Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Rutkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Rutkiewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2024

Druga noc sierpniowa

 




Przyjechał autobus, imprezowicze się wyroili, rozpalono ognisko, popłynęły przeboje, zrobiło się gwarnie i wesoło.

Za trzy godziny impreza ma się zakończyć, odejdę więc na kilkaset metrów, aby przysiąść w ciszy.


Okazało się, że cisza to już była! Nadjechały wozy kolorowe z balowiczami tym razem z Bystrego, tu towarzystwo już wyraźnie podchmielone śpiewało pełnymi głosami, śmiechy, grał akordeon. Wzruszyłem się, bo muzyka przypomniała dzieciństwo i rodzinne śpiewy przy akordeonie właśnie. Wozy jechały w prawo, potem wracały, czułem się w teatrze jednego widza.

Minęła godzina, odjechały wozy w stronę Bystrego. Zrobiło się cicho, jakby zapadła teatralna kurtyna, a mnie głowa się kiwnęła od senności.

- Co będę tu siedział tak samotnie – pomyślałem – wrócę ci ja w pobliże wiaty, popatrzę jak towarzystwo się bawi, bo inaczej usnę jak nic.

      Wróciłem. Zabawa się rozkręcała. Organizatorzy przywieźli akumulator, było światło, zaczęły się tańce.

Usiadłem na uboczu, przede mną znajdowało się drugie miejsce na ognisko i tu już także płonął ogień. Urzędowała przy nim grupa młodych, spokojnych turystów, w bardzo sprytny sposób rozczepiając duże klocki drewna na małe szczapki, za pomocą filigranowej siekierki. Drwale się zmieniali, a każdy z nich, co było widać, nie pierwszy raz operował zgrabnie tą małą siekierką.

Kiedy usiadłem, pojawiła się na horyzoncie sympatyczna pani organizatorka pikniku i dostałem gorący poczęstunek: podpłomyk, chleb i kaszankę w kapuście, tudzież herbatkę. Dziękowałem zaskoczony, a pani życzyła smacznego i przepraszała za przerwanie spania. Dziękuję, ależ proszę uprzejmie.

Haj lajf, bon ton, savuar vivr, pardon!

Oto po raz drugi tego dnia wprowadzałem ciepłe do środka swojej Osobistości, a herbatka to smakowała dokładnie tak, jak opisała Wanda Rutkiewicz.




Zmierzchało, a że było bezchmurnie, szybko robiło się chłodno. Umordowany tym nicnierobieniem czekałem na spanie i czekałem. Nawet było miło, ale ile można czekać? Godzina dwudziesta dawno minęła. Wreszcie przyjechał autobus po balowiczów, zatrąbił raz, drugi, trzeci i dopiero wtedy tancerze zaczęli się zbierać.

Kiedy w końcu autobus zniknął w dali, była już noc.

Dla rozgrzewki poszedłem pomóc w sprzątaniu, a tu akurat wysiadło światło. Moja pomoc polegała więc na przyświecaniu telefonem.

Wszystkie odpadki zabiera się teraz w worki, nie ma tu śmietnika. Pisałem jak kilka lat temu, kiedy spałem w tym miejscu, obudził mnie niedźwiedź, przewracając nad ranem, z ogromnym hukiem blaszany pojemnik na śmieci.

Godz. 22.00, nie ma już nikogo, tudzież jest cisza nocna, organizatorzy właśnie pojechali.

Szybciutko rozłożyłem spanie na stole, fruu do śpiwora, czapka zimowa na łepetynę i natychmiast usnąłem.

Była jeszcze noc, kiedy obudziłem się sztywny, przeważnie z zimna, azaliż miękko na tym stole też nie było. Przywitał mnie cudnie wygwieżdżony dach nieba i tylko trzy stopnie. Więc szybko podrzucić do ognia i już można spokojnie czekać na świt.



Siedzę przy ogniu i myślę: - Człowiek to musi się najpierw (do pewnego stopnia - jak mawiał Celsjusz) nacierpieć, żeby docenić ciepłe mieszkanie, miękkie łóżko, kaloryfer, ciepłą wodę w kranie ….



wtorek, 10 grudnia 2024

Wiata Rabe

Oddalam się niespiesznie od Jeziorka Bobrowego. Słońce, które świeciło od dwóch godzin, właśnie zaszło. Spoglądam z niepokojem w niebo, ponieważ wilgoć i zimna noc dobrze utkwiła mi w pamięci (i w kościach). Planowałem odwiedzić pewne miejsce blisko Chryszczatej, ale jak wiemy, pogoda w Bieszczadach skutecznie weryfikuje plany.

Poza tym kto nie zmienia planów? No.

Decyduję dojść do wiaty Rabe.



Nie ma nikogo, wiata pusta. Zapalam szczapki, frunie dymek z komina. Na powstałym żarze ustawiam kubek stalowy. W nim woda i pół kostki rosołku. Ugrzało się i następuje pierwszy od wielu godzin łyk gorącego – ciepło z żołądka w błogi sposób roznosi się po ciele. Takie niby nic, a jakie to miłe nic!






Jak to mawiała Wanda Rutkiewicz?

„Po wielogodzinnej wspinaczce w ekstremalnych warunkach, nawet zwykła herbata smakuje jak boski nektar”.

Wypiłem więc ci ja ten boski nektar, a jako że słońce jednak zwycięża, wykładam wilgotne mameroły na dosuszenie. Zwłaszcza ważna jest sucha karimata, bo zostanę tu na noc. Karimata ma co prawda tylko pięć milimetrów grubości, ale to już wystarcza za materac – sprawdzone po wielokroć.







Mijają wiatę nieliczni wczasowicze z hoteli w Bystrem, a poza tym sielskie warunki. Pojadłem co nieco, rzeczy tymczasem wyschły. Od kilku godzin musiałem się ciągle poruszać, bo gdy tylko przysiadłem, zaraz dopadała mnie senność – przecież poprzedniej nocy praktycznie nie spałem. Dochodzi godzina 17.00 kiedy decyduję się zarządzić nocleg. Wtryniam się do śpiwora, materac a jakże działa i natychmiast przysypiam. Jak się okazuje, na kilkanaście minut tylko, bo zaraz budzi mnie jakieś poruszenie.

   Wychylam głowę ponad ławę – widzę, że zajechał samochód dostawczy, a do wiaty wchodzą ludzie i wnoszą pojemniki z jedzeniem.

- Obudziłam pana? – pyta sympatyczna kobitka.

- No tak – potwierdzam – właśnie zszedłem z gór po tej ulewie nocnej. A tu będzie impreza jak widzę?

- Tak, ale tylko do dwudziestej, potem będzie pan miał spokój.

Masz ci los! Chcąc nie chcąc wstaję, plecak na siebie i idę z musu posnuć się po okolicy.

czwartek, 25 stycznia 2024

Plastuś


Biwak lipcowy, część nr 11, minęła godz. 15.00. Sesja zdjęciowa z Plastusiem.






Ustawiam Plastusia a to tu, a to tam, po czym moszczę się w cieniu, na stanowisku obserwacyjnym pod sosną.

Za plecami wznosi się masyw Chryszczatej, nikt nie zakłóca prawidłowości prądów powietrznych, które mnie otaczają, co uznaję za sprawę cenną i chwalebną. Po prostu trwam. Pomalutku na moją Osobistość zaczyna spływać senność. 

To są mocno miłe chwile, kiedy nie masz nic do zrobienia, a do rozważenia jest tylko jeden problem: - Czy już udać się na drzemkę, czy jeszcze deczko pokontemplować otoczenie?



Siedzę i myślę. (Myślę, ponieważ mam czas. Gdybym czasu nie miał, to bym tylko siedział). Myślę o pewnym niezwykłym doświadczeniu, uczuciu, które mi się przydarza w Bieszczadach.

Rzecz dotyczy samotności w odludziu, zarówno samotnej wędrówki, jak i biwakowania. Otóż przychodzi taki namacalny moment, niemal pewność, że nie jesteś sam. Że obok ciebie, czy za tobą jest Ktoś. Nikogo nie widzisz, ale czujesz, że sam nie jesteś.

     Kiedy po raz pierwszy, po wielu dniach samotni, dopadło mnie opisane uczucie, aż mi ciarki przebiegły po plecach. Wrażenie było bowiem silne, dziwne, takie zupełnie nowe, namacalne, wzniosłe, wręcz nieziemskie, mistyczne.

Atoli do wszystkiego człowiek się przyzwyczaja, opisane odczucia zaczęły się powtarzać i w końcu do sprawy przywykłem. Z pewnością sprawa zależy od nastrojenia umysłu na odpowiedni poziom. Po latach wiem już, że potrzebuję 24 godzin samotności, żeby rzecz się stała. Osobisty Anioł? Bieszczadzki Anioł Opiekuńczy?

Jak się okazuje, opisane odczucie przydarza się (i to całkiem często) himalaistom podczas wielogodzinnych wspinaczek w ekstremalnych warunkach. Wspominała o tym między innymi Wanda Rutkiewicz.   

środa, 11 stycznia 2023

Na górze wiało

 


W obowiązkowych szkolnych lekturach nie znosiłem czytania kiczowatych opisów przyrody, flaki mi się przy tym wywracały, chyba w myśl zasady, że każdy odbiera rzeczywistość inaczej, a żadne słowa nie zastąpią osobistego kontaktu z naturą.







Wieczorem się przypomniały dwie sentencje:

„Po wielogodzinnej wyczerpującej wspinaczce w ekstremalnych warunkach, nawet zwykła herbata smakuje jak boski nektar”.

                                             Wanda Rutkiewicz

 

„Życie każdego jest ufarbowane na kolor jego wyobraźni”.

                                                          Marek Aureliusz


wtorek, 30 stycznia 2018

Hasła propagandy na wesoło

Czyli humor w narodzie nie ginie.

Bełkot propagandy w Polsce dochodził w dziejach nowożytnych do absurdu.
Czas ponownego startu Lecha Wałęsy na prezydenta.
     Pisałem już o tym.

Billboard przy Wisłostradzie u podnóża Zamku:

Białe jest białe
Czarne jest czarne.

U spodu dopisek: a woda jest mokra.

W książce Wanda (Rutkiewicz) opowieść o sile życia i śmierci, znajdujemy między innymi opis Wrocławia z 1959 roku, który jeszcze tak niedawno nazywał się Breslau.
       Wanda Rutkiewicz zdaje właśnie maturę.
Ażeby osiedleńcy przyjeżdżający na Ziemie Wyzyskane, wysiadając, lub tylko przejeżdżając przez Wrocław poczuli się pewniej, wywieszono ogromne hasło:

Wrocław twoje miasto
Odra twoja rzeka

U spodu dopisek: a kurwa twoja mać 



Zdjęcia - Warszawa