Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2024

Plastuś


Biwak lipcowy, część nr 11, minęła godz. 15.00. Sesja zdjęciowa z Plastusiem.






Ustawiam Plastusia a to tu, a to tam, po czym moszczę się w cieniu, na stanowisku obserwacyjnym pod sosną.

Za plecami wznosi się masyw Chryszczatej, nikt nie zakłóca prawidłowości prądów powietrznych, które mnie otaczają, co uznaję za sprawę cenną i chwalebną. Po prostu trwam. Pomalutku na moją Osobistość zaczyna spływać senność. 

To są mocno miłe chwile, kiedy nie masz nic do zrobienia, a do rozważenia jest tylko jeden problem: - Czy już udać się na drzemkę, czy jeszcze deczko pokontemplować otoczenie?



Siedzę i myślę. (Myślę, ponieważ mam czas. Gdybym czasu nie miał, to bym tylko siedział). Myślę o pewnym niezwykłym doświadczeniu, uczuciu, które mi się przydarza w Bieszczadach.

Rzecz dotyczy samotności w odludziu, zarówno samotnej wędrówki, jak i biwakowania. Otóż przychodzi taki namacalny moment, niemal pewność, że nie jesteś sam. Że obok ciebie, czy za tobą jest Ktoś. Nikogo nie widzisz, ale czujesz, że sam nie jesteś.

     Kiedy po raz pierwszy, po wielu dniach samotni, dopadło mnie opisane uczucie, aż mi ciarki przebiegły po plecach. Wrażenie było bowiem silne, dziwne, takie zupełnie nowe, namacalne, wzniosłe, wręcz nieziemskie, mistyczne.

Atoli do wszystkiego człowiek się przyzwyczaja, opisane odczucia zaczęły się powtarzać i w końcu do sprawy przywykłem. Z pewnością sprawa zależy od nastrojenia umysłu na odpowiedni poziom. Po latach wiem już, że potrzebuję 24 godzin samotności, żeby rzecz się stała. Osobisty Anioł? Bieszczadzki Anioł Opiekuńczy?

Jak się okazuje, opisane odczucie przydarza się (i to całkiem często) himalaistom podczas wielogodzinnych wspinaczek w ekstremalnych warunkach. Wspominała o tym między innymi Wanda Rutkiewicz.   

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Traktat pokojowy z ciałem

Kolejny przecudny poranek   

Na zdjęciu poniżej taki sam poranek, jak dziś, tylko rok wcześniej. Zbyszkowa samotnia z 2013 roku, na tej samej górze na której jestem teraz. Patrzę na to zdjęcie z wielkim sentymentem.
  


Gdy dzisiaj obudziła się razem ze mną pierwsza myśl, odczytałem: - będzie pan zadowolony, panie Zbyszku.
No to jestem zadowolony! Takie to proste!
Możemy sami wybierać swój nastrój, radosny nastrój.
Jest to łatwe, bo przecież taki urokliwy świat wokół!
  


Radość oznacza, że twoje ciało pozostaje w symfonii, w harmonii.
Radość oznacza, że twoje ciało trwa w rytmie muzyki. Radość to po prostu bycie sobą - żywym, tryskającym energią, pełnym wigoru.
      Poczucie subtelnej muzyki otaczającej i wypełniającej twoje ciało, symfonia - oto radość. Możesz być pełen radości, kiedy twoje ciało płynie, wibruje, kiedy jest jak nurt strumienia.
      Najważniejszym jest, by zawrzeć pokój z własnym ciałem i nigdy go nie naruszać. Kiedy już masz traktat pokojowy z ciałem, stanie się ono bardzo ci przyjazne. Dbasz o ciało, ciało zadba o ciebie: -stanie się to źródłem wspaniałych wartości, stanie się sercem świątyni.
      Zawarłem więc traktat pokojowy z ciałem. Ciału zachciało się jeść, więc dostało, co chciało. 
    


Takie proste jedzenie dziś? A powinno być nieproste? Czy jest na to jakaś reguła? Staram się, gdy tylko mogę, nie jeść nic mięsnego, czyli nie jeść trupów. W samotni to mi się udaje wspaniale, oraz bez problemu!

   Generalnie ludzie są chorzy, cierpią na wiele patologii, bo są powykrzywiani w różny sposób przez tresurę społeczeństwa. 
        ( Czyli przez samych siebie?)
Nie wolno ci kochać całkowicie, nie wolno ci się złościć; nie wolno ci być sobą. Nakładają się na ciebie tysiące ograniczeń.
Jeśli naprawdę chcesz być zdrowy, powinieneś się uniezależnić. Trzeba odrzucić wszystko, co narzucają ci inni ludzie. Społeczeństwo jest bowiem jak wielka mafia, ale tylko takie mamy, nie możemy więc nic na to poradzić. Każdy z nas odnajduje więc (gdy jest świadomy) swoją własną drogę wyjścia z tej patologicznej grupy, drogę wyjścia ku temu, aby stać się entuzjastycznym, totalnym, we wszystkim, co robimy.
       Gdy poczujesz w sobie wibrującą pasję, oznacza to, że jesteś na właściwej drodze.
Tu na tej górze czuję się świetnie, bo robię jedynie to, co chcę robić. Kiedy tylko jest okazja, a często jest, chodzę nago i boso. To ogromna frajda. Czuję jak ze mnie spadają kolejne blokady, kolejne zahamowania, czuję jak całe ciało wibruje.
Tak. Tu na tej górze odzyskuję swoje życie.
       

środa, 29 października 2014

Myszy atakują

Pierwszej i drugiej nocy była idealna cisza. Za to trzeciej.......
Umoszczony w śpiworze, zaczynam wpadać w objęcia Morfeusza, gdy wtem jak coś nie grzmotnie!!!! Łup!!!!
       Huk tuż nad głową, w tej ciszy wydaje się, że bombę ktoś rzucił, a to coś upadło na namiot, jakiś stwór skoczył na namiot!
Co to było? Serce bije mocno, rozbudziłem się w jednej chwili. Zamieniam się w słuch.
     Po kilku minutach łupnięcie się powtarza, i w resztkach wieczornego światła widzę, że to na namiot skoczyła mysza, a potem zjechała po płachcie w dół. W tej kompletnej ciszy rzeczywiście jest od tego skoku niezły hałas.
Po paru minutach następuje powtórka z rozrywki. Potem jeszcze i jeszcze. No nie!!! Mysza najwyraźniej zrobiła sobie zabawę, traktując namiot jak zjeżdżalnię.
     Wygramalam się ze śpiwora i biorę do namiotu półmetrowy kij do pogonienia myszki. Kilka próbnych zamachów i jestem gotowy. Znowu mysza skoczyła – ale jak tu ją palnąć, gdy niewiele widać, oraz ona skacze na płachtę zewnętrzną? Zastanawiam się co zrobić, gdy myszka pojawia się na moskitierze. Mam przygotowany ruch do uderzenia – trach! I trafiam idealnie!  Czekam, panuje cisza, mija z piętnaście minut, chyba znaczy to, że uderzenie było skuteczne. Obroniłem swój spokój.
Zadowolony układam się do spania, ponownie nadpływa senność, gdy wtem znowu łup!!! Mysza wróciła.....
Na zewnątrz nic nie zdziałam, jest ciemno i trzeba spać, jutro pójdę do Baligrodu po pułapkę.....
       Mysza teraz przestała skakać, biega tylko w najlepsze po namiocie.....
I to nie jedna biega, jest ich więcej, dwie na pewno, a może trzy nawet. Miłe to nie jest, ale milsze niż spanie na werandzie przy domu Henryka, gdzie myszy biegały po mnie, po głowie także, pisałem, że musiałem czapkę naciągnąć na twarz, aby jakoś pospać.
     Wreszcie usypiam. To bieganie już mnie nie rusza, usypiam z myślą: -         Myszy, ten kawałek bieszczadzkiej podłogi jest mój i ja go obronię!
 
Wstaje dzień, pogoda piękna się zapowiada. Wycieczkowałem więc zaraz po śniadaniu do Baligrodu. Wróciłem już po południu, odprawiłem ceremonię obiadową, a po niej bardzo sprawnie ustawiłem pułapkę. 
      

Jest cudnie! I to pomimo drobnego deszczyku, który właśnie spadł.
Poszczekuje lis, derkacz ostro nadaje swoje krek – krek. Dzień się powoli przełamuje w wieczór, czyli jest czas pomiędzy psem a wilkiem, jak mawiał mistrz Stachura. Piję kawę, jestem w kontemplacji świata bożego, gdy wtem strzela pułapka i jest upolowana pierwsza mysza tego popołudnia.
    


Nastawiam pułapkę ponownie zadowolony z łowów i podziwiam gasnący dzień, gdy pułapka za moimi plecami strzela ponownie i jest upolowana druga mysza.
   

Nastawiam pułapkę ponownie i wchodzę do namiotu, dziękując Aniołowi za ten cudny dzień dzisiejszy. W tym momencie pułapka strzela po trzeci i jest upolowana trzecia mysza.
     

Nastawiam pułapkę znowu i jeszcze przed zaśnięciem słyszę trzask. Z niechęcią wychodzę ze śpiwora. Nie ma tym razem myszy. Znowu zakładam chlebek i usypiam. Rano nie ma chlebka, pułapka trzaśnięta – nie ma myszy.
Spokojnie, ja was wyłapię. Trzy myszki zanoszę kilkaset metrów na drogę niedaleko krzyża. Po godzinie przyszedłem po gałęzie na ognisko – myszek nie ma.
     

W przyrodzie nic nie ginie, a z mięsa myszy Amerykanie robili pasztet w tubach dla kosmonautów, takie to mięso wartościowe podobno.
Od tego pierwszego dnia myszki się wycwaniły i zjadały chlebek, a pułapka nie strzelała. Zdałem relację Henrykowi Bieszczadnikowi. Powiedział, że ma taki model pułapki, która musi zadziałać. Poszedłem do Henryka w odwiedziny, 15 km w jedną stronę, pożyczyłem pułapkę. Rzeczywiście to super model: mysz tylko wącha przynętę i jest złapana.
W kolejnych dniach odbywały się spokojne łowy na dwie pułapki. Moja mniej się sprawdzała, więc zdałem się tylko na jedną – tę od Henryka. Złowiłem nią jeszcze siedemnaście myszek. Na spokojnie. Co drugi dzień jedna. Myszy biegały bowiem w środku dnia. Oto trzy zdjęcia z tych dziennych łowów. Na pierwszym myszka podchodzi do pułapki.
   
   
    


Myszka była tak pełna wdzięku, radosna, naprawdę żal mi się jej zrobiło, gdy za chwilę już nie żyła. Autentycznie poczułem się przez chwilę mordercą i miałem wielki dyskomfort. Wytłumaczyłem więc sobie, że ja nie morduję, lecz poluję, bo myszy wykładam na drogę i coś je stamtąd zabiera.
A dziur w namiocie przybywało, były już ze wszystkich stron, także trzy w podłodze. Nic to, dwuletni namiot po wielu miesiącach na słońcu zaczynał się ogólnie sypać. Dziury elegancko zaklejałem plastrem lekarskim nawiniętym na kółko. A żywność trzymałem w pojemniku aluminiowym pożyczonym od Henryka Bieszczadnika.
Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić.
W każdym razie z tych myszek wynoszonych na drogę, korzystał orzeł. Za którymś razem poczekałem kilkanaście minut za odległą sosną i wszystko widziałem.
W końcu myszom znudziła się pułapka, nie ruszały już chlebka, wolały przegryźć dziurę i pobuszować w nocy po namiocie. A to mi się przestało podobać. Trzeba było pogadać na mysi temat z mądrymi ludźmi z Baligrodu.

wtorek, 21 października 2014

Stół kamienny

A więc stół ma być. Oto jak jadłem wcześniej - jedzenie na torbie wypełnionej drobnymi gałązkami do rozpalania ogniska. Torbę przechowywałem w namiocie - tego nauczyłem się w ubiegłym roku. Po pewnym czasie patyczki zostały zastąpione przez szyszki. To wyższa szkoła jazdy.
   

Porzucony pieniek znalazłem obok Wilczego Przesmyku, a blat kamienny? Przecież jestem w krainie łupków, niedaleko jest miejscowość o nazwie Łupków, wystarczy zejść do potoków i tylko wybierać! Znalazłem jeden łupek prawie metr na metr, nieprawdopodobny wybryk natury. Już go niosłem na górę, ale wysunął mi się spod pachy i upadając rozłamał się na kilka kawałków.
Ten blat kamienny który przyniosłem, jest znacznie mniejszy, ale tak mi się spodobał jego kształt, że już innych nie szukałem. Pomimo swoich rozmiarów nie waży więcej niż 10 kg, bo jest stosunkowo cienki. A kształt ma piękny - łupkowy i ma dosłownie idealną płaszczyznę.
   

Ależ jestem zadowolony ze stołu!
Mam stół! Mam stół!
Od tej pory widok stołu będzie mnie witał co rano i żegnał wieczorem. To zdjęcie z pomidorami jest już znacznie późniejsze, przekwitły  i znikły kwiaty z poprzedniego zdjęcia.
     

Patrzę na ten ważny mebel i dalej snuję refleksje na temat Dlaczego samotnia?

Przyszedł taki moment, że wreszcie zajrzałem do samego siebie i nastąpiło odkrycie : - przecież ja też mam prawo wyboru! I w ciemnym dotychczas pokoju zapaliło się światło. I to nie było światło zewnętrzne, tylko wewnętrzne.

Dlaczego więc tkwię w niewoli? I nie jest ważne, czy to niewola nie swojego życia, czy też niewola moich przyzwyczajeń.
Tkwię dlatego, że się boję. Powoduje mną strach przed Nieznanym, konieczność opuszczenia brzegu, który znam na rzecz miejsc, których nie znam.
Lecz to co znam, to stagnacja, śmierć, a to, czego nie znam pociąga, obiecuje przygodę, niesie wolność. Wymaga jednak odwagi, bo trzeba zburzyć w zasadzie wszystko.

Odwaga jest podążaniem w Nieznane wbrew swoim obawom. Nie oznacza ona braku lęku. Tchórz wsłuchuje się w swój strach i za nim podąża, natomiast odważny odsuwa strach na bok i idzie dalej, zapuszcza się w Nieznane pomimo lęków.
A przecież życie powinno być ciekawe, powinno być niewiadomą. Chcę żyć, pomimo tej niewiadomej, niebezpieczeństwa.
Chcę żyć a utknąłem.
Moje obecne życie, to nie życie, coraz bardziej staję się martwy. Zdobędę się na odwagę, czy jestem tchórzem?
Ustaliłem więc ze sobą o co chodzi, pojawiła się klarowna myśl, teraz potrzebna była odwaga, aby zamysł zmiany wykonać.

poniedziałek, 20 października 2014

Dlaczego samotnia? - 2

Poznaj siebie.
Pisałem wielokrotnie i będę dalej pisał o potrzebie poznania siebie, poprzez numerologię, gematrię, kalendarz Majów. Pisałem o modlitwie dziękczynnej. Czyli okazywaniu nieudawanego zadowolenia z tego co jest. Pisałem o tym, że trumna nie ma kieszeni. Czy to nie to samo, co jest w książce Eckharta Tolle? Różne słowa a podobna treść. Chodzi o skok kwantowy do środka....
Samotnia to etap podróży w głąb siebie.
      
  


Przy jedzeniu kolejnego śniadania, na serwetce rozłożonej między kolanami, zapytałem sam siebie: - dlaczego nie mam jeszcze stołu? W tamtym roku to mi umknęło, bo byłem krótko, ale przecież teraz mam zamiar być tu dużo dłużej?
Pomyślałem, zapisałem, a więc pozostaje wykonać.
      Pomyśl dobrze,
      powiedz co pomyślałeś,
     wykonaj co powiedziałeś.
                         Zaratustra
     

A więc wyruszam po stół, a w głowie mam takie refleksje:
 
- Dawno temu zauważyłem, że gonię, że uczestniczę w wyścigu szczurów. Życie wymyka mi się z rąk w tym wirze zdarzeń i rozczarowań, ostatecznych terminów, niezrealizowanych planów, spraw, które trzeba załatwić. Coraz częściej zadawałem sobie pytanie: - Gdzie zgubiłem moje życie?.
Tak, jak dotychczas, żyć nie chciałem, a brakowało mi pomysłu na inne, lepsze życie. Ciągnąłem więc dalej ten wózek zwany życiem i czułem się coraz częściej jak w więzieniu.
Jednak zdawałem sobie sprawę, że to ja sam jestem odpowiedzialny za to poczucie uwięzienia. Byłem uwięziony, tkwiłem po uszy w schematach, a wiedziałem już, że wpadnięcie w stagnację - schematy to śmierć. Być może stałem się ofiarą swoich przyzwyczajeń, nie odrzucałem takiej możliwości.
Przyzwyczajenia zmuszają nas do robienia pewnych rzeczy; jesteśmy ofiarą.
Hindusi nazywają to właśnie teorią karmy. Każde działanie, które powtórzysz, i każda myśl - ponieważ myśl jest również subtelnym działaniem wewnątrz umysłu, stają się coraz potężniejsze. Wtedy wpadasz w ich uścisk. Stajesz się zniewolony przez przyzwyczajenie. Wiedziesz życie uwięzionego człowieka - niewolnika. Niewola ta jest niezauważalna; więzienie zbudowane jest z twoich przyzwyczajeń.
    

Mogło tak być i w moim przypadku. A przecież życia trzeba doświadczać we wszystkich jego wymiarach; dopiero wtedy wydaje się bogate. Ktoś, kto żyje po lewej stronie jest biedny, podobnie jak ten z prawej, natomiast ten ze środka jest martwy! Jest w pełnej równowadze, nie wychyla się w żadną ze stron, jest całkiem bezpieczny i zupełnie nieżywy. Gdy żyjemy, nie trzymamy się ani prawej, ani lewej strony, ani też środka – jesteśmy w ciągłym ruchu, płyniemy.
To poczucie uwięzienia było we mnie, narastało, a ja nie potrafiłem ująć tego w słowa. Ale poszukiwałem rozwiązania, czyli budziłem się. Zacząłem dostrzegać swoje błędy, ale jeszcze tkwiłem w świecie zewnętrznym.
Powtarzała się myśl:
     - życie przecieka mi przez palce jak suchy piasek z garści,
       utknąłem na amen
       muszę tłumić swoje pragnienia.
Uświadomiłem sobie, jak kilka razy byłem o krok od zrealizowania swoich planów, aby w końcu postąpić tak, jak oczekiwali inni, a nie tak jak sam chciałem.
Ciągłe kompromisy.
Żona Nasruddina chciała mieć zwierzątko, przyniosła więc małpkę. Nasruddin nie był zadowolony.
      • Co ona będzie jadła? Zapytał.
      • To samo, co my jemy. Odpowiedziała żona.
      • A gdzie będzie spała?
      • Razem z nami w łóżku.
      • Z nami? A co z zapachem?
      • Jeśli ja potrafię go wytrzymać, to małpka chyba też wytrzyma.
        Anthony de Mello, Modlitwa żaby II.

Dlaczego samotnia - 1

Chwieje się świat temu, kto trzyma się kurczowo innych.
Stabilnie stoi ten, kto opiera się na sobie.
Paul von Heyse

Wszyscy na coś czekają, niektórzy uważają, że życie polega na czekaniu. Można czekać krótkofalowo – w korku, na umówione spotkanie, na koniec pracy. I czekać długofalowo – na urlop, aż dzieci dorosną, odniesiemy sukces, zarobimy pieniądze, trafimy na naprawdę istotny związek, osiągniemy oświecenie..... Nierzadko zdarza się, że ludzie czekają przez całe życie, kiedy wreszcie zaczną żyć.
     

Czekanie, to stan umysłu, odtrącający teraźniejszość. Pragniesz przyszłości i odtrącasz to, co masz. Teraźniejszość ci się w ten sposób wymyka.
Kiedy szanujesz, dostrzegasz i akceptujesz swoje Teraz, z pełną zgodą przyjmujesz to, co masz, więcej: - jesteś wdzięczny za to, co masz, za obecną Chwilę, już ci się powiodło.
Takiego powodzenia nie da się osiągnąć w przyszłości. Z czasem to powodzenie zaczyna się pokazywać we wszystkich dziedzinach twego życia.
Porzuć więc czekanie jako stan umysłu. Ciesz się chwilą.
                  

Są dwa cele w życiu: zewnętrzny i wewnętrzny. Zewnętrzny znasz, to twoje plany. Cel zewnętrzny to poziomy wymiar przestrzeni i czasu, natomiast cel wewnętrzny to pionowy wymiar czasu – to bezczasowe Teraz. Cel wewnętrzny to poznanie siebie, podróż na spotkanie samego siebie i wędrówka w głąb. Gdy to zrozumiesz i zrobisz pierwszy najważniejszy krok w kierunku tego celu, zajarzy się w tobie blask.
     

Każde zewnętrzne dążenie jest tak naprawdę skazane na porażkę z tej prostej przyczyny, że rządzi nami prawo nietrwałości wszechrzeczy. 
Gdy to dostrzeżesz, wyzbywasz się nierealistycznych oczekiwań i spoglądasz uważniej na wewnętrzną pielgrzymkę.
 
(Ten cały tekst, to słowa z książki doktorka Eckharta Tolle - „Potęga Teraźniejszości”)