Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sotnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sotnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 października 2023

Kierunek Cypel


Odchodzę, oglądając się za siebie kilka razy.


 Postanawiam trzymać się szlaku. Szeroka droga biegnie początkowo wzdłuż linii masztów wysokiego napięcia. Aliści na drodze znowu pojawia się sławna bieszczadzka glina, na którą od iluś tam godzin pada deszcz, więc jest mocno błotniście, tudzież ślisko. Ale idzie się.


Idzie się jakoś do chwili, kiedy droga dobiega do niecki – lokalnego zagłębienia terenu. W tym miejscu wody zebrało się już do kolan, droga jest zalana od lewej do prawej i chciał nie chciał - muszę ominąć ten odcinek lasem. Omijanie wodnej przeszkody gąszczem leszczynowym zajęło trochę czasu, ale korzyścią było foto milutkiej orzesznicy leszczynowej. Zupełnie się nie bała.

Po tej przeprawie szedłem już tylko zygzakami z góry, cięgiem przez ciemny bór. Kiedy wyszedłem z leśnego tunelu na części nieco bardziej widokowe, przypomniała mi się historia Dymitra. W skrócie historia, aby osłonić człowieka od jadu tych, którzy nie mają pojęcia o życiu.







Poznaliśmy się w 2013 roku na Łemkowskiej Watrze w Żdyni. Dymitr jest Bojkiem, urodził się w Terce. W 1947 roku, mając 17 lat dołączył do ukraińskich powstańców i broniąc swojej ziemi walczył z polskimi komunistami i NKWD. Dobrze strzelał, dlatego został snajperem. Jesienią cześć jego sotni przebiła się na Ukrainę, a on ze swoją czotą, z bronią w ręku, przez Słowację i Austrię doszedł do strefy amerykańskiej w Bawarii. Potem wylądował na krótko w Anglii, by ostatecznie dotrzeć do Kanady. Tam po kilku latach założył, a potem rozkręcił biznes. Dymitr to zmyślny człowiek, tak zwana złota rączka, a nawet wynalazca. Po czterdziestu latach w Kanadzie, kiedy umarła jego żona, postanowił wrócić w strony rodzinne. Jego dzieci czują się już Kanadyjczykami i przyjeżdżają w Bieszczady do ojca jedynie w odwiedziny. „Oni łaskawie raczą przyjeżdżać"- mówi Dymitr. To im powiedziałem, żeby się nie katowali, niech siedzą w tej swojej Kanadzie. Dymitrowi początkowo to mocno uwierało, ale z czasem mu przeszło. Tak, tak – czas jest przy wielu zgryzotach jedynym skutecznym lekarzem.

I już widzę z oddali tę nieszczęsną cywilizację, panoszącą się na zniszczonej łączce ponad ulicą Zielone Wzgórze, a za chwilę-moment jestem na szczycie zbocza i patrzę na maki, mocno sfatygowane nocną ulewą. Poza tym maki są delikatne i krótkotrwałe, tudzież także wszystko inne mija zgodnie z przypisanymi cyklami.





  

środa, 14 grudnia 2022

Gdzieś w Bieszczadach

 




Noc w górach, potem zejście w dolinę, niecałe 30 km. pieszo i przed wieczorem dotarłem do domu Wasyla. Mój przyjaciel, prawie rówieśnik, urodził się po zachodniej stronie Otrytu na rok przed deportacją nazywaną umownie „akcją Wisła”. Losy rzuciły rodzinę Wasyla najpierw hen w głąb Rosji, skąd po kilku latach przenieśli się nieco bliżej swego rodzinnego gniazda, bo na Ukrainę. Ojciec Wasyla próbował parokrotnie wrócić w swoje ukochane Bieszczady, co mu się wreszcie udało pod koniec lat sześćdziesiątych.

Kiedy przychodzę do chałupy mego przyjaciela i patrzę na starocie, które zgromadził, czuję się podwójnie w zatrzymanym czasie.



Czemu podwójnie? Zostawmy głębsze wyjaśnienia, w każdym razie w tym roku, w polskim spisie powszechnym po raz pierwszy podałem kim naprawdę się czuję – jestem Łemko - ani Polak, ani Ukrainiec.

Czyli parafrazując rzecz na wesoło, jak mawiał niejaki Gomułka: - „Ni pies ni wydra, ale cóś na kształt świdra”.

Czy człowieka trzeba koniecznie zaszufladkować?

Dopisać go do jakiejś grupy?                               

Nakleić mu na czole kod kreskowy?

Polska Noblistka, Wisława Szymborska chciała mieć następujący tekst na nagrobku:

„Tu leży trup, który nie należał do żadnej z grup”.

Wasyl chodzi z wykrywaczem i zbiera pamiątki ze świata, którego już nie ma. Każdy przedmiot wydobyty z miejsca po domu rodzinnym ma przypisaną indywidualną opowieść, a wzięty do ręki emanuje energią.

Przecież wszystko jest energią, falą, którą można odebrać, pod warunkiem, że jestem nastrojony na odbiór. I każda rzecz ma duszę.





 Oto wstał cudny bieszczadzki poranek. Syci blinami, które Wasyl tradycyjnie przygotowuje z okazji odwiedzin, siedzimy przed domem. Kury chodzą po podwórku, oba koty leżakują, jest sielsko - anielsko i pachnie obiadem, ponieważ gotujący się kawał nieboszczki krowy właśnie przekazuje swoje aromaty zupie jarzynowej.

Lubimy się z Wasylem i rozmawiamy (niespiesznie, bo mamy czas) jak Bojko z Łemkiem. O przeszłości, o życiu, także opowiadam o kosmosie i gwiazdach, a Wasyl snuje niekończącą się opowieść o przygodach ojca, który ze swoją sotnią walczył w Bieszczadach z komunistami.

W przyszłym roku minie dziesięć lat odkąd się poznaliśmy i śmiejemy się, bo Wasyl zapamiętał dokładnie naszą pierwszą rozmowę, a była ona, o rzeczy niby trudnej do zrozumienia, mianowicie zapytał, czy można prosto wyjaśnić co to jest grawitacja.

- Można – powiedziałem. Grawitacja to inaczej tęsknota.

- Jak to tęsknota?

- Na przykład jak rzucisz kamień, to on najpierw leci prosto i szybko, potem wydaje się, że zwalnia i zakręca w stronę ziemi, żeby w końcu na nią spaść. Jest tak?

- Jest.

- Starożytni Grecy już dawno wyjaśnili sprawę. Otóż wszystkie obiekty będące w ruchu, najpierw zwalniają, bo czują się normalnie zmęczone. A jak tylko zwolnią to zaraz ogarnia je niebywała tęsknota. Za czym one tęsknią? Za zjednoczeniem się z ziemią – i dlatego spadają. I tę właśnie tęsknotę ludzie nazywają grawitacją!

                      

                                 Tęsknota

Czas chyba stanął w miejscu

Nie odkleił starych ran, nie przyniósł też nowych

Chwila, która trwała nakazywała się nią delektować

Czerpać jak najwięcej

Upajać się każdym słowem, pocałunkiem, gestem

Nie analizować, tylko czuć

Pozwolić być tu i teraz

Bez przeszłości czy przyszłości

Szukać siebie, a nie odpowiedzi

Na nigdy niewypowiedziane pytania

Nie mówić nic

Wsłuchać się w przyspieszony rytm serca

Który chciał o czymś przypomnieć

Rozbudzić dawną namiętność

Coś stworzyć na nowo

A może tylko się zapomnieć



Z ostrożności, aby nie sprowadzić kłopotów, na zdjęciach widać jedynie detale, a także kilka chałup ze skansenu w Sanoku.





 



czwartek, 16 kwietnia 2020

Średnia Wieś


2018 rok. Hoczew. Wysiadam z autobusu, którym przyjechałem tu z Baligrodu. Maki już pokazywałem.



Zachciało mi się zdjęć czerwonego koloru z bliska i wlazłem do tych maków w samą zieloną mokrość. Zmieniam znowu skarpetki na suche, wydaje się, że po raz ostatni, bo wypogodziło się, a będę tym razem szedł przy szosie przez Średnią Wieś, bo tędy jeszcze nie szedłem. Najpierw dzwonnica parawanowa.


Na mapie mogę zobaczyć gdzie jestem.


Wchodzę w boczną uliczkę i dochodzę  - tu opuszczę, bo tyle lat minęło, a nienawiść dalej się tli. Nie chcę żeby ktoś miał kłopoty. Gdzieś dochodzę i z jakiegoś powodu staję i patrzę na chałupę. Nie ma przypadków.

Z murowanego domu obok, przez furtkę wychodzi starsza kobieta z miotłą i zaczyna zamiatać liście z chodnika.                                                               Rozmawiamy. Pyta skąd idę i dokąd.                                                                Opowiadam od serca co mnie tu przygnało, o Łemkowskiej Watrze, o babci z Myczkowic, o jej słowach: - Wtikaj, Lachy idut.

Kobieta się ożywia: - "Znam dobrze te słowa, miałam wtedy 15 lat….. A wie pan, w tym domu na który pan patrzył, mieszka teraz moja kuzynka. I tu w 1947 roku my wszyscy mieszkali. Bywał też jeden buławny z sotni. Lachy z Urzędu Bezpieczeństwa przyszli go wziąć, ale im się nie udało. Była wielka strzelanina. Striłec ubił ich wszystkich. A dach w chałupie postrzelali jak sito. Dopiero po paru latach to już mój mąż załatał dziurki. Niespecjalnie nawet przeciekało, bo każda dziurka strzelona przez blachę od dołu miała taki maleńki pióropusz, który woda omijała"…

Dochodzę do Polańczyka, parno, znowu się chmurzy.

Była krótka burza, która mnie ominęła, akurat jadłem porządny ludzki obiad – placek po węgiersku.


Na deptaku gwar i tłum. Ależ kontrast po tym moim odludziu! Doszedłem do cypla. 





Muzyka z głośników nastawionych na full napieprza tak, że w żołądku się treść buja, do wody nie można podejść, ponieważ ten piasek, który widać na zdjęciu, został przywieziony i jest rozsypany tylko na wysokim brzegu. Naturalne podłoże tutaj przy wodzie to glina. Jak wyschnie, to jest ok. ale teraz jest po deszczach, więc elegancko zapadamy się w mazi po same kostki.
Uciekam czym prędzej z tego hałasu w zacisze, rozkładam namiot, skrobię garnek.


Wyspany w ciszy, o poranku podążam na przystanek Neobusu. O siódmej odjazd.



środa, 3 kwietnia 2019

Sotnia Brodycza



Nasze niepowodzenie w bitwie w Smolniku zatrwożyło całą okolicę. Przybył do nas dowódca kurenia „Ren” wraz z kilkoma oficerami. Przesłuchiwano wielu oficerów i strzelców. Przybył również sotenny „Didyk”.
     Bardzo żałował tych, którzy zginęli i nie mógł wybaczyć „Korpowi”, że tak nierozważnie w biały dzień poprowadził żołnierzy do ataku.

Smolnik nad Osławą - mogiła poległych żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii.
(Więcej we wpisie "Panachyda")


Następnego dnia rano odbyła się zbiórka. Koło kurennego „Rena” stał młody oficer – smukły, wysoki blondyn o niebieskich oczach i śladami po ospie na sympatycznej twarzy.
Ubrany w niemiecki uniform, w czapce – petlurówce z żółtym sznurkiem na głowie, prezentował się bardzo dobrze.

Dowódca kurenia wskazał na niego i przedstawił go, jako naszego nowego dowódcę sotni. Był to „Brodycz” (Roman Hrobelski), przeniesiony z sotni „Karmeluka”.
Z nowym sotennym odeszliśmy w lasy nad Wisłokiem Wielkim i tam stanęliśmy obozem. Przybyli do nas nowi strzelcy i nasza sotnia dwukrotnie powiększyła swoją liczebność.


Wraz z przybyciem „Brodycza” w sotni powiało nowym duchem. Nowy sotenny okazał się dobrym gospodarzem – zaglądał wszędzie, sprawdzał broń, amunicję, mundury, obuwie i cały sprzęt sotni.(....)
W tym czasie do sotni powrócili strzelcy, którzy przechodzili szkolenie w szkole podoficerskiej. Końcowy egzamin na podoficerów zdawali w dużej bitwie.
       Sotnię szkoleniową zaczęła ścigać polska podchorążówka, która przyjechała z Warszawy, żeby zdać „praktyczny egzamin” swojej oficerskiej działalności. Pierwsze starcie miało miejsce w lesie nad wsią Dylągowa
Po potyczce, w której zginął jeden strzelec z miejscowej bojówki, sotnia szkoleniowa przeniosła się w lasy Szybienieckie i tam zakończyła szkolenie.
Kilka dni przed zakończeniem kursu posterunek ubezpieczenia (załoga była akurat z naszej drużyny) dostrzegł, jak do obozu z kilku stron podkrada się wróg.
Sotnia zajęła stanowiska w starych okopach, pochodzących jeszcze z pierwszej wojny światowej.
       Polacy podbiegli do szturmu z karabinami najeżonymi bagnetami. Lecz nasi nie byli w ciemię bici i odpowiedzieli granatami. Wróg w panice zawrócił. Polacy powtórzyli szturm kilkakrotnie, lecz wszystko bez powodzenia i dopiero jak ostygł ich zapał, gdyż sporo ich zginęło od naszych granatów, dowódca szkoły (był to zdaje się „Zrub”) wydał rozkaz do ataku.
        Z okopów wypadli rozjuszeni strzelcy akurat wtedy, kiedy wróg przygotowywał się do nowego szturmu. Nasi zaczęli pruć z broni do Polaków, a ci rzucili się do ucieczki.
Nasi zapędzili się za wrogiem dość daleko. W tym boju wzięli trzydziestu do niewoli, niektórzy spośród nich byli ranni. Zdobyto furmankę z aparaturą radionadawczą, dużo karabinów, kilka karabinów maszynowych i moździerzy i pełne skrzynki amunicji.
          W tej bitwie poległo około stu Polaków, a dwa razy więcej było rannych. Naszych zginęło trzech, dwóch miejscowych i jeden z sotni „Chrina”. Dwóch strzelców zostało rannych.
Jeńcom nasi strzelcy zabrali mundury i lepsze obuwie, a ich samych obdarowali ulotkami i puścili do Przemyśla.

Jednak nikt z nas nigdy nie wiedział, kiedy i komu śmierć wyjdzie naprzeciw. Czekała na każdego z nas na każdym kroku i często kosiła wtedy, kiedy dostrzegalnego niebezpieczeństwa nie było widać. (...)