Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maurice Chatelain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maurice Chatelain. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 kwietnia 2023

Astronomia i matematyka Starożytnych

Powierzchnia Ziemi wynosi 508 032 bilionów metrów kwadratowych.

Czy Starożytni mogli znać tę liczbę? Okazuje się, że nie tylko mogli – oni ją znali i stosowali przy wyznaczaniu powierzchni WSZYSTKICH stawianych przez siebie istotnych budowli. W jednym szczególnym miejscu – w Tiahuanaco pokazali to w proporcji jeden do jednego.

Natomiast powierzchnia świątynna w Jeruzalem została wyznaczona w proporcji jeden do dwóch.


 


 Jak te dane z tabelki mają się do oficjalnej nauki, która podaje czas ustalenia jednostki długości jeden metr - Sevres pod Paryżem i tak dalej, na rok 1790?

Nijak.

To się nie trzyma tak zwanej kupy – z załącznika wynika bowiem, że Starożytni nie czekali na Francuzów i wyznaczali powierzchnię w metrach, w bezbłędnej ich liczbie mającej dać do myślenia potomnym na długie tysiąclecia przed „odkryciem” tej jednostki.

 

Owszem, był czas, kiedy po kataklizmie światowym ocalałe społeczności szukały na nowo tego, co już dawno było pomierzone, a opierało się na wymiarach Matki Ziemi. I to z tego błądzenia wzięły się łokcie egipskie i yardy Majów. Aż przyszedł rok 1790 i nastąpiło ujednolicenie miar – powrót do tego, co już stosowano w zamierzchłych czasach. Nie ma przypadków.

         Okazuje się, że nie tylko politycy ściemniają, a społeczeństwa są trzymane w niewiedzy i to na wielu polach. Jak widzimy oficjalna nauka także wciska ludziom niezły kit. Czy to jest zmowa Beocjan

Nie wydaje mi się, raczej jest to wygodnictwo i strach. Przecież trzeba byłoby na nowo pisać historię Ziemi, a masa książek, rozpraw naukowych, doktoratów okazała by się bezwartościowa. Mogłyby wyniknąć niepokoje, a nawet rewolucja, a jak wiemy establishment rewolucji nie lubi.

 

     Atoli faktem pozostaje, że czas budowy Tiahuanaco (proszę obejrzeć na youtube pozostałości po tym kompleksie – bloki diorytu obrobione maszynowo) ginie w pomroce dziejów, a szacunki wskazuję jedynie na 20, 30 tysięcy, a może więcej lat p.n.e.

Nasi Starożytni przodkowie znali więc pojęcie metra na długo przed Francuzami, znali wymiary Ziemi, jej obwód, średnicę, a także objętość policzoną na 1088,640 miliardów metrów sześciennych. Znali budowę Układu Słonecznego na tysiąclecia przed Galileuszem, Kopernikiem i katolickimi mrokami średniowiecza.

 

Starożytni znali liczbę Pi i co ciekawe wyznaczali ją ułamkiem 22 do 7, lub 864 do 275, co jest doskonalszym wynikiem, bo skończonym, w odróżnieniu od nas, znających system dziesiętny, w którym jednak liczba Pi jest nieskończona.

Znali również Złotą Liczbę Fi oznaczaną jako 89 do 55, a także ciąg Fibonacciego na całe tysiąclecia przed narodzeniem Fibonacciego. Poniżej przykład z polskiej giełdy, reanimowanej po wojennej przerwie.

       23 czerwca 1992 raczkujący rynek został dotknięty bożym palcem i od dołka w tym dniu rynek zaczął rosnąć i rósł aż do 8 marca 1994 roku. Trwało to 623 dni, czyli 89 tygodni. Potem nastąpił spadek trwający dokładnie 385 dni, czyli 55 tygodni. I mamy liczbę Fi, czyli Złoty Podział. Albo liczbę z pępka: wysokość każdego człowieka do czubka głowy podzielona przez jego indywidualną odległość pępek – głowa daje ten sam sławny wynik 1,618.


 Starożytni znali logarytmy dzięki ułamkowi 87 do 32, co jest równe naszemu współczynnikowi, będącemu podstawą logarytmów naturalnych.

Starożytni Hebrajczycy używali do mierzenia czasu nieprawdopodobnej dla nas jednostki zapisanej w ułamku 10 do 288 sekundy.

         Mieli wiedzę o co najmniej pięćdziesięciu cyklach astronomicznych, w tym o takich, które odnoszą się do Urana, Neptuna i Plutona, a również do podwójnej gwiazdy Syriusza. Nie muszę przypominać, że obiekty te nie są widoczne z Ziemi gołym okiem.

Przy zaokrąglaniu długości cykli do liczb całkowitych posługiwali się wielokrotnością około dwudziestu liczb pierwszych, co umożliwiało wygodne tworzenie kolejnych dokładnych cyklicznych kalendarzy.

Na przykład  kalendarz z ilością dni 5460 obejmował tygodnie, miesiące i lata, oraz cykl Marsa. Podobnie kalendarz o 14 040 dniach był dokładną wielokrotnością 117 – dniowych cykli Merkurego, 585 dniowych Wenus i cyklu Marsa.

Natomiast Wielki Kalendarz obejmował 98 280 dni i uzgadniał oba poprzednio wymienione kalendarze z cyklami Marsa i 819 dniowymi cyklami Jowisza.


Do kalendarzy o cyklach krótkich należy między innymi: - 6802 dni – maksymalne przesunięcie wschodu Księżyca w ciągu 18 –letniego okresu ekliptycznego, 6955 dni – jednocześnie 19 lat słonecznych i księżycowych, 27759 dni obejmujący 76 lat słonecznych lub 940 miesięcy księżycowych.

Co ciekawe właśnie ten cykl został zastosowany do konstrukcji urządzenia z Rhodos, zwanego także Maszyną z Antikythery.

Starożytni znali odległość Ziemi do Księżyca, Ziemi do Słońca, szybkość światła, a ich kalendarze (o Tzolkinie już wiele napisałem) długoterminowe nie mają sobie równych, ponieważ łączą wszystkie cykle naturalne, w tym zlodowaceń i precesji Ziemi.

Przypominam, że kalendarz hinduski Manuatara obejmuje 308 milionów 448 tysięcy lat.

Został on prawdopodobnie stworzony w czasach sprzed pojawienia się planety Wenus w Układzie Słonecznym.

Ziemia była wówczas nieco bardziej oddalona od Słońca, wiemy, że długość roku wynosiła wtedy 367,647 dnia. Oś ziemska nie miała jeszcze nachylenia pod kątem 23,5 stopnia. To nachylenie powstało później od uderzenia bolidu w bliskości Jukatanu.

Jak pisze Maurice Chatelain, gość, o którym garść informacji umieściłem na dole wpisu:

       - „Gdybyśmy się pofatygowali i pomnożyli powierzchnię i objętość Ziemi przez 17, otrzymalibyśmy dokładne wielokrotności czasowe, które obejmuje kalendarz Manuatara. Świadczy to o tym, że ludzie wyliczający w zamierzchłej przeszłości kalendarz, znali bezbłędnie wymiary Ziemi, oraz związki pomiędzy czasem i przestrzenią. Byłoby sprawą zupełnie zdumiewającą, gdyby rzecz przeprowadzili samodzielnie, nie korzystając z pomocy bogów”.

Jak już pisałem, długoterminowy kalendarz Majów, znany jako Tablice Zdarzeń Gwiezdnych, opisuje odcinek czasowy jeszcze dłuższy niż ten z hinduskiej Manuatary, bo obejmujący 403 miliony lat.

 

Te niezwykłe Tablice jakimś niepojętym zrządzeniem Opatrzności uratowały się przed zniszczeniem przez katolickiego biskupa Diego de Landę. Kościół bowiem niszczył pracowicie wiedzę starożytnych i skarby kultury Jukatanu – 99,9 % tego, co dało się spalić poszło z dymem, jako dzieło diabła. Artefakty natomiast przetopiono – dla grabieżców miały jedynie wartość złotego złomu.

   Jeśli chodzi o starą wiedzę, to nie wszystko – w dziedzinie fizyki nuklearnej nasi Starożytni przodkowie znali słynny szereg 2+8+20+50+82+126 = 288

przedstawiający ilość protonów lub neutronów potrzebnych do zapewnienia równowagi jądrowej.

     A także drugi szereg

2+8+18+32+50+72+98 = 280

Przedstawiający ilość elektronów potrzebnych do zapewnienia równowagi atomowej.

     Nasi przodkowie znali wreszcie święte liczby – 2268 (Stała Niniwy), tudzież 2592 i 36 288, używane powszechnie we współczesnej fizyce jądrowej.

 

A po cóż Starożytnym była wiedza z fizyki jądrowej?

 

W 1945 roku, po wybuchu atomowym na poligonie w Alamagordo zapytano Roberta Oppenheimera: - Czy to była pierwsza próba jądrowa?

W czasach nowożytnych tak – odpowiedział.

 

P.S. Któż tak zgrabnie zebrał te wszystkie niezwykle frapujące informacje, abym przy jedynie minimalnych dopiskach zapodał zagadnienie?

Ano zrobił to Maurice Chatelain, fachowiec z najwyższej półki informatyki i łączności w przestrzeni kosmicznej – specjalizacja radar i kod  binarny, astrofizyk. Przez 20 lat pracował przy amerykańskich programach kosmicznych. Posiadacz kodu dostępu „Top Secret Security Clearance”. Wchodził w skład ekipy NASA, która stworzyła rakietę Apollo, kierownik zespołu.

Gościu napisał kilka książek, które szczególnie nie są dla idiotów.

czwartek, 22 kwietnia 2021

Latające miasto Pura

 


Jak już wiemy, Gilgamesz i Enkidu, bohaterowie sumeryjskiego eposu między innymi o „podróży do nieba”, potrzebowali 12 godzin, aby zacumować do Domu Boga – kolistej stacji kosmicznej, umiejscowionej w punkcie równowagi grawitacyjnej na wysokości trzydziestu sześciu tysięcy kilometrów nad Ziemią.



Z tego sumeryjskiego opisu wznoszenia otrzymujemy średnią prędkość trzech tysięcy kilometrów na godzinę, która jest identyczna w przypadku promów kosmicznych NASA. Niewiadomą pozostaje, w jaki sposób ci dwaj się wznosili. Może używali kosmicznej windy, albo lecieli pojazdem podobnym do kosmicznego promu. Drobiazgowe opisy takich pojazdów - promów używanych przez bogów mamy w przedbiblijnych hinduskich Wedach. Wedy są prawdziwą kopalnią wiedzy o pojazdach do latania zbliżonych wyglądem do klasycznych spodków UFO, a nazywanych vimana. Dowiadujemy się o osiągach tych maszyn, ich wymiarach, budowie i napędzie. Wedy opisują również sabhyorbitalne stacje kosmiczne, a także obiekt centralny „latające miasto – Pura”, siedzibę bogów. 

Mam w archiwum rysunek z Wed pięknego koła - Miasta Bogów na niebie, ale teraz nie mogłem go znaleźć.






„Latające miasto”  było statkiem-matką w kształcie koła, tkwiącym w ustalonym i zawsze tym samym miejscu (35 786 km) nad Ziemią. To „miasto – koło” obracało się nieustannie wokół własnej osi. Dziś wiemy, że taki obrót na orbicie stwarza miejscową grawitację.

Ogólny opis tego kolistego „miasta na orbicie” mamy także w sumeryjskich tabliczkach z Niniwy, a zwłaszcza na tabliczce podającej pewną świętą liczbę.



               Stała Niniwy

Otóż na jednej z tabliczek wykopanych z gruzów biblioteki w Niniwie jest zapisana święta liczba, związana z kolistym Domem Boga. Ta liczba wynosi 2268 milionów dni.

Milionów dni. Hmm … Moje doświadczenie wynikające z poszukiwania Liczb Planetarnych uczy, aby pomijać miano stojące przy mitologicznych liczbach, niezależnie od tego, czy są to miary ciężaru, odległości, czasu, czy objętości. Profanowi może się wydawać, że to jest postępowanie absolutnie głupie, atoli prawda jest krótka: - jeśli coś działa, to głupie nie jest. Jeszcze przed wakacjami, czyli w przyszłym tygodniu, napiszę jak ta wspomniana wyżej liczba zainspirowała mnie do prognozowania dat zwrotu w wykresach polskiej Giełdy Papierów Wartościowych.                            

Uczony sumeryjski zapisujący omawiany tekst nazwał liczbę 2268 milionów dni Stałą Niniwy.


Maurice Chatelain, ekspert NASA od łączności satelitarnej w programie Apollo, przyjaciel Wernehra von Brauna, był przez dwadzieścia lat objęty klauzulą milczenia i dopiero wtedy, gdy okres tajności się skończył, opublikował książkę. Jest w jego książce teoria, że Raj Ziemski był stacją kosmiczną znajdującą się na orbicie wokółziemskiej, skąd Adam i Ewa zostali wysłani z misją na Ziemię. (Z nieba zstąpienie?)


Oto urywek z książki Chatelaina dotyczący starożytnej stacji kosmicznej:  

"Zajmowałem się kiedyś wykonywaniem pewnych obliczeń dla telewizji amerykańskiej na temat tego Raju na orbicie i doszedłem do następujących wniosków:

Stacja orbitalna powinna mieć kształt ogromnej dętki samochodowej o średnicy 1650 metrów i grubości 625 metrów. Powinna ona obracać się względem własnej osi z prędkością kątową 1760 obrotów na dzień. Zamieszkiwany wewnątrz obszar stanowiłby pierścień o grubości 600 metrów, gdzie siła odśrodkowa pozwalałaby uzyskać ciążenie równe ziemskiemu.



   Najdziwniejsze jest jednak to, że strefa mieszkalna miałaby wtedy powierzchnię równą 226,8 hektara, czyli 2,268 milionów metrów kwadratowych.

Ta liczba bezbłędnie przypomina sumeryjską Stałą Niniwy. Wydaje się więc, że legenda o Raju ziemskim nie musiała być legendą, a rzecz wydarzyła się wiele tysięcy lat przed tym, zanim Hebrajczykom udało się napisać o tym w biblii”.

 


Znalazłem jeszcze inną zbieżność związaną z liczbą 2268:

- Objętość piramidy nazywanej umownie imieniem Chefrena wynosi 2,268 metrów sześciennych.

Liczba 2268 jest także znana współczesnej fizyce jądrowej.  

CDN

środa, 24 stycznia 2018

Astrofizyk o samospaleniach

Dawno nie pisałem o sprawach niewyjaśnionych. To są frapujące zagadnienia do roztrząsania za pomocą własnego rozumu.
I nie jest to coś, w co można wierzyć lub nie wierzyć.
Należy to po prostu przyjąć do wiadomości, ponieważ są to tak zwane gołe fakty.
Bardzo starannie przesiewam wiadomości z ostatnich lat, a już ze szczególną uważnością podchodzę do informacji z doby internetu. Dziś otacza nas bowiem taka ilość bzdur informacyjnych, że można w nich zatonąć.
Czyli im fakty są starsze, i ostały się po weryfikacji, tym lepiej.

Fakty podaje Maurice Chatelain, astrofizyk, który pracował w NASA w projekcie Apollo i stworzył między innymi system radarowy dla misji księżycowej,

Dopuszczony do tajemnic Top Secret Security Clearance, znajomy Wernehra von Brauna, pracował także w słynnym instytucie RSI. Po ustaniu klauzuli tajności napisał kilka książek.
Oto trzy fakty z 1938 roku.

Dnia 7 kwietnia 1938 roku statek „Ulrich” znajdował się na pełnym morzu, na południe od Irlandii.
        Sternik John Greely stał od pewnego czasu sam przy sterze pilnując ustawienia dziobem do fali.
W pewnym momencie załogę zaniepokoiły powiększające się przechyły statku na lewą i prawą burtę. 
Czyżby nikogo nie było przy sterze?

Pobiegli do sterówki, a tam rzeczywiście nie ma nikogo!

Greeley zniknął.
W miejscu, gdzie stał, pozostała tylko mała kupka popiołu.
Wyglądało na to, że sternik został całkowicie spalony, przy czym nic innego wokół nie ucierpiało.

Tego samego dnia i o tej samej godzinie George Turner jechał ciężarówką do Liverpoolu.
W Upton-by-Chester nagle i nieoczekiwanie zgasł silnik, a ciężarówka stoczyła się do rowu.
       Policja, która przybyła na miejsce, stwierdziła, że ciało Turnera uległo całkowitemu spaleniu.
Na nietkniętym fotelu ciężarówki leżała mała kupka popiołu.
Poza tym wszystko, również kierownica i tablica rozdzielcza, było nietknięte.

Tego samego dnia o tej samej godzinie w Holandii, osiemnastoletni Wilhelm den Bruick, przejeżdżał samochodem w pobliżu Nimegue.
Nagle zgasł silnik i samochód stoczył się do rowu.
          Dalej było identycznie jak w przypadku zdarzenia pod Liverpoolem: - przybyła policja i stwierdziła, że na nienaruszonym siedzeniu kierowcy leży mała kupka popiołu.
Poza tym w samochodzie brak było jakichkolwiek śladów nadpaleń.

Jako że jedno z tych zdarzeń miało miejsce na pełnym morzu, drugie w Anglii, a trzecie w Holandii, nie od razu spostrzeżono, że wydarzyły się one tego samego dnia i o tej samej godzinie.
      Także znalazł się ktoś dociekliwy i zadał sobie trud, aby zmierzyć na mapie dokładne odległości pomiędzy miejscami opisanych zdarzeń.
Zdziwił się, ponieważ odkrył, że odległość pomiędzy pierwszym i drugim punktem jest identyczna jak pomiędzy drugim i trzecim i wynosi 547 km 700 metrów.
(Na marginesie: - zainspirowany tą odległością, jako pasjonat liczb powiedziałem sobie: - oto coś dla mnie i w tym trójkącie równobocznym odkryłem jedną ze stałych astronomicznych).

Maurice Chatelain wyjaśnia natomiast, jak możliwa była karbonizacja ciał bez naruszania tego co znajdowało się wokół nich.

Otóż podobny efekt można dziś uzyskać za pomocą kuchenki mikrofalowej, gdzie pieczenie zaczyna się od środka i można na przykład zwęglić wnętrze pieczeni nie ogrzewając nawet jej warstwy zewnętrznej.
       A Maurice wie, co mówi, bo jest specem od radaru, a kuchenka w uproszczeniu działa właśnie na falach radarowych.
Czyli zdrowe to jedzenie z kuchenki nie jest, ale to już temat do innej bajki.
W każdym razie autor przytacza inną historię, jaka mu się przydarzyła.

W 1976 roku spędzał wakacje u przyjaciela w Saint-Tropez Czytelnicy jego dwóch pierwszych książek zaprosili go na odczyt do Nicei i zaproponowali, że zaprowadzą go na górę o wysokości prawie dwóch tysięcy metrów, która wznosi się ponad miastem, aby pokazać mu ślad pozostawiony przez UFO, które lądowało tam kilka miesięcy wcześniej.
        Miejscem lądowania pojazdu okazała się polana znajdująca się pośrodku sosnowego lasu.

Wszystkie sosny były ścięte na wysokości jednego metra nad ziemią. Resztki pni były wypalone, ale w dziwny sposób.
Otóż zwęglenie znajdowało się wewnątrz pnia, natomiast kora była nietknięta. A więc nie mógł być to zwykły pożar, tylko jakieś intensywne promieniowanie.
        Poza tym spalona w chwili lądowania trawa tworzyła powierzchnię idealnego koła o średnicy 20 metrów.
Wewnątrz koła łąka zaczęła już odrastać i miała około 10 centymetrów, podczas gdy poza kręgiem ponad jeden metr.
Jednak najdziwniejsze było to, że ta odrastająca trawa była zupełnie inna od traw wokół – zupełnie jakby na skutek promieniowania nastąpiła mutacja i pojawił się nowy, nieznany gatunek.

Ale to nie trawa interesuje nas tu najbardziej, lecz zwęglone od środka pnie drzew.
      To zwęglanie od środka łączy się w jakiś tajemniczy sposób właściwie z każdym z wielu odnotowanych przypadków samospalenia, nie tylko z tymi trzema z 1938 roku.
Maurice Chatelain ubolewa, że jeszcze długo nie będziemy umieli wytłumaczyć przyczyny setek udokumentowanych samospaleń, a także komunikatów matematycznych zawartych w śladach z Marliens, Valensole, Sturno, czy Santa Monica.

Książka – Wysłannicy z Kosmosu, Maurice Chatelain.

sobota, 1 lutego 2014

Maurice Chatelain

Maurice Chatelain pracował w San Diego, gdzie kierował pracami nad elektroniką dla sił powietrznych. Miał Top Secret Security Clearance - dostęp do amerykańskich tajemnic wojskowych.

Oto co opowiada:

"Pracowałem wówczas nad wyjątkowo tajnym systemem radarowym i co miesiąc musiałem zdawać relację z postępów moich prac pewnemu pułkownikowi, który był asystentem technicznym tego programu. Jeździłem więc co miesiąc do najbardziej tajnej bazy amerykańskich wojsk powietrznych Wright Patterson, obok miasta Dayton, stan Ohio.
      Po zakończeniu prac nad systemem radarowym, który funkcjonował znacznie lepiej niż zakładaliśmy to na początku, mieliśmy doskonałe samopoczucie. Poszliśmy więc razem na lunch.
Rozmawialiśmy o wszystkim po trochu, lecz głównie o samolotach i radarze, a chwilami o latających talerzach, owych tajemniczych obiektach, które latając z prędkością przeszło dwadzieścia tysięcy kilometrów na godzinę, potrafiły nagle zmienić kierunek swego lotu, nie tylko pod kątem prostym, ale także na przeciwny, bez zmiany szybkości.
Były to tak częste przypadki, że dla specjalistów radarowych stały się zwykłą sprawą.
   W końcu ci wysocy oficerowie, z którymi się kontaktowałem, zaczęli mnie traktować jak członka rodziny, bo przecież miałem Security Clearance tej samej rangi, co oni.
   Interesowałem się sprawą UFO i zacząłem od nich dostawać coraz więcej informacji na ten temat.
    Wtedy dowiedziałem się, że na terenie USA rozbiło się około tuzina latających talerzy z jakimiś trzydziestoma humanoidami na pokładzie.
Szczątki pojazdów były strzeżone przez wojsko w jednym ze specjalnych hangarów na terenie bazy, a ciała humanoidów, niektóre w dość złym stanie, zostały potajemnie zakonserwowane w specjalnych zimnych pomieszczeniach w podziemiach bazy, gdzie temperatura wynosi ponad 50 stopni poniżej zera.
   Wtedy także poznałem mnóstwo oszałamiających szczegółów na temat tych różnych katastrof. Przez ponad dwadzieścia lat milczałem.
    Odważyłem się przerwać milczenie dopiero po Kongresie MUFON w Dayton z dnia 29 lipca 1978 roku, gdy Leonard Stringfield wygłosił niebywały odczyt, w którym ujawnił osiemnaście zeznań byłych oficerów lotnictwa, dotyczących katastrof latających talerzy na obszarze Ameryki, po których to katastrofach szczątki i wyposażenie zostało w wielkiej tajemnicy zachowane w tej bazie.
  Leonard zapowiedział także, że w lipcu 1980 roku w Huston w Texasie przedstawi nowy raport, w którym ujawni 12 nowych wojskowych świadków w tej sprawie.
   Doszedłem wtedy do wniosku, że doczekałem się i mogę przerwać milczenie.

        8 lipca 1947 r. Roswell.
Nieznany obiekt musiał zostać dosłownie unicestwiony, gdyż nie odnaleziono żadnych szczątków większych niż 15 cm, ani też żadnego śladu załogi.
Szczątki były mniej więcej grubości puszki z ocynowanej blachy, lecz posiadały nadzwyczajną wytrzymałość, było rzeczą absolutnie niemożliwą zgiąć je w dłoni.
Szczątki zostały najpierw przewiezione do Fort Worth, a następnie Wright Patterson.
Tu złożono je w wielkiej tajemnicy i sprawa wkrótce otrzymała rangę TOP SECRET.
Książkę na ten temat napisał mój przyjaciel Charles Berlitz.

Latem 1952 roku inny latający talerz rozbił się w Nowym Meksyku, a szczątki pojazdu, oraz ciała trzech ofiar zostały natychmiast wysłane do Wright Patterson, gdzie powstał film zmontowany z ujęć nakręconych natychmiast, na miejscu wypadku, oraz później w bazie.
Pierwsze ujęcie ukazywało pojazd wbity w piasek pustyni pod kątem 45 stopni, oraz otwarte na dole drzwi, przez które wyciągnięto zwłoki humanoidów. Ujęcia następne pokazywały te zwłoki ułożone na stołach. Mieli około 1,20 metra wzrostu, ogromne głowy w kształcie odwróconej gruszki, długie, sięgające kolan ręce, wielkie otwarte oczy, otwory w miejscu nosa i uszu oraz skórę o odcieniu szarawym.
Ten film, będący oczywiście TOP SECRET został pokazany pewnej liczbie wyższych oficerów wojsk lotniczych, z absolutnym zakazem rozmawiania na ten temat z kimkolwiek.
Słyszałem o tym filmie wielokrotnie, choć sam nie miałem okazji go widzieć.

Latem 1953 r latający talerz rozbił się na pustyni w Arizonie, a ciała pięciu przybyszów zostały natychmiast załadowane do specjalnych trumien z suchym lodem. Samolot, który zabrał zwłoki, wylądował jeszcze tego samego wieczoru w bazie Wright Patterson.
Ci humanoidzi, w tym jedna kobieta, także byli mali, mieli wielkie głowy w kształcie odwróconej gruszki, łuki brwiowe wystające, połączone i tworzące jakby rodzaj daszku, ogromne otwarte oczy, otwory w miejscu nosa i uszu, oraz brązową skórę z szarym odcieniem.
Te dziwne stworzenia miały długie ramiona zakończone czterema palcami tworzącymi jakby dłoń, nie posiadały palców u stóp. Ich narządy płciowe były zdecydowanie atroficzne, jakby już od dawna nie były używane.
Te szczegóły były bardzo interesujące, gdyż posągi bogów z Tiahuanaco w Boliwii, przedstawiają postacie posiadające cztery palce i jak się wydaje są bez płci.
Jeden z humanoidów żył jeszcze w chwili przybycia ekipy ratunkowej, lecz wszystkie wysiłki, aby go uratować, okazały się daremne.
     Ten latający talerz, odnaleziony w stanie prawie nie uszkodzonym, został uprzednio dostrzeżony na radarze wzgórza Palomar, w chwili gdy przemierzał Kalifornię i najwyraźniej miał kłopoty, szybko tracąc wysokość. Obsługujący rada wiedzieli dokładnie w jakim miejscu spadł i natychmiast zaalarmowali pobliską bazę lotniczą, która niezwłocznie wysłała ekipę ratunkową.

Latem 1957 roku inny latający talerz rozbił się na tej samej pustyni Arizony, przemierzywszy ją z fantastyczną prędkością zarejestrowaną na radarze. Ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów na godzinę. Miejsce wypadku zostało natychmiast okrążone przez siły bezpieczeństwa, a z pojazdu wyciągnięto z trudem zwłoki czterech humanoidów.
    Ciała ich były popalone, lecz ich srebrzyste kombinezony pozostały całkowicie nietknięte.
Szczątki pojazdu i ciała trafiły do bazy Wright Patterson.

Latem 1962 roku inny latający talerz, śledzony od pewnego czasu nad Kalifornią i Arizoną, rozbił się w końcu na pustyni w Nowym Meksyku, lecąc z niewielką prędkością.
Nie doznał specjalnych uszkodzeń, gdyż padając poruszał się ruchem ślizgowym po piasku. Pojazd był prawie nietknięty, ale dwaj pilotujący go humanoidzi zginęli od wstrząsu.
    Ten talerz był okrągły o średnicy około 20 metrów i wysokości 4 metrów. Humanoidzi byli identyczni i mieli 107 cm wysokości, byli więc trochę mniejsi od tych znajdowanych wcześniej. Ubrani byli w kombinezony stanowiące jedną całość, bez guzików, czy metalowych zapięć, musiały więc zostać przyklejone bezpośrednio do ciała.
    Jako że pojazd był w dość dobrym stanie, został przetransportowany do najbliższej bazy lotniczej, gdzie badało go przez miesiąc około dwudziestu specjalistów starając się bezskutecznie odkryć tajemnicę jego systemu napędowego. Trzech spośród tych specjalistów zmarło w tajemniczych okolicznościach, podczas trwania badań, co znacznie ostudziło entuzjazm pozostałych.

        10 grudnia 1964 roku około 2 nad ranem, w bazie wojskowej Fort Riley w stanie Kansas wylądował, zapewne w następstwie awarii silnika, latający talerz. Był koloru metalicznie szarego, kolisty, średnica 20 metrów, wysokość 4 metry. Był otoczony w połowie swej wysokości czarnym pasem, z którego wychodziły kwadratowe dysze i wystawały na około 30 centymetrów. Musiały one stanowić część systemu napędowego. Pojazd nie był oświetlony ani też nie wydzielał żadnego zapachu.
     Wydawał się być zupełnie martwy, jak powie to później jeden ze świadków, i nikt nie wiedział, czy wewnątrz znajdowała się załoga. Po kilku godzinach przybyły oddziały specjalne i zabrano ten pojazd zachowany w idealnym stanie.

Latem 1968 roku w bazie lotniczej Nellis w stanie Nevada wylądował mały latający talerz o średnicy 6 metrów. Świadkowie widzieli, jak kilka minut wcześniej wydostał się z innego, ogromnego talerza, który od trzech dni pozostawał w zawieszony stacjonarnie ponad bazą, lecz na zbyt dużej wysokości, aby można go było dobrze obejrzeć.
    Na powitanie przybyszów wysłano pułkownika w asyście uzbrojonego patrolu, lecz bez zamiaru agresji.
    Z pojazdu wyszedł humanoid małego wzrostu, który, być może myląc się co do zamiarów pułkownika i jego ludzi, skierował w nich wiązkę oślepiających promieni, które ich sparaliżowały.
   Widząc to dowódca patrolu rozkazał swym ludziom strzelać, ale ich karabiny odmówiły posłuszeństwa  oni także poczuli się sparaliżowani promieniami humanoida.
    Ten natomiast powrócił spokojnie do swego pojazdu, zamknął drzwiczki i wystartował pionowo na oczach przerażonych świadków. Wysoko w górze połączył się z talerzem - matką.
Pułkownik znalazł się w szpitalu, gdzie przebywał dość długo. Tam przypomniał sobie, że humanoid starał się porozumieć z nim drogą telepatii, za pomocą cyfr i reguł matematycznych.......

W ciągu trzech lat od 1966 do 1968 roku i tylko w trzech stanach: Ohio, Indiana i Kentucky, rozbiło się na ziemi aż pięć latających talerzy.
Podczas jednego z tych wypadków wojskowi nie znając zamiarów trzech humanoidów, zastrzelili ich........

piątek, 31 stycznia 2014

Stała Niniwy



Istnieje pewna teoria dotycząca Raju.

Jest to teoria tym ciekawsza, że pochodzi od Maurice Chatelaina, inżyniera informatyka, który stworzył dla NASA system radarowy służący lądownikom Apollo na księżycu.
Maurice był dopuszczony do najwyższych tajemnic państwowych - miał Top Secret Security Clearance - zgoda na poznanie tajemnic dotyczących obrony kraju.

Odstęp.

Marice.  Człowiek o otwartej głowie, przegadał dziesiątki godzin z Wernehrem von Braunem. Z powodu dostępu do tajemnic państwowych objęty został klauzulą milczenia. Dopiero gdy przestała ona działać, zaczął publikować książki.

Otóż według tej teorii Raj ziemski był stacją kosmiczną znajdującą się na orbicie wokółziemskiej, skąd Adam i Ewa zostali wysłani z misją na ziemię.

A oto co pisze na ten temat Maurice Chatelain:
    -"Zajmowałem się kiedyś wykonywaniem pewnych obliczeń na ten temat dla telewizji amerykańskiej i doszedłem do następujących wniosków:
Stacja orbitalna powinna mieć kształt ogromnej dętki samochodowej o średnicy 1650 metrów i grubości 625 metrów. Powinna ona obracać się względem własnej osi z prędkością kątową 1760 obrotów na dzień. Zamieszkiwany wewnątrz obszar stanowiłby pierścień o grubości 600 metrów, gdzie siła odśrodkowa pozwalałaby uzyskać ciążenie równe ziemskiemu.
   Najdziwniejsze jest jednak to, że strefa mieszkalna miałaby wtedy powierzchnię równą 226,8 hektara, czyli 2,268 milionów metrów kwadratowych.
Ta liczba bezbłędnie przypomina sumeryjską Stałą Niniwy, która wynosiła 2268 milionów dni. Wydaje się więc, że legenda o Raju ziemskim istniała na wiele tysięcy lat przed tym, jak Hebrajczycy napisali o tym w Biblii.
   Dziwnym trafem objętość Wielkiej Piramidy wynosi 2,268 milionów yardów sześciennych.
Natomiast objętość piramidy Chefrena wynosi 2,268 metrów sześciennych.
I wszystko to jest tym dziwniejsze, że liczba 2268 jest znana współczesnej fizyce jądrowej"  

czwartek, 7 lutego 2013

Utajnianie faktów




Dlaczego ktoś ukrywa coś? Bo: - ma w tym interes
                                                 - boi się prawdy
                                                 - nie wie co z fantem zrobić.

Proste ma być: -Na Księżycu Obcy kopnęli Ziemian w dupę!

Albo delikatniej: Obcy zasugerowali, by Ziemianie tam na razie nie wracali.

Jest taka książka, która mówi coś ważnego na ten temat.
               Ukazała się po raz pierwszy we Francji. Jej autorem jest Maurice Chatelain.
Ten człowiek stanowi problem dla NASA, bo stał kiedyś na czele projektów i budowy systemu komunikacji Apolla, jak też systemu przetwarzania danych dla NASA..
     Poza tym…nadzorował budowę systemów radarowych i telekomunikacyjnych dla Ryan Electronics. Dostał jedenaście patentów, w tym patent za radarowy system automatycznego lądowania, używany w lotach na Księżyc sond typu Ranger i Superveyor.
    Temu człowiekowi nie da się zarzucić, że nie wie o czym pisze.
Służby tu zawiodły, bo ukazała się książka i było już za późno, żeby człowieka usunąć. Inkwizycja byłaby sprawniejsza: ....Piła – na pół człowieka, szkoda tylko, że krótko cierpi, mało to przyjemności daje oprawcom, i po wszystkim.

Ta książka nosi tytuł: „ Nasi przodkowie przybyli z dalekiego kosmosu”.
Podam tylko fakty dotyczące Księżyca. Autor pisze:
   - „ Kiedy Apollo 11 wylądował w rejonie Morza Spokoju, dosłownie na moment przed tym, nim Armstrong zszedł po drabinie, nad jego głową pojawiły się dwa obiekty UFO”. I dalej:
    - „ Astronauci mieli problemy nie tylko ze sprzętem. Podczas misji widzieli rzeczy, o których nie wolno im było rozmawiać z nikim spoza NASA. A NASA wciąż dba o to, aby wydarzenia te nie wyszły na światło dzienne”.
   - „ Wydaje się, że wszystkim lotom statków Apollo i Gemini towarzyszyły kosmiczne pojazdy pozaziemskiego pochodzenia.
    - „Według nieoficjalnych informacji Apollo 13 przewoził mały ładunek nuklearny. Zamierzano umieścić go na powierzchni Księżyca w celu wykonania badań sejsmicznych.
Z wielkim trudem udało się sprowadzić statek na Ziemię, kiedy przelatujące obok UFO uszkodziło jego systemy. Wydaje się, że UFO chroni jakieś bazy księżycowe, zbudowane przez Obcych”.