Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UB. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Średnia Wieś


2018 rok. Hoczew. Wysiadam z autobusu, którym przyjechałem tu z Baligrodu. Maki już pokazywałem.



Zachciało mi się zdjęć czerwonego koloru z bliska i wlazłem do tych maków w samą zieloną mokrość. Zmieniam znowu skarpetki na suche, wydaje się, że po raz ostatni, bo wypogodziło się, a będę tym razem szedł przy szosie przez Średnią Wieś, bo tędy jeszcze nie szedłem. Najpierw dzwonnica parawanowa.


Na mapie mogę zobaczyć gdzie jestem.


Wchodzę w boczną uliczkę i dochodzę  - tu opuszczę, bo tyle lat minęło, a nienawiść dalej się tli. Nie chcę żeby ktoś miał kłopoty. Gdzieś dochodzę i z jakiegoś powodu staję i patrzę na chałupę. Nie ma przypadków.

Z murowanego domu obok, przez furtkę wychodzi starsza kobieta z miotłą i zaczyna zamiatać liście z chodnika.                                                               Rozmawiamy. Pyta skąd idę i dokąd.                                                                Opowiadam od serca co mnie tu przygnało, o Łemkowskiej Watrze, o babci z Myczkowic, o jej słowach: - Wtikaj, Lachy idut.

Kobieta się ożywia: - "Znam dobrze te słowa, miałam wtedy 15 lat….. A wie pan, w tym domu na który pan patrzył, mieszka teraz moja kuzynka. I tu w 1947 roku my wszyscy mieszkali. Bywał też jeden buławny z sotni. Lachy z Urzędu Bezpieczeństwa przyszli go wziąć, ale im się nie udało. Była wielka strzelanina. Striłec ubił ich wszystkich. A dach w chałupie postrzelali jak sito. Dopiero po paru latach to już mój mąż załatał dziurki. Niespecjalnie nawet przeciekało, bo każda dziurka strzelona przez blachę od dołu miała taki maleńki pióropusz, który woda omijała"…

Dochodzę do Polańczyka, parno, znowu się chmurzy.

Była krótka burza, która mnie ominęła, akurat jadłem porządny ludzki obiad – placek po węgiersku.


Na deptaku gwar i tłum. Ależ kontrast po tym moim odludziu! Doszedłem do cypla. 





Muzyka z głośników nastawionych na full napieprza tak, że w żołądku się treść buja, do wody nie można podejść, ponieważ ten piasek, który widać na zdjęciu, został przywieziony i jest rozsypany tylko na wysokim brzegu. Naturalne podłoże tutaj przy wodzie to glina. Jak wyschnie, to jest ok. ale teraz jest po deszczach, więc elegancko zapadamy się w mazi po same kostki.
Uciekam czym prędzej z tego hałasu w zacisze, rozkładam namiot, skrobię garnek.


Wyspany w ciszy, o poranku podążam na przystanek Neobusu. O siódmej odjazd.



poniedziałek, 4 maja 2015

Dywizja SS Galizien

Nie można pisać o samych miłych rzeczach, bo przecież jest wdech i wydech. A ziemia przesiąknięta krwią woła.
         Sanok. Przed zamkiem wystawa IPN.
Żołnierze Wyklęci. Żołnierze polscy z Bieszczadów także. Wywiezieni do Warszawy z biletem w jedną stronę. A ilu poszło na Wieczną Partyzantkę? Tak nazywali komuniści natychmiastowe rozstrzelanie. Ekshumacja na Powązkach w Warszawie, w kwaterze „Łączka”. Tu w zbiorowych grobach leżą ciała ofiar zabijanych do 1956 roku w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.
   


Nie wszystkim wystawiono takie pisemka.
Ciało polecam pogrzebać”.
Wspaniałomyślność oprawcy? Bo co można było zrobić z ciałem? Na śmietnisko? Zostawić na wierzchu?
        Zygmunt Szendzielarz – Łupaszka.
Za udział w kampanii wrześniowej 1939 roku został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy. W styczniu 1944 roku Szendzielarz został odznaczony Krzyżem Walecznych przez Komendanta Okręgu, płk. Aleksandra Krzyżanowskiego ps. „Wilk”. 25 czerwca 1988 roku prezydent Polski na Uchodźstwie w uznaniu wybitnych czynów w czasie wojny nadał mjr Szendzielarzowi Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari.
Oto zdjęcie oddziału Łupaszki, z tego zdjęcia UB „rozpracowywało” poszczególne osoby.
    

Trwające kilkadziesiąt lat poszukiwania miejsca spoczynku ofiary komunistycznego mordu zostały uwieńczone sukcesem. Wiosną 2013 r. badacze Instytutu Pamięci Narodowej odkryli i zabezpieczyli jego szczątki podczas prac ekshumacyjnych na terenie Kwatery na Łączce, na warszawskich Powązkach. Identyfikacji dokonali specjaliści z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w ramach Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów,
Komuniści zabijali, a tych, którzy bronili swojej ziemi nazywali bandytami. Przyniesieni do Polski na radzieckich bagnetach budowali swój świat na zbrodni, kłamstwie, kradzieży.
   

Komuniści nie bawili się w ceregiele. Komuniści to pospolici bandyci. Jak pisze IPN: - wobec ciał zabijanych ludzi stosowano metody mające utrudnić identyfikację..... Dobrze, że nie napisano na czym te metody polegały. Brrrr!
Wobec takich faktów prawda komunistów o czymkolwiek jest nic niewarta. Jeśli zabijali oficjalnie i po kryjomu, to fałszowanie historii było dla nich drobiazgiem.
 
Jak pisze IPN skala represji jest porażająca.

Aresztowano 250 tys.osób. Wydano 6 tysięcy wyroków śmierci. 20 tys. osób zmarło (czytaj: zakatowano) w więzieniu. W walkach z przeciwnikiem „Wojsko Polskie” i UB zabiło 50 tys. osób.
    



Znam opowieści mówione i pisane o tym, że myślący i odważni oficerowie polscy przychodzili do sotni szukać porozumienia. Oczywiście w tajemnicy. Mówili o sowietyzacji wojska, o tym, że Polakami dowodzą oficerowie radzieccy.
      Nieznana jest także skala dezercji.
Chodzi o prawdę. Tak było. Była liczna opozycja polska i byli Polacy walczący z czerwonym reżimem z bronią w ręku.
    To jak tu się dziwić, że UPA także nie kochało komunistów?
Nie sieję nienawiści. Komunistów już nie ma. Są tylko uwłaszczone dzieci komunistów. Odbywa się to w ramach demokracji. Widocznie tak musi być.
I apel: - nie skaczmy sobie do gardeł. Nie dajmy się dzielić.
      Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.
Pokręcona Historia dała nam w spadku prezent w postaci wielkiego dzikiego bieszczadzkiego terenu.
      Szkoda tylko, że ten prezent jest zbudowany z krzywdy wypędzonych Łemków.
I jeszcze jedno: - pisanie o UPA, jak już informowałem, ograniczam do obszaru Bieszczadów i sotennego Stepana Stebelskiego - Chrina.
    Teraz o komentarzach: - Jeśli komentarz jest w miarę merytoryczny, bez obelg, zamieszczę go. Nie będę się bawił w cenzora. Proszę powściągnąć emocje. 
Oto pisze Anonim (dotyczy posta: - Komańcza):

Anonim: - A kto to taki wysyłał ksieży do SSmańskiej Dywizji Hałyczyna jako kapelanów?.Kto błogosławił składających przysięgę Ukraińców z Waffen SS we Lwowie?.Kto witał w Sanockiej cerkwii gubernatora Hansa Franka? Też Wyszyński? Przypominam , że dobrowolnie do poboru do SS Hałyczyna zgłosiło sie około 30 tysięcy Łemków i Bojków tylko do punktów werbunkowych w Sanoku i Gorlicach. Trochę rozwagi by się autorowi przydało. Również co się tyczy cerkwi. Kurenie Rena i Żeliźniaka paliły całe wioski opuszczone przez Łemków i Bojków - a także wiele Polskich miejscowości.Natomiast pozostawiały cerkwie i plebanie. Chyba nie myślaly że będa jeszcze komuś potrzebne?Po co je pozostawiały?Dla kogo? Wysiedlone nacje paląc po sobie wszystko oprócz świątyń skazały cale swoje dziedzictwo na zatracenie. Polacy wysiedlani z tarnopolskiego , stanisławowskiego , lwowskiego nie palili swoich domów i nie pozostawiali zorganizowanych band - a mimo tego swiątynie ich zniszczono - a niezniszczone nie oddano pomimo – dotyczy posta: Komańcza

Julijan mieszkaniec okolic Gorlic:-

Julijan Lemko



24.04












30 tys. Łemków w Dywizji Galizien? Skąd ten człowiek ma takie źródła? Dywizja ta przecież nie osiągnęła idealnie pełnych stanów, tym bardziej że bojkotował ją OUN-B. Po rozbiciu jej w lipcu 1944 roku próbowano ją odtworzyć, zebrano dużą liczbę ludzi, ale wielu było wcześniej funkcjonariuszami siczowników - policji ukraińskiej. Łemkowie, jeśli nam wiadomo, nie bardzo się w to angażowali. Walczyli przecież licznie w AK, BCh, i komunistycznej partyzantce. Zawsze jednak z myślą o walce z Niemcami, nie z Polakami czy Sowietami. Możliwe jest że pojedyncze jednostki wstąpiły do tej formacji, szczególnie z terenów przejściowych łemkowsko - bojkowskich. Ale na pewno nie było to masowe. Przecież Polacy też sformowali legion SS chociaż Niemcy były śmiertelnym wrogiem. Nie oznacza to jednak od razu kolaboracji. Tym bardziej że większość Łemków nie widziała sensu walki o "Samostijną Ukrainę". Bo i po co? Polska, Ukraina i tak ich oddzielała od braci z terenów Słowacji. Łemkowie nie pałali miłością do UPA i do ukraińskiej państwowości, o czym wspominają przecież sami nawet dowódcy sotni UPA które na teren Polski przyszły z Ukrainy.
Nie mam niestety teraz dostępu do literatury dobrej a wiele już nie pamiętam. Niemniej wiem że wielu żołnierzy 14 SS było Ukraińcami ze wschodu, tutaj jednostka ta nie miała takiego poklasku. 

wtorek, 25 listopada 2014

Samostijna Ukraina

Zbliżam się w opisie wędrówki coraz bardziej do Żdyni i opada mnie smutek. Droga cudna, kolorowa, na niej mistyczne doznania. Natomiast w Żdyni znalazłem się w innym świecie, świecie powagi i smutku. Tylko część Ukrainy przyjechała w tym roku. Od razu nad Żdynią zawisło słowo wojna.
Nie słucham mediów, ale nie dało się nie śledzić, chociaż wyrywkowo, walki na Majdanie. Rozmowy skupiały się wokół wolności Ukrainy. Wysłuchałem wiele opowieści z Majdanu, młodzi mężczyźni nie kryli łez przy tym. Przywiozłem ze sobą kilkanaście sztuk amunicji znalezionej pod Chryszczatą. Rozdałem wszystko.
   


Te pociski karabinowe z Powstania Ukraińskiego przeciwko komunistycznej Polsce, okazały się niezwykle cennym symbolem nieustającego parcia do Samostijnej Ukrainy, połączyły pacyfikację Bieszczadów z Majdanem.
Odsuwałem na później pisanie o pokręconej historii, ale powoli przychodzi to „później”.

Śmierć generała Świerczewskiego, kwiecień 1947, Bieszczady.

Początek 1947 roku to wzmożone działania UPA. Wywiad UPA donosił o szykowanej wielkiej akcji czerwonych Polaków wobec Ukraińców.
28 marca 1947 w zasadzce pod Jabłonkami ginie generał Świerczewski. ( Najprawdopodobniej dobity jednak przez UB na rozkaz z Moskwy).
W strzelaninie zginęło także kilku polskich żołnierzy.

Trzy dni po tajemniczej ( sprzeczne zeznania świadków, wiele niejasności ) śmierci generała, Ukraińscy Powstańcy (Tym razem prawdopodobnie czota Komendanta Wasyla Mizernego - Rena) zjawili się ponownie pod Jabłonkami. Striłcy poczekali aż zjawi się komisja wojskowa pod ochroną dużego oddziału WOP.
Przyjechała komisja, a żołnierze mający ją chronić skupili się na odkrytym terenie wokół oficerów. Wymarzona sytuacja do otwarcia ognia. Co też nastąpiło. Zginęło, lub było rannych kilkudziesięciu polskich żołnierzy i oficerów. Striłcy wycofali się bez strat.
O takich zdarzeniach nie pisano, one były utajniane. Statystyki fałszowano, pilnowało tego NKWD. Meldunki wojskowe są niewiele warte. Jak piszą historycy „bardziej wiarygodne są dane UB”.

Świerczewski w roku 1920 atakuje Warszawę. Jest oficerem w wojsku rosyjskim.
To, że jego teściem jest Wozniesieński – rosyjski generał nie ma znaczenia, nie należy popierać odpowiedzialności zbiorowej.
Okazuje się, że na przełomie 1970/71 powrócono do raportu o śmierci generała Świerczewskiego. Powołano komisję która miała za zadanie wyjaśnić wszystkie okoliczności związane ze śmiercią Świerczewskiego. Komisją kierował minister M. Naszkowski, natomiast jednym z jej członków został Jan Gerhard, były dowódca 34 pp. z Baligrodu. Jechał razem z generałem gazikiem w Jabłonkach. Pułk Gerharda wsławił się w Terce i Zawadce Morochowskiej zbrodniami masowymi na ludności cywilnej. Śledztwo od wielu lat prowadzi IPN.....

Niestety raport komisji nie ujrzał światła dziennego. Miał być przedstawiony w Biurze Politycznym KC. Ale wypadki, które wtedy nastąpiły sprawiły, że do tego nie doszło. Najpierw włamano się do willi Naszkowskiego, uduszona została gosposia, mieszkanie splądrowane – nic nie zginęło jednak, tylko z sejfu skradziono raport i tylko raport, mimo że były tam cenne rzeczy. Następnego dnia, w tajemniczych okolicznościach został zamordowany J. Gerhard.

Podsumowując należy zadać pytanie komu zależało na śmierci Świerczewskiego i jakie korzyści ta śmierć mogła przynieść, wtedy dostaniemy z automatu odpowiedź na drugie pytanie: - kto zlecił zamordowanie gosposi i Gerharda, oraz kradzież raportu.

Śmierć Świerczewskiego, była na rękę NKWD, ponieważ generał wiedział o czystkach wśród działaczy komunistycznych walczących w Hiszpanii. To były zabójstwa wykonywane z rozkazu Stalina.
Pod koniec wojny Świerczewski dwukrotnie sprzeciwił się Stalinowi, gdy ten chciał go ustawić w Polsce. Stalin jeden raz mu przepuścił, ale dwa razy to było za dużo. Nie muszę pisać, że on był bezwzględny.
Wyrok na Świerczewskim mogło wykonać UB, jeżeli istniał spisek przeciwko generałowi.
(Świerczewski niepochlebnie wyrażał się o Bierucie i kilku innych aparatczykach, nazywając ich agentami Moskwy. To musiało także dotrzeć do Stalina, on miał wszędzie „uszy”).
Śmierć generała mogła jednocześnie dać pretekst do rozpoczęcia „akcji Wisła" (wiadomo że planowana była od wielu miesięcy),

A. Baliszewski w swoich artykułach stwierdził, że została powołana specjalna grupa "Beskid" - mająca na celu wyjaśnić okoliczności śmierci Świerczewskiego. Każda z pięciu osób nie wiedziała o sobie i działała samodzielnie tworząc swój własny raport na hasło "Łaski". Z raportu tego wynikało że samochód z generałem przejechał mostek na rzeczce i zatrzymał się za nim, natomiast pozostałe samochody stanęły przed mostkiem. Baliszewski twierdzi też, że ochrona generała była większa liczebnie, niż to podano oficjalnie. Jacek Różański jeden z oficerów prowadzących śledztwo z ramienia UB i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wspominał też o notatniku Świerczewskiego i zawartych w nim zapiskach. Notatnik oczywiście zaginął.
Baliszewski wspomina także o wizycie w Moskwie u Stalina, gdzie rzekomo miano Świerczewskiemu zaproponować kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Generał miał dwukrotnie odrzucić tę ofertę, mówiąc, że nie chce być żandarmem.

Niestety nawet dzisiaj mimo dostępu do archiwów i dokumentów tajnych, nie można z całą pewnością powiedzieć kto zabił Świerczewskiego. Jest wiele znaków zapytania i niedomówień. Nie zgadzają się podstawowe oczywiste fakty (czas walki podawany różnie, miejsce gdzie stał samochód generała, czas śmierci).

Także zapiski samego Stepana Stebelskiego – legendarnego Chrina, dowódcy Sotni Łemkowskiej, nie wyjaśniają sprawy.
Być może dopiero archiwa NKWD czy też KGB, rzucą światło na tę jedną z tajemnic XX wieku. Dotarcie do materiałów nie będzie łatwe, ponieważ Rosjanie cały czas utrudniają pracę polskich historyków. Dlatego też wydarzenia z 28 marca 1947 roku nadal pozostaną nie wyjaśnioną do końca zagadką.

(Na podstawie: - Zbigniew Jantoń)

Literatura:

G. Motyka - "Tak było w Bieszczadach".

czwartek, 19 grudnia 2013

Mariczka ucieka



   Wspomnienia „Mariczki” - żony „Orłana”.

 UB „obrabiało” ks. Gozę w przemyskim więzieniu, stosując znane
   bolszewickie metody.

    W tym samym czasie, gdy ks. Goza siedział w więzieniu, przejeżdżałam
    z dzieckiem przez Kraków i musiałam zatrzymać się na kilka dni na
    plebani, chociaż było wiadomo, że ks. Grab (proboszcz w Krakowie)
    jest zagrożony, a prócz tego możliwa była wsypa ze strony ks. Gozy,
    który go znał. Długo nie trzeba było czekać.

    Następnego dnia po moim przyjeździe (13. V. 1947 r.) na plebanię
    przyszedł specjalny oddział UBP i NKWD i urządzono tzw. kocioł.
    Wyglądało to następująco:

    Przed południem zjawili się na plebani agenci, wszyscy w cywilnych
    ubraniach. Dwóch stanęło przy bramie, dziesięciu rozeszło się po
    domu, do każdego pokoju weszło po 2-3 agentów. Po sprawdzeniu
    tożsamości obecnych rozpoczęli ścisłą rewizję. Na plebani było
    wówczas oprócz dwóch księży i dwóch sióstr zakonnych ponad
    dziesięcioro ludzi z różnych okolic, którzy zatrzymali się tu
    przejazdem lub też uciekli przed wysiedleniem. Podczas legitymowania
    pytano każdego o stosunek do ks. Graba i w jakim celu przybył na
    plebanię.
    Wśród obecnych tylko ja byłam „Polką”.
    - Pani jest Polką? – zapytał agent.
    - Tak.
    - Cóż więc pani tu robi? Polka, u księdza ukraińskiego?
    - Jestem przejazdem. Tutaj zaszłam przypadkowo. W drodze
    dowiedziałam się, że tu mieszka kobieta z mieszanej rodziny, która
    przybyła z moich rodzinnych stron. Chciałam się dowiedzieć o losie
    moich krewnych, o których nie mam wiadomości od 1944 roku. Nie wiem,
    czy zamordowała ich banda, czy też repatriowano ich do Polski.
    - A kiedy pani przyjechała z Kołomyi (stąd pochodził mój dokument)
    do Polski?
    - W czerwcu 1944 r. przyjechałam do ciotki w Przemyślu. Bałam się
    już wracać do domu, bo zbliżał się front, a prócz tego w
    Kołomyjskiem bandy mordowały Polaków. Dodatkowo dowiedziałam się,
    już przed samym wejściem Armii Czerwonej, że zamordowano moich
    rodziców. Od tego czasu wałęsam się po świecie, zarabiam na życie,
    aż w końcu - jak pan widzi - „dorobiłam się” dziecka.
    Agent wysłuchał wszystkiego uważnie i zapytał:
    - To pani nie ma męża? A dziecko czyje?
    - Dziecko? Jego ojcem jest porucznik wojska polskiego – powiedziałam
    i mimo woli policzki moje zaczerwieniły się.
    Zdaje się, że agenta przekonały moje argumenty, a zwłaszcza
    rumieniec, gdyż zaczął mnie pocieszać, że nieślubne dziecko, to
    żaden wstyd, a jeśli z porucznikiem wojska polskiego, to nawet
    zaszczyt...

    Na tym legitymowanie skończono. Zwrócono mi dokumenty (kenkartę,
    zameldowanie w Gnieźnie i metrykę dziecka, wydaną przez
    rzymskokatolicki urząd parafialny w Gnieźnie). Ubolewając nad
    fatalnym zbiegiem okoliczności, które przyniosły mi tyle kłopotu,
    agent starał się mnie pocieszyć:
    - Niech się pani nie denerwuje. Będzie pani musiała kilka, może
    kilkanaście dni tu posiedzieć, bo robimy kocioł, chcemy wyłapać
    wszystkich banderowców z Krakowa i całej Polski, którzy tu
    przychodzą.
-----------------------------------------

        Nadszedł ranek. Około godziny 10 przed bramą plebani zatrzymał się
        samochód, wysiadło z niego trzech agentów ubranych po cywilnemu.
        Czekałam w niepewności, czy to nie po mnie? Czy nie sypnął ktoś z
        aresztowanych? O tym, kim jestem, wiedział dokładnie tylko ks. Grab,
        inni mieszkańcy wiedzieli tylko, że jestem Ukrainką. Wreszcie z
        łoskotem otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyło trzech agentów.
        Jeden stanął o krok przede mną i, cały rozpromieniony, ze zjadliwym
        uśmiechem na twarzy zapytał po rosyjsku:
        - Ty znasz Orłana?
        Uświadomiłam sobie, że tu rozegra się ostatni akt tragedii. Po
        chwilowym zdenerwowaniu opanowuję się i odpowiadam po polsku.
        - Nie znam!
        Tyle tylko byłam w stanie powiedzieć. A z głębi serca pchały się
        inne słowa. Chciało się powiedzieć otwarcie: „Tak, jestem jego żoną,
        a oto jego syn.” Jednak opanowałam się. Przez głowę przemknęła myśl:
        czy to nie prowokacja? Nie mogłam uwierzyć, że ks. Grab tak szybko
        mnie wsypał (tylko on wiedział dokładnie, kim jestem).
        Wypowiedziawszy to nieprzekonujące „Nie” staliśmy naprzeciwko siebie
        milcząc i patrząc sobie prosto w oczy. Dziecko, mój mały
        czteromiesięczny Zenek, również wyczuł przed sobą wroga, bo coraz
        mocniej tulił się do piersi. Wreszcie enkawudysta wycedził:
        - Nu, szto, bandierowka? Popala? – i histerycznie zachichotał. A
        potem, z cynicznym uśmiechem, zaczął rzucać pytania:
        - Ty nie znasz Orłana? Nie pamiętasz tej cerkwi w Brylińcach, gdzie
        braliście ślub? My wiemy wszystko. Grab i Goza wszystko wyśpiewali.
        Choćby zaraz mogą ci to wszystko powtórzyć prosto w oczy.
        - To czego chcecie ode mnie, jeśli wszystko wiecie? –
        odpowiedziałam. Mówiłam nadal po polsku.
        - Sąd urządzimy! Taki głośny, pokazowy - zrozumiałaś? Jeszcze samego
        Orłana do ciebie przyprowadzimy. Dobre będzie, co? – i znowu zaniósł
        się śmiechem. Moskal zaczął aż podskakiwać z radości. Chodzi po
        pokoju, zaciera ręce z radości i gada:
        - Ale wpadła! Sądzić będziemy. Nie wierzyłem, że tak łatwo cię
        złapię... A powiesz nam, gdzie jest bunkier twego męża? Na pewno
        wszystko powiesz, to już nasza sprawa.
        Wreszcie zbliża się do mnie i mówi:
        - No, cóż, Maryjko, dlaczego milczysz? Boisz się?

        W ciągu tych kilku chwil, od kiedy dowiedziałam się, że mnie
        wsypano, w głowie roiło się od planów i koncepcji. Decyzję należało
        podejmować szybko. Wybór nie był wielki. Sprowadzał się właściwie do
        jednego: więzienie, a tam tortury, sąd i śmierć. Najbardziej utkwiły
        w pamięci wyrazy „sąd”, „proces”, do których enkawudysta
        przywiązywał ogromne znaczenie. Widać było, że im taki proces jest
        potrzebny, do tej pory bowiem nie udawało się zrobić coś podobnego,
        gdyż nasi rewolucjoniści trzymali się zasady: żywymi nie oddajemy
        się w ręce wroga. Postanowiłam więc natychmiast skończyć ze sobą lub
        uciekać. Możliwości ucieczki były bardzo ograniczone, gdyż plebania
        naszpikowana była agentami. Najkrótsza droga to podejść do okna i
        rzucić się z dzieckiem na chodnik. Raptem zmieniłam plan: położyłam
        dziecko do wózka i zdecydowałam skończyć tylko ze sobą. Nie miałam
        prawa ani siły, jako matka i jako człowiek, zabijać dziecka, chociaż
        nie chciałam też zostawiać go na „łasce” tych drapieżników. Trzeźwy
        rozum przypominał o obowiązkach względem Organizacji. Przecież oni o
        wsypie nie wiedzą. Wróg może wykorzystać załamanych ludzi do różnych
        prowokacji. Zatem trzeba uciekać i zawiadomić swoich o wszystkim. A
        jak się nie uda, to wówczas szukać nowej drogi do śmierci.

        Po pierwszej euforii szyderczej radości enkawudysta zażądał moich
        dokumentów. Znowu zaczynała się rewizja, w pokoju i osobista.
        Wzięłam torebkę, by podać dokumenty. Agent wyrwał torebkę i zaczął
        przeglądać ją sam. Nie znalazłszy nic prócz dokumentów, zapytał:
        - A gdzie zdjęcia? Gdzie zdjęcie Orłana?
        - Nic znam takiego człowieka, to skąd mogę mieć jego zdjęcie?
        - Nie znasz? Zobaczymy.
        Wziął dokumenty do ręki i zaczął pytać:
        - Nazwisko?
        - Gontarska Maria.
        - Kłamiesz! Ty jesteś Maria Krupińska (nazwisko z poprzedniego
        dokumentu, o którym wiedział ks. Grab. Obecnego nie znał).
        - Zobaczcie w dokumentach. Tam jest moje nazwisko.
        - To falsyfikat! To dokument z waszego banderowskiego biura
        paszportowego!
        - Jeśli tak myślicie, to nie zamierzam was przekonywać.
        - Wszystko powiesz, swołocz banderowska! – zazgrzytał zębami
------------------------------------------------

        Tymczasem rewizja dobiegała końca. Po rewizji powinni wywozić na UB,
        należało się spieszyć. Po raz ostatni biorę synka na ręce, żegnam go
        w duchu, całuję, błogosławię w imieniu własnym i ojca. Ciężkie to
        było rozstanie, jak każdej matki ze swym dzieckiem. Położywszy
        dziecko do wózka zabieram pieluszki i mówię enkawudyście, że muszę
        wyjść do ubikacji. Jeden idzie za mną i staje pod drzwiami. Okno
        ubikacji wychodzi na podwórze. Cicho, ale szybko wdrapuję się na
        okno. Pode mną, z wysokości piętra rysują się kamienie podwórza.
        Sekunda. Skok i leżę na kamiennych płytach. Wstaję. Nogi na
        szczęście całe i zdrowe, tylko skóra na obydwu rękach obdarta.
        Przebiegam przez podwórze i wpadam na tylną uliczkę. Za sobą, z
        okien plebani słyszę krzyk: „Udrała! Uciekła!” Szybko przebiegam
        przez ulicę, wpadam do bramy prowadzącej na następną ulicę. Tu idę
        już szybkim krokiem, chowając zakrwawione ręce. Skręciwszy
        kilkakrotnie w różne ulice, zachodzę do znajomej. Kupuję prochowiec
        i chustkę na głowę, gdyż wyskoczyłam tylko w sukience i ruszam w
        drogę. Mam zamiar okrążyć Kraków i za Krakowem wsiąść do pociągu.
        Zachowując ostrożność idę aż do drugiej stacji za Krakowem i wsiadam
        do pociągu, który odchodził akurat w potrzebnym kierunku. Liczę się
        z tym, że w pociągu będą mnie szukać. I nie omyliłam się.

        Po kilkudziesięciu chwilach jazdy zobaczyłam jednego z agentów,
        którzy byli na plebani. On mnie nie zauważył. Odwróciłam się do kąta
        i udałam, że drzemię. Trochę maskowała mnie zmieniona odzież.
        Najbardziej obawiałam się kontroli dokumentów, gdyż jechałam z
        pustymi rękoma. Dokumenty zostały w Krakowie w rękach enkawudysty.
        Podczas jazdy udało się uniknąć legitymowania. Spodziewałam się
        jednak, że w Tarnowie pociąg zatrzymają na dłużej i przy pomocy
        tamtejszych agentów przetrząsną wszystkie wagony. Trzeba więc
        okrążyć Tarnów na piechotę. I tak zrobiłam. Na szczęście w Tarnowie
        pociąg zatrzymali dłużej, bo szukali mnie, a więc zdążyłam jeszcze
        wsiąść do tego samego pociągu. Po przejechaniu kilku stacji, jak
        spod ziemi wyrósł przede mną jeden z krakowskich agentów.
        Rozpoznaliśmy się nawzajem. Agent wyszedł, po chwili zaczęli ściągać
        do „mego” wagonu pozostali. Cały czas, wskazując na mnie, coś
        szeptali między sobą. Ale na razie nie prosili o dokumenty ani nie
        odzywali się. Jeden z nich usiadł naprzeciwko mnie. Wyglądało na to,
        że szansę ucieczki są całkowicie przekreślone. Należało szukać
        sposobu skończenia ze sobą. Poprosiłam swego sąsiada, jakiegoś
        starszego pana, o pożyczenie żyletki, bo chcę paznokcie oczyścić.
        Zaplanowałam podcięcie żył na rękach. Tymczasem sąsiad podał mi
        nożyczki do paznokci. Wówczas decyduję się wyskoczyć z pociągu.
        Pociąg w pełnym biegu. Siedzę niedaleko drzwi (wagony towarowe, w
        drzwiach siedzą ludzie). Przede mną siedzi ubowiec. Podejść do
        drzwi - nie puści. Decyduję się skakać z ławki prosto w drzwi i
        padać na kamień, jaki jest w tym miejscu koło nasypu, obok torów.
        Żegnam się jeszcze raz w myślach z syneczkiem i swoimi najbliższymi.
        Chwila. Skaczę! Czuję pęd powietrza, uderzenie o ziemię, twarzą o
        kamień. Ze wszystkich wagonów słychać: „Ach! Zabiła się!”

        Ale tak nie było! Ku wielkiemu zdziwieniu czuję, że żyję. Próbuję,
        czy nogi nie połamane. Nie. Świdruje mnie tylko dotkliwy ból -
        skutek silnego potłuczenia. Nogi we krwi, twarz rozbita, ale uciekać
        mogę. Podnoszę się i biegnę, boję się pogoni. Niedaleko przysiółek.
        Na polu widzę kilka zagonów żyta. Tu można się schować. Przebiegam
        obok małego pastuszka, który krzyczy do mnie:
        - Niech pani nie ucieka, pociąg pojechał!
        On wszystko widzi, bo stoi po drugiej stronie cmentarza, pociąg zaś
        wjechał za zakręt. Po kilku chwilach krzyczy znowu:
        - Uciekaj pani, prędzej uciekaj, bo pociąg stanął! Już biegną!
        Rzeczywiście. Pociąg odjechał jeszcze ze 300 metrów od miejsca mego
        skoku i zatrzymał się. Cała zgraja ubeków rzuciła się w pogoń.
        Najpierw pognali na przysiółek. Nie dostrzegli mnie w tym momencie,
        gdyż zasłaniał mnie cmentarz i żyto. Przysiółek przewrócili do góry
        nogami. Uciekałam wzdłuż żyta. Siły opuściły mnie zupełnie i
        musiałam ukryć się w życie. Szczęście dopisało mi. Nie znaleźli,
        choć szukali zawzięcie. Przeleżałam w tym życie od godziny 17 do
        rana. O świcie podeszłam do najbliższej chaty, zapytałam o sytuację
        i dowiedziałam się wszystkiego o wczorajszej pogoni i
        poszukiwaniach. Gospodarze przyjęli mnie bardzo serdecznie.
        Domyślali się, że ja to ta, która wyskoczyła wczoraj z pociągu i
        której szukano. Widzieli zresztą rany na rękach, nogach i na twarzy.
        Stąd polami i lasami szłam pieszo do powstańczego królestwa.
        Omijałam drogi i wsie, przewidując, że wróg (znający mniej więcej
        kierunek mej trasy) na pewno wszędzie ustawił swoich agentów. Była
        to droga bardzo ciężka, gdyż przeżycia ostatnich dni, głód i
        bezsenne noce odebrały mi fizyczne siły, trzymałam się wszakże na
        nogach siłą woli i dotarłam do celu bez większych przygód.

        Dziecko enkawudziści zabrali. W kotle złapano około 70 ludzi.


------------------------------------------------------------