Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CFD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CFD. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Pięć fal wirusa

 Co można wyczytać z symulatora ruchu planet.

Dwa obrazki z datą stycznia 2021.



Planety odległe i duże – Saturn i Jowisz ustawiły się po przeciwnej stronie Słońca w opozycji do Ziemi. Przypominam, że oprócz Słońca, które kiedyś było bogiem, także Jowisz w czasach rzymskich był tak samo czczony. Sławny okrzyk: -  na Jowisza! Dziś został przerobiony na – o Boże! Jowisz jest 345 razy większy od Ziemi, więc pomimo odległości ma duże znaczenie grawitacyjne.

Pozostałe planety w układzie: - Mars w jednej linii z Wenus, ale po przeciwnej stronie Słońca (opozycja). Ziemia w takim samym układzie z Plutonem. Czemu styczeń? Podawałem 9 stycznia jako datę zwrotu dla Wigu 20, wynikającą z harmoniczności. Astronomia finansowa sygnalizuje możliwy zwrot już od okolic 18 grudnia. 


Ciekawe układy planetarne mamy również na poniższych obrazkach. Pierwszy pokazuje co było, drugi wybiega w przyszłość.



 Przypominam, że działanie grawitacyjne planet wpływa na decyzje inwestorów (odkrył to Ralph Elliott – ten od fal na wykresach giełdowych), jednak należy pamiętać, że data z symulatora jest tylko uzupełnieniem AT. Do ważnych, a zarazem prostych narzędzi AT należą na przykład linie trendu. Poniżej Wig 20 weekly.


Poniżej inny wykres – ciekawostka czasu poszukiwań na liniach trendu. Dziś patrzę na ten obrazek z sentymentem. Data niby się zgadza, ale poziom w tej dacie prognozowanej był niższy o 300 punktów od tego co wynikło. Niby niecały rok i poziom osiągnięty. Jednak diabeł tkwi w szczegółach – tu w słowie „niby”. Na giełdzie, zwłaszcza gdy jesteś daytraderem w CFD, nie ma na to słowo miejsca. Poza tym linie są poprowadzone „życzeniowo”, niezgodnie z zasadami. Przecież tylko rynek  pokazuje prawdę, czyli nie wolno lekce sobie ważyć punktów ekstremalnych. Także odcinki czasowe z obrazka są równoletnie, azaliż był to etap poszukiwań, który można nazwać „ciepło, ciepło”. Bo chyba znasz Czytelniku zabawę w  zimno, ciepło, gorąco? Ale zwyżki zdecydowanej, jak widać oczekiwałem.


Tak wiele spraw dotyczących człowieka da się przedstawić graficznie. A co ciekawe za pomocą sławnych pięciu fal Elliotta. Na przykład wykres poniższy, tu akurat piątka spadkowa.

Kiedyś widziałem wykres, który mam w archiwum głowy. Ten wykres nosił tytuł: „Umieralność w Polsce w latach 1935 – 1960”. Statystyka nie dotyczyła zabitych, a tylko zmarłych z innych przyczyn. Wykres był klasyczną wzrostową piątką, plus fala spadkowa ABC. W tym wykresie zdziwił mnie tylko rok szczytu – 1951. Umierali osłabieni wojną, głodem, gruźlicą. A my przekonamy się, czy wykres, nawet ten oficjalny, a więc mocno wątpliwy, dotyczący miłościwie nam panującego wirusa, przyjmie postać piątki. Dla niewtajemniczonych, którzy słyszą o „trzeciej fali” – to ta fala (jeszcze jej nie ma) od punktu 4 do 5.






Dopisane 19 grudnia 2020.
PS. Czarny wykres giełdowy to Wig 20 tuż przed dołkiem 18 lutego 2009.
Tę datę 18 lutego podałem kiedyś z precyzją co do dnia. Jak pisałem rynki zachodnie i Ameryka, spadały jeszcze trzy tygodnie a Polska nie! Ludzie pootwierali długie pozycje - czułem ciężar odpowiedzialności. I oddech inwestorów na plecach. Zwątpiłem już w Liczby Planetarne, gryzłem palce, a tu bingo! Zachód nie miał wyjścia - dołączył do Polski. I ja nie miałem wyjścia - poprosiłem Liczby Planetarne o wybaczenie. Wybaczenie na szczęście zostało przyjęte i Liczby się nie obraziły. Od tej pory obiecałem sobie, że mogę (choć nie muszę) podawać datę, jednak jej interpretację (góra, dół) sobie oszczędzę. Ludzie są wygodni, nie chcą się uczyć, chcieliby żeby za nich myśleć - najlepiej byłoby, gdyby mieli jeszcze podaną godzinę zwrotu, oraz które w danej chwili akcje kupić, a które sprzedać.

sobota, 26 października 2019

Kto pomierzył Ziemię


Lotnisko wojskowe w Atenach. Przy wielkim stole, na którym leżą rozpostarte mapy kartograficzne i lotnicze, stoi Theophanes Manias, generał greckich sił lotniczych.
     Generał opowiada: - Piloci wojskowi wykonują rutynowe loty ćwiczebne i patrolowe. Po każdym locie pilot musi złożyć raport podający między innymi zużycie paliwa. Oficer, który te dane spisywał, zauważył, ze piloci bardzo często podają takie samo zużycie paliwa, chociaż latają w różne strony. Przypuszczał, że wpadł na trop oszustwa i zameldował mi o swym odkryciu.        Sprawę zacząłem badać w najprostszy sposób: - wziąłem cyrkiel, postawiłem igłę w Delfach, ustawiłem odległość do Akropolu i zatoczyłem krąg.
Nieco się zdziwiłem, bo na linii kręgu znalazły się jeszcze dwie historyczne miejscowości – Argos i Olimpia
Drugie sprawdzenie zacząłem na parze Knossos - Sparta.                             Na okręgu pokazał się jeszcze Epidauros      

                                                                

                                            

Potem cyrkiel ustawiłem na Delos – na okręgu znalazły się Teby i Izmir….
W ten oto sposób powstał dokument Urzędu Geografii Wojskowej w Atenach, w którym czytamy: - Odległość pomiędzy miejscami kultu Delfy i Epidauros odpowiada większej części złotego podziału odległości z Epidauros do Delos (62%).
Odległość między Olimpią i Chalkidą to 62% odległości z Olimpii do Delos.
Odległość między Olimpią i Delfami to 62% odległości z Olimpii do Chalkidy…..


         
Nie zanudzając Czytelników setkami przykładów, informuję, że w środkowej Grecji są 22 pary starodawnych miejsc świętych, w których odległość w linii powietrznej jest jednakowa.
W tej sieci połączeń Delfy odgrywają rolę centralnego portu lotniczego. Poza tym mamy wyłącznie mityczne nazwy miejsc: - Mykeny, Eleusis, Sparta, Teby, Nemea, Milet, Nikozja, Gortys (megalityczne ruiny na Krecie) Aphea, Akropol itd.

Wniosek? - KTOŚ kiedyś, bardzo dawno temu, nałożył siatkę geodezyjną nie tylko na Grecję!
Na obrazku dzieło Wiliama Blake’a - Bóg mierzący Świat. Tu niewygodne pytanie: - Czy widziałeś Boga? A co powiesz, jeśli miałoby się okazać, że stworzyły nas Szaraki?

Wracamy do meritum.                                                                                      Jak dawno temu siatka geodezyjna wyznaczyła święte miejsca w Grecji?          

Otóż Świątynia Apollina w Delfach została wzniesiona na fundamentach z epoki megalitycznej (przedkamiennej) – a to było 40, może sto, a może jeszcze więcej tysięcy lat temu. Wieku obrobionego kamienia nie da się ustalić.                                                                                                                   Jednak mamy sumeryjską Księgę Królów. Ona podaje czas pierwszych dynastii na ponad sto tysięcy lat. To jest taki sam fakt, jak długość życia Matuzalema – tysiąc lat. Potem Stwórca (niezależnie od tego, kto nim był) się zreflektował – ludzie nie mogą żyć tak długo, należy dać większą swobodę miss Ewolucji – i skrócił życie człowieka do przeciętnej 72 lata = około 26 tysięcy dni. (Apokryfy Starego Testamentu, rzecz nie ujęta w kanonie, Biblioteka Prymasowska)

KTOŚ u zarania dziejów pomierzył Ziemię, narzucił złoty podział odcinka, oraz równe odległości. Dlatego co pewien czas powtarzam, że to nie Fibbonacci dopiero w XIV wieku „odkrył” złoty podział. On tylko korzystał z zasobów Biblioteki Watykańskiej.

OK. Czy korzystając z opisanej wiedzy da się zarobić na rynkach finansowych?
     Jeśli człowiek interesuje się tym, co wokół i stara się pojąć świat własnym rozumem, zauważy, że po pierwsze primo: - wykładnia dziejów zależy wyłącznie od tego, kto wykłada, a nie od faktów, bo te zawsze można nagiąć, ukryć albo stworzyć.
Po drugie primo: - społeczeństwo składa się z tłumu oraz ludzi myślących.
       Ten podział wyraźnie widać w giełdowych wynikach gry na CFD.    
Więcej: - Jedną z podstawowych mądrości inwestora jest wiedza, że tłum nie ma racji. W segmencie CFD tylko co dziesiąty inwestor zarabia.                                                           

Jak stać się tym jednym z dziesięciu? Do tego potrzebna jest jak się okazuje dość skromna wiedza z AT, zwracanie uwagi na szczegóły, oraz wypracowana własna, skuteczna metoda.
          Do wypracowania skutecznej metody wcale nie trzeba angażować własnych pieniędzy – do nauki wykorzystujemy platformy Demo.
Jednak do wypracowania własnej metody w sposób samodzielny droga jest żmudna, która w końcu może doprowadzić na manowce - wpisać błędne kody postępowania i w najlepszym wypadku stoimy w miejscu.
Tu ukłony od Czerwonej Królowej.
O wiele łatwiej skorzystać ze wskazówek kogoś, kto już to przerobił.

                  Projekt szkolenia giełdowego.

Oto ponownie poczułem chęć niesienia kaganka oświaty do potencjalnych inwestorów. Proponuję szkolenie dla dziesięciu (początkujących?) osób w Warszawie, w marcu 2020. Także czekam na pomysły Czytelników dotyczące miejsca, czasu i treści szkolenia. Maile proszę kierować na adres - kontakt z autorem.

wtorek, 6 lutego 2018

Grzybowy stop loss

Wszystko dzieje się w swoim, czyli odpowiednim czasie.
Wczorajszy wpis o pigułce miał być dziś, wpisał się niechcący, czyli chcący, a dzisiejszy wpis jedynie w zamiarze napisania czekał na swój czas ponad dwa lata i wreszcie doczekał się.

Gdy przed wieloma laty zagłębiłem się w dziedzinę Liczb Planetarnych poczułem się pewnie. A nawet zbyt pewnie. Dała znać o sobie pycha i chciwość.....
       Oto wydawało mi się, że zjadłem wszystkie rozumy – niech inni stawiają sobie stopa na CFD, ja nie muszę! I przestałem stawiać stopa.....
Przez rok posuwałem się bardzo pięknie naprzód, kiedy nadszedł dzień podobny do dzisiejszego – rynek otworzył się wielką luką w dół, ja miałem w górę zbyt dużą kasą i po pieniądzach!

Przypomniałem sobie słowo Pokora i przeprosiłem się z hasłem: - stawiaj stopa bo ci jaja urwie!

Jak się okazało, stawianie stopa – czytaj ograniczone zaufanie do siebie i świata – jest prawem uniwersalnym, co wykażę na przykładzie grzybów.

Zaczęło się porządne bieszczadzkie lato i znalazłem pierwszego grzyba którego do połowy zjadła sarna. Wystarczyło się rozejrzeć i po chwili miałem pełen plecak.


       
Moje wieloletnie grzybowe doświadczenie pochodziło z lasów mazowieckich i mazurskich. To doświadczenie mówiło: - jeśli grzyb żółty pod kapeluszem - jest dobry.
            Goryczaki znałem – na Mazowszu są prawie białe pod kapeluszem. Tutaj takich nie spotykałem, a zapomniałem o jednym z podstawowych sposobów upewnienia się – ugryźć. Jeśli gorzkie – wyrzucić.
       Goryczaki nie są trujące, trujący jest tylko jeden gatunek – muchomor sromotnikowy. Ale jeden goryczak w wielkim garnku psuje swą goryczą całe jedzenie.

Praca grzybowa posuwała się systematycznie – zupełnie jakbym gromadził pieniądze. Pracowałem ja, pracowało słońce.
Po dwóch miesiącach miałem dwie poszewki na poduszki pełne suszu. Było tego razem 15 kilo. Czyli trzeba było zebrać 300 kilo grzybów, bo 95% to woda.


Trwałem w grzybowym zadowoleniu. Wypełnione balony poszewek wisiały na poddaszu, w domu pachniało bajecznie.
     Powoli kończyły się wakacje – zaczynałem obdzielać grzybami znajomych wracających do swych miast. Minęły jeszcze dwa tygodnie i ugotowałem pożegnalną zupę grzybową dla ostatnich kilku osób.
      Dodatki były jak należy: - smalec ze skwarkami, przyprawy, śmietana.... Zupa okazała się gorzka. Przyszła mi nawet myśl, żeby posłodzić, ale przecież z gówna bicza nie ukręcisz – wylałem na kompost.
        Po tygodniu dostałem wiadomość, że znajomi którzy dostali susz w prezencie musieli wyrzucić gar bigosu. Był gorzki.
Czyli kicha na całego....
W skali Szczęśliwości Nieustającej od razu spadłem na trójkę. Ale... gdzie Zbyszkowy optymizm?
                  Niech koń się martwi, on ma taką dużą głowę.....

Czy można jakoś sprawie zaradzić? 
Nic nie da się zrobić – nawet jeśli tylko jeden procent goryczaków zaplątał się w suszu, teraz jest nie do rozpoznania.
      Owszem, pobiegłem do Wiesi Abram i znaleźliśmy w katalogu grzybowym winowajcę uwiecznionego także w Zbyszkowym archiwum.
Borowik ceglastopory ma ciemniejszy kapelusz i jest buraczkowy pod spodem, a winowajca cytrynowy......





Gdzie jest winowajca? - Między nami! - powiedziały jajca”

Znaczy nie było sprawdzenia – czyli nie zastosowałem stopa w grzybach.

                            Płonie grzybowy susz.....

Nie postawiłem grzybowego stopa, ale to nie znaczy, że nie można odnieść jakieś korzyści z każdej sytuacji – oto spalę grzyby uwieczniając sprawę na zdjęciach, w końcu nie pali się codziennie takiej góry suszonych grzybów.



I PO SPRAWIE. Tylko nie wymiękać.


Za tydzień wracam do Warszawy – Aniołku! Pomóż!
I Aniołek pomógł – przez ostatni tydzień zebrałem sto kilo już teraz samych prawdziwków, co dało 5 kg suszu.....
Dziękuję.....

czwartek, 7 grudnia 2017

Legenda o ziarnku ryżu

Czyli kontynuacja wątku Wyścig Czerwonej Królowej.
(Był wpis z 7 marca 2017 o tym tytule).

Wracamy do chwili, kiedy komórki mnożyły się szaleńczo, oraz bez umiaru i wnet okazało się, że takie działanie ma sporą wadę: - jest nią właśnie zbytnia szybkość rozmnażania.
        Na 64 cykle podziału, każdy jeden dzielący się osobnik, wyprodukowałby miliard klonów w ciągu niecałych dwóch dni.
Te z kolei w ciągu dwóch następnych dni dałyby miliard miliardów potomstwa.
       Owszem, jednokomórkowce są wprawdzie bardzo małe, azaliż nie aż tak małe.

Wyliczono, że gdyby rozmnażały się niepohamowanie, w ciągu kilku dni pokryłyby całą powierzchnię Ziemi! Kompletnie!
A wtedy Wczesne Dzieło Stworzenia wydusiłoby się samotrzeć!
Gdyby w tym momencie nie wkroczyła miss Ewolucja ze swoją torebką, byłby problem.

Czy znasz, Czytelniku, legendę o ziarnku ryżu?
Wspierałem się kiedyś tą legendą, przy uczeniu operowania kontraktami terminowymi CFD na GPW.
         Akcja opowiadania rozgrywa się w Chinach (albo Indiach). Ponieważ obie kultury przypisują sobie pierwszeństwo wynalezienia gry w szachy.
Gra, jak wiadomo odbywa się na polu 8 x 8 = 64.
Wersja indyjska:

Król Sher Khan, namiętny strateg szachowy, gorąco zapragnął poznać wynalazcę gry.
Jego armia przeczesywała więc cały kraj, aż wpadła na trop staruszka o imieniu Buddhiram - nauczyciela matematyki.
       Postawiony przed oblicze króla, dostąpił wielkiej łaski: - oto miał sobie wyszukać nagrodę. Sher Khan zarządził bowiem, że jest gotowy podarować Buddhiramowi wszystko, co ów sobie zamarzy, a to w podzięce za przyjemność, jakiej codziennie dostarczała mu genialna gra.
Nauczyciel poprosił o czas do namysłu.

Następnego dnia przekazał władcy, że jest prostym człowiekiem, więc wystarczy mu trochę ryżu.
A konkretnie jedno ziarnko na pierwsze pole szachowe, dwa na drugie, cztery ziarnka na trzecie, osiem na czwarte itd. - na każde następne pole dwa razy więcej, niż na poprzednie.

Sher Khan poczuł się dotknięty. Wydawało mu się, że podobna zapłata jest nikła, a więc niegodna króla.
Poczuł się urażony w swoją wielkoduszność, niemniej obietnica królewska jest (a przynajmniej powinna być) rzeczą świętą. Rozkazał tedy, aby zgodnie z życzeniem starca podwajano ilość ziaren na kolejnym szachowym polu.
      Rozeźlony nieco, a potem znudzony tylko, śledził zabawę z podwajaniem.
Na dziesiątym polu znalazło się 512 ziaren, co wystarczało już na lekką kolację.
Na polu dwunastym znalazło się 2048 ziaren – czyli nic wielkiego.

Nawet po dwóch tygodniach Sher Khan jeszcze się nie przejmował. 8192 ziarenka ryżu na polu czternastym: - i cóż z tego?
         Niejaki, lekki jedynie frasunek, dopadł króla dopiero wtedy, kiedy na polu piętnastym wypadła liczba 16 384 ziaren. Zaczął przewidywać, że starzec zabierze jednak do domu porządny wór ryżu.
       Władca miał atoli ważniejsze sprawy na głowie, na przykład jak wykiwać naród przy okazji obiecanej reformy sądownictwa.
Na jakiś czas stracił więc z oczu sprawę ryżowej nagrody.

Przyszedł jednak moment, kiedy sprawa przypomniała się sama. 
Oto w sześćdziesiątym czwartym dniu zabawy, do królewskiej komnaty wcisnął się zdeliberowany wielce, oraz blady jak ściana (biała ściana) skarbnik i wyjąkał, że nagroda nie może być wypłacona.
Sher Khan pokiwał z niedowierzaniem głową: lewo – prawo, lewo – prawo. I ryknął:
       -  Jak to nie może być wypłacona!!!?
W całym życiu nie miał u nikogo długów, a tu przecież chodziło może o kilka, czy kilkanaście worków ryżu! W czym więc problem?
Skarbnik uderzył w płacz i kazał przywołać Nadwornego Rachmistrza. Ów wytłumaczył władcy, że mamy oto do czynienia z Liczbą Wykładniczą.
      Zwołane w nocy Pałacowe Konsylium Astrologiczno – Matematyczne, po dokonaniu obliczeń, stwierdziło, że wykładniki są wredne. Mianowicie azaliż wymykają się spod kontroli.
Już 22 dnia Buddhiramowi należało się (bowiem) ponad milion ziaren, a przecież nie była to nawet połowa szachownicy!
        I zaprawdę, powiadam wam: - król zrozumiał w tym momencie, że ma problem.
Czyżby starzec go oszukał?
Nadworny Rachmistrz naświetlał sprawę:
- Nawet gdybyśmy zebrali ryż z całego królestwa, to będzie go za mało, aby wypłacić nagrodę. Jeżeli jednak chciałbyś królu dotrzymać słowa, trzeba byłoby wykupić całą ziemię na świecie, osuszyć oceany i morza, stopić lód na północy, zamienić to wszystko w uprawne pola ryżowe. A wtedy, być może, wystarczy ryżu na dotrzymanie obietnicy.
        - To ile w końcu potrzeba tych ziarenek? - zapytał władca.
Zostawimy teraz w spokoju tę dość dużą liczbę, która padła z ust Rachmistrza Nadwornego, a którą trudno sobie wyobrazić,

Kiedy król ową liczbę usłyszał, najsampierw poczuł się nieswojo, ale szybko, sposobem prawdziwych władców ogarnął się i zaczął poszukiwać rozwiązania.
  
Jedno jest pewne - pomyślał - nie mogę być niczyim dłużnikiem!

A jakiż to mamy najprostszy, choć może nieco radykalny sposób pozbycia się długu?
        Należy ukatrupić wierzyciela!

(W samej rzeczy, na takowej to teorii wzorował się król Filip zwany Pięknym, który zadłużył się po uszy u Templariuszy. Dobrał ci on do komitywy ówczesnego papieża, równie zadłużonego u tych samych wierzycieli i wspólnie, w piątek, trzynastego wykończyli Zakon za pomocą ichniego CBA).

Sher Khan, jako sprawujący monarchię absolutną, nie potrzebował babrać się w jakieś trybunały stanu z małej litery - mógł po prostu skorzystać z niezbyt radosnego co prawda i całkiem niedemokratycznego, azaliż arcy prostego zjawiska przypisanego do tego rodzaju rządów. 
      Mógł (bowiem) postawić starca przed wyborem: - ryż albo topór!
Starzec z pewnością zrezygnowałby z głupiego ryżu na rzecz swojej mądrej głowy.
       Bo jakiż to ów miał zamiar?
        Po co mu potrzebna tak ogromna ilość ryżu, który i tak kiedyś zacząłby się psuć?
Z punktu widzenia ekonomii to czysta głupota, jednak pod względem rachunkowym jest to zdumiewająco logiczne, aby za pomocą jednego ziarenka i liczby wykładniczej zniszczyć całe imperium, którym, nawiasem mówiąc, rządził gamoń.

Sprawa zakończyła się polubownie: - starzec głupi nie był, cenił swoją głowę, a więc odpuścił.

I w tym miejscu autor bloga takoż odpuszcza i śle Czytelniczkom i Czytelnikom serdeczne Życzenia Świąteczne, a dla Satysfakcji Zupełnej życzy atoli sobie i Wszystkim szałowego Sylwestra.
       Zamiast obłapki dołączam pozdrowienia od Świątecznego Nocnego Metra.
      Do zobaczenia w Nowym Roku 2018
Zbyszek 55







czwartek, 9 marca 2017

Magiczny świat Smereka


W wielu miejscach w Bieszczadach mamy widoki, które uderzają przestrzenią. Jeśli przeciętny mieszczuch podejdzie tylko gdzieś wyżej, może od razu wpaść w zachwyt.
Wpadnie w zachwyt – jeśli oczywiście jest dostatecznie wrażliwy.
Jeśli natomiast ma wrażliwość zwykłą, powie: -  jest ładnie, może jeszcze kiedyś tu przyjadę, a teraz schodzę, żeby obejrzeć telewizyjne wiadomości.
        Każdy ma prawo żyć jak chce.
     Ja mam prawo jedynie pisać o sobie.
Być w uroczym miejscu i robić zdjęcia w ciągu dnia, kiedy jest zwykłe światło?
Można, ale przecież tylko do pewnego momentu, bo ile tych zwykłych zdjęć ma być? Tysiąc? Dziesięć tysięcy?
       Chciwość proszę czytelników!
Albo totalność według Osho.
Nie walcz z tym, to samo przejdzie.
Wszystko bowiem mija w odpowiednim czasie.
     Tak jak seks odchodzi w dal z wiekiem.
To jest tak samo, jak z otwartymi pozycjami na CFD. Jeśli MUSISZ być ciągle na rynku, to jest z tobą coś nie tak.
Jesteś uzależniony.
Jeśli jesteś normalny - zaakceptujesz to, bo każde twoje uzależnienie to jesteś ty sam. 
      I już masz komfort. Jestem uzależniony i kropka
To odpuścić? No nie....
Chodzi o to, żeby nie walczyć z problemem, wtedy walczysz z samym sobą, a taka walka wyniszcza. Po co tak. 
     Problem należy jedynie prawidłowo zrozumieć. (Poprosić umysł o pomoc?)
Jeśli sprawy odbędą się właściwie - umysł, który jest wspaniałym narzędziem połknie problem - i eureka! Umysł wyśle nam myśl, że nie ma problemu, to jest jedynie rzecz, którą stworzyliśmy sami i to jest głupia rzecz.
     I błysk Oświecenia!
W tym momencie dana głupota sama odpada. Może od razu, a może powoli, ale ona odchodzi.

Wszystko bowiem bierze się z głowy - z myśli.

Fotografia jest jedną z moich pasji, od 2013 roku zrobiłem 30.000 zdjęć. I dopiero ta ilość mnie nasyciła.
Zdjęcia dla dokumentacji czegoś – ok. jednak od początku przygody z Bieszczadami, kiedy dosłownie zachłysnąłem się nowoczesną techniką fotograficzną i kolorowymi zdjęciami, bardzo pilnie poluję także na niepospolite, niecodzienne światło i te magiczne pory dnia – świt i zmierzch.
      Jeśli chodzi bowiem o fotografię, w pogoni za nie wiadomo czym umknęło mi kilkadziesiąt lat - w tym czasie zdjęć w ogóle nie robiłem. Tysiące czarno-białych zdjęć spaliła w akcie zemsty po rozwodzie moja pierwsza żona.
Minęło drugie małżeństwo – tu pozostawiłem za sobą trochę zdjęć z telefonu.
      Dlatego, kiedy odnalazłem swoje zgubione życie, wpadłem w wir zdarzeń i dostałem Canona w prezencie od jednego Anioła, poczułem się znowu dzieckiem!
Trzymałem ten aparat w ręku (a jest co trzymać – półtora kilo) i cieszyłem się całym światem!
     A cieszyłem się podwójnie: - jako nowo narodzony fotograf i nowo narodzony wolny facet, który odnalazł swoje zgubione kiedyś wewnętrzne dziecko.

Współczesna technika fotograficzna po kilkudziesięciu latach niebytu, była dla mnie szokiem! Nie trzeba zabierać ze sobą worka klisz – każda na 36 zdjęć. Nie trzeba wymieniać szpulek pod kołdrą czy kocem, żeby się klisza nie prześwietliła. Odpada noszenie do fotografa, płacenie i kilkudniowe oczekiwanie na odbitki. Potem wywołanie kliszy i odbitki przejąłem sam – ciemnia w piwnicy szwagra, ale ile to czasu pochłaniało!
     Dlatego w zachłyśnięciu wolnością przeszedłem wejście w ilość – w tej ogromnej ilości jest zawarta moja po raz drugi narodzona radość.
Drobną przeszkodą stało się w pewnym momencie archiwum. Przybywały kolejne pendrajwy. Sprawę rozwiązała pamięć zewnętrzna 1,5 Terra.

Po porannym błysku chmury przysłoniły słońce. Kilka zdjęć na przełęczy Orłowicza, schowałem aparat do plecaka i rozpocząłem niespieszne zejście w stronę sklepu w Smereku.
     Jednak na tej górze, kończącej lub w innym spojrzeniu - rozpoczynającej połoniny, byłem wielokrotnie w innych, zdjęciowo magicznych porach. Także spałem tu pod gołym niebem.
To jest zatrzymany czas, to są niepowtarzalne chwile. Zostają w pamięci na zawsze i chce się je powtarzać.
    Takie niecodzienne momenty bardzo wciągają, ich się szuka.
Znowu uzależnienie?
Po co wszystko oceniać? To trudne, ale nie powinno się w ogóle oceniać.
A nawet jeśli uznamy poszukiwanie niepospolitego czasu i miejsc uzależnieniem, to powiem tak: - właśnie dla takich chwil warto żyć!
      Kiedyś pisałem o spotykaniu się z Sacrum, dziś bym napisał: w takich niecodziennych chwilach czuję się na randce z miss Ewolucją!
To jest jak wejście w inny wymiar.
Archiwum: świt na Smereku.




No i sesja zdjęciowa z ławkami o zachodzie.





czwartek, 26 stycznia 2017

CFD to przyjazne wilki

Klimaty samotnego biwakowania w odludziu i nocne wędrówki po lesie są mi bliskie, dlatego mocno przeżywam opowieści Shauna Ellisa.
    Strach, umiejętność opanowania paniki, walka z emocjami, nauka samodyscypliny, trzymanie się wypracowanych zasad – a w końcu radość z wyników, przecież jest to także sedno działania profesjonalnego inwestora giełdowego posługującego się CFD.
       CFD można więc potraktować jako przyjazne wilki.
Przyjazne, bo całkiem oswoić ich się nie da, przynoszą także straty, czyli gryzą – tu przypomina się stare giełdowe hasło: - nie kombinuj, to rynek ma zawsze rację i pokazuje kierunek.
Czyli CFD to obłaskawione wilki, żyjące w górskiej krainie. One zwykle szybko biegną w górę lub w dół.
Nie są drogie te wilki, przykładowo jeden CFD na Polanda 20 kosztuje 20 zł. Za jeden punkt w dobrą stronę, dostaje się złotówkę, czyli chwyconych 20 punktów, to 100% zysku.
Chcesz emocji? Dołącz do gonitwy. Szybkościomierzem jest pasek rozliczeniowy.

O rynkach finansowych i następnych datach napiszę w sobotę.
----------------------------------------------------------------

Dopiero po trzech miesiącach Shaun zauważył pierwsze ślady samotnego wilka.
Znowu podłamał się psychicznie – tęsknił do odrobiny wygody i marzył o spokojnie przespanej całej nocy.
     Minął następny tydzień i nagle w środku nocy Shaun usłyszał wycie. Wył samiec beta z odległości kilometra....
Potem znowu trzy tygodnie nic i wtem wielki czarny wilk przebiegł Shaunowi drogę.....
----------------------------------------------------------------------


Zatrzymał się na chwilę, obrzucił mnie przeszywającym spojrzeniem żółtych ślepi i znikł.
Byłem rozemocjonowany. Depresja przeszła jak ręką odjął.. Odtąd myślałem tylko o tym jak się zbliżyć do tego stworzenia.

Rozważałem wszystkie za i przeciw, w końcu postanowiłem podjąć ryzyko – przecież po to tu przyszedłem i spędziłem już cztery miesiące w ostępach. Zdecydowałem, że najwyższy czas zerwać z dotychczasową rutyną i wyjść poza strefę bezpieczeństwa.
Nie mogę już siedzieć po nocach jak kołek.
    Powinienem spać w dzień i wędrować nocą – co wcale mi się nie podobało.
Trzeba się jednak zmierzyć ze wszystkim, czego ludzie najbardziej się boją: - ciemnością, lasem, wilkiem, niedźwiedziem i mnóstwem innych naturalnych zagrożeń.
Indianie wpadli na znakomity pomysł – zaczęli posyłać ośmio, - dziewięcioletnie dzieci w góry i zostawiać je tam same na pięć dni. Niektórzy wciąż kultywują ten zwyczaj. Ten szczególny rytuał miał zabić w dziecku strach.
      Malcy zawierali pokój z przyrodą na podobnej zasadzie, na jakiej Levi doszedł do porozumienia z niedźwiedziem i przestał się go bać.
Podstawą przetrwania jest kondycja. Żaden drapieżnik nie porwie się na innego drapieżcę, który jest w pełni sił.. Natomiast zwierzę ranne lub w jakikolwiek sposób osłabione jest praktycznie skazane na śmierć.
      Zmieniłem postępowanie i znowu pierwszej nocy byłem naprawdę dokładnie przerażony. Zdawałem sobie sprawę, że to, co robię, jest znacznie bardziej niebezpieczne niż noc wśród watahy trzymanej w niewoli. Nie byłem także przyzwyczajony do widzenia w ciemnościach. Gdybym się potknął i upadł, drapieżnik dopadłby mnie w mgnieniu
oka.      
Zupełnie jakbym pływał z rekinami, nie mając nad nimi żadnej przewagi.
Nie odszedłem daleko – może dziesięć kilometrów, zatrzymując się co krok i nasłuchując. Wiedziałem, że choćbym nie wiem jak uważał i cicho się zachowywał i tak co chwila zdradzam swoją pozycję.

Księżyc był w nowiu i nie mogłem się nadziwić, że tak dobrze widzę, choć tylko w odcieniach szarości.
     Zmysły mi się wyostrzyły.
Oddychałem głęboko, żeby zwietrzyć zapach. Sprawdzałem skąd wieje wiatr. Daję słowo, wydawało mi się, że słyszę bicie własnego serca, które tłukło się w piersi jak oszalałe.
     Najbardziej bałem się niedźwiedzi, bo są zupełnie nieprzewidywalne. Odkąd zetknęły się z człowiekiem, można napotkać je w lesie zarówno w dzień jak i w nocy.
Oswoiły się z widokiem piknikujących ludzi, uznały turystów za doskonałe źródło pokarmu i zaczęły za nimi chodzić - w nadziei, że dostaną coś do jedzenia.

I tak doczekałem do ranka bez większych przygód, choć z początku myślałem, że będzie to moja ostatnia noc. Zaczynał się nowy dzień a ja wciąż żyłem i pękałem z dumy!
Wszystkie oblane egzaminy i inne życiowe niepowodzenia przestały się dla mnie liczyć.
    
Podczas jednej nocy w Górach Skalistych, pośród najniebezpieczniejszych ssaków na Ziemi, udało mi się osiągnąć więcej niż przez trzydzieści lat życia wśród ludzi. Tamtego ranka rozpierały mnie emocje. Jak dobrze jest żyć – już nikt nigdy mi nie wmówi, że jestem nieprzystosowany!
     Zdecydowałem się na następny ruch: - złożyłem dłonie wokół ust i zawyłem, jak umiałem najlepiej. Wstrzymałem oddech i czekałem z duszą na ramieniu.
Minuty wlokły się jak godziny.
Raptem ciszę przerwało długie, miodopłynne wycie, od którego aż włos zjeżył mi się na karku.
Dostałem odpowiedź. Nie do wiary, zdarzył się istny cud, wilk dał mi odpowiedź!

Następnej nocy zobaczyłem go. Było ciemno, nie zdołałem mu się lepiej przyjrzeć, by ustalić płeć, wnioskowałem jednak z rozmiarów, że mam do czynienia z samcem. Z drugiej strony także czarne samice bywają naprawdę spore.

Przez następne dwa tygodnie spotykałem tego wilka codziennie. Okazało się, że to młody samiec. Nie chciał podchodzić bliżej, widziałem jednak, że mnie obserwuje. Ilekroć go spostrzegłem, wbijał we mnie wzrok, ociągał się chwilę, po czym znikał wśród drzew.
      Nocami wyliśmy do siebie z odległości nie większej niż dwieście metrów.
I wtedy dokonałem zdumiewającego odkrycia: - to nie był samotny wilk. Należał do watahy złożonej z pięciorga osobników. Myślę, że został wysłany na zwiady przez samicę alfa.....