Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chryszczata.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chryszczata.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Tylko ślady wilków

A więc idę do Huczwic z kaszankami!
Mgliście, ponuro, wydaje się, że śnieżny opad tuż tuż. Mijam ostatni dom ponad Wolą Michową.
    
Chrystus Zimowy.
   


Odbieram tę rzeźbę jako symbol cmentarza żydowskiego – kirkutu, który to cmentarz urzędnicy w Komańczy, czy Sanoku sprzedali babie. Baba nie puszcza na cmentarz. Zdarzyło się, że pies tej baby użarł Wojtka Judę.
Dojście do kirkutu jest od strony Pomnika Żubra, a to spory kawał (półtora kilometra) za Wolą Michową.
   

Kirkut położony jest w pięknie widokowym miejscu. Był wpis o kirkucie z Woli Michowej.

Idę po koleinie samochodu zwożącego drewno z gór. Da się odczytać, że ta ciężarówka ma zupełnie łyse opony, resztki bieżnika zostały jedynie na brzegach. Po pewnym czasie ślady kół się kończą i zostają tylko ślady wilków, czasami lisa, plus ślady saren i jeleni.
Wilki są w czasie cieczki. Widać miejsca ich polowań z krwią na śniegu. Oto takie miejsce ponad Zubeńskiem. Zubeńsko to łemkowska wieś, z której "ostał ci się jeno krzyż". To dziś tylko pamięć i miejsce na mapie.
    


Wilki polowały niedaleko murowanej piwnicy po zniszczonym budynku łemkowskim. Pada śnieg a ślady krwi są jeszcze widoczne.
   


Idę jak duch, bo śnieg przy minus trzech jest „cichy”.
Zbliżam się do przełęczy Żebrak. Śnieg jedynie miejscami do 15 cm, w miarę dobrze się idzie. Typowy moment na wcielenie się w Obserwatora: Pustka, cisza, tylko jeden wędrowiec i wilcze ślady.
     



Mam czas, mógłbym myśleć, a nie myślę, tylko rejestruję, obserwuję, jest czujność. To są te niezwykle relaksujące chwile bez umysłu, we wszechogarniającej ciszy.

Wyłącznie ślady wilków.
     



Czytam z tych śladów jak z książki.
Jest coraz bliżej przełęczy i widzę z tropów, że jedna wilcza ścieżka łączy się z drugą, a potem z trzecią. Wilki chodzą jeden za drugim, po śladach poprzednika, dlatego trudno się doliczyć ilości.
W każdym razie półtora kilometra przed przełęczą zaczął się wybitnie wilczy odcinek. Dalej pochmurno i ponuro, chyba sypnie.
       



Zbliżam się do szałasu. Gdy tam dojdę będzie siedem kilometrów od domu Henryka Bieszczadnika, a więc jedna czwarta drogi, bo pójdę przecież odwiedzić górę 686 ponad Rabe, gdzie biwakowałem w lecie. A dokładniej to przywitać się z Duchem tej góry i podziękować raz jeszcze za kolorowe sny, które tu śniłem.
Idę i teraz opowiem sobie anegdotę (bo mam czas)

Zima w Bieszczadach, las, pada śnieg. Po lesie chodzi podenerwowany niedźwiedź. To złamie choinkę, to kopnie w drzewo, to pogoni wilka – ogólnie: mocno wściekły. Chodzi i gada: - Po jaką cholerę piłem tę kawę we wrześniu!?

Już niedaleko do szałasu, jeszcze pięćset metrów.
Przełęcz Żebrak to nieco umowna granica kraju Łemków. Dalej rozciąga się kraina Bojków. Łemkowie byli nacją rolniczą, Bojkowie pasterską.
Już wielokrotnie się przekonałem, że Żebrak jest również jakby drzwiami do innego świata. Często za przełęczą jest wyraźnie inna pogoda niż była w czasie dojścia. W porównaniu z Łupkowem jest tu 350 metrów wyżej. Masyw Chryszczatej wybija wiatr do góry, a to powoduje rozstępowanie się chmur. Powstają okna w błękicie. Ileż to razy nie mogłem się w lecie napatrzeć i nadziwić, że wokół doliny Rabego jest pochmurno, a cała góra Pod Wierchem 686 kąpie się w słońcu. Gdy wiał wiatr zachodni, czyli najczęstszy, chmury zwierały się ponownie za Baligrodem.
Dla łowcy chmur był to fascynujący spektakl. W końcu gościa przebywającego w Boskim Hotelu Siedem Gwiazdek wypada zadowolić.

sobota, 3 stycznia 2015

Listy do samego siebie

Na zdjęciach łąki po wschodniej stronie Chryszczatej
 
 
    
    Przychodzi pacjent do lekarza.

Co panu dolega?
Panie doktorze, mnie się zdaje, że zwariowałem.
A jakie są objawy pańskiego obłędu?
Piszę listy do samego siebie.
Hmm... A kiedy napisał pan ostatni list?
Dzisiaj rano.
I co pan napisał w tym liście?
Tego ja, panie doktorze nie wiem. Dopiero jak go zobaczę na blogu astronomia finansowa, to się dowiem.

  


Kiedy tracisz kontakt z ciszą, tracisz kontakt ze sobą. Kiedy gubisz kontakt ze sobą – zatracasz się w świecie.
Ludzkość zagubiła się w myśleniu.
Życie dla większości ludzi to trwanie w więziennych klatkach ich własnych myśli. Nigdy nie udaje im się wykroczyć poza wąski, stworzony przez umysł, osobowy sens istnienia, uwarunkowany przez przeszłość.
Eckhart Tolle – Cisza.

Wszyscy jesteśmy wędrowcami, którzy poszukują domu. Nasze poszukiwania są często nieświadome, poruszamy się po omacku w ciemnościach. Jednak każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku.
Stare nawyki umierają powoli.
Społeczeństwo gra w perfidną grę, kieruje ciebie przeciwko samemu sobie.
Przywódcy polityczni i religijni chcą mieć w tobie posłuszną maszynę, niewolnika. Robią to za pomocą uwarunkowań, które są kodowane w twojej podświadomości od dzieciństwa.
Dostosowujesz się do wymagań stawianych przez rodzinę i ludzi, którzy ciebie otaczają. Przesiąkasz uprzedzeniami, głupimi przesądami.
Stajesz się kawałkiem drewna dryfującym po oceanie. Nie wiesz kim jesteś, ani dokąd zmierzasz. Trwasz w wewnętrznym zamęcie. I w pogoni nie wiadomo za czym.
     

piątek, 2 stycznia 2015

Staszek kierowca

Pierwsza podróż w Wysokie Bieszczady. Rok 2014.

To była zwykła podróż, jechałem (bowiem) pierwszym wakacyjnym autobusem Sanok – Wołosate, z przystanku Bystre. Niezwykły był tylko jej początek.
Tak byłem zaaferowany wyjazdem, że
piwa z potoku nie zamawiałem. Na przystanku stanąłem kilkanaście minut przed czasem.
Nadchodzi godzina przyjazdu – autobusu nie ma. To Bieszczady, opóźnienia tu się zdarzają często.
Czekam.
Bo niby jakie mam wyjście, gdy chcę pojechać? Mogę machać, ale wstrzymuję się na razie. Mija godzina. Zgłodniałem. Sięgam po bułkę do plecaka, wyjmuję ją i łapię szybko w zęby, bo zza zakrętu od Baligrodu wyłonił się nie wiadomo kiedy autobus i już hamuje przed przystankiem.
Zapinam plecak i z bułką w zębach pakuję się po stopniach. Autobus pełen, stawiam plecak obok kierowcy, bułka do ręki, pieniądze w drugiej i proszę o bilet do Wołosatego.
Kierowca rusza …... Ostro rusza. Jestem nieco zaskoczony i obserwuję co on robi: Rozmawia przez telefon, czyli jedna ręka zajęta. Mówi do kogoś, że nie mógł uruchomić silnika, że ma duże opóźnienie. To akurat wiem.
Drugą ręką w trakcie rozmowy kierowca wystukuje bilet dla mnie. I zmienia bieg. Kierownica chwilowo puszczona luzem, a autobus jedzie. Coraz szybciej jedzie. Z lusterka zwisa różaniec z krzyżem. Nad lusterkiem naklejona Matka Boska patrzy z góry na całość. Na klaksonie kierownicy nalepka: Boże prowadź!
I zaprawdę powiadam wam, jest to moment, gdy Bóg prowadzi. Ja to widzę, bo jestem blisko kierowcy. Kierowca inkasuje należność, dalej rozmawia, kierownica puszczona luzem, ja ufam, są to sekundy dosłownie, ale w tych sekundach jest Anioł z Bogiem i Matką Boską, oni czuwają, kierownica robi ćwierć obrót, kierowca znowu zmienia bieg, z przeciwka gwałtownie zbliżają się auta, dostaję bilet, kierowca łapie jakby od niechcenia w ostatnim momencie kierownicę, szarpnięcie, nie zderzamy się, autobus jedzie już całkiem szybko, nie ma zderzenia, ani nie wykolejamy się bo Bóg prowadzi i ok. jest! O matko Boska!
To ta nalepka na kierownicy uratowała nas!
Ile potęgi, bo słowo moc jest tu za słabe, ile potęgi jest w słowie pisanym a nie wypowiedzianym.....
Czyli: nalepka to potęga!
Albo: - pisz pan, panie Hiszpan!
W pewnej małej miejscowości podgórskiej żył sobie ksiądz i Staszek – kierowca autobusu.
Ksiądz był już w zaawansowanym wieku, jak na księdza, Staszek był dużo młodszy, ale że popijał tęgo umarł przed księdzem.
Przyszedł czas i na księdza.
Brama raju.
Przed bramą stoi święty Piotr i wita nadchodzące duszyczki.
Podchodzi dusza księdza, pogadała chwilę ze św. Piotrem, otwierają się drzwi raju, św. Piotr mówi do duszy księdza: zapraszam!
Ale co to? Pierwsza dusza, którą widać w raju, to dusza Staszka – kierowcy!
Dusza księdza, oburzona, zwraca się do św. Piotra: - Jak to, ja byłem księdzem, mnie się raj należy, a Staszek to znany pijak! To niesprawiedliwe jest!
Hola, hola, mówi św. Piotr.
Ty byłeś już stary i nie wkładałeś serca w swoje kazania, przeto wierni w czasie twoich kazań spali. A hasło: nie śpij w czasie kazania – znasz?
Staszek natomiast często jechał po pijanemu z fasonem i wtedy wszyscy pasażerowie się modlili. Staszek rozniecał więc w ludziach ogień wiary, czego ty nie robiłeś. Dlatego jemu raj należy się tak samo jak tobie, a nawet bardziej.
Wchodzisz, czy może do piekła wolisz?
Bo dalej jest wolna wola.....

Łąka pod Chryszczatą
   


wtorek, 25 listopada 2014

Samostijna Ukraina

Zbliżam się w opisie wędrówki coraz bardziej do Żdyni i opada mnie smutek. Droga cudna, kolorowa, na niej mistyczne doznania. Natomiast w Żdyni znalazłem się w innym świecie, świecie powagi i smutku. Tylko część Ukrainy przyjechała w tym roku. Od razu nad Żdynią zawisło słowo wojna.
Nie słucham mediów, ale nie dało się nie śledzić, chociaż wyrywkowo, walki na Majdanie. Rozmowy skupiały się wokół wolności Ukrainy. Wysłuchałem wiele opowieści z Majdanu, młodzi mężczyźni nie kryli łez przy tym. Przywiozłem ze sobą kilkanaście sztuk amunicji znalezionej pod Chryszczatą. Rozdałem wszystko.
   


Te pociski karabinowe z Powstania Ukraińskiego przeciwko komunistycznej Polsce, okazały się niezwykle cennym symbolem nieustającego parcia do Samostijnej Ukrainy, połączyły pacyfikację Bieszczadów z Majdanem.
Odsuwałem na później pisanie o pokręconej historii, ale powoli przychodzi to „później”.

Śmierć generała Świerczewskiego, kwiecień 1947, Bieszczady.

Początek 1947 roku to wzmożone działania UPA. Wywiad UPA donosił o szykowanej wielkiej akcji czerwonych Polaków wobec Ukraińców.
28 marca 1947 w zasadzce pod Jabłonkami ginie generał Świerczewski. ( Najprawdopodobniej dobity jednak przez UB na rozkaz z Moskwy).
W strzelaninie zginęło także kilku polskich żołnierzy.

Trzy dni po tajemniczej ( sprzeczne zeznania świadków, wiele niejasności ) śmierci generała, Ukraińscy Powstańcy (Tym razem prawdopodobnie czota Komendanta Wasyla Mizernego - Rena) zjawili się ponownie pod Jabłonkami. Striłcy poczekali aż zjawi się komisja wojskowa pod ochroną dużego oddziału WOP.
Przyjechała komisja, a żołnierze mający ją chronić skupili się na odkrytym terenie wokół oficerów. Wymarzona sytuacja do otwarcia ognia. Co też nastąpiło. Zginęło, lub było rannych kilkudziesięciu polskich żołnierzy i oficerów. Striłcy wycofali się bez strat.
O takich zdarzeniach nie pisano, one były utajniane. Statystyki fałszowano, pilnowało tego NKWD. Meldunki wojskowe są niewiele warte. Jak piszą historycy „bardziej wiarygodne są dane UB”.

Świerczewski w roku 1920 atakuje Warszawę. Jest oficerem w wojsku rosyjskim.
To, że jego teściem jest Wozniesieński – rosyjski generał nie ma znaczenia, nie należy popierać odpowiedzialności zbiorowej.
Okazuje się, że na przełomie 1970/71 powrócono do raportu o śmierci generała Świerczewskiego. Powołano komisję która miała za zadanie wyjaśnić wszystkie okoliczności związane ze śmiercią Świerczewskiego. Komisją kierował minister M. Naszkowski, natomiast jednym z jej członków został Jan Gerhard, były dowódca 34 pp. z Baligrodu. Jechał razem z generałem gazikiem w Jabłonkach. Pułk Gerharda wsławił się w Terce i Zawadce Morochowskiej zbrodniami masowymi na ludności cywilnej. Śledztwo od wielu lat prowadzi IPN.....

Niestety raport komisji nie ujrzał światła dziennego. Miał być przedstawiony w Biurze Politycznym KC. Ale wypadki, które wtedy nastąpiły sprawiły, że do tego nie doszło. Najpierw włamano się do willi Naszkowskiego, uduszona została gosposia, mieszkanie splądrowane – nic nie zginęło jednak, tylko z sejfu skradziono raport i tylko raport, mimo że były tam cenne rzeczy. Następnego dnia, w tajemniczych okolicznościach został zamordowany J. Gerhard.

Podsumowując należy zadać pytanie komu zależało na śmierci Świerczewskiego i jakie korzyści ta śmierć mogła przynieść, wtedy dostaniemy z automatu odpowiedź na drugie pytanie: - kto zlecił zamordowanie gosposi i Gerharda, oraz kradzież raportu.

Śmierć Świerczewskiego, była na rękę NKWD, ponieważ generał wiedział o czystkach wśród działaczy komunistycznych walczących w Hiszpanii. To były zabójstwa wykonywane z rozkazu Stalina.
Pod koniec wojny Świerczewski dwukrotnie sprzeciwił się Stalinowi, gdy ten chciał go ustawić w Polsce. Stalin jeden raz mu przepuścił, ale dwa razy to było za dużo. Nie muszę pisać, że on był bezwzględny.
Wyrok na Świerczewskim mogło wykonać UB, jeżeli istniał spisek przeciwko generałowi.
(Świerczewski niepochlebnie wyrażał się o Bierucie i kilku innych aparatczykach, nazywając ich agentami Moskwy. To musiało także dotrzeć do Stalina, on miał wszędzie „uszy”).
Śmierć generała mogła jednocześnie dać pretekst do rozpoczęcia „akcji Wisła" (wiadomo że planowana była od wielu miesięcy),

A. Baliszewski w swoich artykułach stwierdził, że została powołana specjalna grupa "Beskid" - mająca na celu wyjaśnić okoliczności śmierci Świerczewskiego. Każda z pięciu osób nie wiedziała o sobie i działała samodzielnie tworząc swój własny raport na hasło "Łaski". Z raportu tego wynikało że samochód z generałem przejechał mostek na rzeczce i zatrzymał się za nim, natomiast pozostałe samochody stanęły przed mostkiem. Baliszewski twierdzi też, że ochrona generała była większa liczebnie, niż to podano oficjalnie. Jacek Różański jeden z oficerów prowadzących śledztwo z ramienia UB i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wspominał też o notatniku Świerczewskiego i zawartych w nim zapiskach. Notatnik oczywiście zaginął.
Baliszewski wspomina także o wizycie w Moskwie u Stalina, gdzie rzekomo miano Świerczewskiemu zaproponować kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Generał miał dwukrotnie odrzucić tę ofertę, mówiąc, że nie chce być żandarmem.

Niestety nawet dzisiaj mimo dostępu do archiwów i dokumentów tajnych, nie można z całą pewnością powiedzieć kto zabił Świerczewskiego. Jest wiele znaków zapytania i niedomówień. Nie zgadzają się podstawowe oczywiste fakty (czas walki podawany różnie, miejsce gdzie stał samochód generała, czas śmierci).

Także zapiski samego Stepana Stebelskiego – legendarnego Chrina, dowódcy Sotni Łemkowskiej, nie wyjaśniają sprawy.
Być może dopiero archiwa NKWD czy też KGB, rzucą światło na tę jedną z tajemnic XX wieku. Dotarcie do materiałów nie będzie łatwe, ponieważ Rosjanie cały czas utrudniają pracę polskich historyków. Dlatego też wydarzenia z 28 marca 1947 roku nadal pozostaną nie wyjaśnioną do końca zagadką.

(Na podstawie: - Zbigniew Jantoń)

Literatura:

G. Motyka - "Tak było w Bieszczadach".

piątek, 7 listopada 2014

Wysokie Bieszczady

Na koniec tygodnia spojrzenie w Bieszczady Wysokie. 1300 metrów z haczykiem tylko, ale widoki są całkiem, całkiem. Bo o co chodzi z tymi widokami i wysokością?
       Zwykli Kowalscy, znaczy zwykli ludzie, licytują się: kto ma większy dom, bardziej wypasioną gablotę, ktoś był w Alpach i uważa, że Alpy są najpiękniejsze. Może tak jest. Ja się zgadzam. Jeśli tak uważasz, jedź w Alpy.
       Ktoś inny wygrywa licytację: Himalaje są wyższe i piękniejsze.
Może tak jest. Ja się zgadzam. Jesteś zadowolony, że ty masz rację? Człowieku, zaparkowałeś właśnie swój samochód obok własnego łóżka w sypialni. Już bliżej nie można. Jesteś zadowolony? Jesteś górą.....no chyba, że ktoś zaparkuje pod kołdrą. Wtedy on będzie bliżej. Będzie bliżej swego wypasionego ego i wypasionego samochodu, łodzi, kawałka jeziora, i co tam jeszcze ma po rodzicach i babci......
       Przecież może przyjść śmierć znienacka ( ona często tak przychodzi ) i wszystko skosi. Ale może tylko sen przyjdzie.

Gdy tylko zaczęły jeździć autobusy do Wołosatego, dokładnie 1 lipca, wybrałem się na wycieczkę do Staszka Wiechecia i Mariolki. W Wołosatem jest tylko kilkanaście zamieszkałych domów. Bo są także w Wołosatem domy w których nikt nie mieszka.
Staszek Wiecheć mieszka u siebie i rzeźbi.
       On jest kolegą Darka Karalucha. Razem pracowali na siekierezadzie i wypale pewnie. O to nie pytałem. Wiem tyle, ile ludzie mi mówią. Nie pytam, mówię za to chętnie o sobie. I w zamian dostaję otwarcie od ludzi. Nie od wszystkich ma się rozumieć, bo bym tego nie udźwignął.
      Alpy i Himalaje? Obudzić się można wszędzie, także w zamkniętym pokoju.
Na przykład w pokoju u Mariolki i Staszka w Wołosatem.
Mam szczęście do ludzi, każdy jest nauczycielem na mojej drodze. To miejsce jest dla mnie niezwykłe.
      Teraz tylko kilka zdjęć z wycieczki Wołosate - Muczne. Przez Krzemień.
Myślę sercem, i czuję że będę zadowolony. Dlatego o 6.00 ruszam w góry.
W nocy padało, jeszcze siąpi drobny deszczyk, niewiele widać, mgła otula góry.
Gdy zacząłem podchodzić przy poręczach, przestało padać. Kamienie mokre i śliskie, trzeba uważać gdzie się staje.
      Na przełęczy pod Tarnicą wieje mocno i znowu zaczyna się ściemniać. W razie czego mam pelerynę. Schodzę do przełęczy Goprowców, a potem zaczynam podchodzić na Krzemień. Jest trochę jaśniej, chwilami świeci słońce.
      
  
   
Widok na Tarnicę z podejścia na Krzemień.

          

Znowu nadpływają bardzo ciemne chmury, jest południe, a jakby miała noc zapaść.
  

  

Silny wiatr jednak robi swoje, przegania chmury, wychodzi słońce, robię się zadowolony, czyli tak, jak miało być.
   



Na szczycie jest już prawie pełne słońce i widoki szerokie na Ukrainę. Czuję się na dachu lokalnego świata. Mnie się Krzemień szczególnie spodobał. Malownicze skałki. Wrócę tu któregoś dnia na dłużej i zostanę na noc na tej górze, a teraz wracam nieco okrężną drogą do domu, czyli do samotnego namiotu na wzgórzu pod Chryszczatą.

czwartek, 16 października 2014

W stronę Chryszczatej

Pospałem wystarczająco.
Serce woła: - do dziczy, do pomieszkania w dziczy zapraszam pana!
Schodzę do szosy, na wschodzie wznosi się majestatyczna Krąglica z wierzchołkiem w kołdrze chmur. Rosa obfita, po chwili buty mokre, ale spodnie suche, bo spodnie mają tylko połowę – nogawki odpiąłem. Mijam pensjonat Kira, on ledwo zipie, będzie otwarty tylko do końca października. Mijam sklep i skręcam na przełęcz Żebrak. Do przełęczy jest 8 km od domu Henryka, odległość zmierzona dokładnie.
Agroturystyka hodowla „koni kabardyńskich”. Bzdury, osoba która to pisała, chce być mądrzejsza od dwóch głupich. To są hucuły, które można też nazwać „końmi z bajki Aladyna”. Czego się nie robi dla zwabienia turystów.
Właścicielką terenu jest kobieta, której urzędnicy w Sanoku sprzedali żydowski cmentarz, pisałem o tym. Jeszcze na jesieni stała przy jej bramie deska z napisem Cmentarz, ale to było na jesieni. Najpierw oblazła farba napisu, a teraz baba wyrzuciła deskę, nie ma oznaczeń. Po co ma się po jej ziemi ktoś plątać? Ten kirkut jest dla niej solą w oku.
 
Refleksja: Czy żyjąc w cywilizacji, możemy być zdrowi psychicznie?
Słońce rozprasza mgły.
     
Sarny przebiegły drogę-ze zdjęciem nie zdążyłem.Woła koziołek, pukają dzięcioły. Mijam zaprzyjaźnione fioletowe łubiny obok pomnika żubra. Ciekawe, czy uchowają się kolorowe łubiny, których ziarenka sadziłem tu wczesną wiosną. To się okaże w przyszłym roku.
    

Ciekawe uczucie znowu – pisząc teraz jestem w zatrzymanym czasie. Nie tylko jeszcze raz mam wakacje, ale wydaje się, że czas staje, a ja przenoszę się w to miejsce, które opisuję.
Na przełęczy Żebrak leżą belki – nadleśnictwo Baligród stawia właśnie wiatę, jak się okazało kolejną piękną wiatę.
    


 Schodzę w dolinę Rabe, po drodze odpoczynki, bo nie spieszy mi się przecież – jestem już w domu.
      

poniedziałek, 21 października 2013

Przed burzą



22 czerwca.
 Prawie codzienna wycieczka do sklepu w Nowym Łupkowie. Poszedłem drogą. Na zakręcie za cmentarzem, gdzie z drogi widać schronisko Koniec Świata, obudziłem poranne echo, wykrzykując zdecydowane i krótkie: Hej!
     Echo odpowiedziało mi potrójnie. Zrobiłem zdjęcia pajęczynom nabrzmiałym od wilgoci porannej.


     Na następnym zakręcie, w połowie drogi, przywitał mnie znajomy duży czarny motyl. Takiego czarnego motyla widziałem tylko kilkakrotnie. Moje zdjęcie gdzieś się schowało, a więc zdjęcie z katalogu motyli.

Natomiast małe czarne motyle, z których jeden usiadł mi na dłoni na dzień dobry w Osławicach, były tu bardzo pospolite.
    Z zakupami wracałem torami. Już po zejściu z torów w okolicach stacji w Łupkowie, zobaczyłem trzy martwe krety. Te martwe krety, to nierozwiązana zagadka. W sumie widziałem ich w czerwcu kilkanaście.
    Po przyjściu do namiotu, usunąłem kleszcza, który siedział mi na boku. To był już kolejny osobnik. Sporo chodziłem po chaszczach i lasach, więc nic dziwnego. O kleszczach napiszę osobno, bo stałem się ekspertem od kleszczy.     
    Wstawiłem piwo do lodówki. Po śniadaniu poszedłem górą w stronę Terpiaka, znalazłem polankę z grzybami. Czerwone główki. Urwałem tylko dwa, bo więcej dziś nie zjem.

Upał. To już kolejny dzień upalnej pogody. Hen wysoko krążą dwa wielkie ptaki drapieżne - to z pewnością orły lub orliki. Nie nauczyłem się rozpoznawać orłów, poznałem tylko ich krzyk. Ten krzyk słyszałem nad sobą, wiele razy w ciągu każdego dnia, gdy byłem na biwakach za Chryszczatą. Odbieram ten krzyk, jako radosne ogłaszanie światu: - ja jestem królem przestworzy!

Przestał wiać wiatr, nagrzane powietrze aż drży. Schodzę do Szwejkowa szykować obiad. Zmieniłem plany obiadowe:  - chciałem zjeść jagody z makaronem, a zjem grzyby z cebulą w śmietanie i pieczywo.

czwartek, 17 października 2013

Opowiadanie o miłości niespełnionej



 Dziewczyna była z Radoszyc, z zaprzyjaźnionej rodziny. Dzieci bawiły się często razem. W zimie, gdy się spotykali, śmiejąc się, jeździli na sankach i obrzucali się śniegiem. W lecie chodzili pod las na jagody i poziomki, brodzili po zimnych strumieniach. Gdy wybuchła  II wojna nie było już tak bezpiecznie. Jeszcze jakoś było do 1945 roku. Kiedy Iwan przyjeżdżał do Radoszyc, lubili chodzić za wieś, do cudownego Danusinego źródełka. Dziewczyna była młodsza od Iwana, skończyła właśnie 17 lat.
    Przy tym źródełku, któregoś razu poczuli oboje, że nadeszła dojrzała miłość. Wyznali sobie swoje uczucia, popłakali się ze szczęścia i musieli się rozstać, wydawało się, że na chwilę. Obiecali sobie, że wezmą ślub, gdy nastanie pokój, gdy umilkną strzały.
    Iwan wrócił do sotni. W okolicy pojawiły się kilkuosobowe grupy – oddziały NKWD, które mordowały i rabowały zarówno Polaków, jak i Łemków, skwapliwie podszywając się pod UPA. Takie było ich zadanie. ( Iwan usłyszał o misji tych oddziałów, gdy zeznawali ci, których udało się schwytać.
To jest nie tylko ocena Iwana, ale także historyków, napiszę o tym jeszcze)
     Sotnia Łemkowska Chrynia należała organizacyjnie do UPA, bo gdzie miała należeć? Do Wojska Polskiego?
Przedwojenna Polska miała dwóch wrogów: Niemców i Rosjan, a Łemkowie mieli za wrogów Polaków i Rosjan. Przypominam, że Chryń został inwalidą – miał niewładną prawą rękę. Osobiście zniszczył rosyjski czołg, i w tej walce dostał postrzał w ramię.
       Sotnia wykonywała w tym czasie także zadania żandarmerii, pilnując porządku i wyłapując rabusiów i bandytów. Młodzi spotkali się jeszcze tylko jeden raz, to było spotkanie krótkie, jak mgnienie, gdy dziewczyna przyszła na Chryszczatą do bunkrów, a Iwan dostał rozkaz wymarszu ze swym oddziałem.
              Ona musiała zaraz wracać do Radoszyc.
Nastał bardzo niespokojny czas. Na koniec na Łemków spadło ostatnie nieszczęście – „Akcja Wisła”.                                                                                                                                                                                                                      
         Już się więcej nie zobaczyli. Jego losy rzuciły do Niemiec, a potem do Kanady, gdzie założył rodzinę i doczekał się czworga dzieci i tuzina wnuków.
     O wybrance swojego serca Iwan dowiedział się, że na Pomorzu wyszła za mąż, po kilku latach została wdową, jej mąż zginął w wypadku. Sama wychowała kilkoro dzieci. Umarła tuż przed rokiem 2000 i uprosiła dzieci, aby ją pochowały w Radoszycach.
    Iwan poprosił mnie, abym odszukał mogiłę, podał mi nazwisko, którego mam szukać.
    Znalazłem ten grób. Zrobiłem zdjęcie i posłałem Iwanowi. Iwan podziękował i zamilkł po tym.