Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bretharianin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bretharianin. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2025

Lokalne bóstwa

 


Pierwszy dzień gdzieś na nowym miejscu to dzień oswajania się z otoczeniem, znalezienia z nim modus vivendi, dzień pozornej bezczynności, pozornie straconych godzin. A jednak te chwile przystosowania się do nowego miejsca są konieczną ofiarą, aby zostać zaakceptowanym przez lokalne bóstwa – strażników okolicy, w tym przypadku Ducha Miętowego (Skąd taka nazwa - wyjaśni się w jutrzejszym wpisie).

   Napłynęła myśl o gorącym posiłku. Po zimnej nocy jest to pomysł naturalny - od wczoraj jestem na płatkach musli, plus czekolada. Słońce wyszło tylko na chwilę i zaraz chmury zwyciężyły. Miejscowa telewizja pokazuje najświeższe wiadomości.







Ponieważ wszystko wokół zmoknięte, nawet nie próbuję rozpalać ogniska. Za to ustawiłem garczek (jak mawiała babcia) widowiskowo, na razie to tylko przymiarka do sesji na wysokich drutach.






Garczek elegancko wyszorowany po ostatnim osmoleniu – patrzę na niego z sentymentem. Ileż to razem przeszliśmy przez 13 lat bieszczadzkiego wędrowania!

 Przywiązuję się do takich użytecznych przedmiotów, uważam, że one mają duszę. Na zdjęciu poniżej widać dziurkę w krawędzi, wierconą jeszcze przez Jana Gabrjela, bretharianina z Ciężkowic. Są trzy takie dziurki, dla mocowania drutu. Garczek miał wisieć nad ogniskiem – takie były początkowe plany. Od razu okazało się to całkiem do luftu, jeszcze w fazie prób w Ciężkowicach (były wpisy). Po tych wydarzeniach zostały wspomnienia. I dziurki. 


 

 

 

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Plaga kozaków





Wątku grzybowego jeszcze dwie odsłony.

Pierwszą lekcję z grzybów górskich dostałem od bretharianina Jana Gabriela z Ciężkowic. Poznałem borowika ceglastoporego. Proste – spód ceglasty, czy nawet koloru buraczanego. Żadna filozofia.


Natomiast w Bieszczadach lądowanie nastąpiło w Osławicy, konkretnie na terenie „Chleba domowego”. Tu nastąpiło zderzenie z prawdziwą grzybową obfitością. Właścicielka kosiła akurat trawnik i mówi:

- Panie plaga jest w tym roku!

- Jaka plaga? - pytam.

- Plaga kozaków. Patrz pan ile tego w trawie rośnie. Utrapienie z nimi, tylko chlapią po nogach i na boki przy koszeniu.

Pokos był rzeczywiście częściowo biały od masy posiekanych kozaków. Patrzyłem na to pobojowisko z opadniętą szczęką, nie w głowie były mi wtedy zdjęcia, raczej oglądałem się za siebie, czy niedźwiedź nie nadchodzi i gdzie postawić namiot.

W Woli Michowej rozpytywałem miejscowego znawcę – Andrzeja Abrama: - czy tu są jakieś grzyby niejadalne? Bo trującego muchomora zielonego znam z nizin. Ale słyszałem o niejakim szatanie, czy on tu występuje i jak wygląda?

Andrzej powiedział, że nie ma w okolicy żadnych szatanów i kropka. Z grzeczności nie drążyłem tematu wyglądu grzyba, gdyż być może azaliż Andrzej nie miał pojęcia o tym i byłaby kicha dla nie byle jakiego w końcu autorytetu, bo maszynisty kolejki bieszczadzkiej.

Nie drążyłem tematu, a szkoda, bo już było „gorąco”, jak w tej zgadywance: mróz, zimno, ciepło, gorąco.

Pobiegłem więc ci ja chyżo w góry i zachłysnąłem się dosłownie bieszczadzkimi grzybami. Ich różnorodnością, rozmiarami, tudzież obfitością. Zbierałem do suszenia, więc interesowały mnie duże, wyrośnięte okazy, aby były tylko zdrowe, z twardym korzeniem. Kanie minimalnie po kilka do usmażenia, za to malownicze do fotografii, rydze sporadycznie, przeważnie konsumpcja bieżąca. Głównie polowałem na borowiki, ale też kozaki czerwone i szare.








Raniutko zaczynała się Fabryka Radości dla grzybiarza: - do lasu napełnić plecak, pokroić, ponawlekać na sznurki, rozłożyć do suszenia, przygotować obiad, zjeść i koło południa mogłem wsiadać na rower i bawić się w kolarza - jechać tam, gdzie jeszcze nie byłem. Albo gdzie byłem, azaliż gdzie jest jakiś super zjazd na maxa – dający wizg opon, furkot wiatru w uszach, adrenalinę i takie tam.

Grzybów ususzonych przybywało. Najpierw została nimi nabita jedna poszewka na poduszkę, potem druga - całe 10 kilo. Poszewki wisiały na strychu rozsiewając upojny zapach.








Byłem nienasycony (czytaj: - chciwość, albo rodzaj amoku, znanego każdemu  grzybniętemu) niby tłumaczyłem sobie: dają? – bierz! Pogoda sprzyjała, entuzjazm dopisywał. Każdy grzybiarz zahacza o podobny nastrój podczas jesiennego wysypu. Drobne przerywniki narzucała jedynie deszczowa pogoda. To był już sprint do mety, którą było napełnienie trzeciej poszewki.

Po napełnieniu trzeciej poszewki przystopowałem. Towaru było 15 kilo, czyli musiałem na tę ilość suszu zebrać pięćset kg świeżych grzybów. Bowiem 95% w grzybie to woda. jak wiemy, niewielka to tylko różnica w porównaniu z człowiekiem – bowiem w nas 80% to woda. Dlatego Albert Einstein porównywał człowieka do morza.

     Jak ja teraz z tymi worami wrócę do Warszawy? – zapytałem sam siebie i zacząłem obdzielać pierwszych nielicznych ludzi wiankami suszonych grzybów. 



środa, 16 marca 2022

Jan Gabriel

 Akurat mija 5 lat od śmierci Jana Gabriela. Bretharianin, dusza człowiek, kogo miał uzdrowić, tego uzdrowił. Mnie czasami opieprzał, co w sumie także uzdrawiało i w efekcie wyszło mi na dobre. Wola Michowa, Balnica, Kapliczka Kowalowa – Matka Boska Leśna.




 Ciężkowice, Dom na Górze. Układałem drewno, było tak cicho. Zwierzaki domowe dobrze wiedziały, że już nie ma ich i mojego Przyjaciela.













Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                            

Wkoło będzie zielono                                                                                                                        

Nasze żony będą odświętne                                                                                                          

Nawet wódkę wypić pozwolą                                                                                                        

Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                                                   

Takiej zwykłej - z kołowrotem                                                                                                          

Woda w niej będzie chłodna                                                                                                                   

W świat uwierzymy z powrotem                                                                                                     

Spotkamy się u studni                                                                                                                    

Być może że na drugim świecie                                                                                                        

Bóg przecież jest łaskawy                                                                                                                    

I pewnie da nam tę pociechę                                                                                                           

Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                                 

Z wiecznie żywą wodą Bellona też zaprosimy                                                                                     

On przecież będzie polewał                                                                                                            

Spotkamy się u studni i będziemy znów tacy młodzi                                                                           

Nasze żony będą piękne                                                                                                                         

Nam wódka nie będzie szkodzić

                                      (Stare Dobre Małżeństwo)




wtorek, 28 kwietnia 2020

Cerkwie


Uczucia są ważne, bo one nie kłamią. Dlatego dziś uczuciowy wpis o cerkwiach nie tylko bieszczadzkich.
Wpis o cerkwiach, a w podtekście także o miejscach po spalonych świątyniach - cerkwiskach, które pilnie odwiedzamDrewniane świątynie prawosławne ....... uznawane przez wyznawców katolicyzmu za biedne czyli gorsze, bo oni modlili się w świątyniach murowanych.

Cerkwie drewniane paliły się nieporównanie lepiej od murowanych.
Dlatego ta akcja polskiej sanacji z 1938 roku - podpalanie cerkwi.

Całe lata forsowano prosty slogan: - Polak pan – Ukrainiec cham.
Potem doszło Powstanie 1945 – 1947 przeciwko Lachom. Nie wiem czy bardziej przeciwko Lachom, czy przeciw komunistom.
Łemków dopisano do Ukraińców, a że propaganda używała najbardziej prymitywnych chwytów, określenie Ukrainiec - bandyta przylgnęło także do wszelkiej nacji Rusinów

Od zarania dziejów władcy dzielili ludzi. Podziały wpisują się bowiem idealnie w dualizm świata, oraz znacznie ułatwiają rządzenie. Rozumieli to zarówno komuniści jak i faszyści. Dlatego ci ostatni tworzyli Goralenvolk. Także Łemkowie są dziś podzieleni: - mamy dwie Watry. Jedną prorosyjską, drugą proukraińską w Żdyni.
Kiedy obudził się we mnie zew krwi, co czasami dzieje się w starości i szykowałem podróż w Bieszczady – miejsce urodzenia, pierwsze zetknięcie z sacrum drewnianej cerkwi nastąpiło w Nowicy. 




W Bieszczady -  tak samo jak do Nowicy, wjeżdżałem z Janem Gabrielem, bretharianinem z Ciężkowic.
Ileż to razy piszę, że uczucia nie kłamią. Kiedy zobaczyłem bańki na kolorowym zwieńczeniu cerkwi w Komańczy, po prostu zacząłem krzyczeć do Jana: - Stań, stań!
Musiałem wysiąść i zrobić zdjęcia.

Oczywiście opisuję tu osobiste odczucia, czyli jak najbardziej subiektywne.

Więc jak się czułem?                                                                                              Jakbym wkroczył w chmurę przy tej cerkwi, gdzie kiedyś urzędował zdrowy, niepokręcony psychicznie człowiek, nazywany popem, który miał prawo mieć żonę i dzieci, więc nie był niszczony torturą celibatu
Jakbym wkroczył w chmurę ….. no niech będzie przychylną, pełną pozytywnej energii chmurę. Chociaż  początkowo chciałem napisać „Wkroczyłem w chmurę Miłości”.

Jeszcze garść porównań: - bez urazy, ale kościoły katolickie, a znam ich wiele od wewnątrz, są dla mnie zimne, martwe, pełne cierpienia, pychy, blichtru, fałszu, smutku, śmierci, przemocy, bałwochwalstwa, energii negatywnej.  
No i ten piorunochron na szczycie każdej wieży kościelnej ....... To jest najlepszy dowód na to, że jednak wszyscy miewamy w życiu wątpliwości.








Cerkwie – z których tylko bardzo nieliczne (Naprawdę to ciągnie mnie tylko do jedynej Świątyni PrawdziwejŚwiątyni Natury) poznałem od środka: Łopieńka, Nowica, Radoszyce, Smolnik nad Osławą  -  w sumie odbiór jak w muzeum. Najbardziej ujmująca pozytywną energią wydała mi się Nowica - tu z pewnością zadziałało prawo nowości, no i Łopieńka. Uboga świątynia, obrabowana niby ze wszystkiego, pusta, ale właśnie dlatego pełna prawdziwego Bogactwa. 
Darzę ją sentymentem, bo dane mi było spać tylko w jednej cerkwi - właśnie w Łopieńce. Nieliczne cerkwie poznałem od wewnątrz, bo bardziej interesuje mnie zewnętrze, bryła, a nie to co w środku.

Kontrastem ogromnym dla wiejskiej, surowej Łopieńki jest bardzo piękna miejska białostocka cerkiew pod wezwaniem Ducha Świętego, w której obserwowałem żywą, niezwykłą dla mnie, prawosławną uroczystość ślubu mego przyjaciela Rafała.

P.S - Piszę ten post, więc robię to, co lubię i po raz kolejny doceniam dar wolności: - wolny człowiek mówi i pisze co chce i o czym chce.