Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puchacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puchacz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 marca 2021

Odruch zwierzęcy

 


2013 rok. Biwak blisko Chryszczatej. Mija pierwszy tydzień pomieszkiwania w całkowitej inności prawdziwego odludzia. Rzecz dzieje się stopniowo, bo na początku nie byłem na odludzie gotowy, dlatego miesiąc biwakowałem na terenie Krysi Rados w Łupkowie. Biwakowałem, a odludzie wabiło.

Więc jestem ci ja na tym odludziu wreszcie i o poranku schodzę po wodę do potoku. Dzień zapowiada się piękny, mgły już się podniosły, ale trawy jak zwykle ociekają - spływają rosą. 



Zdobywałem dopiero doświadczenia biwakowe, dlatego już w połowie zejścia miałem przemoczone buty. Zaniedługo atoli zmieniłem system – po wodę schodziłem nieco później, kiedy słońce już rosę wysuszyło. A potem to ta rosa przestała mnie obchodzić, bo przy namiocie chodziłem tylko na bosaka i skóra na stopach szybko stwardniała - mogłem schodzić boso.


Więc schodzę ci ja zadowolony wielce, od nieba uderzył właśnie pierwszy ostry krzyk orlika, z dołu słychać już śpiew ptaków, oddycham pełną piersią, nie myślę o niczym specjalnym. Akurat doszedłem do miejsca na zboczu, z którego już widać w dole drogę leśną Bystre – Żebrak. Nagle oko rejestruje na drodze ruch – idzie pojedynczy człowiek. A ja jednocześnie czuję niepokój i natychmiast kucam skrywając się w zielsku. Skryłem się i myślę o tym, co zrobiłem. Oto odkryłem, że jestem zwierzęciem! Jestem zwierzęciem, ponieważ widząc człowieka poczułem się jak zwierzę, dla którego człowiek jest zagrożeniem i właśnie wykonałem klasyczny odruch zwierzęcy – kryj się! Przeczekałem kilka minut aż piechur z plecakiem przejdzie i zszedłem tam, gdzie miałem zejść. Nie miałem bowiem ochoty na rozmowę, a sam widok piechura oceniłem jako dyskomfort. Z jednej strony dyskomfort, a z drugiej satysfakcja, bo ja go widziałem, a on mnie nie zobaczył. Czyli wykonałem prawidłowy ruch czujnego zwierzęcia.                                                                                                                     

A to ci dopiero! Odezwało się we mnie zwierzę! No tak: - kto z kim przestaje takim się staje. Co dzień widzę tu orły, sarny, kozły, jelenie, lisy, wieczorem słyszę puchacza i tak mi w tej samotności dobrze, że nie wiadomo kiedy zapomniałem o istnieniu ludzi. Do świata ludzi, do Baligrodu schodziłem raz w tygodniu po jedzenie. Kupowałem i zaraz wracałem. A idąc powtarzałem sobie: - idę i czuję, że jestem. Albo inaczej: - idę, więc jestem!






Uczucia nie kłamią, a ten pierwszy osobisty odruch zwierzęcy który zarejestrujesz, jest niepowtarzalny, odświeżający, resetujący, uzdrawiający, daje dreszczyk Nieznanego. Co ciekawe każdy może tak mieć, trzeba tylko się odczłowieczyć - pospać tydzień pod dachem nieba, posłuchać nocnego wycia watahy i masz to uczucie jak w banku.

I takiego cennego uczucia życzę Czytelnikom, zwłaszcza dziś, gdy władze usiłują nas zamknąć w indywidualnych klatkach mieszkalnych.

środa, 8 stycznia 2020

Bubo bubo poluje w zimie



Puchacz, ta największa sowa występująca w Polsce, ma otwory uszne umieszczone niesymetrycznie, a szlara z piór na twarzy zbiera dźwięki podobnie jak talerz anteny satelitarnej zbiera sygnał z satelityTV.


Dzięki temu ptak słyszy superstereofonicznie  (takich doznań nie zapewni aktualna mp któraś tam) i lokalizuje najmniejsze nawet szmery. A to jest niezwykle ważne w zimie. Sowa siedząca na gałęzi sześć metrów nad ziemią, słyszy nagle szmer. Cichy szmer, ponieważ szmer z natury swej jest cichy.


Oto w odległości 50 metrów, a pół metra pod warstwą śniegu, nornica zaczyna coś gryźć - być może przemrożony liść. Tego puchacz nie wie, bo nie to, co gryzie nornica jest ważne. Ważne jest to, że dzieje się coś, co pozwoli trwać. Będzie można zaspokoić głód i dzięki temu przetrwać kolejny zimowy dzień. 

Ten jedynie ledwie słyszalny szelest obudził natychmiast internet puchacza - zaświecił się ekran, a na nim hasło: - JEDZENIE W ZASIĘGU! 
Bubo bubo obrócił nieco głowę, żeby doprecyzować namiar. Po ustaleniu miejsca, skąd dochodzi odgłos, pochylił się do przodu i lotem ślizgowym spłynął w dół.
Wykonał ten ślizg niewiarygodnie cicho, jak to sowa, dzięki specjalnym wypustkom na krawędzi lotek pierwszego rzędu, podobnym do grzebienia.  Puchacz wykonuje dolot do jedzenia z pomocą tłumika dźwięku.
Pełen kamuflaż!




Mysz niczego się nie spodziewa, a puchacz przez cały czas wsłuchuje się w szelest, jeszcze bardziej precyzując namiar, teraz do centymetrów. Mija kilka sekund i sowa unosi się już nad celem szykując do ataku. Nic nie widzi, skupia się wyłącznie na dźwięku.




Uderzając skrzydłami wznosi do góry tumany śniegu – ustawia szpony w dół i wpada w niewidzialną ofiarę. Po sekundzie następne mocne uderzenia skrzydłami i puchacz unosi się w górę trzymając w szponach szamocącą się nornicę. Następuje powrót na ulubioną gałąź, gdzie Bubo-bubo realizuje szybki posiłek: - gryzoń w górę i niezwłoczne połknięcie owego w całości.



Nornica zaspokaja apetyt sowy na jakiś czas, następnie na ziemię spada wypluwka złożona z kości i sierści. 
     Opisany sposób polowania puchacza jest oczywiście możliwy na początku zimy, kiedy śnieg jest puszysty. Później, kiedy na powierzchni śniegu tworzy się lodowa skorupa, terenami łowieckimi sowy stają się południowe zbocza gór, gdzie bardzo szybko promienie słońca tworzą łysiny wolne od śniegu. 
Jak na razie nornic - pożywienia nie tylko dla sów, mamy w Bieszczadach dostatek.
Zobaczymy, co będzie dalej.

środa, 23 października 2019

Puchacz – król nocy


Łacińska nazwa łatwa do zapamiętania: -  Bubo bubo.


Pisałem o prawdopodobnym miejscu zamieszkania mego znajomego puchacza w bieszczadzkiej dolinie Rabe – to pomnik przyrody, lipa obok starego cmentarza łemkowskiego.           
Czemu tak uważam?
Wypluwki. 
Na ziemi pod domem puchacza leżą wypluwki. Puchacz połyka bowiem zdobycz w całości, potem w żołądku od mięsa oddzielają się kości z sierścią i są wypluwane na zewnątrz.


Rozpiętość skrzydeł u wyrośniętych osobników dochodzi do dwóch metrów, a waga ciała przekracza cztery kilogramy.


Od sześciu lat, w lecie, gdy tutaj biwakuję, słyszę jego charakterystyczne wołanie wieczorne. Zwykle woła raz, dwa, a najwyżej trzy razy. To o zmierzchu, w tej sławnej porze pomiędzy psem a wilkiem.


Potem zapada noc i kiedy resztki światła pozwalają jeszcze dostrzec zarysy grzebienia szczytów na horyzoncie, pojawia się mój znajomy puchacz.
    Pojawia się znikąd jako niesamowita zjawa, jak duch i od razu jest tuż nad głową, leci bezszelestnie oczywiście, na wysokości może dwóch metrów nad ziemią. Przy pierwszych przelotach odruchowo kuliłem się w sobie siedząc przy namiocie, bo wydawało mi się, że ptak ma zamiar wylądować na mojej głowie. Z czasem oswoiłem się z tymi jego niskimi przelotami. 
     Puchacz wydaje się olbrzymi w tej swojej dwumetrowej rozpiętości skrzydeł - przecież jest wielkości namiotu.....
Przelatuje bardzo wolno i każdego pogodnego wieczora tylko raz.   
                                                                                         
Sprawdza, czy jeszcze jestem - przecież to jego teren.
Nie ukrywam, że czekam na tę chwilę i posyłam drapieżnikowi życzenia udanych łowów.

Puchacz nie boi się praktycznie niczego. Nie buduje gniazda, woli zajmować te opuszczone przez inne ptaki. Nierzadko rozpoczyna lęgi w gnieździe, które odebrał jastrzębiowi, zabijając i zjadając poprzedniego właściciela.         
      Świadczy to o ogromnej sile tego ptaka, jako że żaden inny z leśnych drapieżców, nie jest w stanie upolować jastrzębia. Puchacz jest jedyną polską sową, która w przypadku braku odpowiedniego miejsca, nie boi się zakładać gniazda bezpośrednio na ziemi.                                                                         
   


Podobno pilnująca lęgu samica, jest w stanie obronić jaja lub pisklęta przed każdym napastnikiem, także dzikiem, wilkiem i rysiem.
Zdobyczą puchacza są nie tylko ptaki, drapieżnik ten chwyta wszelkie gryzonie, króliki, zające, jeże, a nawet młode lisy i sarny. Moc nacisku jego szponów dochodzić może do dwóch ton. Jest to bez wątpienia najsilniejsza z sów.


Specyficzny układ piór na twarzy puchacza nazywamy szlarą
Szlara zbiera fale dźwiękowe i przekazuje je do uszu. To dzięki niej sowa słyszy superstereofonicznie i tylko dzięki uszom dokładnie lokalizuje miejsce najmniejszego szmeru.                                                                                          
Jak wygląda polowanie puchacza w zimie napiszę innym razem.

Puchacze to ptaki, które przez całe życie pozostają sobie wierne. Samiec i samica dobierają się w parę, która złączona jest już do śmierci któregoś z osobników. Są przy tym długowieczne, okazy trzymane w niewoli, nierzadko dożywają 60-ciu, a nawet i więcej lat.                                                                              Pewien samiec trzymany w ogrodzie zoologicznym w USA, po przypadkowej śmierci swej partnerki, nie wykazywał zainteresowania żadną inną samicą, po czym sam padł, odmawiając przyjmowania pokarmu.
Wszystkie gatunki sów, są na terytorium UE chronione. W Polsce liczebność tej sowy szacuje się na 250 par. 

wtorek, 15 października 2019

Wolna Republika Komańczańska

Budzę się ze zdrowego, głębokiego snu i od razu nadpływa zadowolenie na myśl, że tkwię w Jedynej Prawdziwej Świątyni.       
      Otwieram oczy i rejestruję, że dopiero dnieje. 
Zamykam oczy, teraz tylko uszy pozostają otwarte.
Cisza jest tak absolutna, że znowu zaczyna dzwonić w uszach.                                  
To się nazywa sto procent ciszy w ciszy.
Między innymi po to tu przywędrowałem.                                              
Należy bowiem dbać o higienę psychiczną. 
Nie musimy przecież non stop przebywać w stadzie. 

Zero sieczki informacyjnej - telefon jeszcze wyłączony dla oszczędności prądu - włączam go jedynie dla robienia zdjęć. 
Internet wyłączony zawsze.
Poza tym niech każdy żyje jak chce, a teraz zobaczę, jaki świt się szykuje. Schodzę do krzyża - pamiątki po Bitwie Karpackiej 1915.  
           

Wieczorem bezwietrznym, gdy czas jest już bardziej wilczy niż psi, a przyroda ucichnie, czuję się tak otulony ciszą, jakbym miał pierzynę na głowie.


I trwa ten dziwny, całkiem niepojęty czas, aż do pierwszego krzyku puchacza, który mieszka u podnóża góry, gdzieś blisko terenu dawnego łemkowskiego cmentarza, być może ma dziuplę w starej lipie – pomniku przyrody.
Od śniadania wędrowałem, mam dziś 20 km w nogach i apetyt wilczy. Gotuje się gęsta grochówka na boczku, oczywiście z jednym borowikiem.




Ugotowane, zjedzone, uczczone głośnym beknięciem.
Oczy się kleją - nie ma najmniejszych kłopotów z usypianiem.... 

Lipa stoi u podnóża góry 686 i ma grubo ponad sto lat, pamięta ciężkie walki Bitwy Karpackiej 1915  i ustanowionej tu na krótko, w czasie pierwszego Powstania przeciwko LachomWolnej Republiki Komańczańskiej.

      
Na polanie za tą lipą stały kiedyś retorty i to tutaj Darek Karaluch wypalał węgiel drzewny.
      Stąd też chodził raz w tygodniu, także zimą (a wtedy śniegu bywało ponad człowieka), kilkanaście kilometrów do Baligrodu, po zaopatrzenie dla trzech wypalaczy - między innymi przynosił w plecaku pięćdziesiąt półlitrówek wódki. 
Plus jakieś jedzenie.
A to razem trochę ważyło.
Był wpis.

czwartek, 16 marca 2017

Biwak na Fereczatej

Następny świt. Od strony Wetliny nadleciała para kruków kra kra. Nadleciała - przeleciała kra kra.


Myśli pośniadaniowe: - skale i zakresy są względne.
Na przykład Księżyc i Słońce wydają się być z grubsza tej samej wielkości, podczas gdy w rzeczywistości objętość Słońca jest 65 tysięcy razy większa od Księżyca.
Objętość Słońca jest tysiąc trzysta razy większa od Ziemi, a Objętość Ziemi pięćdziesiąt razy większa od Księżyca.
     Jeśli jesteśmy, przy Księżycu: - wykonuje on pełen obieg wokół Ziemi w ciągu 27,3 dnia (tzw. Miesiąc syderyczny).
I od razu kłania się facet o nazwisku Celsjusz: - temperatura bezwzględnego zera to minus 273 stopnie.
A temperatura zdrowego człowieka, czyli 36,5 stopnia?
Ta liczba jakoś dziwnie przypomina ilość dni w roku.

Życie da się wytrzymać, jednak tylko do pewnego stopnia.
                                                                                                             Celsjusz.

Skale i zakresy są subiektywne. 
No bo jak zmierzyć humor? Bez wątpienia niektóre dowcipy śmieszą nas bardziej, inne mniej, a jeszcze inne wcale.
      Równie oczywiste jest także to, że dowcip, na który jeden człowiek zareaguje tak spontanicznym śmiechem, że będzie musiał ocierać łzy, innego słuchacza zupełnie nie rozbawi.
      Niektóre dowcipy nie bawią nas w obecności naszych dzieci lub rodziców, choć w innym towarzystwie zrywalibyśmy boki ze śmiechu. Tu podaję limeryk lokalny:

 
Pewien kelner w lokalu, w Wetlinie
Raz utopił muchę w białym winie.
Bo gdy wpadła w butelkę,
On - miast rzucić jej belkę -
Sadystycznie się gapił jedynie.


Skale i zakresy są więc podobne do mapy. Błędne odczytanie mapy spowoduje, że zabłądzimy – błędna skala w postrzeganiu powoduje mylne wnioski – patrz przypadek Księżyc – Słońce. 
     Tu i teraz obserwuję gasnące kolory zachodu. Przygasło wieczorne ognisko, tylko żarzą się węgle. Krzyczy puchacz, a główne miejsce na scenie zajmuje księżyc.
   




Dwoistość osądów. 
Czy zauważyliście, że każdy kto jeździ szybciej od was, to pirat drogowy, natomiast każdy kto jeździ wolniej, to kretyn i zawalidroga?