środa, 7 stycznia 2015

Grudzień - Łemkowyna

  
W takim stanie został stół po 20-leciu Kołyby. I na taki stan spadł pierwszy śnieg. Leży tu tabliczka z adresem grzyba, wypisana przez Staszka.
   


Na ławce w domu rozłożone plakietki Henryka. Na zdjęciu tylko drobna część zbioru.
      


Jedziemy. Niestety nie kolejką. Widać znany profil. Ilu pasażerów? Kto zgadnie?

Pojechaliśmy z Henrykiem Bieszczadnikiem do Nowego Łupkowa. Być może, żeby coś zjeść. Ale nie dało się tam zjeść. Wszystko zamknięte, chociaż to nie był 8 marca - dzień kobiet. Od czasów Stachury - 40 lat minęło, a tu się nic nie zmieniło. Może to i dobrze? 
Po Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Nowym Łupkowie tyle zostało.
   


Idąc przedwojennym nasypem kolejki leśnej bieszczadzkiej czułem się dobrze.( w jednym słowie ) A w dwóch słowach?
Bardzo dobrze! Czułem się bardzo dobrze, bo niewiele myślałem (chociaż miałem czas). Robiłem zdjęcia po prostu.
Taki trzygodzinny spacer. Pogoda jak na grudzień – niezła. Temperatura dziecinna, może minus jeden, nie to co teraz.
I widoki niezłe.
  



I tropy można było czytać jak z książki.
  


I była w domu zupa grochowa taka gęsta, że łyżka w niej stanęła (i stała) .
I było ciepło,  bardzo miło, oraz niezwykle przyjemnie.
   


Dalej to Stachurze oddam głos, jak on jechał kiedyś do Nowego Łupkowa.

Śnieg, którego końca nie było widać, przestał sypać następnego dnia i pojechaliśmy z miejscowości Majdan, którą Junior nazwał Dawson, przez bieszczadzkie Terytorium Jukonu do Nowego Łupkowa.

Bieszczadzka kolejka.

Jechaliśmy ciuchcią leśną dokładnie wyładowaną olbrzymami buków, dębów, jodeł i świerków i z jednym osobowym wagonikiem na samym końcu składu. W wagoniku był piecyk typu koza, jak to bywa, w którym wesoło buzował ogień. Po tym, jak regulaminowo spisał nas z dokumentów wopista pełniący chyba codzienną służbę w przygranicznej kolejce, dołożyłem węgla do piecyka i usiadłem spokojnie obok na ławce. Zapaliłem papierosa i wyciągnąłem ręce w stronę ciepłego kręgu powietrza, falującego wokół rozgrzanej blachy. Drugą i ostatnią rękawiczkę posiałem na Łopienniku.

Fauna, flora i pieniężna ludzi zmora.

Czy można być niezawodnym?

Że wszystko jest jak sen, jak sen;
Że wszyscy są zawodni, to wiem, to wiem.

Ech, niezawodna, ech niezawodny! Więc czy można być niezawodnym. Nie można chyba. Tak przypuszczam. Nie wiem. To, co na pewno wiem, że można, to być mnie zawodnym. Santa Polonia, jak ciężko jest być trochę mniej zawodnym od innych zawodników i zawodniczek. Tak ciężko, że co jakiś czas trzeba szukać ustronia, odludzia, z dala od tłumnych boisk, chwytać mocno głowę rękami i jęczeć cicho: Santa Polonia, jak ciężko, jak ciężko jest być panem samego siebie.
     W przygranicznej Balnicy do długiego składu kolejki leśnej dotoczono cztery lory wyładowane olbrzymimi pniami drzew, a do osobowego wagoniku na końcu tego całego taboru wsiadło czterdziestu robotników (nie rozbójników!) z utensyliami w rękach, otupując na stopniach buty ze śniegu, w którym tonął cały tutejszy bieszczadzki świat. Ci, co się usadowili, co siedli na ławach, od razu, bez ceregieli przystąpili do zechcyka, czyli 66. Pozo-stali to na dwóch nogach, to na jednej, to na drugiej. Wszyscy, ja z Juniorem też okropnie kopciliśmy papierosy.
       - Śnieg jest, ale mrozu nie ma. I to już piąta taka zima
jest. To nie zima.
      -To wszystko od czasu, jak zrobili zalew w Solinie. To
woda to robi, że tak jest.
     - Nie, to klimat się zmienia.
     - Pisali w gazecie, że w Egipcie spadł śnieg, nie pamiętam już, na jakie miasto, czy na Kair, czy na inne. Wszystko stanęło, cała komunikacja, bo nie przygotowani byli. Kilkaset lat śnieg tam nie padał.
    - Tak, tak. To klimat się zmienia. I tak ma być do 1980 roku. A potem ma przyjść lodowiec.
    - Przyjdzie lodowiec i to będzie nasz pokrowiec – rymnąłem w sam środek rozmowy.
   - Ja tego już nie doczekam – przemówił jeden stary urzędnik, też pasażer. - Do tego czasu, to ja się schowam pod ziemię. Do swoich.
Ciuchcia okrążyła szczyt Matragony, skąd wypływa Osława – rzeka taka jak inne. Ale nie dla każdego. Bo nie jest to rzeka taka jak inne dla tych na przykład, którzy nad jej brzegami się urodzili, albo dla tych, którzy w jej spienionym powodziowym nurcie kogoś bliskiego ( jakby siebie samego) utopionego utracili. Błogosławienie miejsc i lżenie przekleństwami miejsc. Tych samych miejsc. Przez różnych ludzi.
     Ty, dla którego nic nie powinno być obojętne, jeżeli chcesz być podobny do poety, spróbuj połapać się w tym wszystkim. Rozdziel nici, połącz nici, zerwij nici, zwiąż nici, uczyń wszystko, co trzeba, staraj się nie zapomnieć o niczym i spróbuj rozstrzygnąć, jakie jest twoje uczucie, jak mu na imię, i dalej już tego się trzymaj, bo dosyć już chaosu, tej szarpaniny uczuć mieszanych i podzielnych, nie niepodzielnych, bo życie ci przepłynie i ciągle nic nie będziesz wiedział, niczego nie rozstrzygniesz, żyć będziesz niezdecydowanie aż do śmierci niezdecydowanej.

Sunęliśmy przez tonącą w śniegu dolinę Osławy do Maniowa, do Woli Michowej i do Smolnika, gdzie druga kolejka miała ciężko pociągnąć cały tabor, prócz naszego osobowego wagoniku, do tartaku w Rzepedzi.
       Sunęliśmy może 30 km na godzinę, może 20 km na godzinę i absolutnie nie było tego, że – ale wolno jedziemy. Nie było tego, że kogokolwiek ta powolna jazda denerwowała. Bo to nie była w tym układzie jazda powolna. W tym układzie: na wąskich torach, z małym parowozem daleko w awangardzie, a za parowozem – lory, cały długi sznur lor wyładowanych długimi, zwalistymi strzałami drzew, więc w tym układzie wszystkich tych współrzędnych – to była taka jazda, jaka powinna być. Z góry, gdy toczyliśmy się, konduktor i pomocnik maszynisty jeszcze hamowali jazdę ręcznymi hamulcami. I wszystko było w porządku. W innym układzie, o innych współrzędnych, na przykład w samolocie Boeing 707, jest inna jazda. Śniadanie w Warszawie, obiad w Brukseli, podwieczorek w Montrealu, kolacja w mieście Meksyk, jak mi się to zdarzyło jednego dnia pewnego. Czy to jest pośpiech, ta druga jazda? Wyglądałoby na to, że tak, ale nie wiem dokładnie. To jest na pewno inne pokonywanie innych odległości.
       Ja zaś chciałem zauważyć pośpiech. Ten pośpiech pomiędzy ludźmi: cześć, jak się masz?, wszyscy w domu zdrowi?, no, to cześć, muszę lecieć!.
I już pędzi nasz człowiek, a gdyby przystanął i chwilę pomyślał, toby się okazało, że wcale nie musi pędzić, ale pędzi, często sam nie bardzo wie dokąd, wymyślił sobie ten pośpiech, wydaje mu się, że w epoce lotów samolotami ponaddźwiękowymi on już nie może normalnie chodzić tylko szybko musi chodzić albo biec, dał się złapać na ten lep iluzji, na tę nowoczesną muchołapkę „cap-cap”, że na widok przemykających ulicami samochodów, a ulicami nieba samolotów – należy prędzej oddychać, żeby być człowiekiem współczesnym.
      Nawet nie słucha odpowiedzi na przelotnie rzucone znajomemu pytanie: „Jak leci?”.
Na co ja odpowiadam nieraz: „Marnie leci, słabo leci”. Ale to nie dochodzi do uszu pytającego. Dochodzi tylko pozytywna odpowiedź: Dobrze leci. Której ja nie wypowiadałem przecież, bo negatywnie nieraz odpowiadałem: „Jak krew z nosa leci”.
Więc pędzi nasz człowiek, często sam nie bardzo wie gdzie, pośpiesza śpiesznie zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze. A z nim, jak gazetowy zwitek pod pachą – całe jego życie zdawkowe.
Jakaś nowa poezja, owszem z tego pośpiechu powstaje: poezja właśnie pośpiechu i życia zdawkowego, ale co to za poezja?
Bardzo taka sobie, rachityczna, anemiczna, tanio-powierzchowna, płasko-lizakowa.         
      Trochę ciekawa, jak prawie wszystko co nowe, ale nie na długo.
Jej ciekawość pośpiesznie się wyczerpuje. A poza tym nie zauważają ofiary pośpiechu tej poezji pośpiechu, bo nie mają na to czasu. Muszą zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze. A chociaż duże pieniądze? Skąd! Małe pieniądze. Liliputowe. Summa summarum żałosne sumy. Nie szumne sumy. Ktoś z boku może zauważyć tę poezję pośpiechu i życia zdawkowego, spektator, widz, obserwator przyrody, który ma czas oprzeć się o słup przystanku tramwajowego czy autobusowego i nie wsiada, kiedy zajeżdża jeden, drugi, trzeci wehikuł, tylko patrzy, co się dzieje.
( …..) Lecz idzie o to, żeby ta poezja pośpiechu nie stała się dla świata głównym, a w końcu jedynym pożywieniem.
      Bo jeżeli ta poezja pośpiechu i życia zdawkowego zaczyna się tak zaraźliwie szerzyć i ogólnoświatowo panoszyć, jak to widać prawie co krok, to to zaczyna być groźne.
W Nowym Łupkowie, ciągle na rubieżach polskiej krainy, zamierzaliśmy z Juniorem coś zjeść i coś wypić, ale bar naprzeciwko peronu był zamknięty. Karteczka na drzwiach głosiła: „W dniu 8 marca bar nieczynny z powodu szkolenia GS w Komańczy”.
    W sklepiku, co obok, pani Zosia, młoda przystojna blondynka, oświadczyła mi, że do picia nic nie ma. Wszystko zabrali na Dzień Kobiet. 
Acha, Dzień Kobiet. No tak, Dzień Kobiet, Dzień Dziecka, Dzień Metalowca, Dzień Magazyniera, Dzień Szewca, Dzień Zduna i tak dalej. Niedługo dojdzie do tego, że każdy dzień będzie Dniem Kogoś.
A jeśli dni nie wystarczy? Wtedy przyjdzie kolej na noce: Noc Piekarza, Noc Nocnego Stróża, Noc Nocnego Pisarza....

wtorek, 6 stycznia 2015

Trzech braci

Albo 144 godziny z życia prawdziwków.

Bycie w łączności z naturą to w dużej części także korzystanie z jej darów. Natura obdarza nas pięknem, to jest pokarm dla duszy, oraz darami dla ciała.
A więc tu o grzybach należy napisać, o tych boskich dziełach sztuki. Bo smak grzyba jest w zasadzie taki, jaki nada mu kucharz. Przepisów jest multum. Podobne w smaku są jedynie smażone na maśle kanie i rydze.
Bardzo lubię zbierać grzyby, zawsze lubiłem i wydawało mi się, że nigdy nie nasycę tego pragnienia.
Przydarzyły mi się jednak Góry Świętokrzyskie i setki uzbieranych kilogramów.
       Opamiętałem się dopiero wówczas, gdy znajomi nie chcieli już więcej przyjmować, a ja miałem ususzonych pełną poszewkę od dużej poduszki.
W 2012 roku nasyciłem swą Grzybową Chciwość Zbierania.
A chciwość to przecież uwarunkowanie ciężkie.

Przychodzi baba do lekarza i mówi:
Panie doktorze, poproszę lek na chciwość! Tylko dużo! Bardzo duuuuużo!!!!

Teraz zbieram tylko tyle, ile mogę zjeść sam lub ze znajomymi. A ile mogę zjeść sam, gdy grzyb jest normalnie duży? Jednego tylko.
      Natomiast więcej uwagi zwracam na piękno rosnącego grzyba.
Gdy w 2014 roku po Łemkowskiej Watrze wylądowałem w Ciężkowicach, był akurat wysyp grzybów. W okolicy Ciężkowic rosną malownicze lasy na zróżnicowanym terenie poprzecinanym licznymi wąwozami, nazywanymi tu paryja.
W Domu na Górze było już dość grzybów, poproszono mnie, abym ich nie przynosił. Chodziłem więc do lasu aby wyłącznie fotografować.
Któregoś dnia natrafiłem na wykluwające się dopiero z mchu prawdziwki. Takie noworodki grzybowe. Trzech braci.
    
  

 W Bieszczadach grzyby pokazują się od czerwca, dodawałem je do posiłków prawie codziennie, przywykłem do nich, stały się tłem. Nie było w tym roku jeszcze osobnego wpisu o nich, a więc to uzupełniam.
Malownicza trójka mogła mieć 24 godziny. Postanowiłem przychodzić tu codziennie i obserwować ich wzrost. Na jednym ze zdjęć widać położoną na kapeluszu grzyba zakrywkę-osłonkę od obiektywu aparatu. Ta zakrywka ma 6,5 cm średnicy. Położyłem ją dla lepszej oceny wielkości kapelusza.


    
 
   

I tak narodził się wpis: Trzech braci, albo 144 godziny z życia prawdziwków, albo koło życia.
Bo skrupulatnie policzyłem godziny od ich narodzin aż do śmierci, gdy zamieniły się w błoto.
To alegoria na życie człowieka.
           
 Koło życia: Narodziny, wzrost, dojrzałość, robaki w grzybie symbolizują tresurę społeczną, brudy które człowieka niszczą, odbierają mu radość życia, a w końcu nadchodzi śmierć niezależnie od tego, czy byliśmy śpiący, czy nie, czy potrafiliśmy cieszyć się życiem, czy trwaliśmy w narzekaniu, smutku, oczekiwaniu na lepsze jutro.
   
  

Lepsze jutro było wczoraj – grafitti.

Każdy wybiera swą wolną wolą Drogę dla siebie.

        Te grzyby, o których jest wpis, do jedzenia nadawały się pewnie tylko w pierwszej połowie swego życia. Potem już zrobaczywiały mocno.
Robaczywych grzybów nie jadałem kiedyś ze względów estetycznych, czyli ze względu na uwarunkowania. Bo tak postępują inni.
Ale przyszedł czas na zdrowe pomyślenie. Teraz nierobaczywe grzyby jadam tylko wtedy, gdy mam wybór, gdy są inne nie robaczywe. Gdy nie ma tych innych, a tak się zdarza, nieco robaków w grzybie mi nie przeszkadza. Robak w grzybie, tak samo jak w jabłku świadczy o tym, że owoc nie jest zatruty, nie ma w sobie chemii. Robaka w jabłku można przecież ominąć, albo wypluć. Więc niewielka ilość tych maleństw w grzybie zupełnie mi nie przeszkadza. Raczej je przepraszam, raczej im współczuję. To są zawody, rywalizacja: - kto szybszy. 
A ludziom się dziwię, przecież to jest głupie: - wybrzydzają, krzywią się na takie maleńkie robaczki, a jedzą padlinę z trupów wielkich zwierząt. W takim podejściu jest przecież esencja hipokryzji, samooszukiwania.
     

Letarg

         Odzyskać swoje życie....
Nie dopisałem we wczorajszym poście nazwiska Osho. To na jego słowach w dużej części oparłem wpis. Lubię czytać Osho, wiele jego przemyśleń trafia mi do serca.
Nie wszystkie jednak, przecież wtedy bym zniknął i zamienił się w Osho, a każdy idzie przecież swoją własną drogą.
        Opisuję jak się czułem w Bieszczadach. To jest spisywane słowo w słowo z zeszytu, który nosiłem ze sobą. Byłem tam w zachwycie. Niemalże piałem chwilami z tej radości niewysłowionej.
Mam za to przepraszać?
      Nie zrażają mnie złośliwe komentarze, nie ma dla nich miejsca na blogu. Frustratów nigdy nie brakowało w naszym chorym świecie.
Wpisuję zdjęcia, które pracowicie czyszczę z paprochów, aparat był bowiem mocno zanieczyszczony. Tyle ze mną przeszedł w warunkach ekstremalnych. Chroniłem go jak mogłem. Dopiero w listopadzie doczekał się czyszczenia.
      Odzyskać swoje życie. 
To jest bardzo cenne. Nawet powiedział bym, że najcenniejsze.
Zdarzyło się kiedyś, dokładnie to nie wiem kiedy, że zgubiłem swoje życie. Być może za wcześnie zawarłem pakt z ciałem. Bo ciało czegoś chciało.
A wtedy ja i ciało to także była jedność. Poszedłem za potrzebą ciała. Zwłaszcza jednej jego części.
      Tak się zdarza przecież? I to niezwykle często, właściwie zawsze zdarza się u większości facetów, że myślą w młodości najpierw fiutkiem, potem głową i fiutkiem, a potem, gdy niektóre rzeczy już zaczynają być mniej ważne, zmienia się hierarchia wartości, wtedy......
No właśnie.Co wtedy?
Wtedy można się ocknąć i poczuć się jak ptak w klatce.
A to nieciekawe uczucie. A było tak bezpiecznie i komfortowo niemal  w tych codziennych obowiązkach, bieganiach, gdy się o tym nie myślało!
Zawsze jest czas, żeby się obudzić. Znaczy: - nigdy nie jest za późno.
No dobrze: obudzić się i co dalej? Czy zawsze trzeba się rozwodzić? Broń Boże! 
          Można przecież naprawić małżeństwo i żyć długo i szczęśliwie obok kochanej osoby.
Tu aż się prosi urywek ze Stachury:

- Dwa labirynty to może być podwójny obłęd, podwójna wzajemna zagłada, jak to widać, ach, nagminnie, powiatowo i stołecznie w straszliwych, przerażających zwanych małżeństwach dwojga ludzi, którzy miłość swoją dawno zamordowali, przyjaźń doszczętnie podeptali, łopocące kiedyś pięknie na wietrze, na byle powiewie: bandery, proporce, chorągwie, flagi – sponiewierali, szmaty to teraz, ścierki, to po co, czemu, dlaczego oni są dalej razem, we dwoje, czemu trzymają się czterema rękami tego kamienia na dnie rzeki, co płynie górą, ponad nimi, a jeszcze wyżej – powietrze, w którym się można, dopóki ono jest, doszczętnie niewypowiedzianie cudownie zapowietrzyć, a u nich, na dole, mulizna i tlenu coraz większy niedostatek, przyducha jak pod zimową gruboskórną krą.
Więc czemu tak?
      Bo tak poplątały się, pogmatwały, pokołtuniły się ich labirynty, że nie z tego wyjścia, nie ma, albo może jest, może jest furtka, lufcik, przerębla, szczelina w grubej warstwie lodu, ale oni słabi są, okrutnie zmęczeni, nerwy stargali, siły potracili w domowej wojnie dziesięcio-, dwudziesto-, trzydziestoletniej, w rozlicznych potyczkach, w codziennych wyprawach podjazdowych, porannych, wieczornych i nocnych.
      Zmęczeni są, skwaszeni, zgorzkniali, struci, słabi są, więc zasłaniają się czym się da, więc latami się zasłaniają, wiekiem lat, więc dziećmi się zasłaniają, które spłodzili, chowają się za szczupłymi dziecęcymi plecami; żeby nie dzieci, to dawno bym rzucił to wszystko w diabły i poszedł sobie, ale dzieci, dziecko musi mieć ojca; żeby nie dzieci, to dawno bym to wszystko rzuciła w diabły, ale dzieci, dziecko musi mieć matkę.
     Niekoniecznie musi, pozwolę sobie zauważyć. Nieprawda milordzie? Prawda milordzie!
Dwa labirynty, to może być (jak często tak jest!) podwójna wzajemna zagłada, ale dwa labirynty to może też być (jak rzadko tak jest) – coś fantastycznego. Oboje mieszkańcy – wzajemną dla siebie nitką Ariadny. Bez której, co namacalne - to ślepa ściana, co krok, to szloch. I rozpacz. To na pewno zależy w wielkiej mierze (i w wielkiej wierze) od obojga labiryntczyków, żeby ich labirynty przepięknie ze sobą się splotły w jeden, też labirynt, ale miłosny, ale wspólny, ale bliźni.
A z bliźnim się można zabliźnić, jak mówi jedna piosenka.
I kiedy się widzi coś takiego, to potęga.
(…...)

Potrzebowałem czyli pieniędzy na zimę, która, jak już mówiłem, czaiła się, i potrzebowałem też trochę grosza na jakiś prezent, który chciałem dać jednemu małżeństwu za okazaną mi pomoc w pewnej sprawie i za to jeszcze bardziej, że się kochali pięknie i przyjaźnili ze sobą, co się bardzo rzadko widuje i coraz rzadziej w tych gigantycznych czasach. Tylko widzi się wszędzie rozkładówkę, walące się gmachy. Życie na ostrzu. Trupa litosnego, który kiedyś cały był żywą pochodnią, a oczy mieniły mu się jak perły i głos mu się mienił jak perły, i oddech mu się mienił jak perły, a teraz trup litosny. Nędza i żałość.
       Więc chciałem ja temu małżeństwu ofiarować jakiś prezent za to, co już powiedziałem, że się kochali pięknie i długo, bo nie byli już bardzo młodzi. Nie byli już bardzo młodzi.
Ale oczy im się ciągle mieniły jak perły. I patrzeć na nich, nie znając ich, to się myślało, że chyba niedawno musieli się poznać, tak sobie usługiwali z radością i nie przerywali sobie w mówieniu, tylko jak jedno mówiło, to drugie słuchało. Więc patrzeć na nich to bardzo podnosiło na duchu, tak jak się widzi nieraz jakiś czyn szlachetny, mały, najmniejszy, nawet zwykła grzeczność tak zwana, i lepiej się wtedy trochę robi, że jednak nie jest tak źle, że może jednak nie zagryzą się w końcu wszyscy nawzajem, że może jednak nie zostanie z tego wszystkiego kamień na kamieniu.
                                                                                  Stachura Edward
Każdy idzie swoją drogą. Bowiem idzie.
Mogę powiedzieć co mnie pomogło.
Pomógł mi tekst o kreowaniu rzeczywistości za pomocą myśli przeczytany w książce Rozmowy z Bogiem (Donald Walsch).
        Wiedziałem o mocy myśli od dnia wypadku z 1995 roku.
Korzystałem z tej wiedzy, aby między innymi nie płacić mandatów za łamanie przepisów drogowych. Pisałem o tym.
Chcę być szczery. Ostatni mandat, z Torunia z 2011 roku, jednak zapłaciłem, bo rozpadał się mój ówczesny świat i zupełnie zapomniałem o wezwaniu na pomoc Anioła.
         Teraz urywek z książki wspomnianej wyżej.
Jeśli ten urywek kogoś zainteresuje, polecam przeczytanie całości.
Przeczytałem trzy tomy. A dwa pierwsze kilkakrotnie.
Uważam, że to są niezwykle ważne książki.

Pamiętaj, że myśl ma twórczą moc. Jeśli uważasz, że pieniądze są złe, ale myślisz o sobie dobrze... cóż, powstaje w tobie konflikt.
W tobie, Mój synu, ta powszechna świadomość przejawia się ze szczególna siła. Przeważnie konflikt ten nie jest tak ogromny jak u ciebie. Większość ludzi nie znosi pracy, która zarabia na utrzymanie, dlatego nie przeszkadzają im wysokie zarobki. To uczciwy interes - “zło" za “zło". Ale ty uwielbiasz to, co robisz w życiu, kochasz zajęcia, którymi je wypełniasz.
W związku z tym, otrzymywanie sowitego wynagrodzenia za to, co robisz, byłoby dla ciebie przyjmowaniem “zła" za “dobro", i dlatego niedopuszczalne. Wolałbyś przymierać głodem niż wziąć “brudna forsę" za czysta służbę ...jak gdyby służba traciła swa czystość z chwila przyjęcia za nią zapłaty.
W tym zawiera się twój ambiwalentny stosunek do pieniędzy. Jedna twoja połowa je odrzuca, a druga ubolewa nad ich brakiem. W tej sytuacji wszechświat nie wie, jak odpowiedzieć, ponieważ otrzymał od ciebie dwie sprzeczne myśli. Więc pod względem finansowym twoje życie przypomina huśtawkę, co odzwierciedla twoje rozchwianie w stosunku do pieniędzy.
Brak ci ostrości widzenia; nie wiesz, co jest prawda w odniesieniu do ciebie. A wszechświat to tylko wielka maszyna kserograficzna. Po prostu wytwarza w ogromnych ilościach kopie twoich myśli.
Jest tylko jeden sposób, aby to zmienić. Musisz zmienić myślenie.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Traktat pokojowy z ciałem

Kolejny przecudny poranek   

Na zdjęciu poniżej taki sam poranek, jak dziś, tylko rok wcześniej. Zbyszkowa samotnia z 2013 roku, na tej samej górze na której jestem teraz. Patrzę na to zdjęcie z wielkim sentymentem.
  


Gdy dzisiaj obudziła się razem ze mną pierwsza myśl, odczytałem: - będzie pan zadowolony, panie Zbyszku.
No to jestem zadowolony! Takie to proste!
Możemy sami wybierać swój nastrój, radosny nastrój.
Jest to łatwe, bo przecież taki urokliwy świat wokół!
  


Radość oznacza, że twoje ciało pozostaje w symfonii, w harmonii.
Radość oznacza, że twoje ciało trwa w rytmie muzyki. Radość to po prostu bycie sobą - żywym, tryskającym energią, pełnym wigoru.
      Poczucie subtelnej muzyki otaczającej i wypełniającej twoje ciało, symfonia - oto radość. Możesz być pełen radości, kiedy twoje ciało płynie, wibruje, kiedy jest jak nurt strumienia.
      Najważniejszym jest, by zawrzeć pokój z własnym ciałem i nigdy go nie naruszać. Kiedy już masz traktat pokojowy z ciałem, stanie się ono bardzo ci przyjazne. Dbasz o ciało, ciało zadba o ciebie: -stanie się to źródłem wspaniałych wartości, stanie się sercem świątyni.
      Zawarłem więc traktat pokojowy z ciałem. Ciału zachciało się jeść, więc dostało, co chciało. 
    


Takie proste jedzenie dziś? A powinno być nieproste? Czy jest na to jakaś reguła? Staram się, gdy tylko mogę, nie jeść nic mięsnego, czyli nie jeść trupów. W samotni to mi się udaje wspaniale, oraz bez problemu!

   Generalnie ludzie są chorzy, cierpią na wiele patologii, bo są powykrzywiani w różny sposób przez tresurę społeczeństwa. 
        ( Czyli przez samych siebie?)
Nie wolno ci kochać całkowicie, nie wolno ci się złościć; nie wolno ci być sobą. Nakładają się na ciebie tysiące ograniczeń.
Jeśli naprawdę chcesz być zdrowy, powinieneś się uniezależnić. Trzeba odrzucić wszystko, co narzucają ci inni ludzie. Społeczeństwo jest bowiem jak wielka mafia, ale tylko takie mamy, nie możemy więc nic na to poradzić. Każdy z nas odnajduje więc (gdy jest świadomy) swoją własną drogę wyjścia z tej patologicznej grupy, drogę wyjścia ku temu, aby stać się entuzjastycznym, totalnym, we wszystkim, co robimy.
       Gdy poczujesz w sobie wibrującą pasję, oznacza to, że jesteś na właściwej drodze.
Tu na tej górze czuję się świetnie, bo robię jedynie to, co chcę robić. Kiedy tylko jest okazja, a często jest, chodzę nago i boso. To ogromna frajda. Czuję jak ze mnie spadają kolejne blokady, kolejne zahamowania, czuję jak całe ciało wibruje.
Tak. Tu na tej górze odzyskuję swoje życie.
       

niedziela, 4 stycznia 2015

Siedzę i myślę

Siedzę sobie w namiocie i myślę. Bo mam czas.
Gdybym czasu nie miał, tobym tylko siedział.
    


Wokół kipi przyroda, ponad doliną krąży orzeł. Tym razem krąży bezgłośnie. ( na zdjęciu ponad namiotem)
    


zefirek bawi się warkoczykami cienkiego dymu z wygasłego prawie ogniska, sute śniadanie w brzuchu, cisza dzwoni, falując na wietrze przypływają do samotni upojne zapachy z kwitnących krzewów różanych. Bosko jest.
    


Tak właśnie mogło być w ogrodach Edenu....

Siedzę i myślę. Powolutku myślę, na luziczku myślę. I zapisuję to od razu. Pomału zapisuję.....
        Jasio pisze list z wakacji do domu:

Tato, piszę pomału do ciebie ten list , bo wiem, że ty pomału czytasz....

Więc pomału myślę i pomału zapisuję te myśli. One są o tajemnicy życia.......

Jesteśmy praktycznym społeczeństwem, uwielbiamy liczyć, mierzyć, oceniać i nazywać to, na co patrzymy. Chodzi o wtłoczenie każdej rzeczy do odpowiedniej szufladki.
Ponieważ najczęściej traktujemy człowieka jak rzecz, to samo robimy z innymi: ocenić, nazwać, przylepić mu do czoła cenę.
Mówimy o tajemnicy życia, a zamykamy się na nią. Weźmy ogłoszenia z rubryki towarzyskiej. 
      Poznam ciebie, ale poproszę wiek, zawód, nazwisko, zainteresowania itd. Zadzwoń, gdy spełnisz moje oczekiwania.
Dlatego jestem mile zaskoczony, gdy ktoś potrafi ominąć ten mur konwenansów i określić siebie inaczej, oryginalnie. (Albo w ten sposób rozbija kobietom logiczność ) Przykład.

Ogłoszenie z warszawskiej gazety Oferta z 29- 02- 2011

Bezdomny, niewydolny finansowo 39 lat, anonimowy alkoholik z ciężkim problemem alkoholowym, żebrak żebrzący pod kościołem imienia Świętego Władysława z Cieleniowa bez środków do życia, wyrok 2 lata 6 miesięcy w Sądzie Rejonowym w Łodzi Widzewo III Wydział Karny po wyroku 2 lata pozbawienia wolności. Ciężko skrzywdzony wyrokiem w zakładzie karnym w Chełmie i Łodzi oraz zakładzie karnym w Goleniowie, leczony w PZP w Sulejówku k/Warszawy, pozna kobietę, dziewczynę młodą do 30 lat, szczupłą z własnym mieszkaniem w Warszawie, w celu stałego związku.

Zdarza się także, że to kobieta rozbija mężczyznom logiczność:

Apetycznego kawalera poszukuję. Konsumpcja niewykluczona. Modliszka.
           ( grafitti.)

Tajemnicy życia nie można zignorować. Kiedy ją ograniczamy, ona natarczywie upiera się, abyśmy ją zauważyli. Tajemnica życia nie pozwoli się ograniczyć ani unicestwić, bo jak można ograniczyć niezmierzone i niewidzialne?
Kiedy sądzimy, ze wszystko mamy zaplanowane i urządzone, ona wyskakuje z pudełka niczym figlarz i rzuca na nas to, co nie do przewidzenia, przemeblowuje nasze nadzieje i marzenia, a życie kieruje inną trasą.
Tajemnica życia pozwala nam spotkać właściwych ludzi, kiedy się tego najmniej spodziewamy, oraz postawić nas w zaskakującej sytuacji w dziwacznych okolicznościach.
Tajemnica życia to zawoalowane działanie naszego Anioła Stróża. On podsuwa smsa:
      Zwracaj więcej uwagi na to, czego nie można zobaczyć. Traktuj to z zainteresowaniem i szacunkiem, bo dostajesz potężne źródło kierownictwa.
PS. Jeśli zlekceważysz tego smsa, w twoim życiu pojawią się dziwne figle.

Tajemnica życia to dusza-Anioł, która wierzga i krzyczy pod naszymi drzwiami, abyśmy ją wpuścili. Ona potrafi poruszyć dosłownie niebo i ziemię, abyśmy zrozumieli, jaką drogą mamy iść.
                       A jaką drogą powinniśmy iść? 
Każdy powinien iść swoją drogą, pamiętając, że to niewidzialna strona życia nadaje nam tożsamość i cel, sprawia, że życie staje się bogate i ma w ogóle sens. Życie składa się z wielu aspektów....
          Jednym z aspektów życia są pieniądze. One są bardzo dobre i potrzebne. (Chociażby z przyczyn finansowych)
Także jednym z aspektów życia jest sfera niewidzialna, otwarcie się na iskrę bożą, na prowadzenie przez Anioła.
W życiu każdego zdarzają się tragedie. One nas pogłębiają, dają współczucie i mądrość, pomagają odkryć to, co jest ważne, prowadzą nas nowymi ścieżkami.
Ukryta sfera życia działa według swoich rozkładów jazdy i pokazuje że warto poświęcić czas na docenianie piękna. Ego natomiast wymusza na nas pośpiech, żąda szybkiego załatwiania spraw. Ukryta sfera życia wpędza nas niekiedy we wściekłość. Jej drogi bowiem nie są naszymi drogami i nie da nam spokoju, dopóki tego nie zrozumiemy.
Tajemnica życia jest jednocześnie naszym najlepszym przyjacielem, popycha nas i ciągnie, dręczy i nęci, błagając, abyśmy robili to, co uczyni nas szczęśliwymi.
        Powinniśmy się troszczyć o duszę. Błyskotki, koraliki, gadżety nie są dla niej. Ona prawdziwie rozkwita dzięki mniej namacalnym rzeczom, takim jak spokój, piękno, wolność, prawda, miłość.
Dojrzewając, uczymy się, że pijąc z krynicy samotności możemy odnaleźć przyjaźń duszy - Anioła. 
       I od tej pory właściwie samotność się kończy.

sobota, 3 stycznia 2015

Listy do samego siebie

Na zdjęciach łąki po wschodniej stronie Chryszczatej
 
 
    
    Przychodzi pacjent do lekarza.

Co panu dolega?
Panie doktorze, mnie się zdaje, że zwariowałem.
A jakie są objawy pańskiego obłędu?
Piszę listy do samego siebie.
Hmm... A kiedy napisał pan ostatni list?
Dzisiaj rano.
I co pan napisał w tym liście?
Tego ja, panie doktorze nie wiem. Dopiero jak go zobaczę na blogu astronomia finansowa, to się dowiem.

  


Kiedy tracisz kontakt z ciszą, tracisz kontakt ze sobą. Kiedy gubisz kontakt ze sobą – zatracasz się w świecie.
Ludzkość zagubiła się w myśleniu.
Życie dla większości ludzi to trwanie w więziennych klatkach ich własnych myśli. Nigdy nie udaje im się wykroczyć poza wąski, stworzony przez umysł, osobowy sens istnienia, uwarunkowany przez przeszłość.
Eckhart Tolle – Cisza.

Wszyscy jesteśmy wędrowcami, którzy poszukują domu. Nasze poszukiwania są często nieświadome, poruszamy się po omacku w ciemnościach. Jednak każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku.
Stare nawyki umierają powoli.
Społeczeństwo gra w perfidną grę, kieruje ciebie przeciwko samemu sobie.
Przywódcy polityczni i religijni chcą mieć w tobie posłuszną maszynę, niewolnika. Robią to za pomocą uwarunkowań, które są kodowane w twojej podświadomości od dzieciństwa.
Dostosowujesz się do wymagań stawianych przez rodzinę i ludzi, którzy ciebie otaczają. Przesiąkasz uprzedzeniami, głupimi przesądami.
Stajesz się kawałkiem drewna dryfującym po oceanie. Nie wiesz kim jesteś, ani dokąd zmierzasz. Trwasz w wewnętrznym zamęcie. I w pogoni nie wiadomo za czym.
     

piątek, 2 stycznia 2015

Staszek kierowca

Pierwsza podróż w Wysokie Bieszczady. Rok 2014.

To była zwykła podróż, jechałem (bowiem) pierwszym wakacyjnym autobusem Sanok – Wołosate, z przystanku Bystre. Niezwykły był tylko jej początek.
Tak byłem zaaferowany wyjazdem, że
piwa z potoku nie zamawiałem. Na przystanku stanąłem kilkanaście minut przed czasem.
Nadchodzi godzina przyjazdu – autobusu nie ma. To Bieszczady, opóźnienia tu się zdarzają często.
Czekam.
Bo niby jakie mam wyjście, gdy chcę pojechać? Mogę machać, ale wstrzymuję się na razie. Mija godzina. Zgłodniałem. Sięgam po bułkę do plecaka, wyjmuję ją i łapię szybko w zęby, bo zza zakrętu od Baligrodu wyłonił się nie wiadomo kiedy autobus i już hamuje przed przystankiem.
Zapinam plecak i z bułką w zębach pakuję się po stopniach. Autobus pełen, stawiam plecak obok kierowcy, bułka do ręki, pieniądze w drugiej i proszę o bilet do Wołosatego.
Kierowca rusza …... Ostro rusza. Jestem nieco zaskoczony i obserwuję co on robi: Rozmawia przez telefon, czyli jedna ręka zajęta. Mówi do kogoś, że nie mógł uruchomić silnika, że ma duże opóźnienie. To akurat wiem.
Drugą ręką w trakcie rozmowy kierowca wystukuje bilet dla mnie. I zmienia bieg. Kierownica chwilowo puszczona luzem, a autobus jedzie. Coraz szybciej jedzie. Z lusterka zwisa różaniec z krzyżem. Nad lusterkiem naklejona Matka Boska patrzy z góry na całość. Na klaksonie kierownicy nalepka: Boże prowadź!
I zaprawdę powiadam wam, jest to moment, gdy Bóg prowadzi. Ja to widzę, bo jestem blisko kierowcy. Kierowca inkasuje należność, dalej rozmawia, kierownica puszczona luzem, ja ufam, są to sekundy dosłownie, ale w tych sekundach jest Anioł z Bogiem i Matką Boską, oni czuwają, kierownica robi ćwierć obrót, kierowca znowu zmienia bieg, z przeciwka gwałtownie zbliżają się auta, dostaję bilet, kierowca łapie jakby od niechcenia w ostatnim momencie kierownicę, szarpnięcie, nie zderzamy się, autobus jedzie już całkiem szybko, nie ma zderzenia, ani nie wykolejamy się bo Bóg prowadzi i ok. jest! O matko Boska!
To ta nalepka na kierownicy uratowała nas!
Ile potęgi, bo słowo moc jest tu za słabe, ile potęgi jest w słowie pisanym a nie wypowiedzianym.....
Czyli: nalepka to potęga!
Albo: - pisz pan, panie Hiszpan!
W pewnej małej miejscowości podgórskiej żył sobie ksiądz i Staszek – kierowca autobusu.
Ksiądz był już w zaawansowanym wieku, jak na księdza, Staszek był dużo młodszy, ale że popijał tęgo umarł przed księdzem.
Przyszedł czas i na księdza.
Brama raju.
Przed bramą stoi święty Piotr i wita nadchodzące duszyczki.
Podchodzi dusza księdza, pogadała chwilę ze św. Piotrem, otwierają się drzwi raju, św. Piotr mówi do duszy księdza: zapraszam!
Ale co to? Pierwsza dusza, którą widać w raju, to dusza Staszka – kierowcy!
Dusza księdza, oburzona, zwraca się do św. Piotra: - Jak to, ja byłem księdzem, mnie się raj należy, a Staszek to znany pijak! To niesprawiedliwe jest!
Hola, hola, mówi św. Piotr.
Ty byłeś już stary i nie wkładałeś serca w swoje kazania, przeto wierni w czasie twoich kazań spali. A hasło: nie śpij w czasie kazania – znasz?
Staszek natomiast często jechał po pijanemu z fasonem i wtedy wszyscy pasażerowie się modlili. Staszek rozniecał więc w ludziach ogień wiary, czego ty nie robiłeś. Dlatego jemu raj należy się tak samo jak tobie, a nawet bardziej.
Wchodzisz, czy może do piekła wolisz?
Bo dalej jest wolna wola.....

Łąka pod Chryszczatą