poniedziałek, 17 lutego 2025

Stara papierówka

I znowu idę skrajem drogi w tej straszliwej i cudnej samotności. Idę tym razem zgodnie ze wskazówkami Kwarcowego z Bajek Robotów; - Tylko nie myśleć, wtedy dobra nasza. Taki marsz nie wymaga bowiem wielkiego wysiłku umysłowego – wystarczy iść bezmyślnie. Więc nie myśleć jak tylko długo się da, a jak dłużej się nie da, to wtedy myśleć.

Początek lipca. Dochodzę właśnie w ulubione miejsce biwakowe i z ciekawością oczekuję widoku łąki na szczycie. Jako że w ubiegłym roku pory kwitnienia jakby przyspieszyły, miałem nadzieję, że już przywitam się z arniką - dla mnie księżniczką lokalnych kwiatów. Kilkaset metrów łagodnego podejścia i z daleka dostrzegam zdecydowaną żółtość na szczycie! 

W końcu sierpnia nie trafiłem na zimowity, natomiast na kwitnienie arniki przybyłem w sam raz! Więc dobra nasza, tudzież radość! Atoli najpierw, jako że jest pochmurno i mgliście, stawiam dom pod sławnym jaworem.


 Dom stoi, a przy zbieraniu patyków na ognisko, pod drzewem rosnącym w pobliżu odkryłem stare kupy żubrów, sprzed tygodnia może. Jako że drzewo to jabłoń, spojrzałem w górę i zobaczyłem ostatnie nieliczne drobne papierówki na tej stareńkiej (sto lat co najmniej) łemkowskiej - bojkowskiej jabłonce, nic dziwnego że już nieco podeschniętej. Jabłuszka wisiały wysoko, więc żubry tam nie sięgnęły. To miłe przywitanie, dziękuję ci jabłonko!


Pojadłem ci ja niespiesznie, po czym nadeszła pora pozachwycania się kwitnącą łąką.













piątek, 14 lutego 2025

Wielki Pies Seksu

 


Od momentu wielkiego wydarzenia, jakim jest rozpoczęcie podróży do samego siebie, człowiek dysponuje nadwyżką miłości i rozumie, że zwracanie się do innych w oczekiwaniu na miłość było błędem, bo inni byli także żebrakami.

    Od chwili, kiedy zaczniesz być sobą, co jest równoznaczne z medytacją, w klimacie ciszy, bez myśli, w zachwycie nad światem, nagle zobaczysz, że otwiera się przed tobą tysiąc kwiatów, a ich aromat jest miłością.

    Wszedłeś w bajeczny, kolorowy świat. Pierwszą osobą, którą spotkasz w tym świecie jesteś naturalnie ty sam.

Przelewająca się miłość spowoduje, że najpierw pokochasz samego siebie. I to jest całkiem naturalne. Najpierw uświadomisz sobie błogostan w którym jesteś i światło, które ciebie przepełnia.

     Bycie sobą to pokochanie siebie.

Aby taki stan osiągnąć, przede wszystkim należy przestać słuchać duchownych. Oni są wrogami wolności, wpajają wartości negujące życie.

Duchowni mówią: - zapałaj nienawiścią do przyjemności i cierp, aby wejść do raju!

     Tylko, że z tego raju jakoś nikt do tej pory nie wrócił, nie ma więc dowodów na to, że on w ogóle istnieje.

 

Pewnego razu stary ksiądz przestrzegał parafian przed grzechem:

      Grzech - powiada – jest jak Wielki Pies!

Jest Wielki Pies dumy i zazdrości, chciwości i seksu. Musicie zabić te wszystkie psy, zanim was rozszarpią i uniemożliwią wejście do nieba. To jest możliwe, bo ja tego dokonałem po wielu latach. Na końcu zabiłem, uwierzcie mi moje dzieci, na końcu zabiłem także Wielkiego Psa Seksu.

    Ojcze! - Odezwał się głos z tylnej ławki – czy nie uważasz że ten ostatni Wielki Pies zmarł śmiercią naturalną?

  Kiedy żyjesz naturalnie i niczego nie tłumisz, wszystko staje się samo i bez wysiłku. To są cykle biologiczne zupełnie takie same jak zmieniające się pory roku.

   Nie trzeba walczyć z naturą, taka walka daje przeciwny skutek od zamierzonego.             

                                                                           Osho



czwartek, 13 lutego 2025

Dziś na giełdzie

 



Lepieje - Wisława Szymborska

 



                                                - Lepiej zaszyć się gdzieś w kniei,

 niż harować dla idei.

 

-Lepiej wyrwać ząb mądrości,

niż być głupim do starości.

 

- Lepiej zmieścić się w limicie,

niż przedłużać zbytnio życie.

*

                                      -    Lepiej szukać lepszej gratki,

niż wpaść w rów między pośladki.

środa, 12 lutego 2025

Zagubiona umiejętność

 


 Jechałam przez Polskę pociągiem. Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji i wtedy z wagonu wysiadła starsza pani. Na peronie stały trzy osoby najwidoczniej oczekujące na nią. Starszy mężczyzna i dwójka młodych (koło trzydziestki).

   Ci ostatni przyglądali się z lekkim zażenowaniem sytuacji spotkania starszych. Pociąg stał dłuższą chwilę, mogłam więc obserwować dyskretnie zdarzenie.

Otóż gdy pani zeszła na peron, pan do niej podszedł, objął ją, przytulił, odsunął na odległość  ramienia, znowu przytulił, znowu odsunął. Wyglądało to jak spotkanie małżonków po bardzo długiej rozłące, może po powrocie ze szpitala, albo z zagranicy.

Wszystko odbywało się bez jednego słowa, a radość tych ludzi wyrażały jedynie ich rozpromienione twarze i gesty. Widok powitania chwytał za serce.

Osobliwa była natomiast reakcja młodych, którzy stali z boku i zachowywali dystans, zerkając jednak na boki, czy ich (jak się domyślam) rodzice nie są pośmiewiskiem.

Pomyślałam, że ci starsi państwo są szczęśliwi, są sobą, są szczerzy, spontaniczni, natomiast ci młodzi są o coś ubożsi. Mianowicie oni gdzieś po drodze zagubili umiejętność cieszenia się szczęściem innych. 

                                                   Simona Kossak



wtorek, 11 lutego 2025

Reinhold Messner

 




Natrafiłem na poniższy niepublikowany tekst szykowany do bloga lata temu.

Ominąłem go w natłoku innych materiałów, atoli padają w nim niebylejakie słowa alpinisty Reinholda Messnera (himalaisty raczej – poprawią mnie zaraz ci, którzy są skrupulatni):

 

- „Wchodzę, ale to tylko moje nogi wchodzą i ciało, a ja równolegle zdobywam swoją wewnętrzną górę – odkrywam swoje wewnętrzne lęki, uwarunkowania, nadzieje, oraz to co pozwala mi nazywać się człowiekiem.

Pojmuję, że prawdziwe współzawodnictwo można toczyć tylko z samym sobą.

Naprawdę liczą się tylko te kroki, które stawiamy na zboczach wewnętrznej góry. 

Każdy z nas idzie naprzód przez życie, niezależnie od tego, czy jest to droga główna, czy też boczna bez wylotu.

Jeśli jest bez wylotu – wrócisz, oczywiście o ile tak masz zapisane w gwiazdach, żeby dalej piąć się pod górę”.   




poniedziałek, 10 lutego 2025

Zwątpienie

 


Mejl od człowieka poznanego na szlaku:

„Kiedyś przyszła pora na zadanie sobie pytania: - czy ja wierzę w katolickiego brodatego Boga, który podobno sprawuje pieczę nad katolikami? A co z tymi, którzy katolikami nie są? Wmawiano mi, że oni są gorsi, a jeśli to bujda i gorsi to my?

Stopniowo stawiałem coraz odważniejsze pytania: - Co to za zaborczy Bóg, który każe wierzyć tylko w siebie i klękać na zimnej posadzce smutnego kościoła? I po co mu tylu ubranych na czarno urzędników, którzy twierdzą, że mają prawo wyznaczać pokutę?                                       

W mojej parafii ksiądz wyłudził pieniądze od wielu wiernych, bo jak się okazało był hazardzistą. Przyjechał biskup i prosił ludzi, aby wybaczyć zbłąkanej duszy. Gdzie tam zwrot pieniędzy! Wybaczyć trzeba, bo to po chrześcijańsku. Mocno poranieni wierni odpuścili, a księdza biskup przeniósł na drugi koniec Polski. Po wielu latach jego nazwisko pojawiło się w aferze pedofilskiej.

Jedna znajoma z naszego miasteczka wyznała zdradę małżeńską innemu już księdzu na spowiedzi, a ten jej powiedział, że nie zasługuje na rozgrzeszenie. Kobieta się truła, na szczęście nieskutecznie.                                           

To Bóg dał takie prawo jednemu człowiekowi, żeby drugiego traktować po uważaniu? I to prawo wynika tylko z czarnej sukienki?

Opadały mnie coraz większe wątpliwości, ale dalej nie potrafiłem się zdecydowanie odciąć od kościoła. Jednak na niedzielne msze już nie chodziłem i znielubiłem przyjmowanie księdza po kolędzie. Zgadzam się z tobą, że wśród księży jest wielu przyzwoitych ludzi, ale do mojej parafii tacy jakoś nie trafili.

Dużo czytałem i zacząłem trochę wyjeżdżać poza kraj. Poznawałem innych ludzi i ich niekatolicki świat.          

I przyszły refleksje. Te ostatnie razy w kościele dobrze pamiętam: - skręcało mnie, kiedy słyszałem, że jestem marnym robakiem, który musi błagać o wybaczenie. A ja nie jestem robakiem. Jestem fajnym facetem. I nie muszę nikogo za nic przepraszać, a zwłaszcza za to, że jestem na tym świecie, bo nikogo nie krzywdzę. To że jestem, to jest powód do radości, a nie do smutku i posypywania sobie głowy popiołem. I wtedy powiedziałem - Koniec! Nie będę recytował modlitw z refrenem „Zmiłuj się nad nami”.

Wkurwiłem się wręcz, a jak mówisz uczucia nie kłamią i stwierdziłem, że taką obłudną wiarę to ja w dupie mam”.

piątek, 7 lutego 2025

Bajka o wyzwoleniu

 


 Żyła raz biedna wdowa z synem. Był to czas głodu. Siedzieli kiedyś oboje zatroskani, żując ostatni kawałek czarnego chleba, gdy nagle ktoś do drzwi załomotał. Otworzyli. W progu stał obcy. Przybysz zasiadł z nimi pospołu przy stole, rozwiązał sakwę i wyjął z niej pieczenie i pasztety, biały chleb, wino. Poczęstował gospodarzy, pojedli, popili. Natenczas  przybysz rzekł:

- Jestem Czarnoksiężnikiem i potrzebuję ucznia. Jeśli chłopak się zgodzi i będzie słuchał nauk przez siedem lat, wtedy opanuje wspaniałe rzemiosło - wypowie tylko jedno słowo - na stole pojawi się strawa. Da jeden znak, a kieszenie będą pełne pieniędzy.

I tak oto syn wdowy, jeno po krótkiej wymianie spojrzeń z matką, choć bał się okrutnie, nie mówiąc ani jednego słowa, poszedł na naukę do Czarnoksiężnika. A nauka była niełatwa i żmudna.

Mijały lata. Któregoś dnia, Czarnoksiężnik wręczył uczniowi pęk kluczy i wyjawił, że wyjeżdża na rok. Dodał, że chłopcu wolno buszować do woli po całym ogromnym domu, atoli nie wolno mu otworzyć pewnych drzwi, pomalowanych dla odróżnienia na czerwono. Jeśli poważy się otworzyć zakazane drzwi, zginie.

Po wydaniu owych poleceń, Czarnoksiężnik wyjechał. Był dobrym psychologiem, jak to zwykle bywa z magami i przygotowywał ucznia wiele lat do egzaminu. Te lata były konieczne, aby chłopak przyzwyczaił się do trwałego dobrobytu, tudzież poczuł dumę z posiadania wtajemniczenia. Jednocześnie był już na tyle rozumny, że wiedział, iż może przekreślić wieloletni wysiłek i dotychczasowe wyrzeczenia, gdy złamie zakaz.

Uczeń był w wielkiej rozterce, aliści w końcu użył klucza i zakazane drzwi otworzył. Zobaczył za nimi pięknego, białego konia stojącego po kolana w gnoju. Przejęty widokiem, odruchem serca sprzątnął pomieszczenie, po czym wyczyścił zwierzę.

Nagle w komnacie pojawił się błysk i z bańki świetlnej wyszedł Czarnoksiężnik.

Adept struchlał potężnie, spodziewając się kary, coś go nawet boleśnie ścisnęło za gardło, azaliż szybko zdiagnozował rzecz jako neoanginowy ból gardła, bo każdy ból gardła to neoanginowy ból gardła, czyli sprawa całkiem błaha.

Stoi więc chłopak i dziwi się wielce, gdyż Czarnoksiężnik jest uśmiechnięty od ucha do ucha i rzecze: - Oto w świecie Magii narodził się nowy mistrz i jesteś nim ty, mój drogi uczniu! Zdałeś egzamin!


czwartek, 6 lutego 2025

Szufladka Opowieści Niezwykłych

 


Staszek First z Reksiem.


Druga z prawej - łuska naboju snajperskiego ze zwiększonym ładunkiem prochowym. Ustawialiśmy te łuski – żołnierzyki tak i siak, Staszek coś opowiadał zgodnie ze swoją manierą przeskakiwania z tematu na temat, od czego rozum mi się szybko męczył. Aliści godny uwagi był wątek o księdzu:

- Przyjeżdża tu jeden ksiądz na polowania – powiedział Staszek.

- Jak to ksiądz? – ja na to – i strzela?

- Ano strzela.

- Przecież to niezgodne z przykazaniem „nie zabijaj”!

- To pan nie wiesz, że te skuriisyny mają przykazania w dupie, bo co innego mówią, a co innego robią?

- Też racja. 






 Staszkowi trzeba było podrzucić jakiś ciekawy temat, wytrącić go z tokowania, spowodować, żeby otworzyła się (jemu) Szufladka Opowieści Niezwykłych. Kiedy to się wydarzało, Staszek zaczynał mówić składnie, płynnie i ze swadą. Pamiętam, że tego dnia, przy zabawie łuskami, przerywając męczący monolog, opowiedziałem Staszkowi o tajemnicy kręgu Stonehenge. Nawet ustawiałem wojsko na kształt.





Staszek wysłuchał, długo milczał, po czym otworzyła się Staszkowa Szufladka i wyjawił, jak kilka lat temu znalazł się dwukrotnie w „cofniętym czasie wojennym”. Tkwi to opowiadanie razem z innymi Staszkowymi w archiwum, ale ciekawe - plik tak się ukrył, że kilkakrotnie go szukałem, niestety bez rezultatu.

Azaliż jak wiemy wszystko dzieje się w swoim czasie i znajdę plik bez wysiłku, tak zwanym przypadkiem, jak przyjdzie pora.

środa, 5 lutego 2025

Dzwon cerkiewny z Maniowa

 


Ponad
Maniowem, rok 2015. W tle widać dymy z retort (wypał węgla drzewnego) w Szczerbanówce.


 W ubiegłym roku w Maniowie wydobyto dzwon cerkiewny. O miejscu ukrycia artefaktu władze wiedziały od dawna – nie na darmo chodzą po Bieszczadach skuteczni detektoryści.

Kto chce więcej o tym czytać, ma artykuły z prasy regionalnej w necie.

Jednak media jakoś dziwnie, a może po prostu po staremu naświetlają przyczynę ukrywania dzwonów z cerkwi bieszczadzkich. Mianowicie informuje się, że dzwony ukrywano przed Niemcami. To ciekawe, przed Niemcami w 1947 roku?

Także w ogóle nie pisze się o akcji palenia cerkwi zarządzonej przez Sanację w 1938 roku.

W okolicy można się jeszcze natknąć się na rozmaite artefakty wojenne. Chodziłem z wykrywaczem pomiędzy Łupkowem, Wolą Michową, a Chryszczatą, więc coś wiem.

Dziś napiszę o znalezisku odkrytym tylko za pomocą oczu podczas zwykłej włóczęgi po lesie.

Otóż znajdowaliśmy się akurat (Henryk Bieszczadnik i ja) naprzeciwko Maniowa, po zachodniej stronie szosy, na górze opisanej jako Szczycisko. Tuż za szczytem, w kawałku prawdziwej starej puszczy pełnej wykrotów i powalonych olbrzymów, po zachodniej stronie zbocza, nadepnąłem na stertę łusek. Czyli precyzując: - odkrycie nastąpiło za pomocą nogi, a dopiero potem oczu.




 Były to duże łuski (kaliber 25 mm) do działka przeciwlotniczego, które  miało pozycję w stronę południowo – zachodnią, czyli w stronę Słowacji. Na spodzie łusek był wybity rok 1942 i 1943.

Akurat znudziło mnie zbieranie grzybów, tudzież jazda na rowerze, dlatego znaleziskiem ucieszyłem się jak dziecko. Zawołałem Henryka i wspólnie odgrzebaliśmy ze ściółki i błota cały towar, który udało się namacać. Nie mieliśmy plecaków, więc wróciłem z plecakiem po południu. Oczywiście przedtem postarałem się zapamiętać miejsce, jednak minęło sporo czasu na krążeniu blisko – blisko, zanim  trafiłem na swój skarb. Było tego z 15 kg. Nastąpił postój przy potoku i mycie. 


Następnego dnia zaczęła się zabawa typowa dla chłopców – ustawianie wojska. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przypomniało mi się aranżowanie wielogodzinnych bitew ołowianych żołnierzyków. Miałem ich duże pudło.

    Czas sprzyjał nowej atrakcji - Henryk wyjechał, znowu byłem przez chwilę sam. Przez chwilę, ponieważ niespodziewanie zaszedł do mnie Staszek First. Lubiłem Staszka, ale początkowo nie byłem zadowolony z tej wizyty. Jednak tylko początkowo, bo gdy Staszek spojrzał na ustawione łuski, wydał okrzyk zachwytu i w ten oto sposób dwóch starych chłopów (Staszek urodzony 1938) ponownie stało się dziećmi.


Na czele oddziału synek z tatusiem: - zwykły nabój karabinowy i nabój do działka. 

    Jedna z łusek rozerwana – strzelanie z działka zakończyło się wypadkiem?




Znajdowałem już wiele naboi karabinowych, które leżąc w ogniu wybuchały rozrywając ścianki łuski, ale to były naboje z Bitwy Karpackiej, albo z walk UPA – LWP. Nic nie wskazywało na ogień w tym miejscu – łuska rozerwana na kwiat leżała wśród innych wystrzelonych, a nie naruszonych. Stojące tu działko strzelało prawdopodobnie w roku 1944, do samolotów alianckich nadlatujących, jak już wspomniałem, od strony Słowacji.


wtorek, 4 lutego 2025

Co mówił Kwarcowy

Postanowiłem napisać o receptywności, atoli mając na uwadze kreatywność, zamiast się wysilać odszukuję słowa Osho:


„Receptywność to są drzwi do boskości.

W takim stanie po prostu jesteś.

Bo rozum od bycia dzieli wielka odległość. Im więcej myślisz, tym mniej jesteś, im mniej myślisz, tym bardziej jesteś.

     W chwilach, kiedy w ogóle nie myślisz, byt objawia się w całej pełni.

     Receptywność to odrzucenie całego śmietnika, który stale nosisz w głowie. Masz tam bowiem całe mnóstwo bezużytecznych rzeczy.

Umysł oznacza przeszłość, a przecież przeszłość już się wydarzyła i odeszła. I więcej się nie zdarzy.   

     Nic dwa razy się nie zdarza – może być tylko podobne.

Nie ma dwóch takich samych poranków ani zachodów.

 

Jeżeli będziesz bez przerwy dźwigał wspomnienia, nigdy nie zobaczysz nic nowego. Oczy przesłonią ci doświadczenia z przeszłości i obecne oczekiwania, nie będziesz w stanie ujrzeć tego, co znajdzie się na twojej drodze.

 

(Autor: - Czy obserwowałeś grupy turystów idących popularnym górskim szlakiem? Jakże często są nieobecni – prowadzą dyskusje, mają sobie tak wiele do powiedzenia).


W ten sposób mijamy się z życiem, przeszłość nas izoluje, otacza, zamyka w czymś, co już nie istnieje. Zamykasz się w kapsule śmierci.

    Bowiem im jesteś starszy, tym grubsza staje się otaczająca cię skorupa martwych doświadczeń.

    Stajesz się coraz bardziej zamknięty.

Powoli zamykają się wszystkie drzwi i okna.

Istniejesz mimo to, ale istniejesz w alienacji, tracisz związek z życiem. Nie możesz mieć żadnego związku z drzewami, górami, gwiazdami, bo otacza cię potężny mur przeszłości.

      Receptywność to stan, w którym ponownie stajesz się dzieckiem.

 Czy pamiętasz słowa: - „Jeśli nie będziecie jak dzieci, nigdy nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego”.?

 Dziecko jest receptywne bo prawie nic nie wie.

Stary człowiek nie jest receptywny, bo wie za dużo.

Wiedząc za wiele, staje się zamknięty w sobie.

Aby odżyć, powinien narodzić się na nowo – musi umrzeć dla przeszłości i ponownie stać się dzieckiem – naturalnie, że nie dosłownie.

    To nasza świadomość powinna być dziecięca – tylko pamiętaj: nie dziecinna, a dziecięca.

Powinna być dojrzała, dorosła, a jednocześnie niewinna.

 Właśnie w ten sposób uczysz się prawdy, która objawia się w każdej chwili życia.

Uczysz się poznawać Gościa, który nadchodzi i puka do twoich drzwi co dnia, co chwilę. Jednak twój wewnętrzny monolog rozbrzmiewa tak głośno.

     Trwa nieustanna procesja twoich myśli i przez to nie słyszysz tego cichego pukania….”

 

 Więc jak mamy prawidłowo dbać o tę receptywność? Tudzież w jaki sposób zatrzymać nieustanną procesję osobistego myślenia?

Sprawa jest prosta: - sięgamy atoli do Bajek Robotów- klasyka Lema Stanisława:

„- Byle tylko nie myśleć – rzekł sobie Kwarcowy - a będzie dobra nasza!

I postanowił sobie tę jedną frazę powtarzać, co nie wymagało wielkiego wysiłku umysłowego. Ruszył więc Kwarcowy dalej bezmyślnie.

- Byle tylko nie myśleć – powtarzał idąc – chyba że będzie potrzeba, wtedy myśleć”.