Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karimata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karimata. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2024

Wiata Rabe

Oddalam się niespiesznie od Jeziorka Bobrowego. Słońce, które świeciło od dwóch godzin, właśnie zaszło. Spoglądam z niepokojem w niebo, ponieważ wilgoć i zimna noc dobrze utkwiła mi w pamięci (i w kościach). Planowałem odwiedzić pewne miejsce blisko Chryszczatej, ale jak wiemy, pogoda w Bieszczadach skutecznie weryfikuje plany.

Poza tym kto nie zmienia planów? No.

Decyduję dojść do wiaty Rabe.



Nie ma nikogo, wiata pusta. Zapalam szczapki, frunie dymek z komina. Na powstałym żarze ustawiam kubek stalowy. W nim woda i pół kostki rosołku. Ugrzało się i następuje pierwszy od wielu godzin łyk gorącego – ciepło z żołądka w błogi sposób roznosi się po ciele. Takie niby nic, a jakie to miłe nic!






Jak to mawiała Wanda Rutkiewicz?

„Po wielogodzinnej wspinaczce w ekstremalnych warunkach, nawet zwykła herbata smakuje jak boski nektar”.

Wypiłem więc ci ja ten boski nektar, a jako że słońce jednak zwycięża, wykładam wilgotne mameroły na dosuszenie. Zwłaszcza ważna jest sucha karimata, bo zostanę tu na noc. Karimata ma co prawda tylko pięć milimetrów grubości, ale to już wystarcza za materac – sprawdzone po wielokroć.







Mijają wiatę nieliczni wczasowicze z hoteli w Bystrem, a poza tym sielskie warunki. Pojadłem co nieco, rzeczy tymczasem wyschły. Od kilku godzin musiałem się ciągle poruszać, bo gdy tylko przysiadłem, zaraz dopadała mnie senność – przecież poprzedniej nocy praktycznie nie spałem. Dochodzi godzina 17.00 kiedy decyduję się zarządzić nocleg. Wtryniam się do śpiwora, materac a jakże działa i natychmiast przysypiam. Jak się okazuje, na kilkanaście minut tylko, bo zaraz budzi mnie jakieś poruszenie.

   Wychylam głowę ponad ławę – widzę, że zajechał samochód dostawczy, a do wiaty wchodzą ludzie i wnoszą pojemniki z jedzeniem.

- Obudziłam pana? – pyta sympatyczna kobitka.

- No tak – potwierdzam – właśnie zszedłem z gór po tej ulewie nocnej. A tu będzie impreza jak widzę?

- Tak, ale tylko do dwudziestej, potem będzie pan miał spokój.

Masz ci los! Chcąc nie chcąc wstaję, plecak na siebie i idę z musu posnuć się po okolicy.

środa, 27 listopada 2024

Poranek

Nareszcie staje się światło! A czas był najwyższy, bo już myślałem, że zrosnę się z ławką. To tylko brzask, ale już czuję się pocieszony. Zesztywniałem do imentu, wyskakuję więc ze śpiwora na kilka minut zdecydowanej gimnastyki. Po niej parę łyków zimnej wody na ocieplenie i zaczynam się cieszyć, że przecierpiałem dzielnie tę niecodzienną noc. (Chyba raczej nieconocną noc?)






 Karimata już obciekła, ale jeszcze wymaga suszenia, jak to gąbka.

Z każdą minutą wzbierał mi nastrój, być może z powodu że założyłem suche buty na te długie do kolan skarpetki zimowe, a na świecie zrobiło się nieco cieplej. 



Patrzę na czas zdjęcia z misiami: godz. 5 .05. Lubię piątki. Wychodzę na obejście najbliższego terenu.



 Luftwaffe fotografowało Bieszczady w 1944 roku.




Jest godz. 6.00. - wychynęło słońce! Od razu nastrój wystrzela, zupełnie jak pionowa świeca na giełdzie po dobrej wiadomości!  Właśnie minęły 24 godziny odkąd wysiadłem w Lesku, a ile się wydarzyło! Ruszam naprzód.


Wdrapuję się na znajomą górę z zasięgiem telefonicznym, kontaktuję z ukochaną żoną i wykładam na godzinkę mameroły do podsuszenia.



I znowu idę w tej straszliwej i cudownej samotności, atoli po drodze nie omieszkałem zajrzeć na teren zimowitów. Nie po to, by zobaczyć czy one nie wyrosły przez noc, tylko żeby odwiedzić wianek z chabrów, który tu zostawiłem uciekając przed burzą.


Wianek leży tam, gdzie miał leżeć. Trochę ci on jest zmechrany deszczem, ale nic to, na głowę jego i oto znowu mamy bardzo piękne zdjęcie człowieka zadowolonego.

Cieszmy się z małych rzeczy, bo w nich wzór na szczęście zapisany jest…. 

wtorek, 26 listopada 2024

Mokra noc nad Jeziorkiem Bobrowym

 


Kompletnie przemoczony wpadam pod wiatę. Pioruny biją bezpośrednio znad głowy – huk następuje równocześnie z oślepiającym błyskiem. Widzę błyskawicę uderzającą w resztki pni, wystające z wody i tak grzmotnęło, aż wiata podskoczyła razem ze mną. Ale co mi tam – co ma być to będzie, na razie rozbieram się z mokrego.



Plecak tym razem przemókł całkiem. Kiedyś (2010 r) kiedy go kupiłem, był reklamowany jako nieprzemakalny. Znaczy: wszystko się starzeje.

Ubieram to, co mam suche: Stoję bez spodni, w grubej koszuli flanelowej i skarpetach zimowych do kolan. Spodnie wyżęte z wody, razem z innymi mokrościami, rozwieszam na balustradzie i czuję się  ….. zadowolony!









Z czego zadowolony? Ano z tego, że jestem sam i wszystko wskazuje na to, że już dziś tak zostanie – nikt w taką pogodę tu nie zawita. Czyli jest ok, azaliż z jednym minusem ujemnym: zrobiło się trochę zimno, a deszcz zaczął zacinać dosłownie poziomo, ponieważ zerwała się silna wichura. Staję atoli za filarem na samym brzegu tarasu, bo tylko na ten mały skrawek nie dociera deszcz.

Stoję tak i stoję (niczego się nie boję), mija godzina, moje zadowolenie stopniowo topnieje, ponieważ zaczynam myśleć o spaniu: - gdzieś będę potrzebował zlegnąć, trzeba działać. Oceniam sytuację: - stół całkiem mokry, ławy są w lepszym stanie.




Ściągam obie ławy w ten suchszy róg tarasu i ścieram z nich wodę - łóżko już jest.

Teraz coś zjeść, bo głód się odezwał. Mam misli i jajka na twardo. Zajadam powolutku ( bo po co mam się spieszyć?) i od razu odzywa się pragnienie. 

      Pragnienie jest, a wody nie mam – butelkę zostawiłem na górze pod jałowcem, razem z resztą mamerołów. Atoli w Bieszczadach z pragnienia nie umrzesz. W historyczny stalowy kubek łapię wodę płynącą z dachu, wącham i ostrożnie smakuję. Doświadczenie bowiem do tego zmusza. Otóż była taka noc bezwodna na połoninach, konkretnie w szałasie Bukowe Berdo w kierunku Pszczeliny-Widełki, kiedy deszcz siąpił, a woda z dachu nie nadawała się do picia z powodu impregnatu chemicznego, którym powleczony był dach. Był wpis. Dlatego ostrożność. Pewnie i tu była chemia, ale lało już tak długo i tak obficie, że należało spróbować. Badam sprawę – jest dobrze - woda okazuje się bez zapachu i smaku. Wypijam trzy kubki – od razu czuję się lepiej i przypomina mi się autentyczna rozmowa z małym chłopcem z mojej rodziny, o wątku „próbowania”.

    - Wiesz wujek, wychodzę wczoraj na ulicę, patrzę – coś leży. Macam – miękkie. Wącham – śmierdzi. Próbuję – gówno!

- Coś ty? To próbowanie mogłeś sobie darować!

- Niby mogłem, ale jakoś samo tak wyszło.

- No dobrze i jaki był wynik próby?

- Gorzkie!

Dzieci są rozbrajające w swej autentyczności.

Wiatr ucichł, uderzył ostatni piorun i tylko deszcz szumiał po dachu, a ja zaczynałem się martwić. Nie o siebie, nie, tylko o zmartwienie żony, której obiecałem kontakt wieczorem, a stąd nie było zasięgu nawet dla smsów.

Zasięg jest dopiero z tej góry, gdzie leży reszta mojego majątku – półtora kilometra będzie. Tak czy siak muszę tam pójść, bo i śpiwór by się przydał. Ale pada równo.

Zapadłem w lekką drzemkę, bo gdy się ocknąłem (z zimna) już szarzało, a deszcz jakby zmniejszył intensywność.

Przygotowałem smsa: „jest ok, szykuję spanie w wiacie nad jeziorkiem, jutro się odezwę”. I czekałem co dalej z deszczem.

Szykuję dzisiejszy wpis i natykam się na następujący tekst, który pasuje tu jak ulał:

 „Stań się wodą – albo płyń.

Kiedy robisz to, co lubisz, tracisz poczucie upływu czasu. Tak miałem przy uprawie ogrodu, w czasie jazdy rowerem, podczas wędrowania, majsterkowania, na grzybobraniu. W takich chwilach po prostu jesteś, a jak niektórzy piszą stajesz się wodą (to ulubione powiedzenie Bruce’a Lee) – płyniesz . Zanikają granice twojego ego, wchodzisz w stan nazywany przez psychologów flow – przepływ.

Nic nowego pod słońcem, ten stan opisywał kilkadziesiąt lat temu i to na wiele sposobów wielki nauczyciel duchowy – Osho.

Ten stan flow, to niezapomniany czas spokojnej szczęśliwości osobistej, kiedy zatapiamy się w jakiejś czynności tak głęboko, że nie liczy się nic innego. Doznajemy spełnienia.

„Bądź totalny” – powtarzał Osho.

Podczas flow operacyjna część naszego mózgu spowalnia, dlatego tracimy kontrolę nad czasem i jak śliwka w kompot wpadamy w to sławne Tu i Teraz.”



Więc wpadnięty atoli w sławne Tu i Teraz, ze spowolnioną operacyjną częścią mózgu, w sposób spowolniony rejestruję, że dawno już przeszła pora pomiędzy psem a wilkiem, a deszcz prawie ustał. Nie wiedziałem czy to chwilowe tylko, ale działam instynktownie - mokre buty i spodnie na siebie założyć (brrr), na grzbiet suchy T-shirt, plecak zabrać i wio w dół a potem w górę wysłać smsa!

Zmarznięty zbiegam raźnie i tym biegiem rozgrzewam się stopniowo, a w czasie wdrapywania na górę nawet lekko pocę. Już jestem przy szczycie, w powietrzu jak mówią ślązacy – ślągwa (lekka mżawka). Przyciskam na roboczego smsa „wyślij”, a tu dupa! Nie idzie! Wilgoć? Podchodzę jeszcze kilka kroków i wyciągam rękę z telefonem w górę. Tkwię tak jak głupi kilka długich minut sprawdzając czy wiadomość poszła. Wreszcie wydaje się że poszła, ale jest jakiś dopisek pm, czy coś takiego, dlatego jeszcze chwilę stoję, pisząc nowego smsa, gdy przychodzi wiadomość od żony, że odebrała. Już spokojna, bo wie, że na razie nie zjadł mnie niedźwiedź.

   Wątek smsa mam aliści załatwiony, teraz biegiem do jałowca po mameroły! Karimata przyciśnięta kijem ochroniła buty i śpiwór, są suche, rzeczy do plecaka, karimata pod pachę i wio z powrotem! Jest prawie ciemno, gdy schodzę do drogi – teraz w górę! Coś mi się wyraźnie leje po boku – ano leci woda z karimaty zwiniętej w rurę - no to będzie spanie bez materaca.

Deszczyk się wzmaga, idę najszybciej jak się da. Nie widzę już drogi, idę po omacku, patrzę w górę, gdzie da się jeszcze rozróżnić po tunelu z drzew jaki trzymać kierunek. Do wiaty docieram zziajany akurat w chwili, kiedy coś zaczyna stukać po dachu – oto mam następną atrakcję - zaczął padać drobny, gęsty grad i szybko robi się naprawdę zimno (w nocy było 6 stopni). 

Zrzucam mokrości, zakładam suchości, sięgam po latarkę (dziesięcioletnia, ale bardzo rzadko używana, sprawdzona przed wyjazdem) pstrykam – zabździło na moment i zgasło! Wszechobecna wilgoć. Powoli mam dość.

    Lekko wkurwiony i już mocno senny, szybciutko szykuję spanie na macanego. A jest to rzecz niezwykle prosta, ponieważ mój kącik na tarasie ma 2 metry na dwa i tu wszystko pod ręką. Więc: - zdjąć mokre buty i spodnie, założyć zimową czapkę, zimowe skarpety, koszulę flanelową, śpiwór rzucić na wcześniej przygotowane zestawione ławy, wleźć do środka i lulu!

   Wlazłem i leżę ci ja. Zimno. Zimno i twardo. Jejku jak twardo! Atoli pomimo twardości przysypiam pewnie na godzinę i przekręcam się na bok – ależ twardo w kość biodrową tym razem, no nie usnę. Jeszcze próbuję na drugim boku – z tej strony jakby kość biodrowa mi bardziej wystaje (gruby to ja nie jestem) - na drugim boku gorzej. To znowu na plecy, teraz owszem przydarzył się sen pewnie z pół godziny i to byłoby na tyle – dłużej się nie dało.

Nie śpię, leżę ci ja sobie tylko na twardej ławie. Głucha noc jest, już nie pada, słychać tylko delikatne ciurkanie wody przelewającej się przez tamę. Leżę obolały od tego twardego łoża, a wokół sławna czarna bieszczadzka noc, kiedy nie widać nawet własnych myśli. Leżę w tej zimnej czerni, którą wydaje się, można dotknąć i przypomina mi się dowcip jak to gówno z dupą szło przez ciemny tunel:

- Ciemno tu jak w dupie – mówi gówno.

- Rzeczywiście gówno widać – zgodziła się dupa.

    Okutany w śpiwór siadam na ławie tyłem do przodu, na krawędzi oparcia ławy kładę (dla miękkości) kapelutek, czapkę zimową na czole zwijam w rurkę i tak osłonięte czoło opieram na krawędzi ławy. I w takiej oto fikuśnej, atoli prozaicznej pozycji, umordowany skutecznie, dotrwałem jakoś do brzasku.


czwartek, 21 listopada 2024

Wianek bieszczadzki





Na teren zimowitów, gdzie była także część soczystej, nie skoszonej łąki pełnej kwiatów, doszedłem po godzinie, ponieważ musiałem zejść kilometr do drogi, potem dwa kilometry w bok i jeszcze kawał do góry.

Było parno i dalej chmurzyło się, a ja plotłem osnowę do wianka. Mijały minuty, ciemniało wyraźnie. Kiedy wianek z tego co rosło (chabry?), uznałem za gotowy, po raz pierwszy zagrzmiało. Tak całkiem niegroźnie, z daleka – Aniołki jadą z wodą, lubię jak burza mruczy – pomyślałem, a byłem jak widać zadowolony z siebie, tudzież z tego co jest.









Patrzę na te zdjęcia zadowolonego człowieka i przypomina mi się sentencja, którą forsuję od lat: Cieszmy się życiem. Sentencja jest słuszna, jedynie chodzi o stosowanie jej w realu. Czyli troista zasada Zaratustry, o której pisałem w książce "Sukces na giełdzie": pomyśl dobrze, powiedz co pomyślałeś, wykonaj co powiedziałeś.
Dziś bym jeszcze dodał: - i miej w dupie, co pomyślą o tobie inni.    
Tymczasem grzmiało częściej i coraz bliżej. Najpierw podeszła burza z lewa, potem z prawa, a wreszcie także z tyłu. Trzy burze? Poczułem się w jakby w saku.




W saku, czyli osaczony, co nie oznacza zaniepokojony. Spokojnie wdziałem moją starą koszulę łemkowską, pstryknąłem ostatnie uroczyste selfie, szybko spakowałem mameroły (w torebki foliowe a jakże) i zająłem się sprawną ewakuacją – grzmoty bowiem zaczęły przypominać kanonadę. 
Teraz plecak założyć i zejść do drogi. Zrobiło się ponuro. Wiatr ucichł, przyroda jakby wstrzymała oddech, tylko pioruny raz po raz waliły i błyskały. Naraz potężnie zawiało podrywając pył z drogi. Szedłem ci ja szparko, trzymając kierunek do wiaty nad Jeziorkiem Bobrowym. Pod dach miałem już niecałe dwa kilometry, kiedy spadły pierwsze wielkie krople. Początkowo miałem zamiar zabrać spod jałowca na górze zostawione tam rzeczy, przykryte karimatą ma się rozumieć, atoli bieszczadzka przyroda, jak wiemy, weryfikuje skutecznie wszelkie plany. Deszcz stopniowo przybierał na sile i moja cieniutka ortalionowa kurteczka z kapturkiem zaczęła przemakać niestety. Lało po prostu. Odpuściłem więc skręt w bok, skupiając się na dotarciu do wiaty. Już ją zobaczyłem w odległości może 150 metrów, kiedy otworzyło się niebo i na ziemię spłynął dosłownie wodospad.