środa, 5 grudnia 2018

Skąd się wziął człowiek

W połowie lat dziewięćdziesiątych, chińscy naukowcy odkryli w Chengijang szczątki zwierzątka, przypominającego kiełbasę.

Na nim znaleźli coś, co przypominało układ żyłek na liściu.
Oto poznajemy pierwszy endoszkielet!
     Miomery - segmenty mięśniowe, były w nim ułożone jeden za drugim, tworząc centralną strunę grzbietową, najwcześniejszą formę kręgosłupa.
   Zwierzę miało również płetwę grzbietową, wyrastającą ze struny, sześć par filigranowych skrzeli, serce i aortę, a nawet mózg, który jak na tak małe ciałko był wyjątkowo duży.
Z wyglądu zwierzątko to przypominało lancetnika, który okrągłym pyszczkiem filtrował plankton z wody.
Czemu o tym piszę?

Darwiniści mówią, że pochodzimy od małpy.
A ja się pytam: - czy rozpoznajesz Czytelniczko - Czytelniku swojego przodka w opisanym powyżej stworzeniu?
Nie?
To możesz uronić łezkę: - to jest przodek nas wszystkich.
Również twój!

Czyli od małpy pochodzimy jedynie pośrednio, gdyż sięgając głębiej dowiadujemy się, że naszym przodkiem jest …. maleńkie zwierzątko o wyglądzie kiełbasy!
Ale kino! 
Pochodzimy od kiełbasy!
       A to ci dopiero!

Super ciekawostka dla katolickich ortodoksów, którzy nie zgadzają się z tym, że człowiek pochodzi od małpy i twierdzą, że człowieka stworzył Bóg.
      Wiemy, że nie ma argumentów potwierdzających istnienie Boga, są natomiast argumenty na rzecz istnienia miss Ewolucji i Synchroniczności, które rządzą całością.
A więc nie ma i nigdy nie było brodatego szefa - są tylko czarni urzędnicy, czyli spece od stwarzania wrażenia, że szef istnieje.

Jak uczy Czerwona Królowa: - Wszystko ewoluuje, tudzież: - Kto się nie zmienia, ten przegrywa. 

Tu jedna z hipotez zakłada, że kierunki ewolucji ludzi rozdzieliły się na Homosapiens i Chamo Sapiens.  

Tak, jak w dawnym Egipcie bogiem było Słońce, w cesarstwie rzymskim Jowisz, a u starożytnych Słowian Światowid,
tak od zawsze była i jest nadal tylko jedna Bogini-Matka.
         Jest nią miss Ewolucja.
O tym informują znaki na Ziemi.
Natomiast znaki z kosmosu dodają, że jesteśmy jednocześnie dziećmi Układu Słonecznego.

Popatrzmy w jakiej skali czasowej jesteśmy – Prawybuch był 15 miliardów lat temu. W naukowych opisach tego co było doszliśmy właśnie do kambru, czyli czasów sprzed 500 milionów lat.
Wobec tej kosmicznej skali, cóż to za znikomy okres, ten marny tysiąc lat, od kiedy na naszych ziemiach panoszy się KK, z obcą wiarą, bo przecież słowiańska to ona nie jest.

Oto słychać o kilku pomysłach, które określają dzisiejszą Polskę jako skansen, tudzież państwo wyznaniowe.
Pomysłodawcy chcą:
    •  nawrócenia Europy,
    •  spowiedzi w pociągach,
    •  filmów w samolotach o jedynie słusznej religii,
Idą święta, zaprawdę powiadam wam, pójdźmy w objęcia  Świętego Mikołaja!  
Postawny pomnik owego! (Najlepiej na placu Piłsudskiego).


 
Wiara.

Zobaczył pan cuda w kościele.
Dlaczego pan nie uklęknął z szacunku, czy z lęku?
- Spostrzegłem się nagle wśród zwierząt,
gdy arcykapłan ścisnął w pięści władzę
chowając za paznokciem szczyptę tolerancji.

Wyklęto pana z ambony, choć miał pan krzyż w ręku.
- W świątyni znalazłem się jako niewierny,
nie przynależny do obrządku,
uchodźca bez paszportu,
przeciwnik strony wiodącej,
nie mieszczę się w statystyce
zawsze kanciasty,
po prostu odstający.

Gdzie pan pracuje?
- W próżni nabitej prochem.

Proszę o dowód osobisty.
                                                    Jalu Kurek



wtorek, 4 grudnia 2018

Bieszczadzki Park Gwiezdnego Nieba.


    Po dostatecznej ilości meandrów życiowych, dojrzewa w człowieku potrzeba zaznania świętego spokoju, czytaj: - oderwania się na jakiś istotny czas od zgiełku świata.
    Jest to naturalna skłonność zdrowego umysłu - a ów działa na podobieństwo spadochronu - tylko wtedy, gdy jest otwarty.

    Bieszczady, zapada zmierzch w Woli Michowej.
    Ten moment Edward Stachura nazywał czasem pomiędzy psem a wilkiem.
    Bowiem o tej porze już trudno odróżnić psa od wilka. 
    Zapalają się latarnie (21)



    Ileż to razy w środku nocy, w trzaskający mróz wychodziłem z ciepłej Kołyby, aby się wysikać i ..... chwilowo zapominałem o potrzebie. 

    Zapominałem, bo jak śliwka w kompot wpadałem w bajkę!
    Oto wokół białośnieżna poducha, Wielka Cisza i Tajemnica Nocy.
    Stoję w zadziwieniu gapiąc się w nieskończoną przestrzeń nieba.
    Stoję, a jakby mnie nie było, jakbym uleciał, albo zabłądził.
    Bo stojąc, także można zabłądzić.



    Nade mną, na czarnogranatowym tle wiszą rozedrgane lampiony gwiazd, z wyraźnie widoczną Drogą Mleczną
    Akurat na dołączonych zdjęciach Drogi Mlecznej nie widać, a żadne zdjęcie nawet w drobnej części nie odda klimatu chwili - trzeba albo tu być zimą w noc bez księżyca, albo wesprzeć się wyobraźnią.
         W każdym razie w mieście się tego nie doświadczy.

    Te zimowe odsłony, dobrze wpadają w pamięć, bowiem rzecz dotyczy Bieszczadzkiego Parku Gwiezdnego Nieba - skrawka Bieszczadów m.in. pomiędzy Szczerbanówką a Wolą Michową.
    Nie ma tu świetlnego smogu, latarnie w Woli Michowej gasną o godz.22.00.

    Świetlny smog, nawiasem mówiąc rzecz malownicza, daje azaliż o sobie znać na kierunku wschodnim - Cisna i zachodnim - Nowy Łupków.  

    Tu zdjęcie zrobione o północy na zachód. Czas 30 sekund. Łuna środkowa pochodzi od świateł Zakładu Karnego w Nowym Łupkowie. Nieco na prawo widać drugą łunę - ta jest od świateł Komańczy.


    Ten sam kierunek o poranku.
    I fotopolowanie w wykonaniu Dominiki Antkowskiej.


poniedziałek, 3 grudnia 2018

Nie tak łatwo zmienić życie

Ludzie listy piszą. Otwierają się.i piszą. Bo i ja się otwieram i powtarzam, żeby starać się nikogo nie krzywdzić, lecz także nie pozwalać siebie krzywdzić i nie bać się opinii innych.
W czasie biwakowania na Fereczatej odbierałem opowieści przypadkowych turystów jako materiał do przemyśleń. 
      Wydaje mi się, że po pierwsze primo: - wielogodzinne wchodzenie na tę górę tak sprzyja zwierzeniom. 
      Po drugie primo: - na wierzchołku biwakuje człowiek, który jest przychylny.....

Do krawca Mośka przychodzi klient. 
Klient jest garbaty.
Chciałbym zamówić garnitur - mówi klient. 
Tylko jest jedno ale. 
Tu chrząka, stęka, wreszcie wydusza z siebie: - Panie krawiec, to trudne zadanie dla pana, bo ja jestem garbaty!
Mosiek: - Jaki garbaty? Po co od razu takie słowo? Panie klient! Pan nie jesteś garbaty! Pan jesteś Przychylny! I ja już pana lubię!

W relacjach z Fereczatej przytoczyłem m.in. opowieść osobistą faceta, który przedstawił się jako policjant.

Po wakacjach dostałem poniższego maila.
Nie ma w nim danych osobowych, nikogo więc nie dotknę. A mail jest wartościowy – najlepiej bowiem uczą doświadczenia, a z braku własnych, także doświadczenia innych.

- "Przed samym wyjazdem była żona doprowadziła do sytuacji, która tak bardzo jest podobna do do opowieści policjanta umieszczonej na twoim blogu. I uznałem, że ja też jestem nienormalny. Dobrze zdać sobie sprawę, że określenie "nienormalny", którego tak się całe życie boimy, któremu staramy się zaprzeczyć i pokazać, że wcale tacy nie jesteśmy, to ważny element zniewolenia.
A cała sytuacja wyglądała tak (kopiuję z listu do córki) :

1. Jest lipcowy wieczór. Jestem w domu z mamą. Rozmowa o opłatach za
mieszkanie. Spokojna, rzeczowa.
2. Nagle zeszło na moją obecną partnerkę. Nie pamiętam dlaczego, ale
każda nasza rozmowa przez ostatnie 2 miesiące tym tematem się kończyła.
3. Mama zaczyna używać wobec mojej partnerki swojego ulubionego epitetu
"maciora".
4. Tłumaczenie, że ja sobie tego nie życzę nic nie daje. Ostatnio
stosowałem taką metodę, że w takich momentach wkładałem palce do uszu i
tak z tymi palcami w uszach stałem, aż skończyła. Macie pewnie takie
zdjęcie, zrobione komórką przez mamę, bo z tej złości takie mi raz
zrobiła wykrzykując, że wam wyśle.
5. Tym razem nie wkładam palców do uszu lecz przerywam rozmowę i
wychodzę do kuchni.
6. Mama za mną powtarzając "maciora, maciora,..." Mama uważa, że ona ma
prawo tak mówić. Jest wolnym człowiekiem, więc ma.
7. Próbuję wydostać się na podwórko, uciec od tej sytuacji. Lecz mama
stoi w drzwiach do kuchni zastawiając sobą wyjście. Przez myśl przeszło
mi "jak to jest, ktoś bezkarnie obraża moją partnerkę, a ja nie mogę nic
zrobić, bo to słabsza kobieta i jeszcze uważa, że ma do tego moralne prawo".
8. Reaguję. Odsuwam ją za ramiona, zaczynam na nią krzyczeć. Przez myśl
przechodzi mi "muszę ją nastraszyć, bo to się nigdy nie skończy".
9. I straszę. Łapię ją jedną ręką za szyję i nie przebierając w słowach
drę się na nią. Mniejsza o to co mówię, bo dokładnie nie pamiętam i nie
były to ładne wyrazy. Najważniejsze, nie zaciskam palców na szyi. Ta
cała sytuacja tylko tak wygląda. Nie jestem mordercą. Ale cała sytuacja,
ten strach i panika w jaką wpadła mama z z pewnością sprawiły, że czuła
się duszona, choć nie była. Ona się tak bardzo tego nie spodziewała, że
doznała czegoś czego nie było. Przecież nie miała nawet odcisków palca
na szyi.
10. Puszczam jej ramię, które trzymałem drugą ręką i chcę wyjść. Nic z
tego. Zastawia sobą drzwi wejściowe. Nie wygląda na przerażoną. Wręcz
przeciwnie, krzyczy na mnie. I odgraża się, że teraz wszyscy się o tym
dowiedzą. Dowiedzą się jaki jestem drań i że chciałem ją udusić. Mało
tego, krzyczy bardzo głośno, aby sąsiedzi słyszeli. Wycofuję się do
małego pokoju, a mama za mną. Znowu chwytam ją za ramiona, potrząsam i
próbuję ją wepchać do jej pokoju krzycząc "do swojego pokoju, kobieto i
tam siedź". Nie daje się wepchać, zresztą, ja nie robię tego siłowo, bo
nie chcę jej skrzywdzić. Odchodzę do kuchni.
11. Wtedy słyszę "A teraz zadzwonię do dzieci i powiem co mi zrobiłeś".
12. Mówię "Proszę bardzo, bierz telefon i mów sobie co chcesz, bo nie
zrobiłem ci nic".
13. Chodzi po domu. Znajduje telefon i wykręca numer do Izy.
14. Dalej wiecie.

Dalej prosi przez telefon, aby dzieci zadzwoniły na policję. Nie ona, dzieci. Policja przyjechała. Patrol nie mógł się nadziwić o jaką przemoc domową chodzi. Brak śladów walki, brak obrażeń, moja była harda i jeszcze żąda, aby mnie zamknęli. Nie ma żadnych śladów na ciele. W końcu radzą jej, aby powiedziała czy jej groziłem. Wtedy zrobią jakąś notatkę, bo przemocy tu nie wykryli żadnej, a do nie jednego domu byli wzywani i nie jedno widzieli. Zatkało ją. Nie nie groził mi.
    Widzisz Zbyszku, przytaczam tu całą sytuację, bo taki się zawsze starałem być normalny, że ustępowałem. Pierwszy raz postawiłem się. Byłem sobą. A moja była miała taki obraz mojej osoby, że musiało to się odbyć aż tak drastycznie.
     I coraz częściej jestem, choć przychodzi mi to z trudem. Nie tak łatwo zmienić życie. Znany i wyuczony od lat system zachowań ma się dobrze. Nowy się tworzy, ale niemrawo.
Ten policjant, którego historię przytoczyłeś zbyt gładko przez to przeszedł". 


Łąki nad Maniowem









piątek, 30 listopada 2018

Jedyny przewodnik

Nie wolno pozwolić, aby jakaś książka, nawet uznawana za „świętą”, albo czyjeś słowa, zawładnęły nami całkowicie. 
Zarówno książki, jak i słowa innych ludzi, mogą być jedynie wskazaniem kierunku.
Najważniejszy jest własny osąd, w przeciwnym bowiem razie utracimy autentyczność. 
      I możemy całkiem pobłądzić na manowcach.
Jeśli ktoś szuka guru, który miałby za niego myśleć, jest głupcem.
Kto więc powinien być naszym przewodnikiem?
Sumienie.
  I na koniec tygodnia bukiecik dla Czytelniczek.












czwartek, 29 listopada 2018

Animacja w punkcie sprzedaży

Czyli Bruno Ballardini: - Jak Kościół wymyślił marketing.

         Animacja w punkcie sprzedaży.

W czasie ceremonii konsumenci są zorganizowani według reguł role playing. Mieści się tu także testimonial.
Jest to wynalazek, którego nie stosowała nigdy żadna inna korporacja w całej historii marketingu.
          Otóż w punkcie sprzedaży obok Chrystusa, mnożą się inne testimonials.
Tworzą one prawdziwe arcydzieło strategii, w której w cudowny sposób stapiają się w jedno marketing, komunikacja i merchandising.(...)
           Nic tu nie pozostawiono przypadkowi.
Publiczność uczestnicząca w animacji w punkcie sprzedaży, powinna dysponować przestrzenią umożliwiającą przyjmowanie podczas eventu różnych skodyfikowanych pozycji.
Rytuał nie dopuszcza zachowań innych niż ustalone.
Ceremonia przewiduje przemienność pozycji stojącej i klęczącej z pozycją siedzącą – tworzy poczucie przynależności (…)

Punktem ogniskowym animacji jest tabernakulum.
Wokół niego toczy się cały rytuał. Przechowalnia próbki smakowej musi zajmować miejsce godne rangi produktu (….)

Kościół katolicki pierwszy wyczuł, że sama reklama nie wystarczy, by wesprzeć wszystkie cele marketingu.
Już dawno zastosował więc w punkcie sprzedaży, uchodzącą dziś za supernowoczesną formułę communication mix: - mszę.
Nabożeństwo wyprzedza bowiem o wiele wieków ekspozycję „masową”, stosując wyspy i wysunięte lady.
Do tego jest multimedialne: - przeplata się w nim śpiew i mowa, muzyka i cisza, konsultacja indywidualna z interaktywnym kontaktem między personelem a klientelą.
Doskonale zorganizowany mechanizm!

Aktywny udział wymaga określonej wielości działań, obejmujących ministranta, lektora, psalmistę, chór, muzycznego animatora zgromadzenia.... W owym zharmonizowanym zgraniu posług, liturgia oferuje obraz Kościoła we wszystkich jego doświadczeniach, buduje się wspólnym wkładem.

Przywodzi to na myśl najnowsze teorie marketingu. Zgodnie z nimi w przedsiębiorstwie usługowym „wszystko mówi”.
Jak twierdzili Eiglier i Langeard, trzeba tam patrzeć, słuchać i działać oczami, uszami, ciałem i duchem klienta.
Tylko wtedy usługa będzie dla niego znacząca.

                               Dżingle i przyczyny powodzenia.

Wytworzenie ducha przynależności do marki uzyskuje się także poprzez upowszechnienie pieśni i hymnów śpiewanych przy ważniejszych okazjach. Teksty takie, jak „Nobile santa Chiesa” (Szlachetny Kościele) ułatwiają pamięciowe opanowanie wytycznych zakładowych.
        Ale wszelkiego rodzaju muzykę stosowano już od zamierzchłych czasów dla lepszego upowszechnienia przekazu reklamowego wśród najszerszych grup docelowych.
Pieśni były kodyfikowane w oparciu o święte teksty i aranżowane z pomocą szerokiego wachlarza stylów dostosowanych do najrozmaitszych sytuacji.
       Na przykład w mszy śpiewanej wątek Alleluja stanowi naśladownictwo klasycznych gregoriańskich melizmatów, wszelako aranżacja pochodzi z 1969 roku.
Oryginalna duchowość chorałów gregoriańskich stanowi w tym przypadku autentyczną cover version, dokładnie tak, jak w przemyśle reklamowym.

Ciekawszym przykładem jest Psalm 22, czyli Pan jest moim pasterzem.

Część mniej znacząca to szereg semantycznych symetrii.
Muzyczna ekwiwalencja wspiera i akcentuje ekwiwalencję pojęciową zawartą w tekście obu modułów „Pan jest” i „pasterzem”.
Jest to powtórzenie tego samego, tylko inaczej akcentowanego modułu melodycznego.
        Tym sposobem przekaz perswazyjny krystalizuje się niemal na poziomie podświadomości. 

Spełnienie obietnicy: - „nie brak mi niczego” dokonuje się poprzez raison why zawartą w taktach ”bo Ty jesteś ze mną”.
        Ostatnie zdanie, tak powszechne w muzyce lekkiej (por. nawracające „jeśli pójdziesz ze mną” - se verrai con me – z piosenki Chariot w interpretacji Betty Curtis i Petuli Clark, z lat sześćdziesiątych, praktycznie współczesnej z omawianą wersją psalmu), kończy wezwanie do przyjęcia oferty.
          Ciekawostką jest, iż owa wpadająca w ucho melodia opiera się na pięciotonowej skali mizolidycznej.
Uzyskany efekt tonalny mieści się gdzieś między monodią gregoriańską a modalną muzyką etniczną.
W ten sposób można zaspokoić zarówno przyzwyczajenie muzyczne starszych pokoleń, nawykłych do klasycznej mszy śpiewanej, jak i młodych – obytych z modalnością stylów muzyki komercyjnej, od bluesa w górę.
         Autor tego utworu doskonale wiedział, że tego typu repertuar będzie równie skuteczny po „wyeksportowaniu” ze względu na łatwość, z jaką odbiorcy z innych kręgów kulturowych przyswoją materiał dźwiękowy, który i dla nich również będzie brzmiał „swojsko”.
Słowem, wysokiej klasy dżingiel reklamowy.

PS. Marketing współczesny: - Witamy w Polsce XXI wieku! 
Wiadomość z 29 listopada 2018.
Koleje Małopolskie gotowe na święta. W pociągach będzie można się wyspowiadać

środa, 28 listopada 2018

Wola Matiaszowa

Beczka, która spadła na plecak w Woli Michowej, spłaszczyła nieco mój podstawowy przyrząd ogniskowy, co było widać na zdjęciach.
        Druciak – podstawka pod garnek, stał się podobny do naleśnika.
Jeszcze jesienią tego samego roku naprostowałem przyrząd, po czym tak go gdzieś dokładnie schowałem w Kołybie na zimę, że już go nie znalazłem.
          Trzeba było wykombinować coś innego prostego.
Jak wiemy potrzeba jest matką wynalazków i tak było również tym razem.
Podpórkę pod garnkiem przy pierwszym gotowaniu zbyszkowym 2018 nad Soliną, pełniły kamienie.
Znad zalewu poszedłem w stronę storczyków nad Wołkowyją. 

Przy sklepie, zaproszony na piwo, pogadałem niegłupio z byłym sołtysem.

Po uzupełnieniu płynów, jakoś długo szedłem przez las ciemny. W środku lasu stał drogowskaz, a mnie się nie zgadzały czasy przejść.
Z Wołkowyji 


W środku lasu


Na łąkach Bereźnicy sprawa się wyjaśniła - trzeba dodać pół godziny do węzła szlaków i rachunek się zgadza.


Żywego ducha nie ma (co za rozkosz w porównaniu z gwarnym Polańczykiem), słońce, upał, parno. Zbiera się na burzę.



Po kolejnej godzinie całkowite zachmurzenie.
Słychać dalekie grzmoty.
Szukam miejsca na postawienie namiotu, a chcę mieszkać na górze i tak dochodzę nad Wolę Matiaszową.
Chwilowo zawiało, ale zaraz ucichło i zrobił się przedwieczorny bezruch
Burza odeszła nad Solinę.



Dom stoi, to teraz zajrzę do lasu, może zupa grzybowa będzie?
Będzie.
Z jednego grzybka.


Drugie biwakowe gotowanie. 
Gotowanie z pomocą autorskiego wynalazku. 
Oto garnek w sposób czarodziejski unosi się nad ogniem.



Burza jednak wraca, znowu słychać pomruki. 
Zupa grzybowa wyszła pyszna, nie czuję się jednak najedzony, więc jeszcze kasza gryczana.

Wafelek na deser i mogę sobie coś opowiedzieć na dobranoc. To był piękny dzień.
Dziękuję Aniołku! Ach!

wtorek, 27 listopada 2018

Dziwnologia

Richard Wiseman

Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych.

Książka zaczyna się opisem spotkania z hinduskim oświeconym o nazwisku Rajneesh. Z biegiem lat ten niepospolity człowiek zasłużył na przydomek Osho.
       Ale to nie o Osho chcę napisać.
Wiseman jest naukowym sceptykiem, jednak z otwartą głową, a tacy ludzie są najbardziej wiarygodni w tym naszym zabieganym i zakłamanym świecie.
Autor poddawał obserwacji pewne specyficzne aspekty naszego życia.

Rozdział o szybkości życia w miastach-stolicach państw.
      Metodologia?
W roku 1994 jeździł do każdego z miast, w określonym dniu powszednim i godzinie stał na wytypowanej ulicy centrum i zasłonięty gazetą (?) mierzył czas w jakim kolejni przechodnie przejdą wyznaczony odcinek drogi.
     Mierzył czas przejścia dostatecznej liczby przechodniów.
Wynik podawał do dyktafonu.
Po kilku godzinach w zaciszu hotelu uzyskiwał klasyczną średnią.

Potem jechał do kolejnego miasta i badanie powtarzał.

Wnioski?
Są ciekawe.
Różnice w szybkości poruszania się przechodniów są niewielkie, lecz dostatecznie duże, żeby stolice uszeregować wg kolejności.
      Na pierwszym miejscu był Singapur, za nim Kopenhaga, potem Madryt i Dublin.
Warszawa była na jedenastym miejscu, Paryż na szesnastym, Ottawa na dwudziestym, Sofia na 22, Bukareszt na 26 i na trzydziestym miejscu Berno.

Żeby unaocznić różnice w szybkości poruszania się, Wiseman wyznaczył odległość 1407 km. z południowego skraju Wielkiej Brytanii do miejscowości położonej najdalej na północy.
Tę odległość mieszkaniec Londynu przechodził w 11 dni, w odróżnieniu do mieszkańca Cardiff, któremu zajęłoby to już 15 dni!

Co dalej?
Otóż autor książki powtórzył badanie po 12 latach, w roku 2006, aby sprawdzić, gdzie ludzie zwolnili, a gdzie przyspieszyli.

Sytuacja nie zmieniła się w Nowym Jorku, Tokio, Paryżu i Londynie.
Przyspieszenia i to znacznego, bo 15% dostali mieszkańcy Budapesztu, Wiednia, Warszawy, Sofi i Pragi.
Jednak największego kopa dostali mieszkańcy Kantonu i Singapuru – ci zasuwali o 30% szybciej niż dwanaście lat wcześniej!
To się dopiero nazywa tempo życia.

Przypominam, że wg raportu ONZ, od roku 2007 więcej ludzi mieszkało już w miastach.

Miasto przyciąga osobników charakteryzujących się niecierpliwością, chęcią współzawodnictwa, i wręcz lubiących pośpiech.

To wynika z ich nieodpartej chęci realizacji wielu celów w krótkim czasie.
Pośpieszni zwykle mówią szybko i niewyraźnie, oraz kończą zdania rozpoczęte przez innych. (czytaj: - wpadają drugiemu w słowo)
     Zwykle pierwsi wstają od stołu i częściej od innych spoglądają na zegarek.
Czy takimi cechami charakteryzują się Warszawskie Słoiki ?
Nic do nich nie mam, bo są pracowici, oszczędni (przywożą jedzenie w słoikach) i chce im się chcieć.
Przecież bywa, że i król przymuszony cyklem koniunktury tnie koszty.

Ten wszechobecny pośpiech widać w czasie dyskusji w telewizji.
Bełkotliwa, szybka mowa, niecierpliwe przerywanie przeciwnikowi – kiedyś nazywało się to pospolitym chamstwem, ale kogóż to dziś widzimy w salonach? 
     Bo przecież czas antenowy jest tak drogi....
Jasne, że Pośpieszni narażają ciało na ogromny stres, co często kończy się zawałem.
Badania wykazały, że bardzo dobrym wskaźnikiem poza szybkością poruszania się (Lewa strona schodów w metrze dla Pośpiesznych) jest odsetek ludzi często zerkających na zegarki.

Małe podsumowanie: - pośpiech zabija, lecz o tym Pośpieszni nie myślą. 
Oni po prostu nie mają czasu na wolniejsze, czyli naturalne tempo życia.
I za czym jest ta pogoń?
W pewnym uproszczeniu: - za pieniędzmi.
Istnieje jakaś granica tej szybkości życia, do takiej doszli w Paryżu, Tokio, Nowym Jorku. Albo tam nastąpiło już nasycenie dobrobytem. 

Książka jest ciekawa, gdyż autor przez 21 lat zajmował się (Miał bowiem czas) badaniem dziwnych aspektów życia: - odkrywaniem psychologii podrywu, wykrywaniem kłamstw, przebywaniem w nawiedzonych domach tudzież uczynieniem czteroletniej dziewczynki rekinem giełdowym.

Wpisujemy nazwisko autora Dziwnologii i mamy nawet film z Youtube.

Z czego śmieją się Duńczycy

Lubię pisać, ale także czytać.
Kiedyś napisałem dwa robocze posty o książce Dziwnologia – Richarda Wisemana.
Przeglądając magazyn pamięci natrafiłem na te zapisy.

Podtytuł książki jest zachęcający: - Duże prawdy o małych rzeczach.

Dziś dwa rozdziały. 
Pierwszy: - Skala śmieszności dowcipów według Freuda.

Otóż Freud stwierdził, że uznajemy dowcipy za mniej lub bardziej śmieszne w zależności:
        primo: - od wieku,
        po drugie primo: - śmieszą nas najbardziej te aspekty życia, które budzą jednocześnie nasz największy lęk.
        Po trzecie primo: - w odbiorze dowcipów daje o sobie znać teoria wyższości – to właśnie tu jest przyczyna popularności dowcipów o blondynkach wśród męskich szowinistów.
Jednak część kobiet także śmieje się z takich dowcipów.
Statystyki podają tu liczbę 15% kobiet i 50% mężczyzn.

Poniżej anegdota, przy której podana jest następująca statystyka: - dowcip ten ubawił 60% odbiorców, nieco więcej mężczyzn niż kobiet, a według narodowości za jeden z najlepszych uznali go Duńczycy. 

Przychodzi mężczyzna do spowiedzi i mówi: - Czuję się okropnie. Jestem lekarzem i przespałem się z kilkoma pacjentami.

Ksiądz poważnie kiwa głową, ale stara się pocieszyć zbłąkaną owieczkę: - Nie jesteś mój synu ani pierwszym, ani ostatnim doktorem, który sypia ze swoimi pacjentami. Może nie powinieneś odczuwać aż tak wielkich wyrzutów sumienia.

Nie rozumie ksiądz – odpowiada mężczyzna – jestem weterynarzem.

Jest to klasyczny freudowski dowcip poruszający fundamentalne społeczne tabu – zoofilię.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Cykl Kondratiewa

Jak już wiemy, zgodnie z nakazem boskim (Apokryfy) rok ma 8766 godzin.



Obraz "Bóg stwarzający świat" - Wiliam Blake.

 W roku mamy 12 miesięcy i 52 pełne tygodnie.
           Czemu tydzień ma 7 dni?
Poza nakazem boskim wydawać by się mogło, że siedmiodniowy tydzień nie wyróżnia się niczym szczególnym.
         Lecz tak się tylko wydaje.
Oto znowu pojawia się liczba 52, czyli 2 razy 26.
I wyłania się sprawa dotycząca pieniędzy: - Cykl Kondratiewa związany z rynkami finansowymi. (I z precesją Ziemi)



Do miłośników czasu metrycznego bardzo przemawia natomiast tydzień dziesięciodniowy, w którym każdy z 12 miesięcy byłby podzielony na 3 dziesięciodniowe tygodnie, każdy dzień miałby 10 godzin, a każda godzina 100 stusekundowych minut.
Brzmi to dziwnie?
A przecież taki pomiar czasu już był!


Został wprowadzony podczas Rewolucji Francuskiej, gdy usiłowano przedefiniować prawie wszystko (ach ci rewolucjoniści.....).
Azaliż pomysł stosowania dekadni, milidni, i mikrodni zarzucono natychmiast po upadku Rewolucji, po części dlatego, że dziewiętnastowieczni chrześcijanie uważali brak dnia siódmego za niezbity dowód na to, że czas metryczny jest dziełem Szatana.

Od tamtej pory naukowcy dali spokój systemowi, a skupili się na wprowadzaniu coraz dokładniejszych definicji jednostek pomiaru czasu.

W roku 1954 zdecydowano, ze jedna sekunda ma trwać jedną 1/864000  średniego dnia solarnego.
(Pierwszy krzyk ludzkiego noworodka ma częstotliwość 432 Hz).

W następnych latach definicję uściślono.
Dziś definicja sekundy jest oparta na czasie emisji linii widmowej cezu 133, mianowicie na falach o częstotliwości 9 192 631 770 Hz.
Tę ustaloną w 1967 roku definicję sekundy doceniać mogą wyłącznie naukowcy, lecz dzięki niej mamy możliwość dokonywania niezwykle precyzyjnych pomiarów.

Najdokładniejsze dziś zegary, to skomplikowane urządzenia laboratoryjne, łączące lasery, temperaturę bliską absolutnego zera i pułapki magnetyczne zmieniające spin elektronów.
Fizycy są w stanie budować zegary oparte na logice kwantowej, o dokładności jednej sekundy na 3,7 miliarda lat!


Oczywiście tak duża precyzja to spora przesada dla kogoś, kto stara się zdążyć na pociąg, lecz zaskakująco dużo eksperymentów wymaga aż tak dokładnego pomiaru czasu.
Wystarczy wspomnieć, że podstawowa jednostka odległości – metr - jeszcze niedawno oparta była na odległości, którą światło przemierza w 1/299 792 458 sekundy.

Na sekundach oparte są także: - lumen – jednostka światła i amper, jednostka natężenia prądu.
Nawet pomiar ciśnienia w oponach oparty jest na sile, która z kolei zależy od przyspieszenia zdefiniowanego jako funkcja czasu.
Jak widać bez precyzyjnych zegarów dokładne pomiary nie byłyby możliwe.

Jeszcze kilka zdań o czasie internetowym.

Ten czas został wymyślony przez firmę Swatch w 1998 roku.
Doba dzieli się w nim na 1000 odcinków tzw. beatów.
Jeden beat trwa zatem 86,4 sekundy.
Punkt zerowy czasu internetowego określamy @000.
I jakoś nikt tu nie krzyczy o Szatanie.
Bowiem wszystko mija - oto pomału zostawiamy średniowiecze za sobą.


Wiele dni, wiele lat
Czas nas uczy pogody.

Zaplącze drogi,
pomyli prawdy,
nim zboże oddzieli od trawy.

Bronisz się, siejesz wiatr,
myślisz: - jestem tak młody

                                                        Jacek Cygan