Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impreza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impreza. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2026

Znaki, symbole, słowa.

 

Jak wiemy podobieństwa, energie, przyciągają się. Cała prawa strona polskiej sceny politycznej trzyma z kościołem, a szczególnie (chwilowo to ukrywają) z Rydzykiem

Do jakiego zakonu należy ów osobnik? Do redemptorystów.

Jakie imię ma święty założyciel tego zakonu? Alfons.

To po pierwsze primo: - nie trzeba szukać daleko, samo życie podsuwa zaskakujące puenty, za pomocą słów, znaków, symboli. 

Po drugie primo: - Dokąd to poleciał niedawno rodzimy ćpun? Ano na imprezę, której nazwa wyraźnie kojarzy się z Ćpać.

Po trzecie primo znak zarówno symboliczny, jak i liczbowy:

4 kwietnia płonie w Warszawie Krzyż Papieski. Straż pożarna przyjmuje telefon o zdarzeniu godz. 15.34. Wierni ustawili znicze za blisko.

Suma cyfr godziny zgłoszenia okazuje się, bo jakby inaczej - "papieska". Dzień, miesiąc, rok, plus 13 z godziny daje także 13. 

Suma dnia, miesiąca, roku to 18. 

1 + 8 = 9     Godzina zgłoszenia 13       1 + 3 = 4        9 + 4 = 13




środa, 11 grudnia 2024

Druga noc sierpniowa

 




Przyjechał autobus, imprezowicze się wyroili, rozpalono ognisko, popłynęły przeboje, zrobiło się gwarnie i wesoło.

Za trzy godziny impreza ma się zakończyć, odejdę więc na kilkaset metrów, aby przysiąść w ciszy.


Okazało się, że cisza to już była! Nadjechały wozy kolorowe z balowiczami tym razem z Bystrego, tu towarzystwo już wyraźnie podchmielone śpiewało pełnymi głosami, śmiechy, grał akordeon. Wzruszyłem się, bo muzyka przypomniała dzieciństwo i rodzinne śpiewy przy akordeonie właśnie. Wozy jechały w prawo, potem wracały, czułem się w teatrze jednego widza.

Minęła godzina, odjechały wozy w stronę Bystrego. Zrobiło się cicho, jakby zapadła teatralna kurtyna, a mnie głowa się kiwnęła od senności.

- Co będę tu siedział tak samotnie – pomyślałem – wrócę ci ja w pobliże wiaty, popatrzę jak towarzystwo się bawi, bo inaczej usnę jak nic.

      Wróciłem. Zabawa się rozkręcała. Organizatorzy przywieźli akumulator, było światło, zaczęły się tańce.

Usiadłem na uboczu, przede mną znajdowało się drugie miejsce na ognisko i tu już także płonął ogień. Urzędowała przy nim grupa młodych, spokojnych turystów, w bardzo sprytny sposób rozczepiając duże klocki drewna na małe szczapki, za pomocą filigranowej siekierki. Drwale się zmieniali, a każdy z nich, co było widać, nie pierwszy raz operował zgrabnie tą małą siekierką.

Kiedy usiadłem, pojawiła się na horyzoncie sympatyczna pani organizatorka pikniku i dostałem gorący poczęstunek: podpłomyk, chleb i kaszankę w kapuście, tudzież herbatkę. Dziękowałem zaskoczony, a pani życzyła smacznego i przepraszała za przerwanie spania. Dziękuję, ależ proszę uprzejmie.

Haj lajf, bon ton, savuar vivr, pardon!

Oto po raz drugi tego dnia wprowadzałem ciepłe do środka swojej Osobistości, a herbatka to smakowała dokładnie tak, jak opisała Wanda Rutkiewicz.




Zmierzchało, a że było bezchmurnie, szybko robiło się chłodno. Umordowany tym nicnierobieniem czekałem na spanie i czekałem. Nawet było miło, ale ile można czekać? Godzina dwudziesta dawno minęła. Wreszcie przyjechał autobus po balowiczów, zatrąbił raz, drugi, trzeci i dopiero wtedy tancerze zaczęli się zbierać.

Kiedy w końcu autobus zniknął w dali, była już noc.

Dla rozgrzewki poszedłem pomóc w sprzątaniu, a tu akurat wysiadło światło. Moja pomoc polegała więc na przyświecaniu telefonem.

Wszystkie odpadki zabiera się teraz w worki, nie ma tu śmietnika. Pisałem jak kilka lat temu, kiedy spałem w tym miejscu, obudził mnie niedźwiedź, przewracając nad ranem, z ogromnym hukiem blaszany pojemnik na śmieci.

Godz. 22.00, nie ma już nikogo, tudzież jest cisza nocna, organizatorzy właśnie pojechali.

Szybciutko rozłożyłem spanie na stole, fruu do śpiwora, czapka zimowa na łepetynę i natychmiast usnąłem.

Była jeszcze noc, kiedy obudziłem się sztywny, przeważnie z zimna, azaliż miękko na tym stole też nie było. Przywitał mnie cudnie wygwieżdżony dach nieba i tylko trzy stopnie. Więc szybko podrzucić do ognia i już można spokojnie czekać na świt.



Siedzę przy ogniu i myślę: - Człowiek to musi się najpierw (do pewnego stopnia - jak mawiał Celsjusz) nacierpieć, żeby docenić ciepłe mieszkanie, miękkie łóżko, kaloryfer, ciepłą wodę w kranie ….



wtorek, 10 grudnia 2024

Wiata Rabe

Oddalam się niespiesznie od Jeziorka Bobrowego. Słońce, które świeciło od dwóch godzin, właśnie zaszło. Spoglądam z niepokojem w niebo, ponieważ wilgoć i zimna noc dobrze utkwiła mi w pamięci (i w kościach). Planowałem odwiedzić pewne miejsce blisko Chryszczatej, ale jak wiemy, pogoda w Bieszczadach skutecznie weryfikuje plany.

Poza tym kto nie zmienia planów? No.

Decyduję dojść do wiaty Rabe.



Nie ma nikogo, wiata pusta. Zapalam szczapki, frunie dymek z komina. Na powstałym żarze ustawiam kubek stalowy. W nim woda i pół kostki rosołku. Ugrzało się i następuje pierwszy od wielu godzin łyk gorącego – ciepło z żołądka w błogi sposób roznosi się po ciele. Takie niby nic, a jakie to miłe nic!






Jak to mawiała Wanda Rutkiewicz?

„Po wielogodzinnej wspinaczce w ekstremalnych warunkach, nawet zwykła herbata smakuje jak boski nektar”.

Wypiłem więc ci ja ten boski nektar, a jako że słońce jednak zwycięża, wykładam wilgotne mameroły na dosuszenie. Zwłaszcza ważna jest sucha karimata, bo zostanę tu na noc. Karimata ma co prawda tylko pięć milimetrów grubości, ale to już wystarcza za materac – sprawdzone po wielokroć.







Mijają wiatę nieliczni wczasowicze z hoteli w Bystrem, a poza tym sielskie warunki. Pojadłem co nieco, rzeczy tymczasem wyschły. Od kilku godzin musiałem się ciągle poruszać, bo gdy tylko przysiadłem, zaraz dopadała mnie senność – przecież poprzedniej nocy praktycznie nie spałem. Dochodzi godzina 17.00 kiedy decyduję się zarządzić nocleg. Wtryniam się do śpiwora, materac a jakże działa i natychmiast przysypiam. Jak się okazuje, na kilkanaście minut tylko, bo zaraz budzi mnie jakieś poruszenie.

   Wychylam głowę ponad ławę – widzę, że zajechał samochód dostawczy, a do wiaty wchodzą ludzie i wnoszą pojemniki z jedzeniem.

- Obudziłam pana? – pyta sympatyczna kobitka.

- No tak – potwierdzam – właśnie zszedłem z gór po tej ulewie nocnej. A tu będzie impreza jak widzę?

- Tak, ale tylko do dwudziestej, potem będzie pan miał spokój.

Masz ci los! Chcąc nie chcąc wstaję, plecak na siebie i idę z musu posnuć się po okolicy.