Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smerek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smerek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2026

Spotkanie na Okrągliku

 


Na Okrągliku spotykam młodego.

- Dzień dobry

- Ano dobry!

Maszerujemy niespiesznie w stronę Smereka. Młody przedstawił się jako Marek, a ja czuję, że coś go gnębi. Ścieżka wąska, idzie za mną. Na początku pyta o sprawy miejscowe: gdzie warto zajść w najbliższej okolicy, jako że ma jeszcze trzy dni urlopu. Potem się otwiera. Całkiem przyjaźnie się otwiera.

- Bo wie pan, mieszkam razem z matką, a kiedy tylko mogę, staram się być poza domem. Mam taki problem, że moja matka zarzuca mi, że nie jestem taki jak inni, że niby ciągle chodzę niezadowolony, wszystko mnie wkurza. Wynikają z tego tylko kłótnie i ja już sam zaczynam się zastanawiać, czy może jest ze mną coś nie halo. I nie bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Jak pan myśli, czy koniecznie trzeba być takim jak inni? Znaczy ożenić się, dzieci, dorabiać się wypruwając sobie flaki i te rzeczy?

- Myślę, że każdy jest inny i tak powinno pozostać. Niezadowolenie, niezgoda na to co jest, buntowniczość, to domena ludzi młodych. Mój wnuczek na przykład. Przekroczył już co prawda 30 lat, ale nie pozbył się jeszcze swego ulubionego powiedzenia – dupy nie urywa. Ja także za młodu byłem buntownikiem i nie zgadzałem się na stare myślenie, zawsze stawiałem na swoim, co tak na marginesie często wychodziło mi tak zwanym bokiem. Młodzi się buntują i to jest naturalne. Gdyby byli od urodzenia zadowoleni, nie tylko nie byliby młodzi, ale byliby od razu starzy. Wszystko bowiem przychodzi w swoim właściwym czasie.

Marek idzie w milczeniu, znaczy myśli.

- To ładnie pan powiedział.

Pomyślałem, że podsunę inspirację:

 - Masz Marku dwa wyjścia: - Wydaje się, ze twoja matka należy do rodziców toksycznych. (Nie wspominał o ojcu – być może nie wytrzymał z zołzą, a ja zwykle o nic nie dopytuję - wolę słuchać) więc może odpuść jej to. Ona przecież ciebie z pewnością kocha, chociaż jak widać na swój specyficzny sposób. Odpuść matce, a żyj dalej po swojemu, nie dając się jednak wpędzić w poczucie winy.

- Albo wyfruń z tego domu!

Szliśmy, nie odzywał się. Doszliśmy do Fereczatej, gdzie zdjąłem plecak i rzekłem informacyjnie:

- Ja tu zostaję na noc. (I żeby nie było niedomówień, czyli sławna asertywność) 

- Do widzenia Marku!

Młody z widocznym wahaniem pożegnał się wreszcie i odszedł. Kontemplowałem widok, objęty ciepłą myślą, że oto wykonałem maleńki dobry uczynek i chyba mój Anioł Opiekuńczy jest ze mnie zadowolony.


 

czwartek, 17 października 2024

Rozmowa

 


Idę w tej cudownej i straszliwej samotności niespiesznie w stronę przełęczy Żebrak, kontemplując pierzyny chmur, oraz to, co przy drodze. Cisza, spokój, nikogusieńko. Napędzany zachwytem czuję łączność z Kosmicznym Centrum Koincydencji.











Niedaleko bazy studenckiej Rabe przysiadam na metrówkach ułożonych na poboczu. Zbliża się jakiś piechur. Idzie szybko – nic dziwnego, młody jest.


- Dzień dobry, a pan dokąd? - pyta

- Dzień dobry, do góry na razie – odpowiadam.

- A potem?

- Potem się zobaczy.

- Bo ja do Smolnika nad Osławą. Wie pan gdzie to jest?

- Co mam nie wiedzieć?

- Bo ja proszę pana po raz pierwszy jestem w Bieszczadach i mam dzisiaj zaplanowane „zrobienie” Smolnika, tam podobno ciekawa cerkiew jest, a potem „zaliczam” Cisną, gdzie mam miejsce w agroturystyce. Drugiego dnia planuję „zaliczyć” Okrąglik, zejść do Smereka, a potem „zrobić” połoniny.

- To jest mocno ambitny plan. Zwłaszcza chwalebne są słowa „zrobić” i „zaliczyć” - podsumowałem.

Młody nie zwrócił uwagi na ironię i podkręcając się, zaczął tłumaczyć, jak ważne jest w życiu planowanie i konsekwentne wypełnianie planu. I zaprawdę, powiadam wam - otoczył mnie dobrze znany z telewizora słowotok. Próbując go przerwać, zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem niespiesznie dalej, mając nadzieję, że moje wolne tempo nie przypadnie młodemu do gustu. Azaliż myliłem się – on wyraźnie miał chęć się wygadać, dlatego dostosował tempo, nawijając bez ustanku.

A ja po kilku dniach samotności byłem przyjaźnie nastawiony do świata, w którym jest miejsce także dla gadułów. Nawet przez chwilę chciałem opowiedzieć człowiekowi sławną anegdotę Osho pod tytułem „Gaduła”, atoli zrezygnowałem, gdyż młody wydał mi się sympatyczny, bo mówił płynnie i wyraźnie, a to już samo w sobie jest nieczęste, tudzież miłe wręcz.

Iga Świątek powinna wziąć lekcje wymowy od tego gościa – pomyślałem.

Treść przemówienia atoli mi umykała – gdyż akurat oceniałem czas dojścia do przełęczy – wychodziło jakieś 40 minut.

Spokojnie wytrzymam – pomyślałem. Poza tym obserwowałem powiększające się pęknięcie w czubie lewego buta.

Doszliśmy do szałasu.

- Do widzenia panu, ja w prawo teraz – powiedział młody patrząc we wskazania telefonu.

- Do widzenia.

Młody odszedł kilka kroków, po czym się jakby zawahał, się odwrócił i rzekł: – może się kiedyś spotkamy, z panem tak dobrze się rozmawia.









wtorek, 14 kwietnia 2020

Ziewanie


Po zejściu do Smereka i drobnym uzupełnieniu żywności, noc spędziłem nieco wyżej na znajomym wyrębie. Całą noc padało rzęsiście. Raniutko zszedłem do szosy i w oczekiwaniu na autobus załapałem się na autostop. Z małżeństwem, które mnie podwiozło, wylądowaliśmy wspólnie w karczmie Pod Kudłatym Aniołem – Cisna. Tu śniadanie i pożegnałem miłych znajomych. Kierunek – przełęcz Żebrak przez Wołosań.

Upał. 
Szedłem niespiesznie, był popas jagodowy, dlatego na przełęczy znalazłem się już późnym popołudniem. Zachmurzyło się. Było gorąco i parno. Od jakiegoś czasu mruczała burza. Przyspieszyłem marsz, co było tym łatwiejsze, że teraz było w dól. 
Burza nadchodziła z zachodu od strony Łupkowa. U podnóża znajomej góry 686 nabrałem butelkę wody i zziajany, oblany potem, dobiegłem do miejsca biwakowego w chwili, gdy już zawiewał sławny bieszczadzki wiatr przedburzowy. 
Namiot stanął w rekordowym tempie – jeszcze tylko przycisnąć kamieniami szpilki, a tu grzmot za grzmotem i już pada, jeszcze wrzucić plecak i skok do namiotu! Ostatni moment! Lunęła ściana wody.
Nie zapalałem latarki, bo ciemności, które zapadły, dostatecznie rozświetlały błyskawice.
Waliło koncertowo.                                                                            
- Która to jest z kolei moja bieszczadzka namiotowa burza? - pomyślałem, a zmęczenie parowało uszami. Krótko mościłem się w śpiworze, próbując ustalić uszami kierunek przemieszczania się burzy, jednak sen przypłynął natychmiast.

Deszcz ustał dopiero nad ranem. Nie chciało się wstawać - leżałem wyspany bosko, czekając aż wzbierające siki zmuszą mnie do wyjścia na mokry świat. Wreszcie musiałem wyjść.




Mokro,mokro. Mgły się ścielą, świat wokół ocieka wodą, a ja potrzebuję do autobusu w Baligrodzie, bo jutro mam kolejny, tym razem docelowy autobus Polańczyk – Warszawa.                                          
Owszem, nawet przez jakiś czas, gotując jedzenie (kasza gryczana, kostka rosołowa, borowik ceglastopory - one rosną tu na wyciągnięcie ręki) brałem pod uwagę przemarsz do Polańczyka przez Bereźnicę, ale to dobre 40 km. a wczorajsza droga z Cisnej dalej nie chciała mi wyjść z nóg.
Hen wysoko nad głową  rozległ się krzyk orła. Złapało mnie ziewanie, a jak się okazało, nie tylko mnie. 


Na kolejnych zdjęciach znajoma sosna w roku 2018, na drugim z 2019, a pod nią z roku na rok coraz bardziej okazały dziewięćsił bezłodygowy.




Wreszcie mgły się podniosły, słońce podsuszyło namiot, mogłem go spakować. Na chwilę zrobiło pięknie, że ach, ach! Pożegnalne zdjęcia więc i po tej jednej nocy wio w dół.                                                                                                          Garnek jak widać stał tym razem podparty w trzech punktach – dwa kamienie i zgięty drut stalowy, który służył kiedyś cioci do dziergania swetrów.





U podnóża góry mokre zielsko jest wysokie po piersi, dlatego na drogę wychodzę zmoczony dokumentnie. Ale co tam, idzie się. Potok huczy. Tylko przysiadłem zmienić skarpetki. Przy leśniczówce zmieniam następne, a ubranie już wyschło.



Gdy doszedłem do Baligrodu buty mam prawie suche. Widok z baligrodzkiego mostu. Nic dziwnego, że tyle wody, trzy ostatnie noce padało, a teraz też od Cisnej grzmi.



środa, 8 kwietnia 2020

Druga noc na połoninach


W nocy wiał notos, czyli południowy wiatr, w porywach silny i zaskakująco ciepły. Porywy wiatru budziły mnie kilkanaście razy - nic dziwnego, warunki nietypowe - spanie miałem tuż przy ścieżce na sporym nachyleniu, z oparciem nóg na sporym łupku. Przed każdą zmianą pozycji sprawdzałem, czy stopy mam oparte na tym kamieniu.  
Wschodzi słońce nad Soliną.... Świt wynagradza nocne niewygody - jest kolorowobajkowy!


Kiedy tylko przybyło nieco światła ruszam dalej. Pierwszą noc przespałem na Smereku. Długo nie mogłem usnąć, bo nad głową miałem cudne niebo usiane gwiazdami. A tak czytelnego Wielkiego Wozu to jeszcze nie widziałem. Obecny nocleg był na początku Caryńskiej ponad Berehami.  
Co się zyskuje budząc się o pogodnym świcie na połoninach?
- Samotność. A tylko wtedy naprawdę czujesz, że jesteś w Świątyni Natury. Ludzi nie ma tu dwanaście godzin, od 18.00 do 6.00. 
- Ciekawe światło. I to, że możesz ruszyć wypoczęty, bo nie wchodziłeś tu w nocy.





Cisza, nikogo, tylko mój przyjaciel wiatr. Idzie się.

A więc przemieszczam się oczywiście niespiesznie po tym dachu lokalnego świata w kierunku siodła Tarnicy, dopóki uczucie głodu nie daje sygnału do przystanku. 


Przysiadam więc, a w czasie jedzenia zaczynam rozważania o istotnym problemie filozoficznym pod tytułem "Co jest w życiu ważne?" 

Żeglować przez życie raz na zawsze ustalonym kursem ….  czy tak się da?
Przecież życie jest dynamiczne, a Czerwona Królowa przypomina o konieczności ewolucji narzucając hasło: - kto się nie zmienia, zatrzymuje się w miejscu - ten przegrywa.
Czyli innymi słowy: - rozumny człowiek i ewolucja to jedność. 
Podmuchy wiatru czeszą trawy, bujają nimi, trawy falują, podpowiadają metaforę -  życie człowieka można porównać do falowania na wietrze....

Lecz jak to jest, z jednej strony ewolucja jest ciągłym rozwojem, jest niby zasadniczo nieodwracalna w czasie, a przecież tyle razy osobiste zdarzenia wokół nas zakreślają koło, a my wracamy do punktu wyjścia? Także wielokrotnie powtarzamy te same błędy? Powtarza się także historia ludzkości ......
Ludzie od zarania dziejów myślą o nieśmiertelności, chcieliby bez końca niszczyć swój dom - Ziemię. To się kiedyś musi źle skończyć. Śmierć jest końcem egzystencji osobnika każdego gatunku, lecz jednocześnie motorem napędzającym ewolucję. Ona jest konieczna, bo gdyby jej nie było, na Ziemi mogłyby istnieć tylko bakterie.

Dzień dobry! - krzyczy do mnie pierwsza napotkana dziś para turystów i dzięki temu wpadam w Tu i Teraz. 
Cóż to za beznadziejny zwyczaj uprawiany przez tłum. Z pewnością dojdziesz do takiego wniosku, gdy odpowiesz dzień dobry po raz tysięczny.
Ale dość! Wyraźnie zaczynam marudzić, a jest tak pięknie!
Podnosi się upał. Idzie się.





czwartek, 20 lutego 2020

Otulić się Pierzyną Zadowolenia


Listy do samego siebie: - Fereczata po raz kolejny. 

No pokochałem tę kolejną górę, ciągnie mnie tu jakaś szczególna magia miejsca. Oczywiście nie chodzi tylko o przyjście na szczyt i krótkotrwałą kontemplację, ale o to, aby tu pomieszkać.  
     Więc dom postawiony i się zmierzcha. 
Ostatnia para młodych turystów przechodziła tędy od strony Smereka w stronę Cisnej kiedy słońce było już nisko. Właściwie przemknęli prawie biegiem. 
Zatrzymali się tylko na moment i zapytali: - Czy tu są wilki?
- Są - odpowiedziałem krótko.                                                                          Dziewczyna przestępuje z nogi na nogę (może jej się sikać zachciało?), chłopak tylko stoi. Stoją i milczą - jakby czekali jeszcze na coś, więc dodaję informacyjnie: -Trzysta metrów stąd leży kościotrup zeżartego jelenia. Chcecie zobaczyć zdjęcie? 


Nie chcieli. Chwycili się za ręce i poszli.
Nie zdziwiłem się - koniec sierpnia, słońce zachodzi zaraz po 19.00, będą na Okrągliku na godzinę przed zachodem, potem do przodu po równym, a dalej czeka ich wielogodzinne, bo już po ciemku, schodzenie do Cisnej w terenie wilczym. No otuchy jakby im nie  dodałem ....                                                    

Czy jednak powinienem dodawać otuchy? Czy jestem matką Joanną od Aniołów z Kalkuty? 
I tak informacja była niepełna: - nie powiedziałem o świeżych śladach niedźwiedzia, pozostawionych tuż przy źródle, tudzież o dwóch żmijach - jedną wyprosiłem z miejsca pod namiot, druga wygrzewała się na skraju jagodzin.                                                                  
Zapytali - dostali odpowiedź i święto lasu!

Powoli zapada noc - coraz wyraźniej widać księżyc. Cisza absolutna.

Oto siedzę otulony Pierzyną Zadowolenia w tym przestrzennym bieszczadzkim odludziu, a w głowie układa się zrozumienie daru samotności. 
Pojmuję, co to znaczy tylko siedzieć. Bo że coś mogę, ale nic nie muszę – to wiedziałem już wcześniej.
Jednak tu, na dachu lokalnego świata, gdzie kontakt z ziemią trzymam bosymi stopami, a na niebie zapalają się pierwsze lampiony gwiazd, ta prawda jaśnieje jasnością. 
Wiem, że to są banały, atoli jakoś obrazują aktualny stan ducha.
 
Kolory zachodu gasną, a mnie przypomina się melodia i słowa piosenki „Czarnoksiężnik”. Oczywiście w wykonaniu Jana Młynarskiego i z zawodzeniem piły.

Tak mówią ludzie, że życie jest niby sen
I że człowiek wciąż śni
Snem są noce i dni
Gdybym miał skarby świata całego
Do nóg bym je dał dziewczęcia mego
Gdybym miał władzę czarnoksiężnika
To cud by się stał na rozkaz jej

Zamieszkali byśmy z daleka od ludzi
By nikt nie przebudził
Snu wybranki mej

(Każdemu wolno kochać) ......

W nocy następuje sławne bieszczadzkie gwałtowne przebudzenie: - na kamiennej dróżce, dziesięć metrów od namiotu słychać stąpania wielu istot kopytnych. 
To przechodzi stado saren - przyszły na nocny popas jagodowy - oceniam i śpię dalej.
I już warto się obudzić, bo dnieje.
Niebo czyste. Słońce wynurzy się od strony Wetliny i połonin.  


Samotność – nie trzeba nosić żadnej maski, siedzę albo chodzę otoczony niepowtarzalną atmosferą miejsca i czuję się jakbym wpadł w białą chmurę przenikniętą światłem. Jestem w niej cały, kąpię się w niej i piję z niej świeżość, jak z krynicy.
Dopiero w takiej chwili można się dzielić. Jak mówił Osho efektem zrozumienia samotności jest miłość. Pewnie tak jest, jednak wolę powiedzieć skromniej – przeniknięty zostałem radością. I to nią właśnie się dzielę garściami.

Kiedy chmura jest brzemienna deszczem – spada deszcz i nie pyta co dostanie w zamian, a chmura jest szczęśliwa, że uwolniła się od ciężaru.
Jeszcze o poranku niebo zaciągnęło się chmurami i zaczęło padać.
Deszcz, samotność, odludzie, to wszystko pomaga zapaść się w siebie.



Samotność jest największym skarbem, prawdziwym bogactwem, prawdziwym królestwem. Ludzie uciekają od samotności nieraz przez całe życie.
Jeśli posmakujesz samotności w całej pełni, jeśli zanurkujesz w niej razem z głową, wtedy wynurzysz się jako nowo narodzony. I przypomnisz sobie słowa: - narodzić się na nowo, wejść do królestwa. Każdy takie królestwo nosi w sobie.
Było już popołudnie, kiedy deszcz ustał. 
- Dziś nikt przez Fereczatę nie przechodził i chyba jest już za późno, aby ktokolwiek pokazał się na szlaku. Och! Jak dobrze mi tu samemu! - pomyślałem uśmiechając się szeroko.
Krople wody potrafią wyczarować niecodzienny klejnot.


 Nazbieram jagód i połażę trochę.



Kiedy dziecko opuszcza łono matki, w tym nowym nieznanym świecie odkrywa podświadomie słowo osamotnienie. To pragnienie powrotu, ucieczki, myśl, że oto zabrakło czegoś lub kogoś. Potem dochodzą doświadczenia odstawienia od piersi, odejścia z domu i zamieszkania wśród obcych. 
Lekarstwem na osamotnienie dla dziecka jest misio, lub inna zabawka. Dla dorosłego szukającego ucieczki od osamotnienia lekarstwem bywa ktoś drugi chorujący na to samo, a wtedy choroba staje się podwójna.

Kolejny poranek.
Do uschniętych łodyg jagodzin wystarczy tylko przyłożyć zapałkę i już bucha ogień. Nie ma znaczenia że są mokre. Na podpałkę nadają się lepiej od brzozowej kory. Z pewnością w suchych listkach są olejki eteryczne.


Myląc chore osamotnienie ze zdrową samotnością, uciekamy od samotności uważając, że ona jest destrukcyjna. A to błędna diagnoza, ponieważ to, co niby mnie gnębiło, od czego uciekałem przez tyle lat, w rzeczywistości jest darem – do tego od samotności nie da się uciec. Rodzimy się samotni i tacy umieramy.
Tak samo jak rodzimy się nadzy i nago (bez dóbr doczesnych) umieramy.
Nie da się niczego ze sobą zabrać na tamten świat.

Co więc robić?
Nic. 
Po prostu przestać uciekać, bo nie ma sposobu, żeby od siebie uciec. Zatrzymać się, uspokoić, ochłonąć.

A pamiętając o konieczności polubienia siebie, przygarnąć do serca także klejnot samotności. Samotność bowiem jest skarbem, ponieważ to jest wolność, wyzwolenie od bliźnich. 
Oto nie musisz się spotykać z kimś (z rodziny, albo szefem, albo...) kto działa ci na nerwy.

Wtedy czujesz, że znalazłeś się na zielonych pastwiskach, jesteś kompletny. Dociera do ciebie, że zawsze byłeś kompletny, tylko o tym nie wiedziałeś. Znika zaborczość, znika wysiłek.
Ogarnia ciebie radość, masz jej boski nadmiar i wtedy dopiero możesz się dzielić. Bo dzielić możesz się tylko tym, co masz.
Oto przytrafiło się coś niezwykle cennego.


wtorek, 6 listopada 2018

W lasach Łemkowszczyzny

Kuśtykam.
Jeszcze mam chęć robić zdjęcia.





Nie poddaję się – zaciskam zęby i próbuję zdążyć na autobus, który jak pisałem odjeżdża z Cisnej kilka minut przed 15.00.
 
Widoczność coraz słabsza, noga coraz mocniej boli.
W kostce pokazała się wyraźna opuchlizna - już każde stąpnięcie sprawia ból, pomimo ostrożnego ustawiania stopy do kolejnego kroku.
         Jakoś jednak idę, bo co mam zrobić?
Do tego plecak wydaje się z każdą godziną cięższy.
Zbliżam się do Cisnej z ogromną trudnością.
Do sytuacji jak ulał pasuje słowo masakra.
Ale co tam ja.
Wlokę się w cierpieniu, a w głowie mam bardzo miejscowe opowiadanie Iwana Dmytryka z książki: „W lasach Łemkowszczyzny”.

Jest koniec marca 1945 roku, Iwan jest żołnierzem UPA i wyszedł po raz pierwszy z chałupy, po przejściu tyfusu.... Chyża stoi na górnym krańcu Wetliny - w Zabrodziu.
        Od strony Strubowisk na wieś Smerek nacierają silne oddziały NKWD.
Ktoś dał znać, że sanitariusze zabierają chorych striłców i wywożą gdzieś dalej. Zebrałem się i wyszedłem powoli na dwór. 
Na drzwiach prawie każdej chaty znajdował się napis: - „Nie wchodzić – tyfus!”.
      Kobiety wynosiły z chat wszystkie cenniejsze rzeczy i chowały w bezpieczniejszych miejscach. Drogą uciekali ze wsi w góry ludzie, obładowani bronią i plecakami z żywnością.
Rozpoznałem wśród nich niektórych naszych rekonwalescentów. Nie miałem siły iść z nimi, choć bardzo chciałem. Moje nogi były jak z waty i uginały się pode mną. Gospodyni powiedziała mi, że jej sąsiad zawiezie mnie oraz innych chorych do Berehów Górnych. Usiadłem przy drodze.
         Wkrótce nadjechały sanie, na których siedzieli „Urał”, „Kawka”, i „Łuk”, nadal jeszcze bardzo chorzy. Sanie ciągnął chudy i wygłodzony koń, który wlókł się tak samo powoli, jak i ja. Gospodarz krzyknął do mnie, żebym szedł za saniami pod górę sam, a tam on już na mnie zaczeka.
       Dzień miał się ku końcowi i słońce schowało się za połoninę Wetlińską. Starałem się iść jak najszybciej, lecz nie dawałem rady – co wyciągnę jedną nogę, to druga zapada się w mokry śnieg. Zacząłem wówczas pełznąć na czworakach, aczkolwiek i to było dla mnie trudne i zdawało mi się, że zaraz upadnę i nie będę miał siły wstać. 
Gospodarz z saniami był już pod górą.
Myślałem, że tam zwolni, lub zaczeka na mnie, lecz zanim dotarłem pod górę, on był już prawie na niej i – nie zatrzymując się pojechał dalej.....
 
Kiedy wreszcie wdrapałem się na górę, on już zjechał w dolinę. Zacząłem wołać za nim, ale on chyba nie słyszał, i sanie szybko zniknęły mi z oczu.
Pozostałem na drodze sam.
Nie pojawiał się nikt, ani pieszy, ani na saniach. Z zachodem słońca śnieg zaczął zamarzać i nogi już w nim nie grzęzły, lecz mnie całkiem opuściły siły i upadłem.
Gdzieś, chyba w Smereku i Wetlinie, słychać było strzały i wybuchy granatów. Czasem w powietrze leciały rakiety i znikały za górą.
 
Wstać na nogi nie miałem siły, lecz instynkt samozachowawczy mówił mi, że leżenie tu to pewna śmierć. Mróz robił się coraz sroższy. Żeby nie zamarznąć zacząłem się czołgać. Miałem tylko jedno jedyne pragnienie – dotrzeć do pierwszych chat Berehów Górnych, odległych ode mnie o jakieś dwa kilometry.
       Czołgałem się i czołgałem. Nie wiem jak długo to trwało, bo noc nastała już dawno. Nie czułem nic – ani chłodu, ani zmęczenia. W mojej głowie była tylko jedna świadoma myśl – czołgać się, czołgać naprzód!
Minęło pewnie kilka godzin, zanim ujrzałem pierwsze chaty we wsi. Zacząłem krzyczeć, lecz na mój słaby krzyk nikt się nie odezwał. Ostatkiem sił podpełznąłem bliżej do jakiejś chaty i nagle usłyszałem głos wartownika, który żądał podania hasła.
 
Hasła nie znałem, bo chorym strzelcom go nie podawano i zacząłem krzyczeć, że jestem „Drań”- chory strzelec z sotni „Wesełego”.
W odpowiedzi wartownik schował się za chatę i w moją stronę posypały się kule. Jednak w minutę później ponownie usłyszałem kroki i ciche głosy. Zobaczyłem dwa cienie, które z bronią w pogotowiu zbliżały się do mnie. Znów zacząłem krzyczeć kim jestem i prosić, żeby nie strzelali.
        Strzelcy ostrożnie podeszli do mnie i podnieśli mnie ze śniegu.
Kompletnie wycieńczonego zanieśli do chaty i położyli na łóżku. W chacie było kilku oficerów i strzelców. Miałem szczęście, że mnie nie zabili, bo już myśleli, że to jakiś bolszewik podchodzi do ich kwater. Zaczęli mnie wypytywać o bitwę w Strubowiskach, o naszą sotnię i o to, jak do nich dotarłem.
        Naszej rozmowie przysłuchiwała się gospodyni chaty i przyniosła mi – chyba powodowana współczuciem dla mnie – kilka jajek, kawałek chleba i garnuszek mleka. Połknąłem to wszystko za jednym zamachem.
 
Jeszcze tej samej nocy przewieziono mnie saniami na drugi koniec wsi, gdzie było bezpieczniej. Jechali ze mną strzelec „Kiczka” i dowódca drużyny „Bajdak”, którzy byli po rekonwalescencji i mogli już sami iść, a nawet wyleźć na sanie.

Umieszczono nas w jednej z chat na nocleg. Nad ranem obudziła nas gospodyni i powiedziała, że słychać strzały i musimy przygotować się do wymarszu. Ledwie zjedliśmy śniadanie, jak przyszedł po nas strzelec i rozkazał szybko się zbierać, gdyż bolszewicy zajęli górny koniec Wetliny i wkrótce mogą być w Berehach Górnych.
Zawieźli nas do Ustrzyk Górnych, gdzie dotarliśmy dopiero po południu....
 
Tu zaopiekował się nami naczelnik stanicy. Zostaliśmy umieszczeni w chacie młodych i świadomych gospodarzy, którzy nas nakarmili i ubrali. Do chaty przyszedł jeden ze strzelców z SKW i opowiedział o wydarzeniach, które miały miejsce w ciągu ostatnich kilku dni.
       Wróg ściągnął w okolice duże siły i szedł z obławą od wsi do wsi. Nasza sotnia zdobyła sobie wśród okolicznej ludności sławę prawdziwych mścicieli ludowych. Wszyscy chwalili sotennego „Wesełego” za umiejętności przejawiane w walce i za to, że umiał wyjść zwycięsko ze wszystkich trudnych sytuacji, nie zważając na to, że bolszewicy przeciwko naszej sotni mieli około pięciu tysięcy ludzi.
 
Nie było nam sądzone odpocząć w tej wsi. Nadeszła wiadomość, że nadchodzą bolszewicy i dostaliśmy rozkaz uciekać ze wsi. Wszyscy ruszyli w lasy, ciągnące się wzdłuż granicy do wsi Wołosate.
Ledwo opuściliśmy Ustrzyki Górne i już usłyszeliśmy za naszymi plecami strzelaninę.
Czerwona miotła” sunęła za nami nieustannie”.....