Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja Wisła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja Wisła. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2022

Gdzieś w Bieszczadach

 




Noc w górach, potem zejście w dolinę, niecałe 30 km. pieszo i przed wieczorem dotarłem do domu Wasyla. Mój przyjaciel, prawie rówieśnik, urodził się po zachodniej stronie Otrytu na rok przed deportacją nazywaną umownie „akcją Wisła”. Losy rzuciły rodzinę Wasyla najpierw hen w głąb Rosji, skąd po kilku latach przenieśli się nieco bliżej swego rodzinnego gniazda, bo na Ukrainę. Ojciec Wasyla próbował parokrotnie wrócić w swoje ukochane Bieszczady, co mu się wreszcie udało pod koniec lat sześćdziesiątych.

Kiedy przychodzę do chałupy mego przyjaciela i patrzę na starocie, które zgromadził, czuję się podwójnie w zatrzymanym czasie.



Czemu podwójnie? Zostawmy głębsze wyjaśnienia, w każdym razie w tym roku, w polskim spisie powszechnym po raz pierwszy podałem kim naprawdę się czuję – jestem Łemko - ani Polak, ani Ukrainiec.

Czyli parafrazując rzecz na wesoło, jak mawiał niejaki Gomułka: - „Ni pies ni wydra, ale cóś na kształt świdra”.

Czy człowieka trzeba koniecznie zaszufladkować?

Dopisać go do jakiejś grupy?                               

Nakleić mu na czole kod kreskowy?

Polska Noblistka, Wisława Szymborska chciała mieć następujący tekst na nagrobku:

„Tu leży trup, który nie należał do żadnej z grup”.

Wasyl chodzi z wykrywaczem i zbiera pamiątki ze świata, którego już nie ma. Każdy przedmiot wydobyty z miejsca po domu rodzinnym ma przypisaną indywidualną opowieść, a wzięty do ręki emanuje energią.

Przecież wszystko jest energią, falą, którą można odebrać, pod warunkiem, że jestem nastrojony na odbiór. I każda rzecz ma duszę.





 Oto wstał cudny bieszczadzki poranek. Syci blinami, które Wasyl tradycyjnie przygotowuje z okazji odwiedzin, siedzimy przed domem. Kury chodzą po podwórku, oba koty leżakują, jest sielsko - anielsko i pachnie obiadem, ponieważ gotujący się kawał nieboszczki krowy właśnie przekazuje swoje aromaty zupie jarzynowej.

Lubimy się z Wasylem i rozmawiamy (niespiesznie, bo mamy czas) jak Bojko z Łemkiem. O przeszłości, o życiu, także opowiadam o kosmosie i gwiazdach, a Wasyl snuje niekończącą się opowieść o przygodach ojca, który ze swoją sotnią walczył w Bieszczadach z komunistami.

W przyszłym roku minie dziesięć lat odkąd się poznaliśmy i śmiejemy się, bo Wasyl zapamiętał dokładnie naszą pierwszą rozmowę, a była ona, o rzeczy niby trudnej do zrozumienia, mianowicie zapytał, czy można prosto wyjaśnić co to jest grawitacja.

- Można – powiedziałem. Grawitacja to inaczej tęsknota.

- Jak to tęsknota?

- Na przykład jak rzucisz kamień, to on najpierw leci prosto i szybko, potem wydaje się, że zwalnia i zakręca w stronę ziemi, żeby w końcu na nią spaść. Jest tak?

- Jest.

- Starożytni Grecy już dawno wyjaśnili sprawę. Otóż wszystkie obiekty będące w ruchu, najpierw zwalniają, bo czują się normalnie zmęczone. A jak tylko zwolnią to zaraz ogarnia je niebywała tęsknota. Za czym one tęsknią? Za zjednoczeniem się z ziemią – i dlatego spadają. I tę właśnie tęsknotę ludzie nazywają grawitacją!

                      

                                 Tęsknota

Czas chyba stanął w miejscu

Nie odkleił starych ran, nie przyniósł też nowych

Chwila, która trwała nakazywała się nią delektować

Czerpać jak najwięcej

Upajać się każdym słowem, pocałunkiem, gestem

Nie analizować, tylko czuć

Pozwolić być tu i teraz

Bez przeszłości czy przyszłości

Szukać siebie, a nie odpowiedzi

Na nigdy niewypowiedziane pytania

Nie mówić nic

Wsłuchać się w przyspieszony rytm serca

Który chciał o czymś przypomnieć

Rozbudzić dawną namiętność

Coś stworzyć na nowo

A może tylko się zapomnieć



Z ostrożności, aby nie sprowadzić kłopotów, na zdjęciach widać jedynie detale, a także kilka chałup ze skansenu w Sanoku.





 



wtorek, 26 lutego 2019

Kierunek Baligród

Po bezowocnych poszukiwaniach sklepu wracam do namiotu.



Obfita kolacja: – gęsta zupa grzybowa z kaszą plus ostatni kawałeczek wędzonego boczku - leżę ci ja na dowolnie wybranym boku i przysypiam na długo przed tym, zanim kury pójdą spać.


Nic dziwnego więc, że jest jeszcze noc, gdy zrywam się wyspany tudzież rześki i zwijam namiot, pomimo tego, że on jeszcze mokry.
Nic to, wyschnie w drodze. Na zdjęciu widać że niektóre trawy są już wyższe od namiotu.




Schodzę w dół do drogi, potem podążam lekko w górę w stronę Baligrodu, zostawiając za sobą Wolę Matiaszową i Bereźnicę.


Zdjęcia szare, bo jest szary przedświt – teraz godz 4.11.
Tam daleko na górze, gdzie kończy się linia drzew, stał przez trzy noce mój namiot.


Mijam znajomą stodołę. Przed nią olbrzymia, a więc stara lipa. W ciszy świtu niesie się głośne brzęczenie – czerwiec, lipa kwitnie na całego. Kwitnie i pachnie odurzająco, Ciekawe ile tu pszczół pracuje? Tysiąc? Dwa?



Wchodzę coraz wyżej, już jestem ponad Bereżnicą. Rozpiera mnie radość i poczucie wolności.

Nie poczuje wolności ten, kto nigdy nie był niewolnikiem.
Oraz: - potrafię się cieszyć z byle czego. Albo ze wszystkiego. Na przykład z tego, że żyję. A może z tego, że w Baligrodzie kupię serdelka?
Podsumowując: - daję sobie prawo do bycia radosnym bez powodu. Czego i Tobie Czytelniczko - Czytelniku życzę.

Przez chwilę przebijało się słońce, ale szybko podniosła się mgła. Ostatni szary widok, bo zaraz wejdę w las.


(Nieco wybiegnę w przyszłość: - pewnie to ta opisana właśnie radość spowodowała, że tego czerwcowego dnia 2018 roku pobiłem swój własny jednodniowy rekord bieszczadzkiego piechura – 45 kilometrów)

Dopiero po drodze chwila na śniadanie.
Idę więc o poranku skrajem drogi w tej cudnej, niepowtarzalnej samotności i sobie myślę (bo mam czas).
    Myślę o wojennej historii trasy Baligród – Cisna i ludziach, którzy w tej historii uczestniczyli.
Z jednej strony byli to partyzanci Ukraińskiej Powstańczej Armii, czyli obrońcy tej ziemi – swojej ziemi, w którą dosłownie wrośli przez ostatnie pięćset lat harówki.
        Z drugiej strony …... Dziś głównie o pewnej młodej, męskiej, interesującej parze.

Jan Gerhard. To pseudonim. Po co pseudonim? Na przykład żeby ukryć swoje prawdziwe nazwisko.
Gerhard ma 24 lata, jest podobno francuskim komunistą, oficerem Ruchu Oporu, gdy na „wezwanie” polskiej partii komunistycznej przyjeżdża do kraju i zostaje mianowany dowódcą 34 pułku piechoty w Baligrodzie.
     Tu zostaje awansowany na pułkownika.
Razem z Gerhardem przyjeżdża jego kompan, 18 latek w stopniu starszego sierżanta (!) też podobno francuski komunista z Ruchu Oporu.
Ten 18 latek, po wielu latach wrócił w Bieszczady i dziś zalicza się do bieszczadzkich zakapiorów. Znany pod ksywką Francuz.

1947 rok. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie generał Świerczewski, zasłużony komunista. Mówi się, że przez jego dowodzenie wielu żołnierzy pojechało do piachu.
W miejscu zasadzki w Jabłonkach, generałowi towarzyszył Gerhard.
       O tym, jak Polacy dławili ukraińskie powstanie Gerhard pisze propagandową książkę „Łuny w Bieszczadach” - jest to opowieść o dobrych Polakach i złych Ukraińcach. Komuniści uczynili książkę obowiązkową lekturą w szkołach.
        O tym co było, Francuz starał się nie mówić.
Nic dziwnego, nie były to miłe wspomnienia. No bo jak ocenić wyrzucanie ludzi z domów, z ojcowizny, bicie, zabójstwa i krzyki:
- „Szybciej, kurwa wasza mać! Chcieliście Ukrainy, to ją dostaniecie!”
I podpalali opuszczone domy.

Co opowiadał Francuz wiem z kilku źródeł, m.in. od Darka Karalucha - dozorcy przy Młynie Kamieni w Huczwicach, który z Francuzem pracował przy siekierezadzie pod Cisną.
Pracował i pił. Pił i pracował.
A taki kompan z ciemną przeszłością otwiera się tylko przy wódce. 
Francuz był młody, ale bystry. Szybko się uczył. 
Zrozumiał, że nie strzela do bandytów, tylko zabija tych, którzy bronią swojej ojcowizny, swojej ziemi.
Odpryski wspomnień Francuza są także w książce Andrzeja Potockiego – Majster Bieda.

Francuz uczestniczył w pacyfikacjach i wysiedleniach Ustrzyk Górnych, Wołosatego, Bereżek, także sławnej Terki, Zawadki Morochowskiej. W tych dwóch ostatnich miejscowościach Wojsko Polskie dopuściło się zbrodni masowych na ludności cywilnej. Wieczne śledztwo trwa w polskim IPN.

Po akcji Wisła Gerhard pociągnął swego młodszego przyjaciela do Warszawy. Sam miał dwuletnie kłopoty, ale jego pupila awansowano na podporucznika i wylądował w ochronie Bieruta. Tu „pracował” do 1956 roku, do momentu, gdy Bierut wrócił z Moskwy w trumnie.
        Łaska pańska na pstrym koniu jeździ - Francuza wyrzucono z wojska i jakiś czas tułał się po Ziemiach Wyzyskanych.
Potem wylądował w Bieszczadach.
        Życie zakończył klasycznie w domu pomocy społecznej w Moczarach.
Gerhard natomiast został zamordowany w Warszawie w niejasnych okolicznościach powiązanych ze sprawą śmierci Świerczewskiego.

Ci zakapiorzy...... do nich zaliczam Darka. Mieli wiele czarnych kart w życiorysie, każdy z nich przechodził okres prosperity, ludzie wielkiego serca, towarzyscy, a towarzyskość kosztuje, oj kosztuje.
          Darek opowiadał o swoich zarobkach, gdy był na wypale na dalekim Mikowie. Góra pieniędzy. Wszystko przepił. Wypalacze chodzili na zmianę przeważnie do knajpy w Komańczy. Niezależnie od pory roku. Nasłuchałem się o ich przygodach po drodze. Nie on jeden tak postępował.
         Wcześniej, kiedy wypał był w Rabem, Darek chodził po zaopatrzenie do Baligrodu. Przynosił trochę jedzenia oraz pięćdziesiąt półlitrówek wódki. O każdej porze roku. To wtedy, zimą, zapracował na przydomek Karaluch. Pisałem o tym.

Darek mówił z rozbrajającą szczerością, że żaden z jego kolegów niczego się nie dorobił, bo „przecież nikt nie miał takiego zamiaru”, jako że do grobu niczego nie da się zabrać.
Z takiego to powodu nie należy się nadmiernie trudzić na tym padole ziemskim.




poniedziałek, 15 października 2018

Jeszcze zimowity

Pochmurno - wykonuję jedyne poranne zdjęcie zimowitów.
Dla porównania foto z poprzedniego dnia z tego samego miejsca.



Słońce pokazało się dopiero przed południem, co skwapliwie wykorzystałem, po czym powędrowałem w inne okolice.





Odrobina historii.

Huczwice.... dziś to tylko miejsce na mapie.
Miejsce odludne i piękne, w którym ślady dawnej wsi zarósł las.(Wieś opisana już w 1552 roku).
Przed rokiem 1947 wieś z cerkwią.
     W akcji „Wisła”, która była czystką etniczną, mieszkańców deportowano.
Tuż przed wywózką synom i córkom tej ziemi udało się ukryć cerkiewne dzwony.
Na zdjęciu wnuki Wypędzonych - Łemkowska Watra – Żdynia koło Wysowej, 2013 r.




 
Bieszczady wyludnione po akcji "Wisła" zaczęto ponownie zasiedlać w 1951 roku, niszcząc równocześnie pozostałości kultury materialnej wygnanych stąd Bojków, Łemków i Ukraińców. Rozbijano kapliczki, wykopywano cmentarne krzyże, plądrowano cerkwie, by następnie je palić lub spychaczami równać z ziemią.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Park miniatur w Myczkowcach

Na uboczu, w cieniu wielkich ośrodków wczasowych nad Soliną, przycupnęły Myczkowce.
Połączenia autobusowe są tu nieliczne, pozostaje samochód lub dojście piechotą.
      Za wsią, przy szosie do Uherzec, w ośrodku Caritasu, znajduje się park miniatur Centrum Kultury Ekumenicznej. Można tu obejrzeć modele cerkwi i kościołów drewnianych z przygranicznych ukraińskich i słowackich terenów Karpat, wykonane w skali 1:25.
  


  




Myczkowce należą do najstarszych miejscowości w Bieszczadach, pamiętają czasy książąt ruskich.
      Pamiątkę historyczną mają Myczkowce jedną. Tuż przy zaporze stał kilka lat temu zabytkowy spichlerz z pierwszej połowy XIX wieku. Był to jedyny ocalony element spalonego w 1947 roku (akcja Wisła) zespołu dworskiego, murowany z kamienia, z kolumnowym portykiem.
       Azaliż w 1997 roku miejscowy proboszcz chcąc mieć murek wokół kościoła ( dawnej cerkwi z 1911 roku ) wykorzystał ten zabytkowy spichlerz jako rezerwuar budulca.
Z zabytku została tylko dolna część murów.
   


Ukraina 1947 – ślub żołnierza UPA

wtorek, 25 listopada 2014

Samostijna Ukraina

Zbliżam się w opisie wędrówki coraz bardziej do Żdyni i opada mnie smutek. Droga cudna, kolorowa, na niej mistyczne doznania. Natomiast w Żdyni znalazłem się w innym świecie, świecie powagi i smutku. Tylko część Ukrainy przyjechała w tym roku. Od razu nad Żdynią zawisło słowo wojna.
Nie słucham mediów, ale nie dało się nie śledzić, chociaż wyrywkowo, walki na Majdanie. Rozmowy skupiały się wokół wolności Ukrainy. Wysłuchałem wiele opowieści z Majdanu, młodzi mężczyźni nie kryli łez przy tym. Przywiozłem ze sobą kilkanaście sztuk amunicji znalezionej pod Chryszczatą. Rozdałem wszystko.
   


Te pociski karabinowe z Powstania Ukraińskiego przeciwko komunistycznej Polsce, okazały się niezwykle cennym symbolem nieustającego parcia do Samostijnej Ukrainy, połączyły pacyfikację Bieszczadów z Majdanem.
Odsuwałem na później pisanie o pokręconej historii, ale powoli przychodzi to „później”.

Śmierć generała Świerczewskiego, kwiecień 1947, Bieszczady.

Początek 1947 roku to wzmożone działania UPA. Wywiad UPA donosił o szykowanej wielkiej akcji czerwonych Polaków wobec Ukraińców.
28 marca 1947 w zasadzce pod Jabłonkami ginie generał Świerczewski. ( Najprawdopodobniej dobity jednak przez UB na rozkaz z Moskwy).
W strzelaninie zginęło także kilku polskich żołnierzy.

Trzy dni po tajemniczej ( sprzeczne zeznania świadków, wiele niejasności ) śmierci generała, Ukraińscy Powstańcy (Tym razem prawdopodobnie czota Komendanta Wasyla Mizernego - Rena) zjawili się ponownie pod Jabłonkami. Striłcy poczekali aż zjawi się komisja wojskowa pod ochroną dużego oddziału WOP.
Przyjechała komisja, a żołnierze mający ją chronić skupili się na odkrytym terenie wokół oficerów. Wymarzona sytuacja do otwarcia ognia. Co też nastąpiło. Zginęło, lub było rannych kilkudziesięciu polskich żołnierzy i oficerów. Striłcy wycofali się bez strat.
O takich zdarzeniach nie pisano, one były utajniane. Statystyki fałszowano, pilnowało tego NKWD. Meldunki wojskowe są niewiele warte. Jak piszą historycy „bardziej wiarygodne są dane UB”.

Świerczewski w roku 1920 atakuje Warszawę. Jest oficerem w wojsku rosyjskim.
To, że jego teściem jest Wozniesieński – rosyjski generał nie ma znaczenia, nie należy popierać odpowiedzialności zbiorowej.
Okazuje się, że na przełomie 1970/71 powrócono do raportu o śmierci generała Świerczewskiego. Powołano komisję która miała za zadanie wyjaśnić wszystkie okoliczności związane ze śmiercią Świerczewskiego. Komisją kierował minister M. Naszkowski, natomiast jednym z jej członków został Jan Gerhard, były dowódca 34 pp. z Baligrodu. Jechał razem z generałem gazikiem w Jabłonkach. Pułk Gerharda wsławił się w Terce i Zawadce Morochowskiej zbrodniami masowymi na ludności cywilnej. Śledztwo od wielu lat prowadzi IPN.....

Niestety raport komisji nie ujrzał światła dziennego. Miał być przedstawiony w Biurze Politycznym KC. Ale wypadki, które wtedy nastąpiły sprawiły, że do tego nie doszło. Najpierw włamano się do willi Naszkowskiego, uduszona została gosposia, mieszkanie splądrowane – nic nie zginęło jednak, tylko z sejfu skradziono raport i tylko raport, mimo że były tam cenne rzeczy. Następnego dnia, w tajemniczych okolicznościach został zamordowany J. Gerhard.

Podsumowując należy zadać pytanie komu zależało na śmierci Świerczewskiego i jakie korzyści ta śmierć mogła przynieść, wtedy dostaniemy z automatu odpowiedź na drugie pytanie: - kto zlecił zamordowanie gosposi i Gerharda, oraz kradzież raportu.

Śmierć Świerczewskiego, była na rękę NKWD, ponieważ generał wiedział o czystkach wśród działaczy komunistycznych walczących w Hiszpanii. To były zabójstwa wykonywane z rozkazu Stalina.
Pod koniec wojny Świerczewski dwukrotnie sprzeciwił się Stalinowi, gdy ten chciał go ustawić w Polsce. Stalin jeden raz mu przepuścił, ale dwa razy to było za dużo. Nie muszę pisać, że on był bezwzględny.
Wyrok na Świerczewskim mogło wykonać UB, jeżeli istniał spisek przeciwko generałowi.
(Świerczewski niepochlebnie wyrażał się o Bierucie i kilku innych aparatczykach, nazywając ich agentami Moskwy. To musiało także dotrzeć do Stalina, on miał wszędzie „uszy”).
Śmierć generała mogła jednocześnie dać pretekst do rozpoczęcia „akcji Wisła" (wiadomo że planowana była od wielu miesięcy),

A. Baliszewski w swoich artykułach stwierdził, że została powołana specjalna grupa "Beskid" - mająca na celu wyjaśnić okoliczności śmierci Świerczewskiego. Każda z pięciu osób nie wiedziała o sobie i działała samodzielnie tworząc swój własny raport na hasło "Łaski". Z raportu tego wynikało że samochód z generałem przejechał mostek na rzeczce i zatrzymał się za nim, natomiast pozostałe samochody stanęły przed mostkiem. Baliszewski twierdzi też, że ochrona generała była większa liczebnie, niż to podano oficjalnie. Jacek Różański jeden z oficerów prowadzących śledztwo z ramienia UB i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wspominał też o notatniku Świerczewskiego i zawartych w nim zapiskach. Notatnik oczywiście zaginął.
Baliszewski wspomina także o wizycie w Moskwie u Stalina, gdzie rzekomo miano Świerczewskiemu zaproponować kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Generał miał dwukrotnie odrzucić tę ofertę, mówiąc, że nie chce być żandarmem.

Niestety nawet dzisiaj mimo dostępu do archiwów i dokumentów tajnych, nie można z całą pewnością powiedzieć kto zabił Świerczewskiego. Jest wiele znaków zapytania i niedomówień. Nie zgadzają się podstawowe oczywiste fakty (czas walki podawany różnie, miejsce gdzie stał samochód generała, czas śmierci).

Także zapiski samego Stepana Stebelskiego – legendarnego Chrina, dowódcy Sotni Łemkowskiej, nie wyjaśniają sprawy.
Być może dopiero archiwa NKWD czy też KGB, rzucą światło na tę jedną z tajemnic XX wieku. Dotarcie do materiałów nie będzie łatwe, ponieważ Rosjanie cały czas utrudniają pracę polskich historyków. Dlatego też wydarzenia z 28 marca 1947 roku nadal pozostaną nie wyjaśnioną do końca zagadką.

(Na podstawie: - Zbigniew Jantoń)

Literatura:

G. Motyka - "Tak było w Bieszczadach".

środa, 18 grudnia 2013

Historia Łemkowyny



   

        Ciężka historia Łemkowyny.
Okres okupacji niemieckiej, Łemkowie wspominają jako dość spokojny. Była bieda, ale i spokój. Wykonywano obowiązki na rzecz okupanta, co polegało głównie na pozyskiwaniu drewna. Po przejściu frontu w 1944 roku, rozpoczął sie prawdziwy koszmar.
Kateryna Biereżańska opisała ten czas, jako przejście od wojny do wojenki. Wojenka to wieczna niepewność.
      Do wioski przychodzili partyzanci, UPA, NSZ, AK, żołnierze sowieccy, polscy, zwykli rabusie i to, co najgorsze – bandyci spod znaku NKWD.
      Partyzantów trzeba było nakarmić, czasem ubrać, czasem posłać syna do lasu. Przed rabusiami trzeba było się bronić. Przed NKWD ucieczki nie było.
      Zgwałcona dziewczyna, powybijane okna, spalony dom, zrabowany dobytek – to była codzienność.
I na koniec ostatnie nieszczęście – „Akcja Wisła”.
        ( Przedruk z czasopisma historycznego: - „Bieszczady Odnalezione”, pismo wydane przez Stowarzyszenie rozwoju Wetliny i Okolic ) .

    W trakcie akcji, deportowano około 150 tysięcy ludzi ( Bohdan Halczak – dr hab. – Uniwersytet Zielonogórski, „Tożsamość Łemków” – wydawca: Zjednoczenie Łemków, Gorlice 2013 r.)
     
       Od Romana, Łemka mieszkającego we Francji, który słuchał prelekcji w namiocie literackim, dowiedziałem się, że około 400 tysięcy ludzi z Bieszczadów, widząc, co się dzieje, lub skołowanych – oszukanych, wprowadzonych w błąd przez agitatorów rosyjskich, przeszło „dobrowolnie” na Ukrainę, przed „akcją Wisła”.
 Natomiast akcja palenia cerkwi została zapoczątkowana jeszcze przez sanacyjną Polskę i zaczęła się w 1938 roku.
      Zaprzyjaźniłem się z Romanem i rozmawialiśmy codziennie w czasie Watry w Żdyni. Roman udzielał mi informacji, bo w namiocie literackim używano w większości języka łemkowskiego, a ja nie znam języka moich przodków.

Ciężko przyjąć, że z Bieszczadów wyrzucono ponad pół miliona ludzi? A z tego prawdopodobnie zginęło 20 tys.?
A jak to się ma do zniszczenia Warszawy i zabicia 800 tys. jej mieszkańców?
    - Zaraz, zaraz, ja słyszałem że tylko 250 tysięcy zginęło, skąd 800?

Takie pytania słyszę co i raz.

Otóż o 250 tysiącach zabitych, mówią „prawdziwi Polacy”, dla których widocznie Żyd nie jest człowiekiem.
40 % warszawiaków w 1939 r. stanowili Żydzi. Warszawa liczyła wtedy 1,3 mln. Zgadza się teraz?

Poza tym, po co się spierać. Oto Tablica Pamiątkowa z Warszawy, z Ogrodu Saskiego, obok Grobu Nieznanego Żołnierza. Tu jest wszystko napisane miedzią na kamieniu.
      Mnie tylko razi podsumowanie z tablicy:
     - Zwyciężyliśmy. 
Zginęło 6 000 000 Polaków, w tym 800 000 mieszkańców Warszawy.
   Powinno być chyba: - Przegraliśmy?.
         



         Komuniści zawsze kłamali, jak najęci, fałszowali historię, a niewygodne fakty ukrywali, nie tylko zresztą oni, tak robią wszystkie reżimy.
        Także amerykański o Wietnamie..
Spotkałem w Bieszczadach wielu ciekawych ludzi, żywych ludzi, którzy pieczętowali często swoją krwią zdarzenia, o których mi opowiadali. Oni są „praktykami” – na własnej skórze przerabiali historię tej Ziemi Skrzywdzonej
      Dla mnie są bardziej wiarygodni, niż wszystkie pomniki komunistów, razem wzięte, oraz ględzenie historyków z bożej łaski, którzy znają tylko sfałszowane dokumenty komunistyczne, i dorobili się tytułów naukowych na powielaniu kłamstw.     
    
 

czwartek, 17 października 2013

Opowiadanie o miłości niespełnionej



 Dziewczyna była z Radoszyc, z zaprzyjaźnionej rodziny. Dzieci bawiły się często razem. W zimie, gdy się spotykali, śmiejąc się, jeździli na sankach i obrzucali się śniegiem. W lecie chodzili pod las na jagody i poziomki, brodzili po zimnych strumieniach. Gdy wybuchła  II wojna nie było już tak bezpiecznie. Jeszcze jakoś było do 1945 roku. Kiedy Iwan przyjeżdżał do Radoszyc, lubili chodzić za wieś, do cudownego Danusinego źródełka. Dziewczyna była młodsza od Iwana, skończyła właśnie 17 lat.
    Przy tym źródełku, któregoś razu poczuli oboje, że nadeszła dojrzała miłość. Wyznali sobie swoje uczucia, popłakali się ze szczęścia i musieli się rozstać, wydawało się, że na chwilę. Obiecali sobie, że wezmą ślub, gdy nastanie pokój, gdy umilkną strzały.
    Iwan wrócił do sotni. W okolicy pojawiły się kilkuosobowe grupy – oddziały NKWD, które mordowały i rabowały zarówno Polaków, jak i Łemków, skwapliwie podszywając się pod UPA. Takie było ich zadanie. ( Iwan usłyszał o misji tych oddziałów, gdy zeznawali ci, których udało się schwytać.
To jest nie tylko ocena Iwana, ale także historyków, napiszę o tym jeszcze)
     Sotnia Łemkowska Chrynia należała organizacyjnie do UPA, bo gdzie miała należeć? Do Wojska Polskiego?
Przedwojenna Polska miała dwóch wrogów: Niemców i Rosjan, a Łemkowie mieli za wrogów Polaków i Rosjan. Przypominam, że Chryń został inwalidą – miał niewładną prawą rękę. Osobiście zniszczył rosyjski czołg, i w tej walce dostał postrzał w ramię.
       Sotnia wykonywała w tym czasie także zadania żandarmerii, pilnując porządku i wyłapując rabusiów i bandytów. Młodzi spotkali się jeszcze tylko jeden raz, to było spotkanie krótkie, jak mgnienie, gdy dziewczyna przyszła na Chryszczatą do bunkrów, a Iwan dostał rozkaz wymarszu ze swym oddziałem.
              Ona musiała zaraz wracać do Radoszyc.
Nastał bardzo niespokojny czas. Na koniec na Łemków spadło ostatnie nieszczęście – „Akcja Wisła”.                                                                                                                                                                                                                      
         Już się więcej nie zobaczyli. Jego losy rzuciły do Niemiec, a potem do Kanady, gdzie założył rodzinę i doczekał się czworga dzieci i tuzina wnuków.
     O wybrance swojego serca Iwan dowiedział się, że na Pomorzu wyszła za mąż, po kilku latach została wdową, jej mąż zginął w wypadku. Sama wychowała kilkoro dzieci. Umarła tuż przed rokiem 2000 i uprosiła dzieci, aby ją pochowały w Radoszycach.
    Iwan poprosił mnie, abym odszukał mogiłę, podał mi nazwisko, którego mam szukać.
    Znalazłem ten grób. Zrobiłem zdjęcie i posłałem Iwanowi. Iwan podziękował i zamilkł po tym.