bankierzy wypłacali im następne miliardy rubli. Gospodarkę w Groznym zastąpił czarny rynek i kontrabanda, a handel w całości przeniósł się na bazar, gdzie na zakupy zjeżdżano nie tylko z Kaukazu, ale i z połowy Rosji. Bo kupić można tu było dosłownie wszystko.

   Liczba chętnych do robienia interesów w Czeczenii stale rosła. Powstawały sojusze polityków i mafii, jedni chcieli handlować z Zachodem, drudzy z państwami arabskimi, a jeszcze inni z Rosją. Chodziło tylko o pieniądze, a nie o politykę.

Kreml niby zaciskał blokadę, szykując się do drugiej wojny, ale kto miał się bogacić i to po obu stronach, ten się bogacił, ponieważ fakty pokazywały, że prawdziwi ojcowie chrzestni większości mafii czeczeńskich zasiadali na Kremlu.

    Każdy władca zwalcza przeciwników, bo się ich boi. Zwalcza na różne sposoby, a wszystkie w dłuższym terminie okazują się nieskuteczne, ponieważ po pierwsze primo nic nie trwa wiecznie, także każde imperium ma swój kres, a po drugie primo martwy przeciwnik, czyli już tylko legenda, mit, jest o wiele groźniejszy, bo mitu nie zabijesz. Bohater legendy, jego słowa, dostają życie wieczne.

   I rzecz ważna – ostrożnie z ufnością, nie należy nikomu do końca wierzyć. Polityka jest brudna (dobrze że niewiele wiemy, bo inaczej człowiek by zwariował). Służby ze sobą współpracują ponad oficjalnymi podziałami.

     Dżohara Dudajewa zabiła amerykańska rakieta kierowana na sygnał telefonu satelitarnego, z którego rozmawiał.

      Szamil Basajew zginął przez prezent - militarny gadżet wyprodukowany w Izraelu.

Precz z propagandą, liczy się tylko źródło, dlatego swego czasu sięgnąłem do książek sotennego Chrina. Poza tym historia weryfikuje postaci i powoduje nieoczekiwaną zmianę miejsc na podium - Chrin okazał się bohaterem, a generał Świerczewski łachudrą.

 

    Więc kogo Rosjanie w Drugiej Wojnie Czeczeńskiej uznawali za największego wroga? Szamila Basajewa między innymi. No to posłuchajmy, co pod koniec wojny Szamil miał do powiedzenia:

- Jestem Szamil Basajew, osiemnastokrotnie zabity – rzucił na powitanie.

- Nie boi się pan, że …..

- Ja to proszę pana niczego się nie boję.

Z jego żywej twarzy wprost tryskały energia, dzika siła życia, niebezpieczna inteligencja i jakiś trudny do nazwania czar.

- To było dla pana chyba niezwykłe lato. Najpierw ogłoszono pana emirem Kaukazu, wkrótce zaś największym terrorystą. A za kogo pan sam się uważa? Kim pan jest? Zbawicielem Kaukazu? Biczem Bożym? Wojownikiem? Mężem stanu?

- Jestem zwykłym muzułmaninem, staram się żyć, jak przykazał Wszechmogący.

- Zwykły muzułmanin, który zostaje uznany za przywódcę świętej wojny przeciw niewiernym? Jeszcze niedawno głosił pan, że największym zagrożeniem dla czeczeńskiej niepodległości jest muzułmański fanatyzm.

- I nie zmieniłem zdania. Prorok Mahomet powiedział, że trzy śmiertelne zagrożenia dla islamu to wojujący bezbożnicy, muzułmańscy uczeni, którzy fałszywie tłumaczą Koran i fanatyczni ignoranci. To ich miałem na myśli, mówiąc o muzułmańskim fanatyzmie. Fałszywymi uczonymi są sprzedajni mułłowie oszukujący wiernych, by przypodobać się bezbożnym tyranom, a wojujący bezbożnicy to oczywiście Rosjanie.

- Porozmawiajmy o pańskim nawróceniu. Jeszcze pięć lat temu słynął pan jako partyzancki komendant, ale chyba nikt nawet nie przypuszczał, że zostanie pan jednym z przywódców świętej wojny, muzułmańskiego powstania na Kaukazie.

 - Prawdziwym muzułmaninem uczyniła mnie wojna. Wszyscy rodzimy się mahometanami. I pan i ja przyszliśmy na świat jako dzieci Wszechmogącego. Nie potrafimy jednak od pierwszych dni odnaleźć prawdziwej drogi, potykamy się, błądzimy po omacku. Błądzą też nasi przewodnicy, nasi ojcowie, kapłani. Często w najlepszej wiedzy sprowadzają nas na manowce. Ja też błądziłem przez lata. Ceniłem wartości, które były kłamstwem. Jeszcze podczas poprzedniej wojny walczyłem pod sztandarem „Wolność albo śmierć”. Dziś walczę też za wiarę. Pojąłem, że rzeczy, w które dotąd wierzyłem, są jedynie ułudą, że przemijają. A jedyną wieczną wartością jest wiara we Wszechmogącego. Że tylko ona daje nadzieję i pokój. Nie doszedłem do tego z niedzieli na poniedziałek. Dojrzewałem. Pięć lat temu, kiedy zaatakowała nas Rosja, świat zachodni – strażnik tych wszystkich najświętszych wartości, jak równość, wolność, sprawiedliwość, braterstwo, swobody obywatelskie – odwrócił się od Czeczenii. Zdradził nas jak ladacznica, która idzie z tym, kto więcej płaci. Ta sprawa wiele nas, Czeczenów, nauczyła. Zobaczyliśmy fałsz naszych mistrzów. Zrozumieliśmy, że możemy liczyć tylko na siebie i miłosierdzie Allaha. To dało nam olbrzymią siłę.

- A jak zmieniło to Czeczenów?

- Ogromnie. Dziś do wojny z Rosją stajemy już jako zupełnie inni ludzie. Walczymy nie tylko o wolność, ale i za wiarę. Nie tylko moi mudżahedini, ale też niemal wszyscy Czeczeni zaczęli szukać w Koranie odpowiedzi, jak żyć. Jeszcze pięć lat temu liczni wśród nas ci, co się nie modlili, pili alkohol, palili papierosy, sięgali po narkotyki. Dziś niewielu takich pan znajdzie, a w mojej armii nie ma ich wcale. Ja też rzuciłem tytoń. Niedawno dla moich mudżahedinów kupiłem w Rosji mięso, teraz przychodzą do mnie jeden po drugim i tłumaczą, że nie chcą go jeść, bo pochodzi z bydła, które w Rosji zaszlachtowano niezgodnie z muzułmańskim obyczajem. Będę je musiał rozdać.

 - Czy nad Czeczenia nie krąży widmo muzułmańskiego fanatyzmu?

- Krąży, krąży. Jest wśród nas wielu wojujących ignorantów, którzy chcieliby zaprowadzić Boże porządki w jeden dzień, nie rozumiejąc, że ludzie nie są do tego gotowi. Zresztą nie tylko sami ludzie. Najczęściej ci, co myślą o Bożych porządkach, nie mają zielonego pojęcia o Koranie, choć są przekonani, że posiedli całą mądrość. Jeśli chodzi o mnie, jestem wrogiem zarówno wojującego bezbożnictwa, jak i wojującego ignoranctwa.

  - Szamil Basajew przeciwnikiem skrajności? Dla wielu jest pan ich uosobieniem.

 - Robią ze mnie takiego, sam nie wiem czemu.

- Pana to dziwi? A rajd na Budionnowsk nie był skrajnym rozwiązaniem? Znaleźć straceńców gotowych na śmierć i poprowadzić w głąb Rosji, gdy w samej Czeczenii trwa wojna? To nie skrajność?

- A cóż w tym skrajnego? Wszyscy kiedyś umrzemy. Takich nas stworzył Wszechmogący. Wybór, który nam pozostawił, to nie kiedy umrzemy, ale jak. Umrzemy, kiedy taka będzie jego wola i nic na to nie możemy poradzić, choćbyśmy się ukryli w kamiennej wieży. Jedyny wybór to jak umrzeć. Ja postanowiłem umrzeć jak wojownik. Cóż w tym skrajnego?

- Maschadow mówi, że głupotą i wyjątkową nieodpowiedzialnością z pana strony był najazd na sąsiedni Dagestan. Że dał pan Rosji powód do wojny.

- A ja mówię, że głupotą było podpisanie rozejmu z Rosją i dawanie im czasu na przygotowania do nowej wojny. Wojna by wybuchła tak, czy inaczej. Już wtedy, po tamtej wojnie, kiedyśmy pobili Rosjan, trzeba było ich zniszczyć, rzucić na kolana. Tłumaczyliśmy Maschadowowi, żeby nie układał się z Rosjanami, niczego nie podpisywał. Mówiliśmy mu, że to błąd pozwolić Rosji, by wycofała się z wojny bez kontrybucji, bez politycznych ustępstw, nawet bez przeprosin i ukarania odpowiedzialnych za masakry czeczeńskich cywili. Opuścili Czeczenię, jakby się nic nie stało, jakby nie przegrali wojny. Maschadow się oburzał. Mówił: „Co też wygadujecie? Popatrzcie tylko kto podpisał się pod układem z Chasaw-jurtu o zawieszeniu broni. Sam Jelcyn!” bredził o zobowiązaniach, o prawie międzynarodowym. Daliśmy Rosji cztery lata na spokojne przygotowanie się do nowej wojny. I dziś ją mamy. Allah ukarał nas za głupotę i pychę, tak, jak ukarał afgańskich mudżahedinów. Od dawna Rosjanie prowokowali incydenty, tak czy inaczej znaleźliby pretekst do wojny. Nasze milczenie tylko ich zachęcało. Uznali to po prostu za dowód naszej słabości.

- Dlaczego Maschadow tak wierzył Rosji?

- Maschadow ma duszę romantyka i radzieckiego pułkownika. Pół życia przesłużył w radzieckiej armii jako artylerzysta. Przywykł wierzyć Moskwie.

- Najpierw  razem walczyliście z Rosją, potem rywalizowaliście o urząd prezydenta. Jeszcze później wasze drogi się rozeszły i zostaliście politycznymi wrogami, o mało co nie wywołując wojny domowej, a dziś Maschadow mówi, że znów zgodził się pan pójść pod jego komendę.

  - Dziś znowu jesteśmy razem, bo ponownie zagraża nam wróg. Byliśmy zjednoczeni, bo mieliśmy wroga, Rosję. Podpisując z nią pokój, Maschadow sprawił, że ten wróg dla wielu Czeczenów zniknął, a przynajmniej nie wydawał się już straszny. Zaczęliśmy szukać wrogów między sobą, a tego właśnie chciała Rosja. Ale z Maschadowem wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, którzy otwarcie, aż do bólu mówią sobie, co się im w nich nie podoba. Na tym przecież polega prawdziwa przyjaźń.

    Walczymy już od czterystu lat. Cała nasza historia to jedna wielka wojna z Rosją. Jermołow, wojna domowa, zdrady białych i czerwonych, Stalin, Jelcyn, Putin. Wciąż wojna, wciąż pogromy, zgliszcza, trupy. Tę wojnę z pokolenia na pokolenie przekazują ojcowie synom. Czeczeni własną krwią płacą od wieków za rozwiązanie zagadki rosyjskiej duszy. Prochami naszych przodków usiane są Syberia, pustynie Turkiestanu. Mielibyśmy uwierzyć Rosji? Przetrwać jako naród możemy tylko w państwie niepodległym, uznanym przez świat, którego Rosja nie będzie już mogła bezkarnie najeżdżać, grabić, mordować ilekroć przyjdzie jej na to ochota. Niepodległość jest konieczna, by Rosja nie miała więcej prawa nas zabijać.

            Urywek z książki „ Kamienne wieże Kaukazu”- Wojciech Jagielski.

wtorek, 10 stycznia 2023

Bariera uranu



Jonathan Schell w swojej przełomowej książce The Fate of the Earth pokazuje, jak niebezpiecznie blisko nas jest samounicestwienie. Chociaż niedawny upadek ZSRR umożliwił jakieś rozbrojenie, ciągle istnieje na świecie pięćdziesiąt tysięcy głowic nuklearnych, zarówno taktycznych, jak i strategicznych.

Żeby zanadto nie rozwijać tematu ustalmy, że jedno jest pewne: - ludzkość ma w ręku zdolność do samounicestwienia.

     Do chorych mózgów niektórych watażków może nie dotrzeć myśl, że w wojnie nuklearnej nie będzie zwycięzców. To zupełnie tak samo, jak z prawem posiadania broni, aby bronić się przed bandziorem: - ty celujesz w bandziora, a on w ciebie. Ty się na mgnienie zawahasz – on skrupułów nie ma i po sprawie.

W czasie ewentualnej, hipotetycznej wojny nuklearnej pociski nie mają potrzeby zniszczyć zbyt wielu celów. Duża cześć populacji przeżyje, ale tylko po to, żeby czekać na straszną śmierć spowodowaną zimą nuklearną i opadem radioaktywnym. Sadza i popioły z palących się miast zablokują życiodajne promienie Słońca, nastanie kilkuletnia nuklearna zima. Nie będzie plonów i zbiorów, ostatnie ślady cywilizacji zostaną zdmuchnięte, jak płomień świecy.

    Trwamy w nuklearnym wyścigu zbrojeń. Wywiad USA w roku 2008 oceniał ostrożnie, że Indie, które zdetonowały swoją pierwszą bombę A w 1974 roku, mają „na magazynie” około dwudziestu takich bomb. Ich główny wróg – Pakistan, jak twierdzi amerykańskie źródło, zbudował w swojej tajnej fabryce w Kahucie cztery bomby A, z których jedna waży nie więcej niż 200 kilogramów.

   Pracownik zakładów atomowych Dimona w Izraelu na pustyni Negev twierdzi, że widział ilość materiału wystarczającą do zbudowania dwustu bomb A.

   Republika Południowej Afryki przyznaje, że posiada siedem bomb A, natomiast pod koniec lat siedemdziesiątych przeprowadziła dwie podwodne próby atomowe.

Satelita szpiegowski USAVela – wykrył (bowiem) dwukrotnie ślady takich eksplozji – charakterystyczny podwójny błysk, na wodach terytorialnych RPA, co ciekawe w obecności okrętów wojennych Izraela.

Kraje takie jak Korea Południowa i Tajwan, są (rok 2008) o krok od wejścia w posiadanie broni A.

Broń ta znajduje się więc, w najgorętszych punktach na Ziemi, włącznie ze Środkowym Wschodem. Dodatkowo sytuacja jest „wysoce niestabilna” w związku z atakiem Kacapii na Ukrainę, dojrzewaniem konfliktu o Tajwan, czy też ogólnie rywalizacją o światowe przywództwo.

Nie tylko my odkryliśmy pierwiastek 92. Taką samą drogą pójdzie każda cywilizacja w Galaktyce, budująca społeczność przemysłową i odkryje pierwiastek 92 wraz z radosną możliwością masowej zagłady.

Pierwiastek 92 ma zadziwiającą własność podtrzymywania reakcji łańcuchowej i uwalniania olbrzymiej ilości energii zawartej w jego jądrze. Dlatego wraz z umiejętnością wykorzystania pierwiastka 92 pojawia się możliwość uwolnienia naszego gatunku od biedy, niewiedzy i głodu, ale też zniszczenia całej planety w nuklearnym ogniu. Pozytywną potęgę pierwiastka 92 można wyzwolić tylko wtedy, gdy dany gatunek okaże się na tyle inteligentny, że osiągnie jako cywilizacja zerowego typu, pewien zasadniczy punkt w swoim rozwoju. A to zależy tylko (albo aż) od skali współpracy, zaufania, wystarczającej, minimalnej w końcu mądrości itp.

    Na przykład ogień potrafi wykorzystać wyizolowana grupa inteligentnych jednostek, taka jak plemię. Wytapianie metali i prymitywna metalurgia, konieczna do wytwarzania broni, wymaga większej grupy społecznej, liczącej koło tysiąca osób. Dla stworzenia silnika spalinowego potrzeba już skomplikowanej bazy technicznej, dostępnej wielkiej grupie społecznej, takiej, jak cały naród.

      Kiedy dochodzimy do odkrycia potęgi pierwiastka 92, narusza to równowagę pomiędzy stałym wzrostem współpracującej ze sobą grupy społecznej, a osiągnięciami jej techniki.

Mianowicie okazuje się że uwolnienie energii jądrowej zmniejsza milion razy znaczenie chemicznych materiałów wybuchowych i teraz można zacząć się zabijać na znacznie większą skalę.

     W ten oto sposób pojawia się poważny rozdźwięk pomiędzy techniką, która dostarczyła taki potencjalnie śmiercionośny „wynalazek”, a rozwojem społecznym takiej hipotetycznej cywilizacji, która ciągle tkwi w stadium wrogich sobie państw narodowych.

Wraz z odkryciem siły drzemiącej w pierwiastku 92, technologia zagłady wyprzedza nagle powolny, stopniowy rozwój związków społecznych. I teraz są dwie drogi primo: – albo cywilizacja dorośnie do bezpiecznego wykorzystania takiej zabawki, albo zabawka zniszczy cywilizację.

    Nasuwa się jedna możliwa konkluzja: - cywilizacje typu zerowego powstawały i to przy licznych okazjach w ciągu minionych 5 – 10 miliardów lat historii naszej Galaktyki, ale w końcu wszystkie odkryły pierwiastek 92 i jeśli rozwój techniczny wyprzedzał poziom rozumowania społecznego danej cywilizacji, na tym etapie kończyła się jej historia i zostawały po niej tylko ruiny i kamieni kupa.

     Jaki obraz wyłania się z powyższych wynurzeń? Otóż jest wysoce prawdopodobne, że nasza Galaktyka mogła być kiedyś pełna inteligentnego życia i powstały liczne cywilizacje, które potrafiły zbudować wiele mądrych rzeczy, w tym radioteleskopy. Jednak one rozkwitły miliony lat temu i zdążyły już zniknąć w wyniku atomowej zagłady wywołanej przez wspomnianą już wrogość państw narodowych.

Fizycy sporządzili wykres obrazujący prawdopodobne miejsce homo sapiensów na skali galaktycznej. Na wykresie mamy zaznaczone powstanie techniki radiowej. Widzimy, że Ziemia ewoluowała przez 5 miliardów lat, zanim inteligentny gatunek odkrył, jak można posługiwać się siłą elektromagnetyczną i jądrową. Jeśli jednak dokonamy samozagłady atomowej, krzywa ta po gwałtownym wzroście nagle powróci do zera. Dlatego aby się natknąć i porozumieć z zaawansowaną cywilizacją, musimy prowadzić poszukiwania w ściśle określonym czasie, z dokładnością do kilku dziesięcioleci, zanim popełni ona samobójstwo. Istnieje więc znikomo małe „okno”, przez które możemy szukać kontaktu.

Na rysunku powstanie innych cywilizacji w całej Galaktyce przedstawiono jako krzywe rozwoju, jednak krzywe te ściśnięte do galaktycznej miary czasu są widoczne jako seria linii, z których każda obrazuje wzrost cywilizacji i jej nagły upadek spowodowany wojną A. Dlatego poszukiwanie inteligentnego życia jest tak trudnym zadaniem. Prawdopodobnie w ciągu ubiegłych kilku miliardów lat istniało wiele tysięcy takich linii, a na tysiącach planet na krótko przed zagładą nauczono się wykorzystywać technikę radiową. Niestety, każdy taki krótki skok na wykresie odpowiada innemu okresowi.

(Pomijam tu rozważania o rozwiniętej cywilizacji żyjącej na Ziemi tysiące lat temu, której upadek wpisuje się w opisywany atomowy schemat).

Wspominałem, że trudny okres wyzbywania się przemocy nuklearnej naukowcy szacują na trzysta lat, dlatego z żalem możemy sobie wyobrażać, jak nasi dalecy potomkowie docierają do najbliższych gwiazd i widzą popioły po licznych martwych cywilizacjach, które rozwiązały raz na zawsze narodowe waśnie, uprzedzenia rasowe i osobiste urazy swych przywódców za pomocą nuklearnej pożogi.

        Fizyk Heinz Pagels ujął sprawę następująco:

- „Jak wynika z naszej wiedzy o energiach kosmicznych zasilających gwiazdy, o ruchu światła i elektronów przez materię, o skomplikowanym porządku molekularnym, będącym podstawą życia, staje przed naszą cywilizacją wyzwanie, wymagające stworzenia takiego porządku moralnego i politycznego, który zapanuje nad tymi siłami. W przeciwnym wypadku sami się zniszczymy. Weszliśmy w czas próby dotarcia do najgłębszych zasobów zdrowego rozsądku i współczucia”.  

czwartek, 13 października 2022

Piękne umysły

 


Określenie piękny umysł kojarzy mi się z filmem z 2001 roku. To przejmująca opowieść o geniuszu matematycznym Johnie Nashu, grana wspaniale przez Russela Crowe'a. Wzruszony filmem, określenie to rezerwuję subiektywnie dla jednostek wybitnych. 

O pięknym umyśle Alana Turinga było.

Dziś Albert Einstein - czyli proste pytania.

Einsteinowi udało się sprzęgnąć światło z czasem, czas z przestrzenią, energię z materią, materię z przestrzenią, a przestrzeń z grawitacją.

Pod koniec życia pracował wciąż nad znalezieniem związku pomiędzy grawitacją a siłami elektromagnetycznymi. Zwykle chodził w starym, znoszonym i wyciągniętym swetrze, w bamboszach, bez skarpetek, gdy wyjaśniał innym naukowcom w Sali Senackiej Cambridge, jakiego to związku poszukuje i w jaki mur przeszkód wali głową.

     Sweter, bambosze, niechęć do szelek i skarpetek – nic z tego nie było na pokaz. Kiedy spoglądało się na Einsteina, przychodziła na myśl sentencja Blak’ea „Przeklnij zapięcia, pobłogosław rozluźnienie”.

Nie przejmował się wcale światowym rozgłosem, konwenansami, konformizmem wobec otoczenia. Nienawidził wojny, okrucieństwa, hipokryzji, a przede wszystkim dogmatów, do których czuł odrazę.

       Odmówił przyjęcia prezydentury Izraela, albowiem – jak tłumaczył – nie ma głowy do spraw ludzkich. Nie było to wygórowane kryterium, gdyby jednak rzeczywiście obowiązywało prezydentów, niewielu z nich by się ostało.

     Zarówno Newton, jak i Einstein kroczyli jak bogowie. Z tym, że Newton wydaje się być ze Starego Testamentu, natomiast Einstein pasuje do Nowego. Pełen człowieczeństwa, współczucia i sympatii dla ludzi (mądrych). Przyrodę uznawał za bóstwo i tak właśnie o niej mówił. Natomiast o Bogu: - „Bóg nie gra w kości”. Tudzież : - Bóg nie jest złośliwy.

Nie wytrzymał słuchania tych sentencji jego przyjaciel Niels Bohr i kiedyś powiedział: - proszę nie podpowiadać Bogu, co ma czynić.

Einstein umiał zadawać proste pytania. Jego życie i praca wskazują, że na proste pytania uzyskuje się proste odpowiedzi. A to tak, jakby słyszeć głos Boga.




















środa, 15 kwietnia 2020

Oberża Pod Kudłatym Aniołem

Już w czasie krótkiej przecież jazdy do Cisnej okazało się, że facet jest mocno kościółkowy, dlatego z wdzięczności za podwózkę zaproponowałem skręt do Łopieńki. Dawno tu nie byłem, a lubię to miejsce. 
Samochód został na parkingu, a my ruszyliśmy te dwa kilometry pieszo. I od razu zacząłem żałować tego pomysłu, bo facet gadał jak nakręcony, zasypując mnie informacjami o tym, co powiedział papież. 
A przecież jak Czytelnicy wiedzą, Watykan i papieże to nie moja bajka. 
Ale nic to: - widocznie mam znowu przerobić lekcję cierpliwości. 
Idę więc, staram się zamknąć uszy, ale niestety tylko oczy mają powieki. 
Doszliśmy, wracamy. Facet nawija. Tym razem o bezbożnej Europie. I dowiaduję się, że winę za całokształt ponoszą Żydzi. We mnie zaczyna coś kiełkować. Wjeżdżamy do Cisnej, sugeruję śniadanie w oberży Pod Aniołem.  


Siedzimy więc sobie w trójkę w oberży w Cisnej, pojedliśmy, panowie popijają piwo, pani pokieruje dalej pojazdem, więc kawa. Pan nawija, ja milczę, pani milczy.

Pan nawija, chwilowo nawet udaje mi się wyłączyć od słuchania , gdy naraz dociera do mnie: - " I dlatego panoszy się ten antyklerykalizm". 

Znowu słucham uważnie. 
Otóż szanowny małżonek, jak się okazuje, żywo nad wyraz interesuje się badaniami naukowymi, które to badania, jak stwierdza w pewnym momencie, mogą stać się zagrożeniem dla ludzkości. Nie wolno bawić się w pana Boga. Ogólnie się z tym zgadzam, ale jakby z nieco innego punktu widzenia. Facet mówi i mówi, ja milczę, żona ogląda paznokcie i milczy. 
Ten człowiek wyraźnie cierpi na słowotok - konstatuję. 
Jako że nie ma przypadków, naraz pada drugie słowo - klucz: - antymateria.
No to mam okazję wystąpić jako Jajcarz, przecież nie na darmo przylgnęła do mnie także ta bieszczadzka ksywka - myślę sobie. Odstawiam pustą szklankę.

- To pewnie słyszał pan już o najnowszym odkryciu naukowców z CERN? Że świat z antymaterii wcale nie różni się od naszego? – zapytałem.
- Co pan powie?! – zadziwił się facet. To niesamowite!
- Nie bardzo – ja na to - przecież izraelscy kosmonauci już dawno do takiego antyświata dotarli.

A było tak: - Izrael stworzył własny tajny program kosmiczny. No i polecieli ci dzielni astronauci w swej koszernej rakiecie. Nowoczesna technologia, lecą niebywale szybko, mijają kolejne planety, gwiazdy, czasem zdarzy się jakaś mgławica...

W pewnym momencie są już tak daleko, że pojawiają się masy antymaterii. Nic to, lecą dalej, mijając antygalaktyki, antygwiazdy... Naraz patrzą – a tu antyplaneta.

Lądujemy! - pada decyzja. 
I wylądowali na antypolanie. 
Rozglądają się: - na skraju antypolany, pod antylasem stoi sobie antydomek. Antydym leci z antykomina, najwyraźniej antyżycie jakieś. 

Podchodzą bliżej, zaglądają przez antyokno – nic nie widać bo antyzasłony zasunięte. Chwytają antyklamkę, otwierają antydrzwi, a tu w antysalonie, przy antystole siedzą antysemici, a na ich czele panoszy się sam Antychryst.

piątek, 9 maja 2014

Ptaszek z Tarnicy





Szczyt i upał, upał i szczyt.
Na szczycie Tarnicy tłum oczywiście, bo jest dopiero południe. Zmieniłem koszulę na świąteczną, jako że dla mnie była niedziela (jak każdego dnia zresztą) i usiadłem za barierką na śpiworze. Zabrałem się za jedzenie. I tu dzieje się coś niebywałego: - na bucie,  dokładnie na czubie mego buta usiadł ptaszek, taki nieco do wróbla podobny, tylko z długim ogonkiem.
       Ten ptaszek mógł usiąść na bucie z trzech powodów:
       - But był „rozmowny” – miał odklejoną podeszwę, a ptaszek chciał sobie pogadać.
       - Zapach buta spodobał się ptaszkowi.
       - trzeci powód pozostaje tajemnicą.
 Oniemniałem. Ludzie za barierką, za moimi plecami, którzy to zobaczyli, także oniemnieli. Ptaszek siedzi na bucie i czyści sobie piórka! Znaczy czuje się bezpieczny. Tyle nieprawdopodobnych zdjęciowych okazji przepuściłem, bo nie było aparatu pod ręką, a tu był.
Sięgam niegwałtownie po aparat i cyk. Ptaszek na bucie już nie siedział niestety, a taki był malowniczy! I trochę ciemne zdjęcia, ale i tak dokument jest.



    


  
Rzuciłem ptaszkowi kilka okruchów, gdyż zaczął wyciągać nitki ze śpiwora – znaczy pokazał, że głodny. Ale ptaszek olał okruchy z bułki. To kawałeczek suchej kiełbasy rzuciłem. ( Miałem, a jakże, dopiero w procesie wegetariańskim jestem ).
        Ptaszek zjadł natychmiast, pochodził jeszcze trochę, zakąsił świerszczem i po kilkunastu minutach odleciał. Sensacja w każdym razie była. 
       Podszedł do mnie chłopiec może sześcioletni, Wojtek i zapytał, czy ten ptak jest moją oswojoną własnością, skoro sobie tak po mnie chodził. Wyjaśniłem, że każdy ptak jest wolny,o ile człowiek nie zamknie go w klatce. I tak samo jest z człowiekiem: - jest wolny, gdy wyrwie się z klatki, jaką uszykowało dla niego społeczeństwo. 
     Pogadaliśmy z Wojtkiem w sposób niezwykle dojrzały o wolności. Nic dziwnego – jak się okazało, jego ojciec czyta Osho. Niesamowite, Wojtek nie chodzi jeszcze do szkoły, a ma mądrość starca. Zakolegowałem się z Wojtkiem. On także fotografuje, miał aparat, pokazywał mi swoje zdjęcia.
      A jak się nazywa ten ptaszek? Nie wiem. Mógłbym zajrzeć do albumu ptasiego, ale ja nie jestem profesjonalistą ornitologiem. To jest po prostu mięsożerny ptaszek z Tarnicy.

Potem poznałem dwóch panów z Izraela w moim wieku. Tu wymieniliśmy poglądy na tematy męsko-damskie. Chodziło konkretnie o rozwodzenie się, o odzyskiwanie wolności za cenę oskubania do imentu. Było wesoło, dowcipy tylko furkotały.
      - Jeśli nie układa ci się w małżeństwie wina leży po dwóch stronach: - żony i teściowej.
Żydzi są niedoścignieni w opowiadaniu dowcipów. Byliśmy zgodni, że człowiek powinien mieć dystans do świata i do siebie i powinien potrafić się z siebie śmiać.