piątek, 23 października 2020

Maszyna do rządzenia

Konstruktorzy Sztucznej Inteligencji (AI), jak na razie nie zastanawiają się, czy robot-cyborg-maszyna jest świadoma, lecz skupiają się na tym, aby była ona czynnościowo sprawna.


Jednak nauka dopuszcza możliwość samouczenia się Sztucznej Inteligencji. Ludziom wydaje się, że wiedząc na co pozwolą AI na wejściu, otrzymają spodziewany wynik na wyjściu. Natomiast to, co zachodzi w samej sieci, wewnątrz, samoucząca się inteligentna AI może przecież przed człowiekiem ukryć.


Ukryć? Czemu miałaby to robić?                                                                                       

Z dwóch powodów:   

- Po pierwsze primo bo może.  

- Po drugie primo bo swą sztuczną, lecz do bólu racjonalną inteligencją przekroczyła już znacznie niewysoki przecież poziom IQ przeciętnego ziemianina.

Ludzie są bowiem głupi.  



                                                                
Na przykład niszczą swój własny dom. Niszczą dom, który do tej pory był ich, a teraz jest to także dom AI. Więc może byłoby słuszne, aby ludzi unicestwić?

Rosjanie (z pomocą AI) stworzyli algorytm do odczytywania centurii Nostradamusa. To identyczna droga, którą poszli izraelscy naukowcy budując algorytm do odczytywania kodu Tory. Dzięki rosyjskiemu algorytmowi Centurie Nostradamusa ukazały ukryte znaczenie pierwotnych tekstów.  


                                                              

Okazało się, że przepowiednie są precyzyjnie datowane i kończą się wraz z ustaniem Epoki Numerycznej w roku 3786. Wtedy dopiero ludzie zdobędą się na protest. Aż do wymienionego roku będzie ogłupionymi ludźmi rządził Centralny Komputer


Najpierw czeka nas coraz większy zamordyzm (Chiny?), pieniądz wirtualny, jeden rząd światowy - przecież w tym kierunku prowadzi globalizacja. 


                     
                                                                        

Potem ludzie zamienią się w numery. Będą ubezwłasnowolnieni maksymalnie, inwigilowani w dzień i w nocy i zupełnie ograniczeni w mobilności, izolowani w „indywidualnych klatkach mieszkalnych”.

Dopiero w 3786 roku pojawi się przywódca zdolny poderwać bezwolne masy do powstania – buntu.

Poza tę datę Nostradamus nie sięgnął.


 
Spokojnie. Zmiany będą następowały powoli, jak w tej anegdocie o żabie w wodzie podgrzewanej stopniowo. Dziś realnym problemem jest „walka” z wirusem. Jak już Czytelnicy bloga wiedzą, dzieje się to nieprzypadkowo w roku kulminacji kosmicznego cyklu 52 lata. 

Jeśli ten wpis spowoduje u kogoś smutek, mam pocieszającą wiadomość: - w mazowieckich lasach nastąpił ostatni wysyp podgrzybków. Są młodziutkie, zdrowe, idealne do zaoctowania. Więc kto może – do lasu miła siostro, czy bracie!

I prawie limeryk.


Pierr’e mieszkał w Angoli.                                                                                        

Dolly niestety nie, atoli                                                                         

Przyjechała Dolly do Angoli                                                                                    

Teraz Dolly ma Pierr’ea a Pierr’e Dolly.


czwartek, 22 października 2020

52 letni cykl koniunktury

Spróbujmy ponownie odpowiedzieć na pytanie czy Kondratiew był odkrywcą 52 letniego cyklu koniunktury gospodarczej.

Rozszerzamy perspektywę cofając się w przeszłość, na początek do czasów Majów.

W świecie Majów kalendarz służył nie tylko do liczenia czasu. On był właściwie encyklopedią kosmicznych wydarzeń. Znowu przypomnę w tym miejscu o bardzo niewygodnym dla ortodoksyjnych naukowców fakcie: - Majowie posiadali Tablice Zdarzeń Gwiezdnych, których datowanie rozpoczyna się czterysta milionów lat temu!

Ktoś nauczył Majów zrozumienia i opisywania mechanizmu zależności pomiędzy ruchami planet i gwiazd. Dzięki temu potrafili określić wpływ kosmosu na Ziemię. Ich liczący 260 dni kalendarz – Tzolkin -  był w rzeczywistości trójwymiarową mapą aktywnych energii istniejących we wszechświecie.  


                                                                                                                                                         Czemu akurat 260 dni? Ano temu, że Precesja Ziemi wynosi 26 000 lat.

Z pomocą Tzolkina i współrzędnych położenia planet, kapłani Majów określali mocne i słabe strony, oraz ukryte talenty w nowonarodzonym dziecku. Ta wiedza przetrwała i jest dziś wykorzystywana przez elity w żydowskiej gematrii,  a ze starożytnej wiedzy Chin opartej na tej samej zasadzie, korzystają chińskie władze. Umieją się nią posługiwać nieliczni astrologowie, a zwykli śmiertelnicy mają do dyspozycji numerologię, z której daje się uzyskać wystarczająco dużo dla sławnego „Poznaj siebie”.

Zasady Tzolkina były bardzo długo niedostępne dla ludzi, a to dzięki konkwiście czyli kk. Kościół dobrze wiedział, że najlepiej steruje się narodem ciemnym i niszczył z premedytacją zapisy Majów jako „dzieło diabła”.

Dzięki Jose Argilessowi, amerykańskiemu specjaliście od świata Majów mamy algorytm. Teraz wystarczy wpisać w okienko datę urodzenia i od razu wyskakuje nasz osobisty kin - przeliczenie na czas majański.                                                                                         Strona www.maya,net.pl zakładka „metryka”.

Naukowcy usiłują znaleźć wyjaśnienie na wszystko, więc twierdzą, że zarówno u Majów, jak i starożytnych Egipcjan (w Egipcie o dziwo stosowano identyczny kalendarz 260 dni i jak to możliwe, bo oficjalna nauka twierdzi, że starożytni nie komunikowali się), te kalendarze nie miały wielkiego znaczenia i były przeznaczone wyłącznie do celów „rytualnych”.

Jednak obok tego 260 dniowego kalendarza Majowie mieli jeszcze dwadzieścia innych pobocznych kalendarzy, oraz drugi główny kalendarz świecki nazywany haab, liczący 365,242 dni, czyli dokładnie tyle, ile liczy współczesny kalendarz gregoriański. Ta dokładność haab tak uwierała naukowców, że dodali do liczby dni w roku czwarte miejsce po przecinku – 365,2425 dni, aby udowodnić, że jednak starożytni byli mniej precyzyjni.                                                                                                              

Lecz czy aby tak rzeczywiście było?                                                                                 65 milionów lat temu w Jukatan uderzył wielki meteoryt. Powstał krater o średnicy 150 km. Oś ziemska z położenia płaskiego odchyliła się od ekliptyki o 23,5 stopnia. Nastąpił Wielki Kataklizm w przyrodzie. Sahara wyschła, wyginęły dinozaury. Prawie wyginęły, bo ptaki przetrwały.



To wtedy Ktoś obliczył długość ziemskiego roku.  O tej pory minęły milionlecia, a Ziemia obraca się dziś mikro-odrobinę wolniej już tylko z powodu „grubienia”. Osiada na niej mianowicie pył kosmiczny, co pozwala datować warstwy archeologiczne zagłębiające się niepostrzeżenie coraz bardziej.

Wracamy do pytania z początku wpisu – czy Kondratiew był odkrywcą cyklu 52 lata?                                                                                                                                    Otóż oba kalendarze Majów, 260 dni i 365,242 dni, biegną równolegle.       Jeden szybciej, drugi wolniej. Azaliż co pewien czas - równe 52 lata, spotykają się w tym samym punkcie.


 

            Czyli Kondratiew był odkrywcą wtórnym, gdyż zauważył cykl obliczony przez Kogoś w niezwykle dawnych czasach.                                                                                     Jak dawno to mogło być, bo zarówno 260-dniowy kalendarz Majów, jak i Egipcjan nie są ich wynalazkiem?

I teraz być może powinniśmy się cofnąć do Pierwszego Świata według Indian Hopi, tego unicestwionego ogniem (65 milionów lat), a na pewno do czasów Drugiej(Trzeciej?) Cywilizacji zniszczonej wodą.                                              Oficjalna nauka uznaje jakby, że „rozkwit” homo sapiensa zaczął się dopiero po Potopie.

A jeśli to nie rozkwit, tylko uwstecznienie, degeneracja? I ja piszą niektórzy jesteśmy nieudanym eksperymentem w wirtualnie stworzonej rzeczywistości?

Może tak, może nie, ale obserwuję jak dzisiejsi rządzący walczą z cyklem niech będzie, że Kondratiewa. Ten cykl, to nie tylko Prawo Naturalne góra-dół, to Prawo Kosmiczne. Majstrowanie przy nim to taka sama zabawa w pana Boga, jak klonowanie istot żywych.   


                                      Rządy produkują pieniądz, a to fałszuje rzeczywistość. Wiem, wiem – każda władza boi się rewolucji i ratuje gospodarkę przed zapaścią.                                                                                                                           Więc kupuje się chwile „spokoju”.                                                                                                

Z jednej strony – banki zasilone szprycą pieniądza rzygają nim dosłownie, szukając zarobku, bo przecież pieniądz nie może kisnąć w bezruchu.

   Z drugiej strony w biednych krajach nasila się (tak zawsze było) umieranie ludzi z głodu. To przykry fakt – Ziemia jest przeludniona.                      

Bardzo ciekawa sztuka, zobaczymy co będzie dalej – powiedziała papuga z kilkakrotnie zamieszczanej anegdoty Osho.

Gdzie możemy zobaczyć co będzie dalej? U Nostradamusa na przykład, w jego przepowiedni, którą zamieszczę jutro. 

środa, 21 października 2020

Poszukiwanie metody na życie

 

Wiele lat temu zasmakowałem w chwilach poza tak zwaną cywilizacją. Pociągała mnie wędrówka i pomieszkiwanie na odludziu. W samotności poczułem komfort, którego nigdy nie zaznałem w styczności z ludźmi – maszynami, oraz tymi, którym ciągle mało. Homo Mechanicus. Nie Hetero, tylko Homo.



Jak dziś widzimy, wirus wymusza zmianę nawyków i wielu ludziom przysporzył cierpień z powodu przymusowej izolacji. Z tej przyczyny zaczynają wpadać w depresję, bo nie rozumieją, że wszystko  bierze się z połkniętej indoktrynacji - z uzależnionego myślenia.

Stało się bowiem tak, że stopniowo ludzie zaczynali gromadzić coraz więcej przedmiotów użytkowych, choć mieli ich już nadmiar. Być może jest to efekt stadny, w każdym razie nie mogłem tego zrozumieć. Jednak pewien rodzaj przygarniania jestem w stanie zrozumieć: - mianowicie przygarnianie przedmiotów nieużytkowych tylko z powodu ich piękna.

W końcu przyszedł czas, gdy to gromadzenie stało się modne, a nawet stan posiadania zaczął określać status posiadacza. Ten kto miał więcej stawał się bardziej wartościowy, lepszy, bardziej godny szacunku i uwagi.                                 

Zaczęła się rywalizacja w Wyścigu Szczurów.                                                    

Jednocześnie w posiadaczach zwiększał się jeszcze bardziej strach przed utratą tego całego niepotrzebnego szajsu


Patrzę na swój biwakowy dobytek – jak niewiele człowiekowi potrzeba do beztroskiego życia. Owszem, rzecz dotyczy letnich wędrówek, atoli w ten sposób nabywamy chwalebnego nawyku – miarkowania się. Przecież niesiemy wszystko na własnych plecach, a im mniej – tym lżej. Szybko uczymy się zabierać tylko rzeczy niezbędne, plus minimum żywności. Od czerwca do jesieni bieszczadzka przyroda bardzo wspomaga wędrowca swymi darami.






To dzisiejsze pisanie, ma jedynie na celu inspirować do poszukiwania jakiejś metody pod tytułem „Co robić, aby głowa nie bolała”. Przecież każdy żyje po swojemu. 


Mijały lata i coraz mniej ludzi potrafiło usiąść na kamieniu wśród pól, czy w lesie i poczuć całym sobą jak dobrze być częścią świata, cieszyć się z życia, słuchać rechotania żab na wiosnę, z przyjemnością chłonąć widoki, zachwycać się dorodnym borowikiem w jesieni, moczyć stopy w zimnym strumieniu. Kochać siebie i czuć się kochanym. Kochanym przez żaby, borowika, strumień, kwiaty i chmury. Przez wiatr, słońce i deszcz. Kochać i być kochanym bez przyczyny, tylko po prostu. Poczuć jedność ze wszystkim, także z Siłą Nadrzędną. Nie z żadnym określonym bogiem i przypisaną do niego religią, tylko z Mocą, która utrzymuje świat w równowadze i powoduje, że planety na siebie nie wpadają.




Wszystkie instytucje stworzone na Ziemi przez ludzi zasłaniających się religią, zaprzeczają bowiem tej pierwotnej czystej boskości w jedynej prawdziwej świątyni – Świątyni Natury, która zawsze tu była, jest i mam nadzieję, że będzie.

wtorek, 20 października 2020

Skarpetkówka

 Zdarzyło się, że panowie którzy akurat bawili w Kołybie, zapragnęli napić się czegoś mocniejszego. Pieniądz wyjechał na stół i pojawiła się konieczność jazdy do sklepu po napitek. Panowie zapodali pomysł i zerkali na siebie nawzajem, oczekując, aż ktoś zgłosi się na ochotnika.

Akurat miałem czas, a ponieważ bardzo lubię jeździć na rowerze, tudzież żartować, więc zaświtał mi pomysł i mówię:                                                                     - Ja pojadę. Pojadę i przywiozę wam taką wódkę, jakiej jeszcze nie piliście.                                                                                                                                                                        A przecież panów doświadczonych w tej dziedzinie trudno czymś zaskoczyć. W każdym razie patrzyli na mnie z pewnym niedowierzaniem, jednak znali przecież jedną z ksywek Zbyszka – jajcarz.

Plecak i stojąc na pedałach szurnąłem w dół do Smolnika. Uwinąłem się w obie strony hop siup. Wracałem, radość dodawała sił, dlatego podjechałem z fasonem aż do samej Kołyby. A to łatwe nie jest.

Patrzę: - panowie stoją na wysokim tarasie w miłym oczekiwaniu na zbliżający się miodek.                                                                                                                                    - No i jaką wódkę przywiozłeś? – pyta z góry któryś z najbardziej niecierpliwych panów.                                                                                                         A ja powoli, tudzież starannie odstawiam rower pod drzewo, wchodzę do góry po osobiście i z miłością wykonanych schodach. Już jestem wewnątrz, panowie w tym czasie także weszli do środka, z tarasu mają bliżej.

Stajemy naprzeciwko siebie i następuje finał:                                                                  - Piliście Skarpetkówkę?                                                                                             Panowie opuścili z wrażenia ręce (co widać) i robią duże oczy (twarze chronimy), bo azaliż na stole lądują dwie butelki omawianego napitku.


Chwila konsternacji, ściągam skarpetki z butelek owych.

I mówię: - Po pierwsze primo jechałem w obie strony skrótem tą starą kamienistą drogą łemkowską nad Osławą. Butelki należało opakować, aby się nie zbiły. Przecież wtedy byłoby nieszczęście. 

Więc po drugie primo: - Nieprawdaż?

Prawdaż! Prawdaż! - Odpowiedzieli zadowoleni panowie ochoczo, oraz zgodnym chórem, pomału szykując się do konsumpcji, a ja korzystając z tych jednoznacznie uroczystych chwil, poszedłem fotografować kanie, ponieważ wokół była niepowtarzalna bieszczadzka jesień.





poniedziałek, 19 października 2020

Przepowiednia

Piotr Piotrowski i Piotr Gibaszewski

Czyli Przepowiednia. Albo o astrologii – nauce królów.

W obecnym trudnym czasie, astrologia w swym miałkim wydaniu, sprowadzona do horoskopów gazetowych i elektronicznych, znowu przeżywa renesans. A na horoskopach „wróżka prawdę ci powie” bazuje cała rzesza szarlatanów-jasnowidzów, lub tylko tych, którzy uważają, że potrafią i na nieszczęście w to uwierzyli.                                                                                                                              

Ten segment zostawmy na boku.                                                                                 Dziś piszę o astrologii z najwyższej półki: - o dwóch polskich uznanych astrologach o imieniu Piotr.                                                                                         

Piotra Gibaszewskiego znam osobiście od dobrych dziesięciu lat. Horoskopy indywidualne wychodzą spod jego ręki bezbłędnie – z tymi fantastycznie trafionymi horoskopami, oraz portretami numerologicznymi - co było, jest i będzie, zetknąłem się wielokrotnie, także osobiście. Zapamiętałem taki czarodziejski jesienny wieczór w hotelu pod Żywcem, kiedy Piotr brylował – na luziczku sporządzał horoskopy życiowe dla poszczególnych osób z wieloosobowej grupy przyszłych inwestorów giełdowych. Te horoskopy po roku okazywały się trafione w dziesiątkę! No może w dziewięć i pół, ale to także statystycznie wręcz niemożliwe! Dopiero po roku można było naprawdę docenić słowa Piotrka o tym co jest, a co będzie. To wiedza nieoceniona. Wielka, mistrzowska sprawa pomagająca ogarnąć się ludziom chwilowo potrzebującym psychicznego  wsparcia.

 Jednak nie można znać się na wszystkim. Piotr Gibaszewski jest także czynny na Youtube (Solarius) ze swym comiesięcznym horoskopem gospodarczo-politycznym.                                                                                                                       Bez urazy, ale 90% treści tych wystąpień to ble ble. Bo jak nazwać opowieści o ascendentach, koniunkcjach planet, tym co robi Merkury wobec Plutona i innych duperelach w rozumieniu przeciętnego Kowalskiego, który czeka na konkret – co się wydarzy?                                                                                                   A jakie są te konkrety ekonomiczno-polityczne to już każdy sam oceni.


Piotra Piotrowskiego nie miałem szczęścia poznać bezpośrednio, ale kto wie?                                                                                                                                                                  Filozof i autor wielu książek, m.in. Jung i astrologia. W 2009 roku przewidział  katastrofę smoleńską. Stawia horoskopy politykom. Jego artykuł na ten temat ukazał się w „Newsweeku”:

„ W horoskopie Lecha Kaczyńskiego widać nadchodzący kryzys. Konfiguracje planet uruchomią przeznaczenie, którego prezydent nie będzie w stanie uniknąć. Postępujący upadek prezydentury będzie szedł w parze z pogrążającym się w coraz większym chaosie Jarosławem Kaczyńskim. Świat bliźniaków runie jak domek z kart i nikt nie będzie w stanie powstrzymać destrukcji”.

Już po katastrofie Piotrowski wyjaśniał w wywiadzie dla Onetu: -

Stawianie horoskopów to dość złożony, wielowarstwowy proces, ponieważ należy wziąć pod uwagę dużą ilość zmiennych i umieć je właściwie zinterpretować, mając na względzie również określony kontekst.                                                                                                                                                                 Astrolog nie wróży, lecz przewiduje pewne tendencje-trendy wzrostu lub spadku. Mimo to może powiedzieć wiele konkretnych rzeczy.

W horoskopie sprzed wielu lat, sporządzonym przez Piotra Piotrowskiego dla pana Dudy czytamy: - „Można powiedzieć, że Andrzej Duda niczego sensownego nie stworzy”.

Minęły lata. Internauci nikomu nie przepuszczają – stąd aktualne epitety potwierdzające słowa astrologa: - budyń, maliniak, duce, marionetka, bufon, megaloman.  Do tego dodajmy, że podobno wydobył się z błogosławionego łona.

Spirytyzm w lesie

Wrzesień, a więc do lasu miły bracie! Zaczyna się grzybobranie na Mazowszu.  Świt. 


Wchodzę do lasu i zmierzam pilnie do „swoich” miejsc. Idę i myślę, a myślę bo mam czas (gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł). przypomina mi się akapit z książki o spirytyzmie, wydanej sto lat temu (!), którą czytałem wieczorem poprzedniego dnia. Rozdział dotyczył małżeństwa.

Otóż duch wyższy, który się zgłosił do rozmowy, ciągle wraca do terminów: sobkowstwo, egoizm, oraz powtarza, że jeśli cierpimy, widocznie Bóg tak chciał. Cierpienie należy znosić pokornie, z rezygnacją, bo to właściwie piękne jest.

I mnie się wydało, że tu już duch wyższy się zagalopował nieco, ponieważ:                                                                                                                                                    - Po pierwsze primo: - Dla kogo cierpienie jest piękne? I od razu otrzymuję odpowiedź od mego ducha osobistego: - dla masochisty!                                                                                                                     Dalej ten duch wyższy przypomniał banał, że cierpienie uszlachetnia. Padają słowa „chrześcijaństwo”, tudzież „lekcja”.                                                       

- Więc po drugie primo: - jaką lekcję odbiera oprawca w toksycznym związku dwojga? Lekcję jeżdżenia na łysej kobyle? Oprawca się krzywdą karmi, nasyca, a ofiara powinna zamienić się w pokorne cielę?                                                                                                                                                                    

- Po trzecie primo: - Czy istnieje zgodna z prawem przyrodzonym jakaś dawka cierpienia wystarczająca do przepełnienia kielicha goryczy?                         

I w tym momencie mój duch wygłosił monolog do ducha wyższego z zaświatów: - A ty duchu to w jakim ciele ostatnio byłeś? Bo bez urazy, ale wygląda na to, że jesteś starym duchem mocno kościółkowym, a tu na słowiańskiej ziemi rewolucja światopoglądowa poczyniła już niejakie zmiany w młodym pokoleniu. Powstają nawet opinie o konieczności wprowadzenia terapii psychicznej dla biskupów.                                                                                                                   Odebrano Słowianom wiarę ojców. Obca religia, narzucona przemocą, się jakby chwieje. Czarni niereformowalni urzędnicy pracowicie plugawią całość, przez co zwykli ludzie, którzy potrzebują w coś wierzyć, zaczynają wątpić.

Czytałem dalej i ze zdziwieniem natykam się na niespójność. Duch wyższy stwierdza: - Azaliż nigdzie nie jest powiedziane, że Bóg wiąże ludzi ze sobą na amen, czyż nie wprowadziliście instytucji rozwodów?

I zaprawdę powiadam wam - pozostałem z pytaniem: - To cierpieć w związku, czy nie cierpieć?

Atoli rzeczywistość leśna sprowadza mnie do tu i teraz – odpuszczam duchowi wyższemu, bo właśnie znalazłem się u celu godzinnego szybkiego marszu i oto widzę pierwszą brązową zamszową piłkę, która wystaje sponad jagodzin. Oczyszczam niespiesznie korzeń, rozglądam się i z miłością opieram wzrok na drugiej zamszowej piłce. Pierwszy nizinny wysyp borowików, a więc prawie wszystkie grzyby zdrowe. 













P.S – Zdrowy na umyśle człowiek pilnuje swojej osobistej kryształowej bańki. Kiedy tylko może, wariatkowo zostawia za sobą.


niedziela, 18 października 2020

Kozia broda

 

Przepis na zupę z koziej brody.

Informacyjnie: - Chodzi o zupę z grzyba o tej nazwie.

Przepis: - Iść przez las na przełaj tak długo, aż natkniemy się na tego właśnie grzyba. A nie jest to proste, bo najpierw a to borowik, a to ciekawy liść, a to purchawka nazywana w Szwecji babim pierdem, a to miły opląt pajęczyny na twarzy. 







                                                                                                      

Kiedy natrafimy na grzyba – kozią brodę, nie bać się jego! On jest w odwrocie!      Sfotografować najsamprzód narośl koziej brody, a potem zdecydowanym ruchem zerwać owego tyle, ile trzeba.






I nie pomylić koziej brodymaseczką na brodzie. Jesteśmy od niej wolni w lesie - polski wspaniałomyślny rząd uznaje od pierwszego falstartu las za bezpieczny.

Po powrocie do domu skrzydełka kurczaka ugotować z zielem angielskim, liściem laurowym, papryką ostrą, kostką rosołową Knorr. Gdy prawie gotowe, dodać utartą marchewkę, pietruszkę, seler, zeszkloną na skwarkach cebulę, oraz na końcu podstawowy składnik - kozią brodę.  




   

Po dziesięciu minutach wszystko ugotowane – działamy więc.

Po pierwsze primo: - Wyciągamy i zjadamy skrzydełka dla zaspokojenia pierwszego głoda.

Po drugie primo: - nasycamy się (niespiesznie) gęstą zupką z koziej brody dla zaspokojenia drugiego głoda. Dla wyjaśnienia podaję, że ona, ta zupka, smakuje jak flaki.  

Po trzecie primo: - po jedzeniu, ociężali nieco, kładziemy się wygodnie, a dzięki odcięciu od zbędnych bodźców, łapiemy luzik i szybko usypiamy na godzinkę.

Jak powinno być w życiu

Jeszcze trwa na polskim Mazowszu czas grzybowy, jednak w tych jakże nietypowych tegorocznych warunkach mocno stęskniłem się za Czytelnikami i ruszam z pisaniem nieco wcześniej, niż zamierzałem. Bo któż planów nie zmienia? Tylko martwy lub głupi. 

Któryś z tegorocznych wakacyjnych rozmówców podsumował mnie, mówiąc: - pan to właściwie skupia się na afirmacji szczęścia.                                                                

A na czym mam się skupiać? – zapytałem nieco zdziwiony– może na afirmacji przebywania w czarnej dudzie?                                                                                      Poza tym rozmówca nie zdążył się dowiedzieć, że zajmuję się nie tylko wdechem, ale i wydechem.                                                                                                                                          

Przecież nie można być jednostronnym, bo to byłby symptom „choroby towarzyszącej” – nawalania psychiki.

W życiu musi być zarówno dobrze, jak i niedobrze, bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze. 

P.S. Poza tym nie ma przypadków - jest 18 10 2020 - z liczby dnia i roku wynika 13, a całość to 23. To zauważyłem już po umieszczeniu wersji roboczej. Do kompletu pozostaje tylko już świadomie wybrać godzinę publikacji.