Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwona Królowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwona Królowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Osobisty grajdołek

 


Największym wrogiem człowieka jest ignorancja.
    

Dlatego aby zobaczyć i usłyszeć coś nowego, trzeba odrzucić

stare struktury myślenia i wiary, które stworzyły głęboko

Wyjeżdżoną Koleinę Życia.

 

Czy zdarzyło ci się jechać zimą, wiejską, wąską, oblodzoną drogą w

której wyciśnięte są głębokie koleiny?

Kiedy wpadniesz kołami w takie tory, możesz puścić

kierownicę – koleina ciebie prowadzi.

   Jedziesz i naraz widzisz z naprzeciwka światła - to ciężarówka, która

zbliża się szybko i jest także uwięziona w tych samych koleinach

co ty.

Ciężarówka zbliża się, trąbi i mruga światłami, a ty nic nie

możesz zrobić – lodowa koleina nie pozwala zjechać na bok.                             

Jeśli jedziesz, czyli żyjesz szybko, trudno jest wyjechać z

takiej koleiny.

Ona przytrzymuje, nie chce wypuścić.

Kiedy natomiast może nie tyle, że żyjesz niespiesznie, ale jednak od czasu do czasu potrafisz zatrzymać pęd i dopuścić refleksje – wtedy wyjeżdżoną koleinę uda ci się opuścić jednym krokiem.             

     Albo inaczej: - Warto czasem spojrzeć na swoje życie, jak na zdjęcia w cudzym albumie. Takie patrzenie niesie refleksje, tudzież inicjuje przemianę. Bo jak wiesz, świata nie zmienisz, ale możesz zmienić siebie.          

Tę przemianę nazywam Wyskoczeniem Z Osobistego

Grajdołka.

Trzeba tylko chcieć.


Tybetańska Księga Snów - Ignorancja.

 „W Tybecie świeże skóry rozkłada się na słońcu i naciera masłem, aby nadać im miękkości. Azaliż masło jest również przechowywane w takich skórzanych torbach. Jednak po wielu latach skóra, z której zrobiona jest torba, staje się twarda jak drewno i już nie zmiękczy jej nawet tona świeżego masła.

Ktoś, kto przez wiele lat studiuje nauki, przyjmując je jedynie na poziomie intelektualnym, posiadając niewielkie tylko doświadczenie w praktyce, jest podobny do takiej zesztywniałej skóry.                                                                  

Wiedza nie jest do tego, żeby ją gromadzić, lecz ścieżką, którą należy podążać.                                                                                                                 

Ignorancja kulturowa wymusza wierność określonym wartościom.                                             

Ignorancja wrodzona tworzy pragnienie, aby rzeczy były inne, niż są”.

 

 Czerwona Królowa: - „Kto się nie zmienia, ten się cofa”. 

 Osho: - „Zdania nie zmienia tylko martwy, albo głupi”.

wtorek, 21 listopada 2023

Lala Rani

 


       Lala Rani (Lal ka Rani) to w języku marathi Czerwona Królowa.

Jak wiemy, Czerwona Królowa symbolizuje nieustający wyścig, który dzieje się obok nas i w nas samych, azaliż tego nie zauważamy w codziennej egzystencji.

Przykład z biologii – ludzie i wirusy. Otóż nasze ciała i każde draństwo, przez które chorujemy prowadzą ze sobą nieustanną rywalizację. Kiedy wirus atakuje, nosiciel wytwarza mechanizm obronny. Potem wirus się zmienia, mutuje, żeby pokonać mechanizm obronny, a odpowiedzią organizmu jest nowy mechanizm i tak dzieje się aż do momentu, kiedy organizm przegrywa ten wyścig z powodu starości.

    Problem może pojawić się także w trakcie wyścigu, gdy następuje ingerencja zewnętrzna uszkadzająca naturalny mechanizm obronny.

W każdym razie walka wirusa ze zdrowym organizmem zalicza się do Wyścigu Czerwonej Królowej. Z książki Alicja w Krainie Czarów dowiadujemy się, że mała dziewczynka spotyka Czerwoną Królową, która biegnie niewiarygodnie szybko, ale nie dociera dokądkolwiek. Królowa wyjaśnia dziewczynce, że w jej kraju należy biec ze wszystkich sił, żeby pozostać w tym samym miejscu.

Przestępcy są podobni do wirusów - zmieniają metody działania, aby uniknąć złapania przez policję, ukarania przez prawo. Atoli z jednym "ale". 

Tym "ale" jest pewna odwieczna zasada, której owi w tej złodziejskiej odmianie wyścigu Czerwonej Królowej się trzymają. Ta zasada ma imię: - broń się. Do tego "broń się", zaliczamy głównie przekupstwo (w odwodzie szantaż, groźby).

Albo jak mawiają wtajemniczeni: - jeśli dzielisz się łupem z tymi, którzy mają ciebie ścigać, wtedy kupujesz spokój.

Dlatego wyścig Czerwonej Królowej w przypadku „grubych” przestępców jest wyłącznie pozorowany. Oni już nie muszą się ścigać.

czwartek, 9 lutego 2023

Ewolucja wstecz

 


Czy jest możliwy taki kierunek ewolucji? Patrząc na postępowanie niektórych ludzi, wyraźnie widać, że się zatrzymali w rozwoju, a przecież wiemy, jak taki stan nazywa Czerwona Królowa.

Bywają na niebie i ziemi zdarzenia, o których nie śniło się filozofom. Film z 2017 roku, nominowany do Oskara, opowiada o fizjologicznej ewolucji wstecz. To „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, opowieść o mężczyźnie, który rodzi się jako starzec i młodnieje z wiekiem.

Atoli wróćmy do przykładu teorii superstrun. Otóż wydaje się, że odkryto ją z pomocą szczęśliwego trafu, ale w nieodpowiednim czasie, mianowicie dużo za wcześnie. Wielu fizyków uważa, że gdyby ów szczęśliwy traf się nie wydarzył, teoria ta zostałaby odkryta dopiero sto lat później.

      Opinia ta bierze się stąd, że ta teoria różni się zdecydowanie od wszystkich idei XX stulecia. Nie tylko nie jest rozwinięciem popularnych trendów, ale sytuuje się zupełnie poza nimi.

      Ogólna teoria względności na przykład przeszła logiczną ewolucję. Najpierw Einstein sformułował zasadę równoważności, następnie nadał jej odpowiedni kształt za pomocą matematyki i grawitacyjnej teorii pola, w oparciu o wcześniejsze osiągnięcia Faradaya i Riemanna. Potem dostaliśmy opisy czarnych dziur i Wielkiego Wybuchu, a na koniec podjęto próbę sformułowania kwantowej teorii grawitacji.

       W ten sposób ogólna teoria względności przeszła logiczny rozwój od zasady fizycznej do teorii kwantowej.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z rozwojem teorii strun, która od swego odkrycia w 1968 roku ewoluuje wstecz. Dlatego właśnie dla większości fizyków wygląda ona dziwnie i obco.

                                   Funkcja beta

Jak już wiemy teoria ta narodziła się „całkiem przypadkowo” w 1968 roku, kiedy dwaj młodzi fizycy teoretycy, Gabriel Veneziano i Mahiko Suzuki przeglądali literaturę, poszukując funkcji matematycznych, które mogłyby opisać zachowanie silnie oddziaływujących cząstek. Obaj fizycy pracowali w CERN, europejskim centrum fizyki teoretycznej w Genewie. Niezależnie od siebie natknęli się na funkcję beta, stworzoną w XIX wieku przez matematyka Leonharda Eulera. Zaskoczyło ich, że ta funkcja ma prawie wszystkie własności, jakie są potrzebne do opisania współczesnego zagadnienia nad którym pracowali.

Odnalazłszy funkcję beta Eulera, Suzuki opowiedział o tym doświadczonemu fizykowi z CERN i okazało się, że fizyk ten znał już temat, bo o podobnym odkryciu zawiadomił go inny początkujący fizyk – Veneziano.


                                                     Symfonia Wszechświata

Zgodnie z teorią strun, gdybyśmy potrafili powiększyć cząstkę punktową, zobaczylibyśmy małą, wibrującą strunę. W rzeczywistości materia jest harmoniami stworzonymi przez wibrujące struny.

Podobnie jak istnieje nieograniczona liczba współbrzmień, które można zagrać na skrzypcach, istnieje również nieograniczona liczba form materii, które można skonstruować z drgających strun. Wyjaśnia to bogactwo cząstek w naturze. Także prawa fizyki można porównać do praw harmonii określonych dla struny.

Sam Wszechświat, złożony z nieskończonej liczby drgających strun, moglibyśmy porównać do symfonii.

Teoria strun wyjaśnia także naturę czasoprzestrzeni. Jest to pierwsza w historii fizyki kwantowa teoria grawitacji mająca skończone poprawki kwantowe.

       Fizycy byli zaskoczeni, kiedy po raz pierwszy obliczono ograniczenia, jakie struna nakłada na czasoprzestrzeń, ponieważ z obliczeń wyłoniły się równania Einsteina!

      To było bardzo niezwykłe. Fizycy bowiem nie zakładali żadnego z tych równań – one wynikły samoistnie, w sposób całkiem magiczny z teorii strun, potwierdzając tym samym, że Edward Witten to nie byle jaki gość.

I odtąd równania Einsteina przestano traktować jako podstawowe – można je było wyprowadzić z teorii strun.

       A ograniczenia na spójność (moja druga żona zwykła mawiać przed podaniem jedzenia: - Najpierw spróbuję na słoność. Ja na to: - Żeby się nie rozdwajać, spróbuj jednocześnie na pieprzność, będzie sprawniej) są zadziwiająco sztywne.

       One zabraniają strunie poruszać się w trzech, czy czterech wymiarach. Jednocześnie zmuszają strunę do poruszania się w ściśle określonej, „magicznej” liczbie wymiarów. To są znane już Czytelnikom dwie liczby: - 10 i 26.

A dokładnie dotyczy to struny heterozyjnej, zamkniętej. Taka struna wibruje na dwa sposoby: - zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara i przeciwnie. Drgania te traktuje się oddzielnie. Wibracje zgodne z kierunkiem ruchu wskazówek zegara zamieszkują dziesięciowymiarową przestrzeń. Drgania w kierunku przeciwnym odbywają się natomiast w przestrzeni 26. – wymiarowej, w której szesnaście wymiarów uległo redukcji.

Teoria strun zdefiniowana w tych wymiarach, ma wystarczająco dużo miejsca, by zjednoczyć wszystkie podstawowe siły natury.

Wychodząc od prostej teorii wibrującej struny, możemy otrzymać teorię Einsteina, Kaluzy-Kleina, supergrawitację, model standardowy, a nawet teorię GUT (Czytelnicy bloga darują wyjaśnienia, co to jest GUT, wystarczy przyjąć, że to niemieckie gut).

Jednym słowem wydaje się, że mamy do czynienia z cudem: - zaczynając od czysto geometrycznych własności strun, otrzymujemy na nowo całą  fizykę ostatnich dwóch tysiącleci!

Symetrie, które dostrzegamy wokół siebie, od tęczy po rozkwitające kwiaty i kryształy, można ostatecznie zaliczyć do manifestacji fragmentów pierwotnej dziesięciowymiarowej przestrzeni.

Wielowymiarowa przestrzeń jest tak samo piękna jak natura. To w hiperprzestrzeni jest źródło symetrii i cudów przyrody. Na przykład płatki śniegu tworzą bajeczne heksagonalne wzory, a żaden z nich nie jest dokładnie taki sam. One sygnalizują czar dziesięciu wymiarów.




 

czwartek, 21 października 2021

Wszystko jest liczbą

 Żydzi. Stanowią maleńki ułamek procenta ludzkości (1,5  - może 2 %), a przodują w paru istotnych dziedzinach. I tu pojawia się pytanie, od którego często zaczynałem spotkania z inwestorami giełdowymi:

„- Skoro wiemy, że większość laureatów Nagrody Nobla to Żydzi, tudzież wymieniona nacja kontroluje całość przepływu światowego pieniądza, więc rządzi również rynkami finansowymi, to czy należy ich uznać za mądrych, czy okazywać pogardę? Bo po co przyszliście na to szkolenie? Żeby zarobić? Odrzućmy więc antysemityzm, którym Polacy zostali nasączeni, darujmy sobie szukanie wroga i spróbujmy uczyć się od tych, którzy wiedzą w czym rzecz. Otóż wszystko jest liczbą, więc także słowa mają wartość liczbową”.

Dziś kolejny, krótki urywek z książki polskiej Noblistki.

„I przypomniałem im, że w starym języku słowo światło i tajemnica mają tę samą wartość liczbową – 207.

Patrzcie, mówiłem im: wszystkie księgi, które studiowaliśmy były o świetle: Księga Jasności, Szare Ora to Bramy Światła, Meor Enajim – Światło oczu i w końcu Sefer ha-Zohar – Księga Blasku. Ciągle studiowaliśmy światło.

To studiowanie odkryło nam, że ogromne ciało materii i jej praw nie jest meciut – rzeczywiste, i takoż wszystkie jej kształty i przejawy, jej nieskończone formy, jej prawa i nawyki. Prawdą świata jest nie materia, lecz wibracja iskier światła, to nieustanne migotanie, które znajduje się w każdej rzeczy.

 

 

 

Pomnijcie to, za czym szliśmy, rzekłem im. Wszystkie religie, prawa, księgi i stare zwyczaje już minęły i zwietrzały.

Ten, kto czyta te stare księgi, przestrzega tych praw i zwyczajów, to jakby ciągle głowę do tyłu trzymał, a musiał iść do przodu. Dlatego będzie się potykał i w końcu upadnie, ponieważ wszystko, co było, przychodziło ze strony śmierci.

Człowiek mądry zaś będzie patrzył do przodu, przed siebie, poprzez śmierć, jakby była tylko muślinową zasłoną. I stanie po stronie życia.

I pod tym się podpisuję – ja, Nachman Samuel ben Lewi z Buska, czyli Piotr Jakubowski”.

Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

Czyż powyższy urywek nie przypomina odwiecznych słów, że wszystko jest energią, światłem? A kto się nie zmienia, (ma głowę w przeszłości, czyli odwróconą do tyłu) potyka się co i rusz, bo trwa w stagnacji, a stagnacja to śmierć?

Co powtarza Czerwona Królowa? -  Nie zatrzymuj się, nie stawaj, bo przegrasz. Zmieniaj się.

Osho mówił; – Nie zmienia się tylko martwy lub głupi. Jeśli nie zmieniasz poglądów, stajesz się zatęchłą sadzawką.

I w końcu słowa sprzed dwóch tysięcy lat: Marek Aureliusz: - Wszystko jest nawzajem powiązane, a węzeł to święty. Boże, daj mi pogodę ducha - abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę  - abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrość  - abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego. 

Jakiś czas temu pisałem o "tajemnicy liczby 23". Poniżej aktualna ciekawostka.


 

 

wtorek, 2 lutego 2021

Porządek Rzeczy



Matka Natura to nie tylko Ziemia. To także cały kosmos, oraz ta tajemnicza Siła, która wszystko przenika i utrzymuje we Wszechświecie. Tą Siłą jest energia. Przecież wszystko jest energią. Ta energia jest Mocą i tkwi również w każdym z nas. Niech Moc będzie z tobą …..

Filozofia stworzyła pojęcie dualizmu, które określa to, co zostało podzielone. Coś jest całością, ale sztucznie, pozornie, zostaje podzielone. I tak stworzono ciemność jako przeciwieństwo światła.                                                                  

A przecież nie ma ciemności – może być tylko kompletny brak światła (Einstein). Nie ma zimna – może być tylko kompletny (aż do minus 273 st. Celsjusza) brak ciepła.


Umysł dualny dzieli, umysłem dualnym rządzi strach. Natomiast umysł niedualny potrafi wznieść się na inny poziom rozumienia i połączyć ze Źródłem. Nie trzeba za bardzo wnikać w to, ile jest światów we Wszechświecie i usiłować wszystko zrozumieć. A tak właśnie zaczęli robić ludzie budujący mury i granice, aby tym działaniem ukoić swój strach.

Umysł niedualny czuje wspólnotę z tym co jest. A wszystko jest wszystkim - nie istnieje podział. No i wszystko jest energią. Ja jestem bogiem i bóg jest mną. Bóg rozumiany jako energia – Siła, która rządzi Porządkiem Rzeczy. Czy takie stwierdzenie jest obraźliwe? Absolutnie nie. Natomiast tworem umysłów dzielących, oderwanych od Źródła, są imiona boga, instytucje spisujące zasady i przekonania o swej wyższości nad innymi, całe to bałwochwalstwo polegające na oddawaniu czci figurom i obrazom i to właśnie obraża inteligencję wolnej jednostki. To umysły dualne wprowadziły rządy strachu, dzielenia na coraz mniejsze elementy, na czele których ustawiano rozmaitych strażników.

I tak w momencie urodzenia człowiek zostaje przyporządkowany jednej instytucji, a potem wielu następnym. Zaczyna się indoktrynacja - wszczepianie programu walki, wyścigu szczurów i obrony tych wszystkich instytucji do których człowieka przypisano – wyznania, kraju, grupy rasowej. Stopniowo większość gubi się w umyśle zbiorowym. 

Są trzy grupy ludzi: - pierwsza, najmniej liczna, powoduje, że coś się wydarza. To są ludzie z umysłem niepodzielonym, niedualnym.

Druga, liczniejsza grupa, mająca umysł na granicy dualności, zauważa, że coś się zdarza i to obserwuje.

Trzecia, najliczniejsza grupa, z umysłem dualnym, czyli pokręconym, nic nie widzi, czasami tylko zastanawia się, czy coś się zdarza.

Kiedy uda ci się zerwać mentalne więzy podporządkowania i zaczniesz mówić, że należy kierować się dobrem, wyśmieją cię, zarzucą naiwność. Przecież większość działa stadnie, ma umysł dualny i zna tylko jedną rzeczywistość, innej nie chce znać. Większość zatrzymała się, jest oderwana od Źródła i dobrze jej z tym.                                                                               


Większość nie słyszała i nie chce słyszeć o zasadzie Czerwonej Królowej: - kto stoi w miejscu, ten się cofa. Większości nie jest nawet potrzebna wolność. Nie tylko nie jest potrzebna, ta większość wolności się po prostu boi i woli, aby ktoś za nią myślał i nią sterował. A przecież każdy jest wolny, tylko trzeba chcieć z tego skorzystać.  


Wszystko mija, a my jedynie odrabiamy lekcję w Akademii Życia. Nasz świat jest kolejnym światem, a ludzkość kolejną ludzkością. Poprzedni świat został zniszczony wodą, a ten przed nim – ogniem.

Z punktu odczuwania Matki Ziemi, oraz Porządku Rzeczy, część ludzkości uważająca się za cywilizowaną, skupiła się na walce z przyrodą, innymi słowy na niszczeniu własnego domu. Kiedyś pisałem, że ta część jest podobna do zmutowanego wirusa. Wirus zmutował, bo kiedyś chodził boso, a teraz ma buty. Dziś bym do tego dołożył jeszcze miano insekta.


niedziela, 13 grudnia 2020

Metoda Port Royal

 Studnia Ofiarna 7                      

                                         Davalos Hurtado

Eksploracja Studni Ofiarnej wcale się na tych nurkowaniach nie skończyła. Teraz Studnia czekała na człowieka, który wypompuje z niej całą wodę i wydobędzie do imentu wszystko, co zostało jeszcze na dnie. I w końcu doczekała się, ale opiszmy rzecz po kolei. Najpierw zmarł Thompson, a Studnią zainteresował się Davalos Hurtado, amerykanista, pasjonat archeologii, ale przede wszystkim poszukiwacz skarbów.

- Nie mogłem uwierzyć, że konsul Thompsom przy pomocy swojego prymitywnego sprzętu zdołał zbadać wszystkie warstwy mułu dennego – powiedział Hurtado. I do eksploracji cenote zastosował metodę badań pod nazwą Port Royal.                                                                                                                        

Czemu taka nazwa? Powód prosty: - 7 czerwca 1792 roku silne trzęsienie ziemi w ciągu kilku godzin zatopiło Port Royal – piracka spelunka Nowego Świata zapadła się w morze. Razem z nią zatopiły się liczne skarby. Na ich poszukiwanie wyprawiła się grupa uczonych z USA. I tu właśnie ekipa wypróbowała nową metodę wydobywania skarbów z dna morskiego przy pomocy urządzenia ssącego. Rezultaty były więcej niż obiecujące. A mówiąc dokładniej, to było bingo!


I oto nad cenote znowu przybywa ekspedycja poszukiwawcza. I jak się okaże nie ostatnia. Teraz odbędzie się przecedzanie tej części mułu, która jeszcze została do przecedzenia. Odbędzie się to przy pomocy urządzenia ssącego, które zdało egzamin w Port Royal. Urządzenie działało jak odkurzacz - rura zasysała muł który tryskał na platformę zrobioną z gęstej siatki. 


 Hurtado zaprosił także do współpracy nurków z miejscowego klubu sportów wodnych. Od czasów Thompsona minęło kilkadziesiąt lat i teraz nurkowie zamiast pięćdziesięciokilogramowych skafandrów używali lekkich akwalungów. Meksykańscy nurkowie są w stanie, jak się okazuje, dotrzeć w najgłębsze zakamarki dna i to pomimo kłębiącego się wokół nich gęstego mułu. Te zakamarki, do których nie jest w stanie dotrzeć gruba rura pompy ssącej, to są najciekawsze miejsca dla poszukiwań, chociażby tylko z powodu ciężaru nie tylko złota.

Już pierwszy dzień poszukiwań przynosi niezwykle odkrycie – znaleziono trzydziestocentymetrową figurkę bóstwa Majów, wyrzeźbioną w czystym kauczuku. Takich gumowych figurek bogów, ludzi i zwierząt, wydobyto potem kilkadziesiąt. Czego nie wydobyli nurkowie, wydobyło na sito urządzenie ssące. Przez dwanaście godzin na dobę, a nawet dłużej, pompa wypluwała muł na sito, z którego Indianie razem z Hurtado wybierali – niczym rodzynki – to wszystko, co tysiąc lat wcześniej wrzucili do wody kapłani Majów i pielgrzymi. Pompa na zmianę z nurkami, pracowała przez cztery miesiące i bez urazy, ale wyrobów ze złota i nefrytu znaleziono oficjalnie dosłownie tyle, co na lekarstwo. Wręcz podejrzanie mało. Właściwie same drobiazgi, a z rzeczy godnych wzmianki jeszcze jeden nóż ofiarny, tym razem z rękojeścią, ze złotej blachy, pokrytej hieroglificznym napisem. 

Znając życie, nie należy się jednak takim mizernym rezultatom poszukiwań dziwić – oto gwałtownie budził się rynek kolekcjonerów-inwestorów, gotowych płacić każdą cenę za artefakty Majów. A Hurtado jako rasowy poszukiwacz skarbów przecież głupi nie był.

 Ociupinka filozofii.

Altruizm? Tak, ale do pewnej granicy. Przecież ktoś w swojej głębi duszy może naszym poświęceniem pogardzać. Tak mówi moje osobiste doświadczenie. A pomiędzy „altruizm” a „oddaj wszystko” to tylko znak równania. Oddaj wszystko to według mnie ciężka choroba psychiczna. Azaliż z każdej choroby można się wyleczyć, trzeba tylko chcieć. 

To nic nie oddawać, a tylko brać? Absolutnie nie! Trzeba się miarkować. Przecież każdy wcześniej, czy później umrze - nic ze sobą nie zabierze, bo trumna nie ma kieszeni. I każdy ma jeden żołądek. Co pewien czas piszę: - Dają? Bierz! Jeśli ktoś coś ci daje, bierz, bo inaczej obrazisz darczyńcę. Zdarza się, że tym dającym jest Los. Wtedy bierz! Przez duże B bierz, oraz natychmiast. Bo po pierwsze primo obrazisz darczyńcę. A po drugie primo obrazisz Darczyńcę Wyjątkowego. Tego od Sygnałów Życiowych. Podsumowując sprawę: - Czytelniku! Niezależnie od tego kim jesteś - nie daj się jebać! Jebać w chwili obecnej można tylko PiS!



Miloslav Stingl w swojej książce „W pogoni za skarbami Indian”, wydanej w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, przytacza swoją rozmowę z Hurtado, gdy ten szykował się do wyjazdu z Chitzen Itza. Szykował się i opowiadał Stinglowi, że ma pomysł osuszenia Studni. Osuszenia chociaż na pewien czas. Ówczesna technika już pozwalała na podobne przedsięwzięcie. Takie osuszenie – wyjaśniał - pozwoliłoby na określenie wieku poszczególnych warstw – stratygrafię. Mówił o stratygrafii, a oczy mu pałały i oblizywał się.

Hurtado atoli zmarł przedwcześnie z jakby nie do końca wyjaśnionej przyczyny i nie dane mu było wprowadzić w czyn swego pomysłu osuszenia cenote. Jednak to się wydarzyło – dokonał tego ktoś inny, ale to już temat na inną bajkę. 

Dziś woda w Świętej Studni Śmierci w Chitzen Itza - starożytnym mieście Majów, potomków Atlantydów, jest krystaliczna, mułu już nie ma. Dziś to święte kiedyś miejsce jest atrakcją turystyczną.









Profanacja? Bo ja wiem? Zawsze kiedyś przychodzi jakieś Nowe, któremu stare musi ustąpić. Kto się nie zmienia, ten przegrywa - rzekła Czerwona Królowa.

Na naszych oczach dzieje się przecież tak wiele. Zmiany nawyków i mentalności społecznej są nieuchronne, a wirus miłościwie nam panujący tylko sprawę przyspiesza. Tendencja, która pojawiła się na zachodzie Europy, dotknie w niedalekiej mam nadzieję przyszłości również polskie kościoły: - zachowane zostaną niektóre cenniejsze budynki, w nich będą muzea, albo sale koncertowe ze względu na akustykę, a na tablicy pamiątkowej nasi potomkowie przeczytają: „Budynek zabytkowy nazywany kościołem, w którym kilkaset lat temu tak zwani katolicy odprawiali swoje rytuały religijne wznosząc modły do posągów i obrazów”.

czwartek, 26 listopada 2020

Palenque

 Jukatan

W czasach Katastrofy Atlantydy jednym z wielu kierunków, który wybierały grupy ocalałych, był właśnie Jukatan. Wymuszona migracja rozniosła po wielu lądach wiedzę tej niezwykle wysoko rozwiniętej cywilizacji. Dlatego dziś widzimy wspólne pierwiastki kulturowe w tak wielu miejscach na świecie, podejrzewając, że starożytni mieli ze sobą kontakt tysiące lat przed naszą erą. Pewnie tak było, bo niektóre zabytki niosą wiedzę, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć: - na przykład mapa z Tybetu


Wczoraj zamieściłem post o barwnej postaci Czecha - hrabiego de Waldecka, którego rządza przygód rzuciła właśnie na Jukatan. Dowiedzieliśmy się o Piramidzie Hrabiego, grobowcu Czerwonej Królowej. Dziś pierwsza część arcyciekawego wątku archeologicznego ze świętego miasta Majów – Palenque, a konkretnie z jednej świątyni, która się tam znajduje – Świątyni Inskrypcji.


Nazwy piramid są umownie nadane przez współczesnych odkrywców, ponieważ prawie całość wiedzy pisanej Majów została zniszczona po konkwiście, przez katolickiego biskupa Diego de Landę.


Jak czytelnicy wiedzą, uczucia są ważne. Więc oprócz zdjęć zapoznajmy się z wrażeniem pierwszego odkrywcy – Johna Stevensa.

„Ruiny miasta leżały przed nami niczym barka, która rozbiła się na rafach. Połamane maszty, bez nazwy, bez załogi, nikt nie wie dokąd płynęła, do kogo należała, jak długo podróżowała i jak wielka musiała być burza, która wpędziła ją na rafę”.


Czech, Miloslav Stingl, autor jednej z książek o Palenque, przytacza swoje wrażenie na wejściu do miasta Majów

- „Miałem odczucie jakbym stanął nagle pośród Puszczy Białowieskiej i zobaczył Kościół Mariacki – te dwie elementarne materie - masyw zielonego lasu i wyniosły masyw kamiennej budowli – są sobie dziś tak obce, jakby budowla w ogóle nie należała do tego krajobrazu, a krajobraz do budowli”.


W 1949 roku profesor Albert Ruz z Uniwersytetu Narodowego Meksyk, po raz kolejny przybył do Palenque, aby badać wysoką piramidę nazywaną Świątynią Inskrypcji. Dobrze znał kamienną inskrypcję obejmującą 10 katunów – dwieście lat, wskazującą datę centralną – odpowiednik naszego roku 692.

Tak wielu znanych majologów tkwiło całymi dniami na kamiennej posadce świątyni, kopiując starannie i próbując pojąć znaczenie napisów. Przebywali tu dzień po dniu, po czym schodzili na dół po stromych schodach.





Tak samo postępował Ruz, trawiony jednak gorączką odkrywcy. Albo pasją. A dla pasjonata nie istnieje rura, której nie można odetkać! Tylko się nie napinać - "Rzeczy dzieją się wtedy, kiedy mają się dziać. Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz. Tylko pozwól, aby wszystko działo się samo i bez wysiłku".

Któregoś dnia Ruz zmęczony wysilaniem wyobraźni odpuścił i „wszedł na luzik”. Na tym luziczku zdecydował, że zostanie na noc na szczycie piramidy. Nie mógł spać, czuł się zawieszony między snem a jawą i w tym stanie, nad samym ranem, odebrał ulotną myśl (?), że powinien „patrzeć pod nogi”. Czyli: - najpierw luzik, potem tylko czekaj na Znak.

O świcie profesor spojrzał pod nogi. Stał na kamiennej posadce. Posadzkę stanowiły doskonale dopasowane kamienne płyty, ale jedna z nich, w środku pomieszczenia, miała perforowane krawędzie: - dwanaście otworów w płycie było zatkanych dokładnie dopasowanymi kamiennymi czopami. Do tego kamień środkowej płyty minimalnie, na milimetry, wznosił się ponad poziom całości.

Ruz zarządził próbę uniesienia płyty z pomocą swojej ekipy oraz zastosowaniem dźwigni. Wielokrotnie ponawiane przez ekipę Ruza próby zostały w końcu uwieńczone powodzeniem – odsunięta płyta ukazała zejście w dół – poszukiwacz zobaczył kilka schodów, reszta była zasypana gruzem.


CDN

środa, 25 listopada 2020

Hrabia Frederick de Waldeck

Nie opuszcza mnie fascynacja światem Majów. To przecież ich świat dał nam w spadku informację o 52. letnim cyklu koniunktury gospodarczej.

Dziś wpis o nietuzinkowym człowieku – odkrywcy, Fredericku de Waldeck – Czechu.

(A tak na marginesie: - jak napisał był klasyk - jakiś Czech wymyślił, że Polak to Rusek, który myśli, że jest Francuzem).

Otóż Waldeck studiował w Paryżu malarstwo, kiedy rozpoczynała się egipska wyprawa Napoleona. Nasz bohater skuszony Nieznanym, niezwłocznie wstąpił do armii afrykańskiej. W Egipcie zetknął się oczywiście z dziełami sztuki staroegipskiej i został nimi oczarowany. To oczarowanie sprawiło, że razem z czterema towarzyszami dezerteruje z armii Korsykanina. Uciekinierzy wędrują w górę Nilu, do Nubii. Po drodze masa przygód, czterej kompani Waldecka giną.

Dalsze losy „hrabiego z Pragi” wydają się wręcz nieprawdopodobne: - przemierza całą Afrykę, uczestniczy w Wojnie Burów, wsiada na szkuner, rozbija się w Cieśninie Madagaskarskiej, cudem unika śmierci. Ląduje w Indiach, potem Ameryce Południowej. Służy we flocie admirała Cochrane’a w Chile, skąd dociera do Gwatemali, stamtąd zaś do Meksyku.

Tu poznaje człowieka zajmującego się kulturą prekolumbijskich Indian, sławnego lorda Kingsborough, żywiącego przekonanie, że budowniczymi tych starych miast są Żydzi, potomkowie wygnanych plemion izraelskich, o których wspomina biblia. Jednakże Waldeck widział Egipt i nie ulega dlań wątpliwości, że piramidy i pałace indiańskiej Ameryki wznieśli Egipcjanie. Oczarowany jak pisałem sztuką starożytną, proponuje ówczesnemu rządowi Meksyku, że namaluje dla nich wszystko, co ciekawego znajdzie w nieodkrytych dotychczas miastach Majów.

A do władz Meksyku docierają właśnie z Chiapas najprzedziwniejsze wieści. Mowa w nich o tajemniczych ruinach w pobliżu wioski Palenque w Lakandońskich Lasach. Ówczesne władze Meksyku (junta Anastasio Bustamante) posyłają Waldecka do Palenque. Hrabia nie przeczuwa, że będzie tu mieszkał całe dwa lata.


                         

Gdzie dokładnie mieszkał? Ano na szczycie jednej z piramid, we wnętrzu stojącej tam świątyni. Dziś to miejsce (zdjęcie poniżej) nazywa się Świątynią Hrabiego. Ta ludowa nazwa przyjęła się w literaturze amerykanistycznej.

Lecz nie wyprzedzajmy zdarzeń. 12 maja 1832 roku, po niewiarygodnie uciążliwej podróży, Waldeck dociera do ruin miasta Majów. Jest zachwycony tym, co widzi.


Świątynia Inskrypcji

Hrabia szkicuje płaskorzeźby, pałac, kopiuje hieroglificzne napisy zdobiące płyty ołtarzowe, oraz wszystkie ważniejsze budowle Palenque - tego wspaniałego ośrodka nie tylko kultu. Poniżej Świątynia Słońca.

W kompleksie Palenque znajduje także budowla nazwana grobowcem Czerwonej Królowej.
Waldeck był pierwszym badaczem, który oczywiście bezskutecznie próbował odczytać hieroglify MajówJednak długotrwały pobyt hrabiego w Palenque miał jeszcze inną przyczynę. Otóż Waldeck zakochał się w Metysce z wioski leżącej w sąsiedztwie kamiennego miasta. 

Kobiety były bowiem i to zawsze jego piętą Achillesową i to we wszystkich krajach, w których przebywał. Sympatia do ślicznej dziewczyny trzymała hrabiego tak długo w Palenque, że kiedy wrócił do miasta Meksyk, jego możnego protektora już nie było - obalono go tymczasem i zabito. A więc znowu ucieczka i podróż, tym razem do niepodległego wówczas Jukatanu, a stamtąd do Paryża, gdzie w wieku 72 lat wydaje swoją pierwszą książkę „Voyage Pittoresque et Archeologique”. Książka odnosi wielki sukces. Szczególną uwagę czytelników zwracają towarzyszące tekstowi rysunki z Palenque. Przez kolejne ponad dwadzieścia lat hrabia ponownie poświęca się malarstwu. Swoje setne urodziny uczcił drugą książką, znowu wzbogaconą rysunkami.

Miał sto jeden lat, kiedy po raz pierwszy na wernisażu przedstawił się paryskiej publiczności jako malarz. Zmarł w pełnej sprawności w fantastycznym wieku stu dziesięciu lat. I to wcale nie z powodu starości – zgubiła go kobieta. Otóż wierny swoim zwyczajom, zafascynowany śliczną Paryżanką, obejrzał się za nią i zatrzymał na środku ruchliwych Champs Elyses. W tym momencie na hrabiego wpadł powóz.