Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Rezonans Schumana - 8

 


Ciekawostka techniczna, albo tak miało być. Oto przeglądając statystyki bloga zauważyłem znaczącą liczbę odsłon Rezonansu Schumana – 8, wpisu sprzed trzynastu lat.

Otworzyłem ten wpis, żeby sobie przypomnieć, o czym pisałem w części 8.

Zauważyłem trochę literówek i postanowiłem naprawić tekst. Poprawki naniosłem, chciałem wcisnąć „opublikuj”, a puknąłem w "usuń". Powstało puste miejsce.

Ale nic to – jest archiwum. Nie ma przypadków - traktuję to jako sławny Znak stający na Poboczu Drogi Życia i powtarzam posta z grudnia 2011.


 Jakie jeszcze są inne legendy?  A może fakty?

 

      Opowieści astronomiczne z tabliczek glinianych Sumerów.                                                      

      „Kilka miliardów lat temu, wielka planeta zwana Tiamat krążyła wokół Słońca, pomiędzy Marsem a Jupiterem. W naszym Układzie Słonecznym, krążyła jeszcze jedna planeta, zwana Nibiru. Była to wielka planeta i poruszała się w kierunku odwrotnym od innych. Kiedy zbliżała się do planet Układu Słonecznego, przecinała orbitę Marsa i Jupitera. Było to wielkie wydarzenie w naszym układzie, a zdarzało się w cyklu 3600 lat.  Kiedyś, w takim zbliżeniu, jeden z księżyców Nibiru uderzył w Tiamat.

Tiamat rozpadła się. Jeden duży kawałek, wraz z mniejszym, wpadł pomiędzy Wenus i Marsa, tworząc nową planetę zwaną Ziemia, a ten mniejszy nazwano Księżycem. Pozostała część Tiamat rozpadła się na milion kawałków zwanych Potłuczoną Bransoletą”.  


 
                                                                                                                                „Potłuczoną Bransoletą” - nazywamy dziś pas asteroidów krążących pomiędzy Marsem a Jowiszem. Kierunek biegu planety odwrotny od innych to retrogradacja. Nibiru była znana Babilończykom, nazywali ją Marduk. W latach dziewięćdziesiątych NASA namierzyła Nibiru w ogromnej odległości od Słońca. Nibiru jest teraz bardzo blisko Ziemi. Będzie na kursie "kolizyjnym" z Ziemią w grudniu 2012 roku.

Czyli koniec świata? Bzdury. Nie wpadajmy w katastrofizm. To tylko milenijne strachy. Historia podaje co się działo w roku 1000. Histerię medialną rozpętaną wokół końca roku 2000 także pamiętamy.

To może przebiegunowanie Ziemi? Może tak, ale to nic wielkiego, tylko jeden dzień i będzie po sprawie. Ziemia w swej historii przechodziła ten stan wielokrotnie.

Poza tym Nostradamus opisał losy Ziemi, aż do czasu buntu zniewolonych ludzi, co ma się nazywać końcem Ery Numerycznej i nastąpi po roku 3000.

Liczba 60 podstawową jednostką obliczeniową Sumerów.                                                                  60 x 60 = 3600

Dlaczego minuta ma 60 sekund, a godzina 60 minut?                                           

Jak długo należy prowadzić obserwacje, aby zauważyć cykl 3600 lat? 

Kto obserwował katastrofę Tiamat i rzecz przekazał Sumerom

Co o tym myślisz, Czytelniku?

wtorek, 22 listopada 2022

W ogrodzie Małego Księcia

 





Jest taki zakątek w Warszawie, przylegający do Ogrodu Saskiego, w którym stoi Pałac Błękitny. Kończył się tegoroczny sezon grzybowy. Poczułem niedosyt ruchu i zacząłem przychodzić w to miejsce na poranny marsz z kijkami. Park, jak i budynek był mocno zaniedbany. Od wielu lat przedwojenny właściciel nie mógł rozporządzać swoją własnością zagrabioną przez komunistów. Któregoś dnia zobaczyłem, że park został uporządkowany i postawiono tabliczki informacyjne (zdjęcie). Pomyślałem: - chyba właściciele odzyskali swą własność, atoli dla mnie co innego było ważniejsze:- tę tablice informacyjną odebrałem jednoznacznie jako Znak Stojący Na Poboczu Drogi  Życia: - usłyszałem - przypomnij sobie cytaty z Małego Księcia.  

Więc przypominam sobie.

Mały Książę rozmawia z Pijakiem.

Co ty tu robisz? – spytał Pijaka, którego zastał siedzącego w milczeniu przed baterią butelek pełnych i baterią butelek pustych.
Piję – odpowiedział ponuro Pijak.
Dlaczego pijesz? – spytał Mały Książę.
Aby zapomnieć – odpowiedział Pijak.
O czym zapomnieć? – zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć.
Aby zapomnieć, że się wstydzę – stwierdził Pijak, schylając głowę.
Czego się wstydzisz? – dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.
Wstydzę się, że piję – zakończył Pijak rozmowę i pogrążył się w milczeniu.


 Czy ten urywek nie przypomina anegdoty o pieniądzach z szafy?

Bowiem gruzińska anegdota o pieniądzach, również dotyczy sprawy zasadniczej, mianowicie sygnalizuje, że Życie Zakreśla Koło. W tym dużym kole są także kółka mniejsze. Upraszczając: - Człowiek się rodzi, jest nieporadny, pije mleko i robi w pieluchę. Na końcu starości jest tak samo. Nie poddają się tylko najbardziej uparte jednostki.


 Człowiek rodzi się goły i goły umiera – nie przynosi ze sobą na świat żadnych dóbr materialnych, a umierając nic nie zabiera. Jest jedynie Podróżnikiem przez Życie.

Czyli o co chodzi? Chodzi o to Pomiędzy, o ten długi odcinek kręcenia się na Karuzeli Życia, kiedy przerabiamy lekcje, trzymając się jednej zasady: - starać się  nie krzywdzić nikogo, ale i siebie nie dać krzywdzić.

No i pamiętajmy, że wszystko bierze się z myśli. Dlatego w moim podrozdziale książki „Sukces na giełdzie” – Marka Marcinowskiego, książki niby wyłącznie o pieniądzach, przytoczyłem trzy zasady Zaratustry:

Pomyśl dobrze

Powiedz co pomyślałeś

Wykonaj co powiedziałeś

Te trzy zasady już omawiałem na blogu, podpierając się osobistymi przykładami. W każdym razie poczucie humoru nie powinno nas opuszczać. Nie ma (bowiem)lepszego lekarstwa na trudy zmagania się z Losem.






czwartek, 24 lutego 2022

Cлава Україні

 


Pozdrawiam moich Ziomków i Przyjaciół z całej Niepodległej Ukrainy.






Ryszard Kukliński w 1981 roku uchronił Europę i świat przed wojną ze strony Rosji. Atoli przygrywka do tej wojny była już w 1968 roku. Ta wojna jak wiemy, miała uczynić z Polski atomową pustynię. Rosyjska popieprzona wierchuszka przeznaczyła na straty Priwislański Kraj. Byłem wtedy wcielony do wojska, studenckiego wojska w SGGW w Warszawie, ul. Rakowiecka. O tym być może napiszę w kolejnych postach.

Dziś przypomnę, co tak naprawdę rządzi – nie kto, ale co. Otóż rządzi energia, niech będzie że kosmiczna. Od 1968 roku do 2020 mamy 52 lata. Kogo kręci matematyka niech cofnie się o 52 lata od 1968. To że co 52 lata coś dużego dzieje się w świecie, wiemy dzięki Kapłanom Majów, a jeśli człowiek potrafi myśleć i jest inwestorem giełdowym z otwartą pozycją krótką na przykład dziś w Polsce (minus 10 %) sorry, ale ma bardzo miłą niespodziankę. 

A inwestor rosyjski "siedzący" na akcjach, jak się czuje w dniu, w którym RTS stracił (chwilowo) czterdzieści procent?







Czyli o co chodzi? Co 52 lata, nad Ziemią zaczyna krążyć jakaś energia, która niektórym Bałwochwalczym Królom całkiem lasuje mózgi, a ich dworowi odbiera chęć sprzeciwu. To po pierwsze primo. Bo po drugie primo z chamem, czy też bandytą można rozmawiać tylko w jeden sposób.

Daty zwrotu Wigu 20. Okolice 31 stycznia okazały się półką – chwilowym zatrzymaniem. Co dalej? Bo ja teraz robię za wróżbitę. Ostrożnego wróżbitę, ponieważ kiedyś pisałem: - to będzie dołek, a to szczyt i silne daty nazywałem Zaporą Gwiezdną. Dziś podaję tylko potencjalną datę zwrotu, którą inwestorzy sami interpretują. Otóż Astronomia Finansowa nie pokazuje takiej daty zwrotu w lutym. Co do marca, mamy jeszcze czas na spokojny wpis.


Mała ciekawostka, a może Znak? Wiadomość z 13 lutego 2022. „Obfite opady śniegu zgasiły ogień olimpijskiego znicza w Pekinie”.

Zdjęcia; Łemkowska Watra - ЖДИНЯ. 

piątek, 10 grudnia 2021

Banan na drodze

 




To już był czas „po grzybach”. Idę ci ja sobie przez jesienny las. Idę godzinę, dwie, trzy. Doszedłem, gdzie chciałem dojść, zawracam


Naraz ogarnia mnie silne ssanie głodowe, aż mi się w głowie zakręciło. Śniadanie skromne było o piątej, dwanaście kilometrów za mną, zjadłbym jakiś drobiazg. W domu będę najwcześniej za trzy godziny, nie wziąłem ze sobą nic, nawet wody, bo przecież upały dawno się skończyły. Ach! Jak ja tu i teraz bym coś chapnął! Najlepiej „cóś”  słodkiego – rozmarzyłem się. Mógłby to być na przykład wafelek w czekoladzie albo dowolne inne słodkie „cóś”.

W brzuchu ssie, westchnąłem sobie ponownie „ach” i idę dalej.

Pomyślałem - odpuściłem. Czyli zgodnie z przepisem: - pomyśl i zapomnij. (Jak wiemy Góra tylko czeka na taki prawidłowy pomyślunek). Więc autentycznie zapomniałem. 

Mija może 5 minut gdy widzę, że na drodze coś leży. Podchodzę - to banan! Podnoszę - zdrowy. Ktoś powie: - No wypadł jakiemuś rowerzyście na podskokach korzeniowych.

Zgoda, wypadł. Ale to tłumaczenie profana, który wszystko musi wyjaśniać racjonalnie. Pismo natomiast mówi: - „Nie tłumacz dróg Pana, bo i tak ich nie poznasz”.

Stoję więc sobie z tym znalezionym bananem w ręku i odbieram subtelnie dowcipny przekaz od Anioła: - „Chciałeś ”cóś” słodkiego? To proszę bardzo, już masz. Banan jest słodki”. 

Chociaż podobne zdarzenia przytrafiały mi się wielokrotnie, stoję przez moment w pełnym zaskoczeniu. Wzbiera we mnie pomieszanie lekkie - przecież tak niedawno pisałem na blogu, że tylko głupki jedzą banany. Oto mam anielski sprawdzian. Oczami duszy widzę wzbierający uśmiech u Anioła, który jednocześnie śle myśl: - „I co teraz zrobisz? Chcesz jedz, nie chcesz nie jedz”. Teraz ja się uśmiechnąłem w realu i bez zbędnej chwili wahania zjadłem tego wyjątkowo smacznego anielskiego banana, nie zapominając o słowie dziękuję.


- Bo po pierwsze primo pokora musi być!

- Po drugie primo: - Dają? Bierz! Ponieważ odmowa mogłaby obrazić darczyńcę.

- Po trzecie primo: - zdania nie zmienia tylko martwy lub głupi.

A znaki nigdy nie wyprzedzają, one przychodzą po pierwszej myśli, co najczęściej niewyciszonemu człowiekowi umyka.

 

PS. Obiecałem napisać o poczuciu humoru mego (twego też) Anioła, dlatego ten wpis.

poniedziałek, 29 listopada 2021

Pierwszy prawdziwek

O ostatnim tegorocznym prawdziwku było, wypada napisać o pierwszym.

To był bieszczadzki prawdziwek czerwcowy. No nie był on okazały, dopiero się wykluwał, ale był pierwszy. Natrafiłem na niego zaraz po postawieniu namiotu, przy inauguracyjnym wejściu na skraj huczwickiego lasu. Sprawa została uwieczniona po trzykroć. Misio początkowo nie chciał patrzeć, uważał że za mały ten grzybek. Ożywił się dopiero kiedy się okazało, że sięga mu do brzucha




A tak na marginesie: - nie po raz pierwszy skorzystałem z Prawa Łaski – Prawidłowej Myśli. Oto wchodziłem na górę w sporej radości, dziękując w duchu za pogodę, zdrowie, piękno okolicy. I na tej fali dziękczynienia poszła precyzyjna myśl: - dobrze by było, gdybym znalazł prawdziwka, byłyby zdjęcia na dzień dobry i byłbym jeszcze bardziej zadowolony.

Pomyślałem życzenie i zapomniałem, tak jak trzeba. Efekt nastąpił według przepisu: - myśl potrafi wyprzedzić znak. To po prostu działa. Kłania się przyciąganie rzeczy i kreowanie rzeczywistości. 

Trzeba tylko pomyśleć dobrze. To „dobre pomyślenie”, opisywałem na osobistym przykładzie, kiedy w kryzysie w związanym z planem Balcerowicza(1995 rok) zwolniłem wszystkich pracowników i sam stałem przy wtryskarce w cyklu 36 godzin non stop. Byłem w stresie, smutku, martwiłem się co będzie dalej z firmą. To była nośna ciemna fala nastroju. Ona tak samo działa jak fala pozytywna, wzniosła, tylko że w drugą stronę. Przy tego rodzaju negatywnych emocjach zawsze dopadnie ciebie to, czego najbardziej się boisz. Bałem się plajty, byłem krańcowo zmęczony i kilkakrotnie pomyślałem: - Nie chcę tak ciężko pracować, mam dość! Chcę odpocząć, wyleżeć się, wyspać porządnie. Już niczego innego nie pragnę.

I Góra (Anioł Prowadzący?) mnie wysłuchała: nastąpił ciężki wypadek, a potem osiem miesięcy leżenia w szpitalu.

Nie tak miało być! A jak miało być? Jakie myśli wysyłałem? Dostałem dokładnie to, co chciałem - przecież wyleżałem się i wyspałem za wszystkie czasy. Być może zapomniałem dodać w życzeniu: „ale nie w szpitalu”. Od tej pory pojąłem co to znaczy dobrze, czyli precyzyjnie pomyśleć. Bo ta Góra, Anioł, Bóg, Intuicja, czy nazywaj to jak chcesz, to ona ma specyficzne poczucie humoru, tudzież wymusza refleksję, kierując do nas Znak – Zdarzenie. Ten znak to sms od Kosmicznego Centrum Koincydencji - puk puk, masz wiadomość.

Dlatego co pewien czas zamieszczam zdanie: Czytajmy (prawidłowo) Znaki stojące na poboczu naszej drogi życia

Oczywiście każdy żyje jak chce i może Znaki olewać. Jaki bywa rezultat takiego podejścia to już całkiem inna bajka. 

O wspomnianym wyżej specyficznym poczuciu humoru Kosmicznego Centrum Koincydencji napiszę w innym poście.

czwartek, 26 listopada 2020

Palenque

 Jukatan

W czasach Katastrofy Atlantydy jednym z wielu kierunków, który wybierały grupy ocalałych, był właśnie Jukatan. Wymuszona migracja rozniosła po wielu lądach wiedzę tej niezwykle wysoko rozwiniętej cywilizacji. Dlatego dziś widzimy wspólne pierwiastki kulturowe w tak wielu miejscach na świecie, podejrzewając, że starożytni mieli ze sobą kontakt tysiące lat przed naszą erą. Pewnie tak było, bo niektóre zabytki niosą wiedzę, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć: - na przykład mapa z Tybetu


Wczoraj zamieściłem post o barwnej postaci Czecha - hrabiego de Waldecka, którego rządza przygód rzuciła właśnie na Jukatan. Dowiedzieliśmy się o Piramidzie Hrabiego, grobowcu Czerwonej Królowej. Dziś pierwsza część arcyciekawego wątku archeologicznego ze świętego miasta Majów – Palenque, a konkretnie z jednej świątyni, która się tam znajduje – Świątyni Inskrypcji.


Nazwy piramid są umownie nadane przez współczesnych odkrywców, ponieważ prawie całość wiedzy pisanej Majów została zniszczona po konkwiście, przez katolickiego biskupa Diego de Landę.


Jak czytelnicy wiedzą, uczucia są ważne. Więc oprócz zdjęć zapoznajmy się z wrażeniem pierwszego odkrywcy – Johna Stevensa.

„Ruiny miasta leżały przed nami niczym barka, która rozbiła się na rafach. Połamane maszty, bez nazwy, bez załogi, nikt nie wie dokąd płynęła, do kogo należała, jak długo podróżowała i jak wielka musiała być burza, która wpędziła ją na rafę”.


Czech, Miloslav Stingl, autor jednej z książek o Palenque, przytacza swoje wrażenie na wejściu do miasta Majów

- „Miałem odczucie jakbym stanął nagle pośród Puszczy Białowieskiej i zobaczył Kościół Mariacki – te dwie elementarne materie - masyw zielonego lasu i wyniosły masyw kamiennej budowli – są sobie dziś tak obce, jakby budowla w ogóle nie należała do tego krajobrazu, a krajobraz do budowli”.


W 1949 roku profesor Albert Ruz z Uniwersytetu Narodowego Meksyk, po raz kolejny przybył do Palenque, aby badać wysoką piramidę nazywaną Świątynią Inskrypcji. Dobrze znał kamienną inskrypcję obejmującą 10 katunów – dwieście lat, wskazującą datę centralną – odpowiednik naszego roku 692.

Tak wielu znanych majologów tkwiło całymi dniami na kamiennej posadce świątyni, kopiując starannie i próbując pojąć znaczenie napisów. Przebywali tu dzień po dniu, po czym schodzili na dół po stromych schodach.





Tak samo postępował Ruz, trawiony jednak gorączką odkrywcy. Albo pasją. A dla pasjonata nie istnieje rura, której nie można odetkać! Tylko się nie napinać - "Rzeczy dzieją się wtedy, kiedy mają się dziać. Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz. Tylko pozwól, aby wszystko działo się samo i bez wysiłku".

Któregoś dnia Ruz zmęczony wysilaniem wyobraźni odpuścił i „wszedł na luzik”. Na tym luziczku zdecydował, że zostanie na noc na szczycie piramidy. Nie mógł spać, czuł się zawieszony między snem a jawą i w tym stanie, nad samym ranem, odebrał ulotną myśl (?), że powinien „patrzeć pod nogi”. Czyli: - najpierw luzik, potem tylko czekaj na Znak.

O świcie profesor spojrzał pod nogi. Stał na kamiennej posadce. Posadzkę stanowiły doskonale dopasowane kamienne płyty, ale jedna z nich, w środku pomieszczenia, miała perforowane krawędzie: - dwanaście otworów w płycie było zatkanych dokładnie dopasowanymi kamiennymi czopami. Do tego kamień środkowej płyty minimalnie, na milimetry, wznosił się ponad poziom całości.

Ruz zarządził próbę uniesienia płyty z pomocą swojej ekipy oraz zastosowaniem dźwigni. Wielokrotnie ponawiane przez ekipę Ruza próby zostały w końcu uwieńczone powodzeniem – odsunięta płyta ukazała zejście w dół – poszukiwacz zobaczył kilka schodów, reszta była zasypana gruzem.


CDN

poniedziałek, 28 października 2019

Znak


Kiedy tylko mogę, opuszczam kamienną pustynię miasta i wyruszam w plener, żeby pochodzić po miejscach, gdzie ludzi mało, albo wcale.


Wiadomości z mazowieckiego lasu.
Tak właśnie było wczoraj w lesie prześwietlonym niskim już, jesiennym słońcem, w kwartałach dębiny świetlistej, gdzie jeszcze tak niedawno wyrastały prawdziwki.





Szedłem akurat przez las na przełaj, lub po ledwo widocznych ścieżkach. Naraz widzę, że na mchu coś leży. Podnoszę – okazuje się, że trzymam  różaniec. Tęczowy różaniec.


Pierwsza myśl jest najważniejsza – odbieram zdanie: - To jest Znak!            

I poczułem obecność Ducha Świętego, tudzież słowa: - „Mój synu! Odbierz ten znak jako potwierdzenie słusznej Drogi Antyklerykalizmu, którą kroczysz. Trzymaj się tej Drogi, albowiem ona jest godna i sprawiedliwa, słuszna i zbawienna. Amen”.
Przyniesiony do domu Znak umieściłem na honorowym miejscu.


piątek, 29 kwietnia 2016

Legenda Puargów z Wysp Słonecznych

{..........}   Przez ilesz to lat szukali Jedynego?
Przed Planem Menghu było zapewne kilka epok, przenikniętych żalem do starych bóstw.
      Popadli w nienawiść i zabijali nosorożce.
Niepojęci, zdaniem kapłanów, wcielili się w brzuchate jednorogie krowy o trującej żółci, w nieczyste potwory, których widok omraczał gorączką lubieżności. W owych latach przetrwały jeszcze ślady erotycznych powiązań z bogami.
      Kapłani wznosili modły o przywrócenie wspólnej płci.
W okresach pełni księżyca odprawiano płaczliwe nabożeństwa, kwiląc i biadając nad zwodniczym przekleństwem pożądania.
Mężczyźni osobo i kobiety osobno, na przemian unosząc twarze ku gwiazdom i zanurzając je w piasku.
Mimo to Menghu prawdopodobnie został spłodzony w czasie jednego z tych nabożeństw.
     
Istniało jakoby wiele danych, przede wszystkim ta jego noga rzekomo odgryziona przez rekina: - czy to nie kapłani kazali go napiętnować w niemowlęctwie na znak popełnionego grzechu?
      Kapłani, trzeba przyznać, znaleźli się w trudnej sytuacji.
Nie było już starych bogów, a oni zmuszali ludzi do modłów w stronę pustego i milczącego nieba, przypuszczalnie licząc na to, że rytmicznym wznoszeniem i pochylaniem głów, plemię w końcu rozrusza jakieś nowe siły.
Później doszło jeszcze wyciąganie i kurczenie ramion, oraz krótkie, gardłowe okrzyki wydawane w takt bębnów.
Niebo wciąż było milczące.
Niebo było milczące, ale narodził się Menghu.

         Słowa Puargów

Były to słowa wyznaczające obowiązki wspólnoty i słowa dotyczące podstaw losu.
Słowem było peiku. Określali nim polowanie.
Słowem było g'huru, placki wypiekane przez kobiety plemienia. Słowami oznaczano łuki i oszczepy oraz starość. Ale śmierć opiewali tym samym wyrazem co narodzenie, a samobójstwo czcili słowem ahari.
Tak samo nazywali wolność.
     Natomiast w sferze prywatnej słowa jako słowa nie istniały, nie ogarniały wspólnoty i nie były przekazywane następcom. Powstawały w związkach rodzinnych, czy między parą narzeczonych, wymyślano je na użytek domowy lub miłosny, lecz ginęły one wraz z ludźmi, którzy je stworzyli. Były zapewne nie tylko dźwiękami.
      Dla Puargów mimika i gesty miały szczególne znaczenie. Osiągnęli perfekcję w nieuchwytnym porozumiewaniu się między sobą. Niedostrzegalność, ulotność miny, czy skinięcia była traktowana jako najwyższy stopień wytworności. Kto chciałby zrozumieć, czym były rozmowy Puargów, musiałby sobie wyobrazić niebywałą zdolność improwizacji prawie niewidzialnej, polegającej niekiedy na drgnieniu rzęs lub odgięciu małego palca stopy.
     Ważną rolę grał również oddech, jego wstrzymania i rytmy. Co innego znaczyło wypuścić powietrze nosem, a co innego ustami. Przy tym należało patrzeć na ruchy skrzydełek nozdrzy u partnera.

To Menghu wyzwolił Puargów od słów. Menghu uczył milczenia. Pierwsze milczenie Menghu trwało rok. Rozpoczął je w czasie wędrówki, a kiedy dotarł do środka dżungli, szły już za nim zwierzęta.

Zaczęto wielbić Menghu.
W tym czasie w wioskach szaleli kapłani opluwając go brudnym deszczem przekleństw, i zmuszali Puargów do powtarzania oskarżeń i gróźb. Używali przy tym pustych rogów bawolich, które wzmacniały głos.
     Zazwyczaj siedmiu kapłanów z rogami przytkniętymi do ust przemawiało ze skał, a plemię skandując ćwiczyło się w powtarzaniu formuł. Wynalazek kapłanów polegał na kojarzeniu dżungli z prawami ludzkimi i tkwiło w nim coś nieznanego. Wiadomo, że w dżungli są bagna. Ale bagno dotychczas było tylko bagnem, czarnym, śmierdzącym błotem omijanym przez myśliwych, niczym więcej.
     I oto teraz kapłani wołali, że Menghu pogrążył się w bagnie i ma to bagno także w sercu.

Z początku nikt nie rozumiał o co chodzi.
Ludzie mówili: - niemożliwe, Menghu nie wszedłby w bagno, rozpoznałby je z daleka. A co do serca.... jakim sposobem bagno może wejść do serca?
Lecz wkrótce nowo wyuczone pojęcia zaczęły krążyć w wioskach, wtargnęły do chat i obrzucano się nimi w kłótniach. Puargowie nie byli skłonni do podejrzeń, ale teraz same słowa tworzyły podejrzenia.
Nazwane zaczynało istnieć.

Rodził się lęk przed słowami, a jednocześnie namiętność do słów, czemu sprzyjali kapłani, wywołując codziennie ze skał nowe epitety i twierdząc, że one zostały im przekazane przez dawnych bogów.
Wszystko szło po myśli kapłanów, język się wzbogacał, mali chłopcy naśladując kapłanów wywrzaskiwali przemówienia do klęczących na piasku rówieśników.
Aż pewnego dnia rozeszła się wieść, że Menghu zmarł w dżungli.

Nazajutrz kapłani urządzili świąteczne zgromadzenie, rycząc ze skał przez rogi: - Hiena sczezła! Hiena sczezła!
Obrzęd dobiegał już końca, kiedy raptem oniemnieli z rogami przy ustach, bo tłum zamiast powtórzyć: - „sczezła, sczezła”, zerwał się z klęczek, a w grupie kobiet rozległy się piski i histeryczne okrzyki.
     Wówczas kapłani odjęli rogi od ust i odwrócili się, by spojrzeć za siebie.
Za nimi, na skraju dżungli stała młoda antylopa. 

Czy była to zwyczajna antylopa, wysmukła i ciemnoskóra ikibi, ta, co trafiona strzałą płacze ludzkim głosem, a konając roni łzę?
Ależ tak! To była antylopa ikibi, a jej łza wypita przez myśliwego powiększa rozkosz jego żony!

Jeżeli więc była to zwykła antylopa ikibi, cóż niezwykłego mogli ujrzeć kapłani i czemu rogi wypadły im z rąk?
Bo tak się właśnie stało, kapłani upuścili rogi i zaczęli uciekać mimo że to była zwyczajna antylopa. Przy boku zwyczajnej antylopy ikibi pojawił się bowiem tygrys.
Tygrys, tygrys! Krzyczeli uciekający kapłani.
Jednak nie to jest najdziwniejsze, że tygrys wyszedł z dżungli i stanął obok antylopy, niepojęte było to, że oboje mieli na szyjach wieńce z kwiatów. Tak, naszyjniki ze wszystkich kwiatów dżungli, uplecione ludzką ręką....
Puargowie wiedzieli: - To Menghu dał znak!

Od tego dnia z wiosek rozpoczęły się wędrówki do dżungli. Wymykano się nocą w kilkunastoosobowych grupach złożonych z chłopców i dziewcząt.
Kapłani dwoili się i troili, wykrzykując ze skał wciąż nowe, dziwne i straszne przymiotniki, ale nic nie pomagało, każdej nocy ktoś ubywał, a przed porą deszczową zaczęli wracać ci, którzy wyszli wcześniej.
       Na tych nie było już rady: - oni uśmiechali się milcząc, kiedy ich oskarżano, uśmiechali się milcząc, gdy ich zabijano.
Milczenie wżerało się w plemię jak trąd, na skrwawiony piasek spływały następne i następne ciepłe strugi.
W końcu kapłani zawiesili krwawe obrzędy.

Papuga przyleciała w trzecim suchym tygodniu i usiadła na czapce głównego kapłana, w chwili, gdy miał on otworzyć pierwsze zgromadzenie po przerwie. Mimo iż przewielebni wymachiwali rogami i laskami, ptak nie dał się odpędzić.
    Krążył zataczając trzepoczące spirale wokół ich głów, na co tłum patrzył z głodną ciekawością, bo to niewątpliwie musiało coś oznaczać. I oznaczało, oznaczało....
Kiedy kapłani dali w końcu za wygraną i szybkim krokiem podążyli na naradę do wioski, papuga nagle wzbiła się w powietrze i zniknęła w przestrzeni.
      Po godzinie zdenerwowani kapłani, zmęczeni szybkim marszem, przestępowali próg chaty głównego kapłana, gdzie miała zacząć się narada, i wtedy ujrzeli papugę siedzącą na oparciu najwyższego krzesła. Papuga przemówiła.
Konferencja przewielebnych z ptakiem ciągnęła się przez całą noc. Papuga powtarzała z uporem żądania Menghu, a kapłani skakali sobie do oczu.
O świcie tłum, który obsiadł w nocy świętą chatę, ujrzał następujący widok: - siedmiu przewielebnych, bardzo bladych, z głowami zwróconymi ku niebu, stanęło w progu chaty unosząc święte laski gestem naznaczonym obawą.
Daleko w błękicie widać było jeszcze kropkę – ruchomy niknący punkcik.
Odlatywało wcielenie Menghu

Od tej pory, kapłani Puargów przestali manipulować ludźmi, a zaczęli im służyć. Taką przemianę wymusił na kapłanach Menghu. I dokonał tego za pomocą miłości. To rozwiązanie wymagało wiele trudu, ale właśnie tę drogę wybrał.
Kapłani ogłosili podstawę nowej religii – Plan Menghu. Były to dwa punkty:
      1. Ahari jest świętym rodzajem śmierci, czyli samobójstwo jest najwyższym aktem ludzkiej wolności. 

      2. Uznajemy milczenie za podstawowy język szczepu, czyli usuwamy słowa, których wymawianie nie jest prawdziwie konieczne.

Oto legenda Puargów z Wysp Słonecznych.