Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2025

Ile waży dusza

 


                      Sny giełdowe.

Czytelnicy piszą o „snach giełdowych”, pomagających rozeznać kiedy szczyt, kiedy dołek, tudzież co dalej z wykresem (i pieniędzmi). Swego czasu, w istotnej długości statystycznej, bo dziesięciu lat, zapisywałem sny zaraz po przebudzeniu. Zapisywałem tylko te, które intuicyjne uznawałem za „prorocze” w temacie.

      Wyniki były ciekawe i jednoznaczne: - spadek miałem „murowany”, kiedy stałem w śnie nad przepaścią, albo zjeżdżałem z góry rowerem, lub na butach po śniegu, albo na sankach.

Wzrost natomiast wynikał ze snu, w którym stałem z zadartą głową u podnóża wielkiej góry, albo podziwiałem wysoki budynek. Ryby w czystej bieżącej wodzie oznaczały ogólnie zarobek (każdy ma inne osobiste archetypy).

Jak się okazało, rzecz zaliczała się do świadomego śnienia (dopiero w 2010 roku pojawiły się na rynku oferty warsztatów świadomego śnienia).

W czasie owym myślałem dużo o giełdzie i dbałem obowiązkowo o angażowanie osobistego Anioła do pomocy. Przed spaniem słałem prośbę; - Aniołku, pokaż mi co będzie….

Jednak problem był z długością fali - wzrostu, albo spadku. Czasami ewidentnie jednoznaczny sen kończył się na jednej sesji. Ta metoda jest niezwykła i daje moc radości, azaliż dziś wiem, że moja wiedza giełdowa w omawianym okresie dopiero się budowała. Owszem, sny jak najbardziej nadają się do prognozowania, ale trzeba do nich dodać AT, tudzież w moim przypadku Liczby Planetarne i dopiero wtedy gra muzyka. 

Jeżeli temat zainteresował kogoś z Czytelników, proszę napisać komentarz o swoich doświadczeniach w uzyskiwaniu wiadomości giełdowych tym sposobem i wynikach inwestowania.


Jako że dotykamy sfery ducha, opiszę badania naukowe zasygnalizowane tytułem posta.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku doktor Duncan McDougal z Haverwill w stanie Massachusets przeprowadził kilka nietypowych eksperymentów. Postanowił atoli zważyć pacjentów, którzy wkrótce mieli umrzeć na gruźlicę. Dla wykonania tego zadania przenosił pacjentów wraz z łóżkiem na specjalnie przygotowaną czułą wagę – i czekał!

      W chwili śmierci u czterech spośród sześciu badanych nastąpiła utrata wagi 0d 56, 7 do 70,87 grama. Lekarz uznał, że w chwili śmierci Coś opuszcza ciało. To Coś jest wprawdzie niewidoczne i nieuchwytne, ale na tyle substancjonalne, że daje się zarejestrować.

    Ten zdumiewająco prosty eksperyment nie został powtórzony przez innych uczonych, najpewniej z powodu, że należało tkwić przy wadze nie wiadomo jak długo, aby chwycić właściwy moment.

Minęły lata, rozwinęła się elektronika i dopiero dwaj lekarze pracujący w Hadze – Malta i Zaalberg, potwierdzili wnioski Duncana, choć posłużyli się całkiem inną metodą.

     Wynaleźli mianowicie fantastyczne urządzenie, które nazwali dynamistografem, a służyło ono do bezpośredniego kontaktu ze światem Duchów. Aparat był odizolowany szybą od obserwatorów, a obsługiwały go „osobiście” Duchy. Porozumiewanie odbywało się za pomocą pisma widocznego na monitorze. To był rodzaj channelingu, z tym, że pisały bezpośredni0 Duchy.

      Jakie to były wiadomości? Kto się już zetknął z pismem automatycznym niosącym wieści z Zaświata, ten wie, natomiast ja skupię się na innej zalecie dynamistografu – mianowicie umożliwiał on obmierzenie Ducha z elektroniczną dokładnością.

Okazało się mianowicie, że:

- Pojawiające się „ciała eteryczne” mogły powiększać swoją objętość o jedną czterdziestomilionową i zmniejszać o jedną dwustupięćdziesięciotysięczną.

- Składały się ze skrajnie małych, oddalonych od siebie atomów i miały gęstość 176,5 raza mniejszą od gęstości powietrza.

- Ważyły przeciętnie 69,5 grama.

Dziesięć lat później profesor anatomii, Harold Burr z uniwersytetu Yale, przeprowadził serię eksperymentów dotyczących potencjału elektrycznego wszystkiego, co żyje. Badania te wykazały istnienie pola bioenergetycznego. Rzecz opisana została w książce Wzorzec Nieśmiertelności (Blueprint Immortality).

Stąd już prostą drogą docieramy do Ruperta Sheldrake’a, angielskiego biologa z Cambridge i jego pól morfogenetycznych. Tu koło się zamyka, ponieważ oto znaleźliśmy się w znajomych rejonach Kroniki Akashy, czyli polu opisywanemu od wieków przez mistyków.

Jest to pole podobne do internetowej chmury, w której unoszą się wszystkie myśli ludzi żyjących kiedyś, żyjących obecnie, oraz tych, którzy dopiero się narodzą.

Niesamowite.

Niektóre jednostki (Nicola Tesla, Einstein) potrafiły (inni dziś potrafią) podpiąć się do tego pola i z niego czerpać ponadczasowe pomysły – wynalazki.

środa, 24 kwietnia 2024

Duch komunisty




Może 7 km. w linii prostej dzieli miejsce widoczne na tych trzech zdjęciach od Jabłonek.

Każda zorganizowana grupa przestępcza poszukuje symbolu. Naziści wybrali symbol czterech pór roku, zwizualizowany w stylizowanym układzie Wielkiego Wozu – nazywanym swastyką.

 Komuniści postawili na czerwoną gwiazdę i Stalina, który miał usta jak malina, tudzież na Lenina (wiecznie żywego). Polskiej komunie atoli przytrafił się Świerczewski.

Gloryfikacja polegała na pomnikowaniu onego, no i musiało być muzeum, położone oczywiście w bieszczadzkich Jabłonkach.


„Budynek postawiono wielki, przestronny, aby bił w oczy z daleka. Za to sama ekspozycja była mizerna tudzież wątpliwa: fotografie i dokumenty miały świadczyć o geniuszu, jakim odznaczał się ów osobnik już od lat niemowlęcych. Uwypuklono mętnie walki w Hiszpanii, było owszem o Wielkiej Czystce, że to nie porażka, tylko wielkie zwycięstwo 27 do jednego. Na końcu szlak bojowy z 2. Armią tak zwanego Wojska Polskiego. Słowa oczywiście nie było o tysiącach żołnierzy, którzy poszli do piachu z powodu genialnego dowodzenia Świerczewskiego. Nie wspomniano także o tym, po której stronie generał walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku".

      Eksponaty można było policzyć na palcach: jakaś fajka, którą palił nie wiadomo kto, nie wiadomo gdzie, rękawiczki, pas generalski, biurko, lampka, ma się rozumieć kieliszki i karafka, w której generał pewnie trzymał wodę święconą. Do tego trochę broni z czasów drugiej wojny, co czyniło jedyną atrakcję dla młodzieży.

   Niestety – najważniejszej relikwii – płaszcza generalskiego nie było, a to z powodu, że gawiedź mogłaby zacząć liczyć ilość przestrzelin i główkować, skąd wziął się ślad od dźgnięcia bagnetem.

     Z wpisów do kroniki odwiedzin:

„Wieczna pamięć i chwała Tobie Generale” – Zofia i Władek.

„Bądź sławiony po wszystkie czasy, generale Walterze” – Anna, studentka WSP w Rzeszowie.

Przy pomniku generała organizowano wielotysięczne spędy. Przysięgi składali tu harcerze, żołnierze, milicjanci.



Zdjęcia z książki Krzysztofa Potaczały.

Szło nowe. Jako że historia weryfikuje wątpliwe pomniki, los likwidacyjny spotkał najpierw muzeum.

W 1990 roku nadszedł jego kres – pamiątki po generale miały pojechać do Muzeum Wojska Polskiego.

Dyrektor muzeum opowiada:

„W nocy poprzedzającej likwidację ekspozycji, akurat gdy zegary (było ich kilka) wybijały północ, zbudził nas głuchy, ciężki odgłos. Pomyślałem, że to złodzieje, więc wziąłem myśliwski sztucer i ostrożnie zacząłem się skradać do holu. Obszedłem cały budynek, ale nikogo nie znalazłem. Okazało się, że to nie złodzieje, tylko ze ściany spadł na posadzkę ciężki, w zdobionych ramach obraz, na którym generała radośnie podrzucają w górę żołnierze”.

   Powstaje pytanie: - Czy to duch generała, po rachunku sumienia spowodował upadek obrazu, czy też duchy tych, którzy przez generała zginęli, o tej symbolicznej godzinie odwrócili radosny kierunek podrzucania?

Bowiem swoją drogą, z tego co wiem, duchy miewają specyficzne poczucie humoru.







czwartek, 9 marca 2023

Czarna pirania

 


U mnie już weekend, zajrzałem więc do gotowców, aby metodą "na co najpierw padnie wzrok" znaleźć coś wesołego na koniec tygodnia, kiedy akurat w TV panowie i panie rozstrzygają co jest prawdą. I w ten oto prosty sposób na wpis doczekała się czarna pirania

"Wiele napisano o piranii, rybie-wilku. Jest to niewątpliwie najbardziej drapieżna ryba. Tu, w Mato Grosso żyje cała gama różnych odmian tego gatunku. Najbardziej krwiożercza jest mała pirania czerwona, o podbrzuszu szkarłatnym jak krew, która tak lubi kąsać. Inne, większe ale nie mniej drapieżne, to piranie białe. Ich rozmiary sięgają wielkości talerza, a waga przekracza jeden kilogram. Są także piranie żółte, ale te są mniej groźne. No i wreszcie jej Królewska Mość – pirania czarna.


Na temat czarnej piranii istnieje legenda – opowiedział mi ją stary Indianin Karaja pewnego księżycowego wieczora, kiedy upolowawszy trochę ryb, usiedliśmy przy ogniu, na którym piekły się tłuste tucunare. Indianin wskazał na wielką piranię, która poruszała się przeszyta strzałą.

- Bedena (czarna pirania) - powiedział tajemniczym tonem.

Spojrzałem: - pirania wcale nie była czarna, przeciwnie, połyskiwała jasnoniebieska barwą. Indianie jednak nie przesadzają w sprawach związanych z rybami. Stary Uari miał bardzo poważny wyraz twarzy.

    - Wcale nie jest czarna – zaprotestowałem – Dlaczego tak ją nazywają?

- Poczekaj tylko aż umrze. Kiedy księżyc wzejdzie wysoko, wyżej niż moje ramię, mniej więcej za godzinę – zobaczysz jak Bedena robi się czarna, bo to nie ryba, tylko duch złej kobiety.

- Jak to złej kobiety?

- Uari nie lubi opowiadać białemu, bo biały nie wierzy Karajom.

- Ależ zapewniam cię, że będę wierzył.

 Uari obrócił piekące się na kolację tucunare, aby się nie przypaliły, zapalił fajkę, przykucnął i zaczął opowieść:

        „Dawno temu mieszkała w jednej z naszych wsi piękna dziewczyna. Malowała się zawsze najbardziej czerwonym urucu. Jej przepaska była zawsze najbielsza, włosy najbardziej błyszczące, dobrze natłuszczone  oliwą z babassa. Wszystkie pozostałe dziewczęta wyglądały przez szpary w ścianach chat, kiedy chłopcy próbowali swoich sił w walce i wybierały sobie mężczyzn silnych i pięknych. Ale Herea (tak się nazywała) nigdy na to nie patrzyła. Jej oczy błądziły daleko i wysoko, tam gdzie nie sięga strzała najlepszego wojownika. Jej myśli sięgały dalej niż rzeka Aranguaja. Życie Herei było ciężkie jak kosz pełen timbo (trująca roślina).

       Na ostatnie święto Aruana przybyli i inni wojownicy Yatoba. Był wśród nich mężczyzna wyższy i silniejszy od pozostałych. Wygrał w popisach siły, najszybciej pływał i najdalej zaniósł kosz napełniony łodygami timbo.

Myśli Herei krążyły wokół niego, a kiedy tańczył taniec Aruana, Herea patrzyła na niego i wtedy  bóg Aruana bardzo się rozgniewał. Lecz skończyło się święto Aruana i wojownicy odeszli. Razem z nimi odszedł ten najwyższy i najsilniejszy i nie zostawił swojej plecionki w chacie Herei (nie zaproponował jej małżeństwa).

        Minęło wiele letnich pór i nasienie urucu wiele razy dojrzało, ale oczy Herei nie spoczęły na żadnym z wojowników jej szczepu. Otrzymywała plecionki od najlepszych myśliwych, ale z żadnym z nich nie usiadła do wspólnego posiłku (nie przyjęła oświadczyn).

Kiedy po raz czwarty tańczono taniec Aruana, oświadczył jej się Uajari. Nikt nie wiedział czemu go przyjęła. Zjedli razem całusy (zupa z manioku) i pobrali się. Niedługo potem nadeszła wiadomość, że Cayapowie ukradli z pól zbiory manioku. Wojownicy obrabowanej wsi odtańczyli Narebudekandu i poprosili o pomoc mieszkańców Yatoba. Kiedy po wielu dniach wrócili jako zwycięzcy, na czele kroczył  ów wysoki i silny. Herea nie powiedziała ani słowa, ale jej serce przepełniła słodycz- jak miód aueri. Świętowano i bawiono się przez trzy dni, aż wojownicy Yatoba zaczęli przygotowywać się do odejścia. Wtedy serce Herei nie zdołało dłużej się opierać. Podbiegła ku najwyższemu i błagała, aby ją zabrał ze sobą. Kiedy zaś już siedzieli w łodzi, podszedł do nich Uajari, żądając zwrotu żony. Wtedy najwyższy wyzwał go do walki na śmierć i życie. I stoczyli na plaży walkę, w której Uajari padł martwy.

     Łodzie z Yatoba odpłynęły unosząc Hereę, ale ani jedna strzała nie poleciała w ślad za nimi, by pomścić śmierć Uajari. Ani jedno przekleństwo im nie towarzyszyło, bo wojownicy z Yatoba byli przecież pogromcami straszliwych Cayapów. Ale bóg Aruana nidy nie zostawiał przy życiu niewiernej żony i kiedy łodzie były już daleko, pojawił się wodny potwór i przewrócił czółno najwyższego. Uratowali się wszyscy prócz Herrei, którą wodny potwór porwał i zamienił w czarną piranię, aby była ostrzeżeniem dla wszystkich wiarołomnych kobiet. Te, które zdradzają swoich mężów, nie mogą wejść do wody, bo zaraz pożre je Bedena”.

       Uari skończył swoją opowieść, wyjął z ognia już dobrze upieczone ryby i wrzucił w płomienie kilka suchych gałęzi. Blask płonącego drewna rozświetlił wszystko dokoła. Spojrzałem na piranię przeszytą strzałą – już się nie poruszała. Była martwa, ale jej barwa ….. ależ tak! Czarna, zupełnie czarna, matowoczarna jak sadza. Tylko ostre białe zęby połyskiwały w jej pysku niby ostrzeżenie dla wszystkich kobiet świata". 

                                                                 Tony Halik

poniedziałek, 15 marca 2021

Pożyć jak w bańce mydlanej

W takiej bańce wypuszczonej w słoneczny dzień, igrają kolorowe rozbłyski.

 





Przerabiałem swoją lekcję życiową, mając już nieco doświadczenia po dwudziestu latach pierwszego małżeństwa i ciężkim rozwodzie (dwanaście rozpraw): przydarzały się niby leniwe i radosne weekendowe śniadania w ogrodzie, lecz z każdą godziną wzmagała się nuta niepokoju, zbliżał się bowiem czas powrotu do domu. W poniedziałek trzeba znowu do pracy, a ja tak lubiłem ogród, kwiaty i rozumiałem ziemię. Kurcze – obowiązek powrotu do cywilizacji i pracy wywoływał skurcz w żołądku.

W duszy coraz silniej odzywała się tęsknota za Edenem utraconym, wolnością z dzieciństwa.


Pożyć sobie w rajskim ogrodzie, może nawet tak do syta? Utopia? Jednak marzyłem pamiętając, żeby marzeń nie odpuszczać. Bo azaliż porzekadło mówi: - wiary nie tracić i ducha nie gasić.

Pociągał mnie hedonizm? Tak! I to bardzo pociągał! Przecież ta filozofia jest słuszna i zbawienna, jej się trzymać trzeba, oraz to podstawowy objaw zdrowia psychicznego jednostki.

Jako że sprawy wydarzają się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu, musiało upłynąć następne dwadzieścia lat drugiego małżeństwa, żeby marzenia o Edenie przyoblekły się w ciało.

I co?

I pstro!


Wszystko mija, ale jest jedna rzecz, która się zatrzymuje i trwa – to wspomnienia. Wspomnienia są jak fotografia. 

A ja jestem w nastroju przedwakacyjnym, przychylnie nastawiony do świata, do ludzi mniej przychylnie. Planuję pojechać, lub zawędrować tu i tam, przeglądam zdjęcia i szykuję wpis do bloga.

Czuję się zadowolony, a człowiek zadowolony ma jeszcze więcej tego, co już ma. Zadowolenie bowiem jest jak modlitwa dziękczynna, a stąd już całkiem niedaleko, może tylko rzut beretem do Olśnienia, Satori, Stanu Łaski, czy nazywaj to jak chcesz.

I takiego właśnie miłego nastroju życzę Czytelnikom z całego serca.



  

wtorek, 1 października 2019

Cisza


Wokół Przestrzeń w której duch ulatuje z zachwytu.






W ciągu dnia Przestrzeń, a nocą Cisza. 
Cisza dzwoniąca i nieskończona, a jednocześnie tak realna, jak ściana, której możesz dotknąć.
Kiedy usypiam w namiocie w bieszczadzkim odludziu, ściana Ciszy ogrania umysł – gaśnie w nim zwykłe działanie, codzienna katarynka myśli samoczynnie milknie.
         Nie ma żadnych nieporozumień.
A ten stan umysłu, w którym jest on całkowicie pochłonięty przez Ciszę można nazwać błogosławieństwem.

wtorek, 13 marca 2018

Iść boso po krawędzi fal

Ciągnie mnie do miejsc, gdzie duch spotyka się z przestrzenią, gdzie jest ciekawe światło i nie ma ludzi.
To wszystko można dostać poza sezonem, o świcie lub zmierzchu, nad morzem.



Kiedy idę boso po krawędzi fal, wydaje mi się, 
że roztapiam się w przestrzeni.
Jestem, a jakby mnie nie było...

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozjechany krzyż

Schodzę z przełęczy i przypominają mi się słowa Osho:
     - Ciesz się, szukaj w życiu humoru. Twórz nowe spontaniczne wzorce. Łącz uważność z dyscypliną. (było to we wpisach dziesięć byków zen)
Gdy narzucasz sobie sztywną, bezwzględną dyscyplinę, może nikomu nie wyrządzisz krzywdy, może będziesz znany jako dobry człowiek, albo nawet święty, ale nie zdołasz żyć swoim prawdziwym życiem, nie będziesz mógł go świętować. Nie będzie w nim rozkoszy. Staniesz się zbyt poważny, gotowość do zabawy odejdzie na zawsze.
                             Powaga jest chorobą.

Już widać Pod Wierchem 686. Łąki ponad Rabe. Ziemia przesiąknięta krwią Obrońców i napastników. Wejdę aż do krzyża, pozdrowię Ducha tej góry.
   


Sosny w lodowej polewie, no jest ….... bajkowo!
   




Wicher duje i przewiewa na wylot. Robię zdjęcia a palce szybko sztywnieją z zimna. Temperatura odczuwalna z powodu wiatru minus dziesięć co najmniej. Pomimo zimna jest tu tak fantastycznie, że nie chce się odchodzić jeszcze.
     


 Mogę zobaczyć, jaki miałbym widok z namiotu, gdybym mieszkał w nim w styczniu.
         Ha ha ha!
Ale co to? Nie widzę krzyża, idę nieco dalej. Zraniona sosna, bohaterka wpisu z lata pod tytułem „dotknij wiatru”.
     


Rozglądam się i naraz robi się smutno. A przecież uczucia nie kłamią. Zmienił się teren na szczycie. Jest teraz płasko, przejechała równiarka. Znikła reliktowa droga łemkowska wyżłobiona w mini wąwozie zagłębionym miejscami do piersi.
         Teraz na szczycie brak jedynie Mc Donalda.
Mam cichą nadzieję, że zrobiono tak nie dlatego, żeby mogli tu wygodnie przyjeżdżać Panowie, lecz dla zwózki drewna.
A najbardziej przykro, że maszyna przejechała po rabiańskim krzyżu.
          
            Rozjechany krzyż.
   



W każdym razie spojrzałem na leżący krzyż i zabrzmiały mi w głowie zdania piosenki:
        Idźcie do domu, skończona walka.
       Za chleb i wolność i nową Polskę,
      Janek Wiśniewski padł.

Świat się dowiedział, nic nie powiedział!

A potem jeszcze odebrałem niezwykle wyraźnie: - Hic transit gloria mundi. (Tak przemija chwała świata).

W Kołybie czytałem przed wymarszem książkę wydaną przez nadleśnictwo Komańcza. (Edward Orłowski: - „Z dziejów lasów nad górną Osławą i Wisłokiem”). Jest w tej książce taki akapit:
Do pracy w lesie zatrudniali się kiedyś poszukiwacze przygód, kryminaliści, opozycjoniści, cwaniacy, pospolici oberwańcy, życiowi rozbitkowie, urodzeni nieudacznicy, spokojni dziwacy, ludzie z artystyczną duszą szukający na łonie natury komfortu psychicznego, wyróżniający się zachowaniem, sposobem bycia i pogodą ducha.

I dwie uwagi: Ktoś prywatny kupił łąki ponad Rabe. Za koszenie idą teraz do niego pieniądze z Unii. Tak jest chyba ze wszystkimi łąkami w Bieszczadach. Nie mam nic do prywatnej własności, tylko do ludzi, którzy tu pracowali „wyrównując” teren. Być może byli to „urodzeni nieudacznicy”. W końcu nie wszyscy nieudacznicy mogą się załapać do polityki.

I druga uwaga: Od przełęczy Żebrak jesteśmy na terenie nadleśnictwa Baligród.

Zbyszku! Zostaw smutki. Dawaj do Młyna Kamieni! Psy czekają!

Zostawiam 686 za sobą, schodzę. 
Jestem coraz bliżej Młyna, niebo się rozjaśnia.