Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marketing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marketing. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Animacja w punkcie sprzedaży

Czyli Bruno Ballardini: - Jak Kościół wymyślił marketing.

         Animacja w punkcie sprzedaży.

W czasie ceremonii konsumenci są zorganizowani według reguł role playing. Mieści się tu także testimonial.
Jest to wynalazek, którego nie stosowała nigdy żadna inna korporacja w całej historii marketingu.
          Otóż w punkcie sprzedaży obok Chrystusa, mnożą się inne testimonials.
Tworzą one prawdziwe arcydzieło strategii, w której w cudowny sposób stapiają się w jedno marketing, komunikacja i merchandising.(...)
           Nic tu nie pozostawiono przypadkowi.
Publiczność uczestnicząca w animacji w punkcie sprzedaży, powinna dysponować przestrzenią umożliwiającą przyjmowanie podczas eventu różnych skodyfikowanych pozycji.
Rytuał nie dopuszcza zachowań innych niż ustalone.
Ceremonia przewiduje przemienność pozycji stojącej i klęczącej z pozycją siedzącą – tworzy poczucie przynależności (…)

Punktem ogniskowym animacji jest tabernakulum.
Wokół niego toczy się cały rytuał. Przechowalnia próbki smakowej musi zajmować miejsce godne rangi produktu (….)

Kościół katolicki pierwszy wyczuł, że sama reklama nie wystarczy, by wesprzeć wszystkie cele marketingu.
Już dawno zastosował więc w punkcie sprzedaży, uchodzącą dziś za supernowoczesną formułę communication mix: - mszę.
Nabożeństwo wyprzedza bowiem o wiele wieków ekspozycję „masową”, stosując wyspy i wysunięte lady.
Do tego jest multimedialne: - przeplata się w nim śpiew i mowa, muzyka i cisza, konsultacja indywidualna z interaktywnym kontaktem między personelem a klientelą.
Doskonale zorganizowany mechanizm!

Aktywny udział wymaga określonej wielości działań, obejmujących ministranta, lektora, psalmistę, chór, muzycznego animatora zgromadzenia.... W owym zharmonizowanym zgraniu posług, liturgia oferuje obraz Kościoła we wszystkich jego doświadczeniach, buduje się wspólnym wkładem.

Przywodzi to na myśl najnowsze teorie marketingu. Zgodnie z nimi w przedsiębiorstwie usługowym „wszystko mówi”.
Jak twierdzili Eiglier i Langeard, trzeba tam patrzeć, słuchać i działać oczami, uszami, ciałem i duchem klienta.
Tylko wtedy usługa będzie dla niego znacząca.

                               Dżingle i przyczyny powodzenia.

Wytworzenie ducha przynależności do marki uzyskuje się także poprzez upowszechnienie pieśni i hymnów śpiewanych przy ważniejszych okazjach. Teksty takie, jak „Nobile santa Chiesa” (Szlachetny Kościele) ułatwiają pamięciowe opanowanie wytycznych zakładowych.
        Ale wszelkiego rodzaju muzykę stosowano już od zamierzchłych czasów dla lepszego upowszechnienia przekazu reklamowego wśród najszerszych grup docelowych.
Pieśni były kodyfikowane w oparciu o święte teksty i aranżowane z pomocą szerokiego wachlarza stylów dostosowanych do najrozmaitszych sytuacji.
       Na przykład w mszy śpiewanej wątek Alleluja stanowi naśladownictwo klasycznych gregoriańskich melizmatów, wszelako aranżacja pochodzi z 1969 roku.
Oryginalna duchowość chorałów gregoriańskich stanowi w tym przypadku autentyczną cover version, dokładnie tak, jak w przemyśle reklamowym.

Ciekawszym przykładem jest Psalm 22, czyli Pan jest moim pasterzem.

Część mniej znacząca to szereg semantycznych symetrii.
Muzyczna ekwiwalencja wspiera i akcentuje ekwiwalencję pojęciową zawartą w tekście obu modułów „Pan jest” i „pasterzem”.
Jest to powtórzenie tego samego, tylko inaczej akcentowanego modułu melodycznego.
        Tym sposobem przekaz perswazyjny krystalizuje się niemal na poziomie podświadomości. 

Spełnienie obietnicy: - „nie brak mi niczego” dokonuje się poprzez raison why zawartą w taktach ”bo Ty jesteś ze mną”.
        Ostatnie zdanie, tak powszechne w muzyce lekkiej (por. nawracające „jeśli pójdziesz ze mną” - se verrai con me – z piosenki Chariot w interpretacji Betty Curtis i Petuli Clark, z lat sześćdziesiątych, praktycznie współczesnej z omawianą wersją psalmu), kończy wezwanie do przyjęcia oferty.
          Ciekawostką jest, iż owa wpadająca w ucho melodia opiera się na pięciotonowej skali mizolidycznej.
Uzyskany efekt tonalny mieści się gdzieś między monodią gregoriańską a modalną muzyką etniczną.
W ten sposób można zaspokoić zarówno przyzwyczajenie muzyczne starszych pokoleń, nawykłych do klasycznej mszy śpiewanej, jak i młodych – obytych z modalnością stylów muzyki komercyjnej, od bluesa w górę.
         Autor tego utworu doskonale wiedział, że tego typu repertuar będzie równie skuteczny po „wyeksportowaniu” ze względu na łatwość, z jaką odbiorcy z innych kręgów kulturowych przyswoją materiał dźwiękowy, który i dla nich również będzie brzmiał „swojsko”.
Słowem, wysokiej klasy dżingiel reklamowy.

PS. Marketing współczesny: - Witamy w Polsce XXI wieku! 
Wiadomość z 29 listopada 2018.
Koleje Małopolskie gotowe na święta. W pociągach będzie można się wyspowiadać

sobota, 18 marca 2017

Słowo na niedzielę - komunikat

Niekiedy całkiem niesłusznie oskarża się Kościół o wieloznaczność przekazu.
       Na przykład niedawne deklaracje dotyczące istnienia Piekła i Raju zdawały się wzmacniać takie odczucia.
A przecież w istocie wszystko to jest częścią rozważnego planowania.
      Z tym, że planowanie w takim wydaniu, jak je rozumieją ludzie z branży reklamowej, to smętny prymityw wobec perfekcyjnej metody stosowanej przez Kościół.
Ale idźmy po kolei i przywołajmy niedawne przykłady.

W lipcu 1999 roku papież Jan Paweł II oświadczył, że:

- „Niebo, czyli szczęśliwość wiekuista, w której się odnajdziemy, nie jest abstrakcją ani też fizycznym miejscem między obłokami, lecz żywą i osobistą relacją z Trójcą Świętą, zaś Królestwo Niebieskie jest błogosławioną wspólnotą wszystkich, którzy się złączyli z ciałem Chrystusa, gdyż uwierzyli w Niego i pozostali wiernie jego woli”.
 
Niebiosa, w których pomieszkuje Bóg i gdzie wstąpić mogą wierni za swe zasługi, należy traktować zatem jako przenośnię.
Przesłanie takie pozostaje w sprzeczności z poprzednimi oficjalnymi definicjami, w świetle których Raj rozumiano jako coś namacalnie rzeczywistego.
Nie licząc już sprzeczności w koncepcji zmartwychwstania ciał po Sądzie Ostatecznym, która przetrwała nienaruszona aż do naszych czasów.
      Jednak przyjmując, że Raj to metafora, jak pogodzić tę definicję z rzeczywistą obecnością diabła i konkretnym istnieniem Piekła, w które papież nie wątpił?
 
Według teologa kardynała Hansa Ursa von Balthasara, Piekło istnieje, ale jest puste, gdyż nieskończenie litościwy Bóg nie mógłby chcieć wiecznej duchowej śmierci jakiejkolwiek istoty ludzkiej.
     Na takie dictum jezuici replikują, że Piekło owszem, istnieje, tak samo jak my, i gorzeje, ale wieczne potępienie dosięga tylko kogoś, kto popełnia akt pychy i zadufania, przedkłada siebie nad Boga i w istocie neguje Boga, by afirmować siebie samego.

Jak wytłumaczyć ten nieprzerwany ciąg pozornie sprzecznych ze sobą twierdzeń?
To proste.
W reklamie „okładka” komunikatu jest planowana na podstawie kryteriów uwzględniających wyłącznie jego częstotliwość i czas ekspozycji oraz liczbę osób należących do grupy docelowej, wobec której komunikat jest eksponowany.
      Kościół natomiast planuje, uwzględniając przynajmniej dwa inne parametry: treść przekazu, oraz typologię osób, do których każdorazowo jest on adresowany.
W ten sposób można wysłać w eter określony komunikat równocześnie z innym, o praktycznie przeciwstawnej treści.

Korzyści z tego są dwie: - zatyka się kanał komunikacyjny, uniemożliwiając innym przesyłanie własnych przekazów, a przede wszystkim uzyskuje się słuchalność, ogarniającą możliwie największą liczbę osób.
 
Trzeba było dwóch tysięcy lat, by ktoś wpadł na myśl, iż na nowoczesnym rynku marketingowym nie rywalizują produkty, lecz przede wszystkim – komunikaty.

sobota, 4 lutego 2017

Słowo na niedzielę


Prorocy marketingu często popełniają piramidalne głupstwo.
W przeświadczeniu, że publiczność jest już gotowa na przyjęcie produktu, którego inwazję na rynek właśnie szykują, sądzą, że wystarczy tylko go zaprezentować, żeby sam zaczął się sprzedawać.
       Dzieje się tak nawet w przypadku strategii nastawionych na uzyskanie dominującej roli na rynku. Domniemanie takie skutkuje zwykle żałosnymi wynikami w sprzedaży.
Kiedy celem jest zdobycie całego rynku, nie wolno sobie pozwolić na popełnienie podobnego błędu.

Po dziś dzień w copy strategies – strategiach komunikacji, dąży się do podkreślenia wyższości danego produktu nad konkurencją, jego wyjątkowości.
W ten właśnie sposób Paweł przygotował teren pod wielkie kampanie reklamowe przyszłości.
Jako entuzjasta direckt marketingu i jego fanatyczny użytkownik, był pod każdym względem pierwszym guru reklamy pocztowej. To za jej pośrednictwem zdołał się wspiąć na niebotyczne szczyty mistycyzmu widząc wszędzie wyłącznie listy.
       Paweł zatem zaadresował swój mailing do siedmiu silnych grup opiniotwórczych: - Koryntian, Tesaloniczan, Galatów, Rzymian, Filipian, Efezjan, Kolosan, oraz do trzech liderów: - Tymoteusza, Filemona i Tytusa.
Aby zjednać słuchaczy, zaczął od komplementu:

Powszechnie o was wiadomo, żeście listem Chrystusowym dzięki naszemu posługiwaniu, listem napisanym nie atramentem, lecz Duchem Boga żywego. Napisanym nie na kamiennych tablicach, lecz na żywych tablicach serc”.

Jako pierwszy wprowadził też Paweł reklamę porównawczą w jej bezpośredniej postaci. Nie marnował okazji, by ustalić pierwszeństwo chrześcijaństwa jako marki, relegując judaizm do rodzaju submarki, nieomal bankruta, nierzetelnego wobec konsumentów
       Uwielbienie Pawła do słowa pisanego udzieliło się kolejnym pokoleniom ludzi z branży. Bardzo szybko odkryli przydatność reklamy, bowiem zapiekła konkurencja zaczęła stawiać pod znakiem zapytania wyjątkowość Kościoła rzymskiego.
      Należało przekonać target o nieuchronności wyboru produktu, uspokoić go, komunikując, iż w każdym razie wybrał produkt lepszy od innych – ba, najlepszy jaki mógł wybrać.
I taki był właśnie cel pierwszego w dziejach posteru reklamowego.
Mowa o epigrafie (fragmenty z lat 161 do 180) biskupa Abercjusza Marcellusa:

(Chrystus) posłał mnie do Rzymu, bym zobaczył królestwo oraz królową w złotej szacie i złotych ciżmach
I ujrzałem tam lud mający wspaniałą pieczęć.

Jak podkreślają najwięksi specjaliści przedmiotu, jest nie do pomyślenia, by Chrystus posłał do Rzymu któregoś ze swych biskupów, by poznał królestwo Marka Aureliusza i przekonał się o potędze ludu rzymskiego. Pod oczywistym tekstem musi się kryć inny, głębszy sens, a pojąć go jest w stanie tylko wtajemniczony, czyli chrześcijanin.
      „Królestwo” jest oczywiście Królestwem Chrystusa na ziemi, a królową Kościół powszechny, który w Rzymie ma swoje centrum.
W istocie kult chrześcijański w II wieku był jeszcze daleki od stabilizacji i przeżywał okres ekspansji. Chrześcijanie byli zajęci zwalczaniem rodzących się pośród nich herezji i znosili fale kolejnych prześladowań.
     Epigraf Abercjusza był więc propagowaniem produktu, który dopiero wchodził na rynek. Dla tego produktu obrano najpotężniejsze kanały dystrybucji: - wielkie drogi cesarstwa rzymskiego, a nawet działającą od czasów Augusta najsprawniejszą sieć komunikacyjną, zorganizowaną dla służby kurierskiej i dysponującą dostępnymi dla wszystkich użytkowników stacjami pocztowymi. Od cesarstwa rzymskiego chrześcijanie zapożyczyli jego wewnętrzną logikę, łącznie z koncepcją globalnego rynku.
      Była to największa w dziejach operacja zdobywania pozycji. Otóż dzięki paradygmatom wyjątkowości i wyższości, chrześcijaństwo zdołało usadowić się w tym samym segmencie rynku, co i jego bezpośredni konkurenci, przejmując kolejno wszystkie pozycje, z których ich wypierało.
       W końcu papież Leon I (440 – 461) oficjalnie ogłosił, że oto Piotr i Paweł zostali patronami Rzymu, w miejsce Romulusa i Remusa, a Matka Boża i święci zastąpili bóstwa patronujące dotąd innym miastom. W ten sposób chrześcijański Rzym został de facto prawnym następcą Rzymu pogańskiego.
Z punktu widzenia potrzeb chrześcijańskiej propagandy nie było wcale istotne, czy kościół rzymski był naprawdę największy. Interesujące jest natomiast to ciągłe zestawianie cesarskiego Rzymu i kościoła chrześcijańskiego, który się tu usadowił.
      To ciągłe zestawianie zaowocowało w toku historii rewelacyjnymi efektami perswazyjnymi..Skojarzenie wizerunku pierwszej, choćby i nielicznej wspólnoty chrześcijańskiej z wizerunkiem samego Imperium Romanum stworzyło możliwość przesłania skutecznego sygnału o autorytecie i uniwersalnej wielkości nowej religii.

Chodziło o upowszechnienie takiego mniej więcej sylogizmu:
- Rzym jest największym miastem świata (antycznego)
- Kościół Chrystusa jest w Rzymie
- Zatem Kościół Chrystusa jest największy na świecie.

Praktycznie rzecz ujmując, jest to rozumowanie wprowadzające opaczny związek przyczynowy między elementami, które tylko współistnieją.
     Skoro prawdziwa jest całość, to prawdziwe muszą być także jej części składowe.
Strategię tę stosuje również i dzisiaj co bardziej zgrzebny marketing, lansując marki osnute na wizerunku kraju dominującego gospodarczo lub technologicznie.
W porównaniu jednak z nowoczesnym marketingiem, wczesne chrześcijaństwo umiało stosować znacznie szerszą gamę argumentów.
     Udowodnił to biskup Lyonu, Ireneusz (175 – 189), kiedy w niedługi czas po Abercjuszu ustalił ostatecznie ideę nadrzędności Kościoła Rzymskiego.
Bowiem do tego Kościoła, ponieważ nad inne znacznie wyrasta, winien dołączyć każdy Kościół, to znaczy wierni wywodzący się ze wszystkich stron.”

Celem takich wypowiedzi było odebranie klientów konkurencyjnym markom, czyli herezjom, gdyż wprowadzały do obrotu ten sam wyrób, naśladując we wszystkim firmę dominującą.
      Kiedy nie udawało się ustanowić unikalności marki, starano się pilnie zaradzić problemowi, poprzez stosowanie wszelkiego rodzaju argumentacji sofistycznej. A sofizmaty to nic innego tylko argumentacja pozornie poprawna, czyli manipulowana.
      W istocie chodziło o wybiegi retoryczne funkcjonujące jako wytrychy w stosunku do logiki. W tym schemacie łatwo rozpoznamy niektóre z naszych zwyczajowych sposobów rozumowania.
I to właśnie jest miarą tego, jak dalece wsączyły się one w nasze najpowszechniejsze procesy poznawcze, będąc usprawiedliwione przez „wiarę”.

      Książka: Jezus i biel stanie się jeszcze bielsza - Bruno Ballardini

piątek, 22 kwietnia 2016

Droga Anthonego de Mello


Czyli bunt oświeconego.

Największa Korporacja zwraca baczną uwagę na jednostki nieprzeciętne, działające w jej szeregach, promując takie jednostki dopóki jest z tego korzyść.
Tak też było z ojcem Anthonym de Mello, hinduskim jezuitą (1931 – 1987).
      Gdy Hindus dmuchał w kościelną trąbkę, wszystko działało bez zakłóceń: - Anthony zdobywał miliony wiernych a Największa Korporacja z tego korzystała.
Wydarzyła się w końcu rzecz typowa dla badaczy umiejących myśleć, wkraczających na teren, z którego trudno się potem wycofać.
Bywa wtedy bowiem, że uwiedzeni oczywistymi zaletami konkurencji, przez nadmiar obiektywizmu dokonują odkryć nie zawsze miłych dla zleceniodawcy.
I do tego mają odwagę o tych odkryciach głośno mówić.
      Tak właśnie stało się z Anthonym de Mello.
W pewnym momencie Największa Korporacja uznała go za wroga, próbując się od niego odciąć.
Oto Kongregacja Doktryny Wiary, w osobie kardynała Josepha Ratzingera, podówczas jej prefekta, ogłasza upomnienie:

Hinduski jezuita, ojciec Anthony de Mello jest szeroko znany z powodu swych licznych publikacji, które uzyskały szerokie upowszechnienie w wielu krajach, jakkolwiek nie zawsze są to teksty przez niego autoryzowane.....
    W swoich wczesnych pracach o. de Mello, jakkolwiek objawiał oczywisty wpływ nurtów duchowych buddyzmu i taoizmu, jednak utrzymywał się jeszcze w obrębie chrześcijańskiej duchowości. W dziełach tych omawiał rozmaite rodzaje modlitwy: błagalnej, o wstawiennictwo i pochwalnej, a także kontemplację życia Chrystusa, itd.”

Do tego miejsca wszystko jest w porządku. 
Jednak po komplementach i należnym uznaniu zasług zawodowych, następuje, całkowicie w stylu Procter&Gamble, tzw. część niszcząca, najeżona zarzutami i upomnieniami wobec funkcjonariusza Korporacji, który choć w dobrej wierze, zgrzeszył jednak nadmiernym entuzjazmem dla jakości i performance produktów konkurencji.
        O co tu chodzi?
Już w niektórych partiach swych pierwszych dzieł, a coraz bardziej w kolejnych publikacjach, jezuita odchodzi od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej. Objawienie, jakie dokonało się w Chrystusie, zastępuje on domysłem Boga bez postaci, ani obrazu, wywodząc wreszcie Boga jako czystą próżnię.
      Twierdzi, że aby dojrzeć Boga wystarczy po prostu spojrzeć w świat.
Nie można o Bogu mówić, że jedynym Jego poznaniem jest nie-poznanie. Już samo stawianie kwestii Jego istnienia jest nonsensem.
Ten radykalny apofatyzm prowadzi także do negowania faktu, iż Biblia zawiera ważne twierdzenia o Bogu.
Słowa Pisma Świętego są jedynie wskazówkami, które miałyby służyć do osiągania ciszy.
    W innych miejscach ocena świętych ksiąg wszelkich religii, łącznie z Biblią, jest w ocenie ojca de Mello jeszcze surowsza:
One stoją na przeszkodzie temu, by ludzie kierowali się zdrowym rozsądkiem, skłaniają ku ciasnocie i okrucieństwu. Religie, włączając w to chrześcijańską, są jedną z głównych przeszkód na drodze ku prawdzie.

Odkrycie ojca de Mello w gruncie rzeczy nie było wielkim odkryciem. Przejście od rynku zamkniętego do globalnego, naraża na szereg szokujących odkryć, takich na przykład, jak widok masy produktów podobnych do naszego i co najmniej równie dobrych. W takiej sytuacji komunikowanie się badacza z górnymi piętrami władzy własnego przedsiębiorstwa staje się sprawą niezmiernie delikatną, gdyż zasiadający tam panowie mają dość dogmatyczne podejście do rynku, całkowicie odporne na wszelkie myśli o otwarciu się na wolną konkurencję.

De Mello docenia Jezusa deklarując się jego uczniem. Ale traktuje Go jako jednego z nauczycieli. Jedyna dzieląca Go od pozostałych różnica to ta, że Jezus jest „bystry” i całkowicie wolny, a inni nie.
De Mello nie ma Go za Syna Bożego, a jedynie za kogoś, kto naucza, że wszyscy ludzie są dziećmi Boga. Także tezy o ostatecznym przeznaczeniu człowieka budzą konsternację. W pewnej chwili jest mowa o „rozpuszczeniu się” w bezosobowym Bogu, niczym sól w wodzie....
       Stosownie do powyższego, można domniemywać, idąc tropem logiki autora, że jakiekolwiek wyznanie wiary zarówno w Boga, jak i w Kościół może tylko uniemożliwić osobiste dostąpienie do prawdy.
Kościół, czyniąc sobie bożka ze słowa Bożego w Piśmie Świętym, w istocie wygnał Boga ze świątyni. Dlatego utracił powagę nauczania w imieniu Chrystusa.

Tego już było zdecydowanie za dużo, jak dla marki tak bardzo przeświadczonej o swojej unikalności. Oto zatem obrona marki, i jej wyłącznego wizerunku:

Dla zabezpieczenia dobra wiernych, Kongregacja uznaje za konieczne oświadczyć:

Wyżej opisane stanowisko (ojca de Mello) jest nie do pogodzenia z wiarą katolicką i może przynieść wielkie szkody”.

Najwyższy Kapłan Jan Paweł II w toku Audiencji udzielonej Prefektowi, zatwierdził niniejszą Notyfikację postanowioną na Sesji zwyczajnej tej Kongregacji i zarządził jej opublikowanie.

                                                            Rzym, z siedziby Kongregacji do spraw
                                                                                                     Doktryny Wiary
                                                         24 czerwca 1998 roku w święto Narodzin
                                                         Świętego Jana Chrzciciela.

Dokument byłej Inkwizycji „ratuje” jednak pierwsze prace de Mello, ale te jedynie, które wydrukowano na zasadach wyłączności we Włoszech, staraniem hiperkatolickiego wydawnictwa Edizioni Paoline. Po prostu już było za późno, by przyznać, że ich opublikowanie było błędem, a w gruncie rzeczy, nadarzała się okazja zrobienia interesu na tej zadymie i dalszej ich sprzedaży.

                                                                                          Bruno Ballardini
                                Książka „Jezus – jak Kościół wymyślił marketing”

czwartek, 5 marca 2015

Rynek winy


Marketing to wojna totalna. 
Aby odnieść w niej zwycięstwo należy starannie przygotować teren – wywołując na przykład psychiczny dyskomfort w grupie docelowej. Do tego celu nic nie nadaje się lepiej niż poczucie zadłużenia i powiązane z nim poczucie winy. (poczucie winy to słowo magiczne)
       Jest to złośliwy wirus, rozprzestrzeniający się z niesłychaną łatwością. Jednocześnie instytucje publiczne udają, że tego wirusa nie ma, ponieważ ten wirus jest ogromnie przydatny w integracji społeczeństwa i władzy.
      Poczucie winy to bat na gołe plecy maluczkich.
Istnieją całe społeczności i kultury różniące się pochodzeniem i historią – a wszystkie opierają się na poczuciu winy.
           Czy marketing mógł odrzucić narzędzie perswazji o tak potężnym zasięgu?
Jeszcze dziś, na agresywnym rynku proszków do prania, gdzie bój toczą inwazyjne strategie rynkowe, zwyczajem jest zarówno informowanie o cechach produktu, jak i serwowanie tym, którzy jeszcze produktu nie stosują, końskich dawek social ambarrassment, czyli poczucia winy, jakie wynika z domniemania, że w opinii otoczenia są oni brudniejsi i zaniedbani.
Pozornie ten atak ma tylko jeden cel: nawyki higieniczne.
         I pada tu drugie magiczne słowo: - nawyki.
A więc marketing uderza w klienta ulepionego z poczucia winy i nawyków i pod zasłoną walki o czystość wdziera się we wszelkie codzienne nawyki, a zatem całą filozofię życia rodziny, czyli w efekcie buduje światopogląd.
Stawką jest sposób bycia, a nie czystość.

Jeśli twoja biel jest mniej biała niż u innych, to nie jesteś na poziomie, nie sprostałeś wymaganiom opinii innych.
         Tu pada kolejne magiczne słowo: - opinia innych.
Czystość jest kategorią ducha, zatem ktoś, kto niechlujnie się nosi, ma zapewne nieczyste sumienie.

By móc sprowokować tego rodzaju reakcje psychologiczne potrzebna jest skuteczna komunikacja.
I tak się stało: - najwięksi w historii nadawcy nie ograniczyli się do zwiastowania „dobrej nowiny” ludziom rozsądnym, lecz postarali się tak upowszechnić poczucie winy, że objęło ono również niepewnych i maluczkich.
        Ta strategia zadziałała nieomylnie.

Wiadomo, jak budować poczucie winy. Według specjalistów od perswazji, zasada odpłaty jest jedną z najważniejszych. Nie potrzeba Kota i Lisa z Pinokia, by dojrzeć, że rozwój społeczeństwa opiera się na pajęczynie długów.
Ta pajęczyna tworzy sieć współuzależnień wiążących jednostki w zespoły. (dostałeś prezent? Odpłać się)
Przyjęto za oczywiste, że mit Edenu najbardziej się przysłużył do osadzenia motywacji konsumentów w zakupach.
Wszyscy przecież dążymy do lepszego życia i według wierzeń owo życie idealne było już naszym udziałem.
         Podobnie u zarania ery biznesu pierwszy product manager ponadnarodowej Korporacji, Paweł z Tarsu, w dwóch istotnych wypowiedziach sformułował wzorzec mechanizmu perswazyjnego, przejmując za jednym zamachem oskarżycielski potencjał zawarty w owym micie.

Utraciliśmy oto Eden, bo jesteśmy potomkami pierwszego grzesznika, który za to właśnie, że zgrzeszył, wyrzucony został z Raju. A zatem, genetycznie, i my jesteśmy grzesznikami.
W drugim etapie swojej genialnej strategii komunikacyjnej Paweł z Tarsu powiązał nierozerwalnie to wydarzenie z ofiarą Chrystusa, który w ten sposób odkupił grzech pierworodny.

To jest właśnie ten fundamentalny passus wyzwalający w grupie docelowej poczucie winy.

Od tego czasu epizod ów jest cytowany jako wzorcowy przypadek (case history), nadający śmierci adepta rangę „dowodu” dobrej jakości marki i dobrej wiary jego przedstawicieli, oraz w efekcie, sugerujący konieczność rewanżu poprzez bezgraniczną i bezwarunkową wiarę, jak w jakimś okropnym potlaczu.
(Potlacz – zrytualizowana postać wymiany w społeczeństwach prymitywnych, na mocy której obdarowany zobowiązany był do odwzajemnienia się ofiarodawcy jeszcze okazalszym prezentem)
Dla przyciągnięcia i przywiązania klientów nowej marki użyto jako symbolu nie wizerunku uosabiającego rajską szczęśliwość Edenu, lecz narzędzia tortur...... CDN.

Największa światowa Korporacja


Fundamentem każdej korporacji jest marketing. Albo inaczej: - wszystko jest marketingiem. Od rozrywki po informację, od kultury po badania naukowe, nie ma niczego, czego nie dałoby się wymyślić przy stoliku, z użyciem precyzyjnej strategii rynkowej.
Strategie rynkowe wpajane pokoleniom kandydatów na menedżerów, nie są wynalazkiem XX wieku – istnieją od dwóch tysięcy lat.
Najważniejszym narzędziem marketingu jest komunikowanie się z klientem.

Trzymam w ręku książkę, która w fascynujący sposób ukazuje profesjonalizm największych strategów w tej dziedzinie.
W tej książce jest również rozdział o skutecznych metodach zapewnienia sobie wierności klienta oraz o sztuce rozmieszczania punktów sprzedaży. Mamy tu również rozdział o benchmarku – nowoczesnej technice współczesnego marketingu.

Wielkim kapłanom dzisiejszego marketingu umknęła podstawowa kwestia: - że zachowują się jak faryzeusze.

Stosują rygorystyczne reguły, a gdy wpadną na nowe, adaptują je z hipokryzją, udając wiarę, której już nie wyznają. Ich poczynania wynikają z jakiejś cząstkowej wybranej techniki, podczas gdy strategia Kościoła od zawsze wykorzystywała ogół znanych technik – wszystkie jednocześnie i to w skali globalnej.

Teoria marketingu mix – oparta na formule czterech P: - product, price, place, promotion, wokół których odbywa się strategia sprzedaży, jest tu fundamentem.
Guru marketingu marzą o ewolucji naszej merkantylnej cywilizacji od pierwotnej fazy, w której wszystkie towary były dostępne, a nabywanie stanowiło akt spontaniczny, ukierunkowany jedynie na zaspokajanie potrzeb, do etapu, w którym towary są wytwarzane na podstawie agenda setting, a nawet sztucznie wykreowanych potrzeb.
I tu mamy do czynienia z absolutną próżnią etyczną, która pomaga nam zrozumieć powód, dla którego marketing i reklama nieustannie usiłują się wykazać szacunkiem wobec klienta. Powstała więc gromada kodeksów, arbitrów, organizacji ochrony konsumenta, mężów zaufania itp.
W żadnej innej dziedzinie usług dla ludności tego nie ma.

Guru marketingu wymyślają nowe techniki, a one przecież istnieją do dwóch tysięcy lat i są z powodzeniem stosowane przez ich rzeczywistych twórców, posługujących się niemal doskonałym mechanizmem zestrajania produkcji i konsumpcji, a mianowicie etycznym modelem konsumpcji (etycznym choćby dlatego, że działa na zasadzie konsumpcji …..etyki).
Jest to konstrukcja tak ogromna, że z trudem można ogarnąć jej granice. Jest to żywe arcydzieło, które każdego dnia się odnawia i odpowiada na oczekiwania konsumentów, odwołując się do ich dobrej woli.

Bruno Ballardini (ur.1954) – „Jezus i biel stanie się jeszcze bielsza”.
Eseista, teoretyk komunikacji, profesor rzymskiego uniwersytetu, przez wiele lat pracował jako copywriter w dużej agencji reklamowej, kompozytor muzyki elektronicznej. Autor La morte della publicita (1994), Manuale di disinformacione (1995). Mieszka w Rzymie i Tokio. Książka „Jezus....” (2000) ukazała się w Kanadzie,Francji, Ameryce Południowej, Niemczech, Portugalii, Hiszpanii, Chorwacji.