Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duszatyń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duszatyń. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2019

Rowerem bez hamulców

Mijają dni spędzane w zadowoleniu, ponieważ dbam o rozmaitość zajęć. A to buduję schody, a to odchwaszczam najbliższe otoczenie chałupy, maluję butelki, rowerem podjeżdżam do lasu po grzyby, potem krojenie, nawlekanie, suszenie, leniuchowanie, wyprawy z wykrywaczem, czytanie książek, patrzenie w gwiazdy, nawet ponownie zacząłem rzeźbić w drewnie, a wszystko połączone nieustanną pasją fotograficzną. 
  Któregoś ranka czuję potrzebę dłuższej wyprawy rowerem.
Szykuję niewielkie, lecz smakowite i kolorowe śniadanie dla człowieka, a także nie zapominam o śniadaniu dla lisicy – zrzucam dla niej z tarasu conocną zdobycz. Dziś złapała się tylko jedna mysz, ale za to jaka tłuściutka. Mniam.
     Czemu mniam?
Kosmonauci amerykańscy będąc poza Ziemią jedzą pastę właśnie z mięsa myszy. Najbardziej wartościowe ponoć.

Jeszcze smarowanie rowerowego łańcucha i zamykam chałupę.
Kiedy ruszam z Kołyby, mam świadomość, że rower jest prawie bez hamulców. Górskie zjazdy bardzo szybko unicestwiają bowiem okładziny hamulcowe.
Ale co mi tam!
Staję na pedałach i wio w dół.
Lubię szalone szusowanie rowerem.....
Przecież dla zdrowia psychicznego trzeba od czasu do czasu odrobiny szaleństwa......
Czyli mam zapotrzebowanie na adrenalinę.
Na dole decyduję o kierunku dalszej jazdy – przełęcz Żebrak, Mików, Smolnik, Łupków.

Połowa trasy podjazdowej do przełęczy ma niewielkie nachylenie, kilka razy zsiadam aby fotografować



Szałas na przełęczy.

Stąd mam trzy możliwości zjazdu, a wszystkie przerobiłem po wielokroć (bo hamulce działały): - do Woli Michowej, tu na początku zjazdu są dwa ostre zakręty, nie wyrobię się bez hamulców, no i nie mam zamiaru już wracać.
     Drugi zjazd jest w stronę Baligrodu. Na tej przepięknej trasie jest aż kilkanaście zakrętów na odcinku do bazy studenckiej Rabe, potem prawie równo aż do szosy w Bystrem. Bez hamulców nie da rady.
Dlatego wybrałem zjazd do Mikowa, tu na początku jest jeden ostry zakręt i tu powinno się udać.
      Oczywiście jestem chwilami szalony, ale nie samobójczy.
Rozważam więc sprawę, bo pojawiają się wątpliwości.
Droga ma na początku serpentynę na spadku.
A rower jest prawie bezhamulcowy. Jak na płaskim wcisnę hamulce, (szybkość 15 km/godz) zatrzymuję się po dwudziestu metrach.
     Muszę więc jechać hamując od razu na maksa tym co jest.
Aby tylko minąć pierwszy, najgroźniejszy zakręt.
Przecież nie będę prowadził roweru, jak jest z góry? No nie?
Powinno się udać.
Na pewno się uda! 
Musi się udać!  
I już się cieszę! - Och! Ale będzie się działo, przecież tak lubię wariackie zjazdy! Wariackie, bo ze sprawnymi hamulcami to każdy głupi potrafi zjechać.....
Aparat wisi na brzuchu - oczywiście będę robił zdjęcia w czasie jazdy.
Jadę.

Wciskam oba cięgła hamulców tak, że mi palce zbielały, jednak rozpędzam się coraz bardziej i nagle
     po pierwsze primo: - przypominam sobie, że w ubiegłym roku była podobna sytuacja – ledwo uniknąłem wypadku.
Po drugie primo: - wtedy hamulce były mocniejsze, tylko nieco za późno je przycisnąłem......
      Zjeżdżam dalej z duszą na ramieniu, szybkość z każdym metrem niebezpiecznie się zwiększa i czuję, że nie mam szans zmieścić się w zakręcie.
W ogóle nie myślę o tym, że coś może wyjechać z naprzeciwka – tu ruch jest zerowy.......
     Ja cię kręcę! Jejku! Jejku! Niechybnie spadnę w wąwóz! A urwisko spadziste, kilkanaście metrów w dół i sterczące głazy. Zaczynam tracić panowanie nad pojazdem....  
Aniołku ratuj!!!!

I zaprawdę powiadam wam: - odbieram myśl jak błyskawicę: - A jak ratowałeś się w dzieciństwie, jeżdżąc na rowerku bez hamulców?
Natychmiast wciskam but na oponę przy przednim widelcu..... Może trzy sekundy i but robi się gorący - oparzył! Za moment rozerwał się z boku, a z podeszwy zadymiło..... 
Pruję po krawędzi szosy, a siła odśrodkowa wypycha mnie z zakrętu, ułamek sekundy i będzie po mnie!.... Aaaaaa! Uuu!!!!
I Ufff!! Się wyrobiłem na zakręcie......

Się wyrobiłem, a byłem już w dwóch stanach: - przerażenia i krytycznym.


Gangster na krześle elektrycznym

błysnął humorem specyficznym

choć to nie było w moich planach

znalazłem się w dwóch naraz stanach

nebrasce oraz krytycznym".

                                                         Wisława Szymborska

Puszczam ze zdrętwiałych palców ściśnięte cięgła i śmigam w dół. Serce bije mocno, adrenalina walnęła.
       Jak to miło się puścić swobodnie....
No lubię pasjami różne szalone akcje, ale obiecuję sobie, że więcej bez hamulców po zakrętach nie zjeżdżam.
Co innego na prostej …. na prostej drodze można jak najbardziej. Na przykład na zjeździe z punktu widokowego ponad Cisną w obu kierunkach można jechać bez hamulców.

Po minięciu zakrętu było już w miarę prosto, choć chwilami znowu groźnie, bo zjeżdżałem „ile fabryka rowerowa” pozwalała. Tylko wizg opon i szum wiatru w uszach, aż tylne koło na łagodnych łukach drogi tracąc przyczepność wpadało w wibracje.....




W połowie zjazdu, gdzieś za nieczynnymi kotłami dawnego wypału, szosa ma dołek, a potem jest sto metrów pod górkę i tu udaje mi się zatrzymać w sposób naturalny.



Potem znowu osiągam szybkość maksymalną. Łagodny skręt na pełnym gazie - na drodze stoi dorodny lis i mnie nie widzi i jeszcze nie słyszy szumu opon. Zobaczył! Kilka susów i wbiega do lasu. Stało się to tak nagle, że o pstryknięciu nawet nie pomyślałem. I wio dalej! Znowu wiatr zaszumiał  w uszach.


Przez Mików tylko przemknąłem, widoczne na zdjęciu budynki i konie są już przy drodze do Duszatynia.



Tu na dole zdjęcia widać rozerwany but, w podeszwie opona wyrwała bruzdę aż pokazała się skarpetka.
Na tym rowerze bez hamulców jeździłem jeszcze wielokrotnie. Na przykład nauczyłem się tracić szybkość wjeżdżając na przeciwzbocze.
Jednak już do Mikowa nie zjeżdżałem więcej, bo to był drugi raz, kiedy o mało nie wyleciałem z drogi, a podobno do trzech razy sztuka....
Dopiero jesienią kolega, którego zwą generałem, założył nowe hamulce.
Azaliż, jak się okazało, owe już nie były przeznaczone na moje zjazdy, bo już więcej na ten rower nie wsiadłem.

piątek, 28 kwietnia 2017

Do utraty tchu

Pada, a więc można poczytać coś ciekawego, albo coś napisać (i dołączyć zdjęcia), oczywiście jeśli ma się czas.
Na pierwszym zdjęciu Ciężkowice witają, na drugim – żegnają.



Nie narzekajmy na pogodę – ona od tego narzekania nie będzie przecież inna niż jest.
Obok mnie książka „Autostopem przez galaktykę”, a kolejne zdjęcia wpisuję z folderu „Rowerem do Pomnika UPA (Duszatyń)”.





Pasjonaci z różnych ścisłych dziedzin piszą tak ciekawie, wręcz porywająco, że można opierać się wyłącznie na wybranych urywkach z ich książek.
Kiedy piszą pasjonaci, niezależnie od skomplikowania zagadnienia, nie tylko nie jest to ciężkim gniotem, ale często staje się samą poezją.

Przykładowo biorę do ręki książkę traktującą o kosmosie i czytam; -

Oto w kąpieli fotonów kosmicznego promieniowania tła, nasza galaktyka - Droga Mleczna, pędzi w nieznane z szybkością kilkuset kilometrów na sekundę.....

Jak przystało na blog częściowo astronomiczny, jednym z zagadnień, które często tu poruszam, są nowości z frontu nauki, a zwłaszcza fizyki i mechaniki kwantowej.
Nowości, hipotezy, odkrycia, przypuszczenia, potwierdzające odwieczną prawdę; - życie jest tajemnicą.
       W 1998 roku astronomowie odkryli, że wbrew wszelkim oczekiwaniom ekspansja wszechświata przyspiesza. A według scenariuszy zbudowanych przez kosmologów powinna zwalniać.
Na razie wydedukowano, że winna jest ciemna energia i ciemna materia, obie odkryte w 1998 roku.
      (Autor tej książki nie słyszał zapewne o Polsce, w której ksiądz z Torunia poruszył ciemną masę za pomocą fal radiowych. Za to osiągnięcie jak czytałem, wystawiono jego kandydaturę do Nagrody Nobla z fizyki).
       Okazuje się, że ty, ja, gwiazdy, galaktyki, i cała reszta widzialnej materii to zaledwie ułamek masy wszechświata, a większość to tajemnicza, niewidzialna ciemna energia, oraz inna tajemnicza, również niewidzialna substancja o dodatniej grawitacji - ciemna materia.
     
Podsumowując: - kosmos jest zrobiony z trzech różnych rzeczy – ze zwykłej barionowej materii: protonów, neutronów oraz kilku innych cząstek, z których zbudowane są wszystkie zwykłe obiekty ( wraz z równoważną im energią, gdyż – jak pokazał Einstein -materia i energia stanowią dwie strony tej samej monety).
       To jest 5 % wszechświata.
Drugim składnikiem jest ciemna materia – to 25 % wszechświata.
I jest jeszcze ciemna energia, która jest dokładnie tak groźna, jak sugeruje jej nazwa
     Jest to dziwne, tajemnicze, przenikające wszystko pole siłowe, stanowiące 70 % wszechświata.
Same tajemnice......
               
Niesamowite jest, jak ta nowoczesna i stosunkowo młoda, a jednocześnie niezwykle obiecująca dziedzina wkroczyła przebojem na pola filozofii i religii, potwierdzając tysiącletnie odczucia mistyków, że żyjemy w świecie urojonym, subiektywnym, nierzeczywistym.
      Mechanika kwantowa podpowiada bowiem, że to co nas otacza, jest gigantyczną symulacją komputerową, a my jesteśmy ''umarlakami na przepustce'' jak bohaterowie filmu Goddarda – ''Do utraty tchu''.

niedziela, 31 maja 2015

Atak WP na Chryszczatą

Amunicja z okopów ponad wsią Rabe. Znajdowałem tu liczne pociski karabinowe rozerwane wybuchem prochu. A więc w tym miejscu musiało się nieźle palić. 
(Kamienny stół w Zbyszkowo-Chryszczata)
  


Komuniści pisali: Po przełamaniu obrony UPA ponad wsią Rabe, wojsko ruszyło w lasy....
      Żeby nie było niedomówień: żadna partyzantka nie może stanąć do równej walki z regularnym wojskiem, nie miałaby szans. Taktyka partyzantów polega na ataku z zaskoczenia, na zasadzkach, na daniu łupnia i odskoku. Trzeba szanować ludzi, nie narażać ich na niepotrzebne straty. Do tego dochodziło korzystanie z kryjówek. Taką taktykę stosował z powodzeniem Chrin.
To on wybierał miejsce i czas potyczki, zanim wojsko polskie nie nauczyło się walczyć w Bieszczadach.
     Po deportacji z 1947 roku, walka UPA straciła sens. Część sotni przebiła się z bronią na Zachód, część przebiła się na Ukrainę, wielu żołnierzy ukryło broń i dołączyło do swoich wywiezionych ziomków na Ziemiach Zachodnich i Mazurach. Część obrońców odsiedziała wieloletnie wyroki w więzieniach, wielu komuniści zamordowali.
Wolność ma swoją słoną cenę.
  

      Atak WP na Chryszczatą.
12 - 15 maja 1947 przeprowadzono kolejną większą operację w "celu zniszczenia Chrina na Chryszczatej".
Do wykonania operacji użyto wielkich sił - cżęść dywizjiKBW, pododdziały 6 i 7 DP, 12 pp z 8 DP, oraz jednostkę WOP z Cisnej. Wsparcia udzielało też lotnictwo.
W pierwszej fazie akcji zablokowano obrzeża masywu Chryszczatej, po czym rozpoczęto "przeszukiwanie" tego kompleksu. Pierwszego dnia "przeszukano" rejon na północny zachód od linii Baligród – Rabe - Wola Michowa.
Następnego dnia, po sforsowaniu linii obrony UPA ponad wsią Rabe, wojsko weszło w lasy...
    

Po sforsowaniu obrony……
Obrońcy podpalili tego dnia las w dolinie Olchowatego i pod osłoną ognia przebili się ( sotnia Stiacha) w kierunku Duszatynia, a potem na terytorium Czechosłowacji.
    
Stiach wrócił po trzech dniach. Włączył się do krótkich potyczek - zasadzek. 18 maja znowu otoczyło go wojsko. Tym razem usadowił swych striłciw na drzewach, w ich koronach. Polska tyraliera przeszła pod drzewami niczego nie zauważając.
Stosowano także ukrywanie mniejszych oddziałów w licznych kryjówkach - w bunkrach podziemnych. Przechodziła tyraliera i po chwili dostawała ogień w plecy.... na Chryszczatej trwała zabawa w krwawą ciuciubabkę.
Chrin walczył bez przerwy od 12 do 15 maja. Wydawało się, że 15 maja sotnia Chrina została otoczona. Wojsko ruszyło z zasadniczą obławą. Nic nie znaleziono. Sotnia rozpłynęła się w powietrzu jak duchy. A najpewniej po rozdzieleniu się, część zapadła w bunkrach, a reszta poszła legendarnym tunelem do cerkwi w Smolniku.
Operacja zakończyła się kompletnym fiaskiem niezależnie od zmyślonych wersji, przedstawiających ją jako wielki suces WP.
Odtrąbiono koniec UPA!

Jednak 25 czerwca sztab 1 Dywizji KBW podjął decyzję ponownego ataku na masyw Chryszczatej,bo pojawiły się znowu "znikąd" sotnie Chrina i Stiacha.
Ponownie użyto ogromnych sił:

- Oddziały zajęły pozycje i do świtu 27 VI. zachowano pełną ciszę i zastosowano zasady maskowania. Zajęto pozycje wyjściowe do ataku. Początek zaplanowano na 4.00, 27 VI.
(Planowanie w Bieszczadach.....Tu rządzi pogoda i każdy plan zostanie zweryfikowany).
Z powodu gęstej mgły czas rozpoczęcia akcji przesunięto na 7.00, potem na 8.00. (Wojskowi lubią równe godziny)....
"Punktualnie o 8.00 trzy samoloty szturmowe IŁ-2, startujące z lotniska w Rzeszowie, dokonały 20 - minutowego nalotu, bombardując i ostrzeliwując z broni pokładowej wybrane cele na Chryszczatej".
(Boże, klasyczny język trepów! Wybrane cele w potężnym, gęstym masywie leśnym?. Przecież nic nie było widać! Zrzucili po prostu bomby gdzie bądź, puścili parę serii i odlecieli)

"Po nalocie do akcji przystąpiło dziewięć plutonów moździerzy kalibru 82 mm. Dokonały one dwukrotnego, po 10 minut, ostrzału masywu".
Przygotowanie ogniowe już było i wtedy do natarcia ruszyła masa wojska. Żołnierze najpierw biegli, po chwili tylko szli zziajani, bo byli na górze obok miejsca gdzie niedawno dostali potężnego łupnia, oraz każdy niósł na sobie ładne parę kilo żelastwa.
Atak szedł gładko, zdobywano coraz więcej terenu" - (zdobywano, bo tam powstańców nie było).

Dalej mamy opisany atak z kierunku Duszatynia: - Wojsko kierowało się na szczyt Chryszczatej poprzez Jeziorka Duszatyńskie. Atak przeprowadzano gęsiego.( bo las był obficie zaminowany)
Po dotarciu wojska na do "określonej linii" - na szczycie utworzono "kocioł". Następnie w jego środek weszły oddziały "likwidacyjne", z zadaniem likwidacji upowców"...
Do "likwidacji" jednak nie doszło. Na Chryszczatej bowiem nikogo nie było. UPA ponownie zniknęła, jakby zapadła się pod ziemię.

Wykryto jedynie bunkry ( te same, które wykryto wielokrotnie wcześniej) maszynę do pisania i materiały piśmienne, dużo książek, a ponadto zaminowaną beczkę ze skórą. Aby zapisać na swoje konto jakikolwiek sukces, napisano, że "zniszczono 12 szałasów".
(Przez tę beczkę zaminowaną zginęło dwóch żołnierzy, bo po co do niej zaglądali? Jeden był ranny, na minach wyleciało dwóch, i trzech było rannych, ale tego już nie napisano)
Tym razem sotnie nie podjęły walki, tylko znowu "zniknęły" Operacja była więc przeprowadzona z dużym hukiem, tylko nie dała żadnych wyników.

wtorek, 19 listopada 2013

Droga na Chryszczatą



Wstaje upragniony dzień startowy.
     Jeszcze snują się mgły, a mnie już nosi! Nie mogę się doczekać wymarszu, i dziwię się samemu sobie, że tak długo miałem postawiony namiot w Szwejkowie. Autobus do Komańczy mam za dziesięć dziesiąta, wystarczy, gdy wyjdę o 9.00 - pójdę torami, to przecież niecałe trzy kilometry.
      Jest dopiero 7.00, a ja już jestem gotowy! Namiot godzinę temu był całkiem suchy i go zwinąłem….Dawaj w góry, miły bracie!
   Kręcę się wokół strażnicy...chmury po godzinie znikają. Patrzę z sentymentem na puste miejsce po namiocie. ....

     Wszystko spakowane - jedna trzecia rzeczy zbędnych zostaje w strażnicy, w to zwolnione miejsce w plecaku zabieram jedzenie, tak że na zewnątrz jest tylko butelka z piciem i śpiwór polski z druciakiem, bo ten śpiwór himalajski, to maleńka paczuszka i mam ją w plecaku.
     Gdy dochodzę do przystanku, pogoda robi się bezchmurna. Stawiałem jak zwykle drobne, czyli głupie kroki, idąc po podkładach torów, i znowu idę z pełnym obciążeniem, tak więc koszula na plecach mokra.
Przyjeżdża autobus i po 20 minutach jestem w Komańczy. Tu idę kilkaset metrów do sklepu, kupuję chleb, mocuję go na zewnątrz i trasą Szwejka wchodzę pod górę w kierunku Prełuków. Po trzech kilometrach robię pierwszy przystanek. 

Jest południe, gorąco. Koszula flanelowa świetnie się spisuje: - chłonie pot, a na wietrze i słońcu szybko wysycha.
     Po zejściu do Prełuków, idę wzdłuż Osławy, i w sprzyjającym miejscu przysiadam przy wodzie. Zdejmuję buty, i ostrożnie brodzę po kamieniach. Kamienie są obrośnięte niezwykle śliskimi glonami, bardzo łatwo wywinąć na nich orła. Postałem kilkanaście minut w chłodnej Osławie - miło.
Wypiłem resztkę wody z butelki - za małą butelkę jednak wziąłem (0,33 l).

Wędruję dalej pod górę....Z wysokości kilkudziesięciu metrów podziwiam przełom Osławy pod Duszatyniem.

Pić się chce, ale to nic, w Duszatyniu jest bar z piwem....Zimniutkim piwem z beczki. Upał, upał - nie ma jednej chmurki. Dochodzę do Duszatynia. Napis "Duszatyń" jest wyryty na desce z jednej strony - od Prełuków.

Po tych 7 km. piwo wydaje się boskim nektarem!
    Relax pełen! Rozmawiam z dwoma facetami, są w średnim wieku, też piją to zimniutkie piwo i idą przez Chryszczatą.
Ruszamy razem, ale okazuje się, że oni muszą iść szybciej - idą z małymi tylko plecaczkami i mają do przejścia jeszcze dziś 22 km. Po kilometrze żegnają mnie i wyrywają do przodu.
    Droga tylko w górę. Mnie nic nie goni, a przeszedłem już połowę planowanej trasy. Poza tym każdy powinien mieć swoje tempo. Idę więc w swoim tempie coraz wyżej, robiąc przystanki.

Upał mniejszy, bo wąska droga prowadzi przez gęsty las - nie ma żadnych widoków. Wreszcie jest trochę widocznej przestrzeni - Jeziorka Duszatyńskie. Drugie jeziorko bardzo ładne. Woda krystalicznie czysta i ciekawego koloru.

Spotykam znajome małżeństwo, które poznałem w Cisnej - jak miło kogoś znajomego spotkać na szlaku!
    Rozmawiam z jedzącą posiłek grupą rowerzystów ze Słowacji - mieszkają w Wetlinie i stamtąd robią codzienne wypady rowerowe. Historii pacyfikacji Bieszczadów nie znają, słuchają z ciekawością. Opowiadam im także o tym czekającym ich fantastycznym zjeździe rowerowym z Żebraka w kierunku Woli Michowej.
   Pojedli i poszli w górę prowadząc rowery ( za jeziorkami jest bardzo w górę, chwilami po stopniach ). Potem ja ich doszedłem i wyprzedziłem, a po następnym postoju, przy ostatnim jeziorku, oni mnie wyprzedzili ostatecznie. Już jesteśmy starymi znajomymi.
   Przede mną wspina się młode małżeństwo. Pani Karolina robi zdjęcia. Zaczynamy rozmawiać, jak fotograf z fotografem, idziemy....i gubimy szlak!
    Trzeba się cofnąć - godzina ucieka, a jeszcze przed nami spory kawał ostrego podejścia do szczytu. Idziemy i niestety młodzi puchną. Zostawiam ich na drodze i idę dalej sam. Jest już mocno po południu, gdy wchodzę na szczyt.

Przed szczytem jest stary cmentarz. 
  
Na szczycie stoi natomiast olbrzymi, stary beton - obelisk. Nie ma na nim
żadnych napisów, tylko są oznaczone szlaki.





wtorek, 22 października 2013

Wycieczka do Rzepedzi - 2



Zbliżam się do cerkwi w Smolniku, taka ciekawa chmura.

Kapliczka blisko skrzyżowania z drogą do Mikowa ( na przełęcz Żebrak ) i schodzę drogą w dół. 






Przeprawiam się przez cztery brody i wchodzę do Duszatynia.


Po miejscowości została tylko nazwa i rozległa płaska przestrzeń w dolinie. Stoi tu tylko jeden "budynek" - drewniany bar - piwiarnia. A na polu namiotowym widać dwa namioty. Czyli kompletna pustka. No tak, wszystkie miejscowości w pobliżu Chryszczatej spaliło wojsko.

 Idę więc dalej. Mijam Prełuki. Na cmentarzu stoją tylko dwa nagrobki, reszta zniszczona. 
Po drodze spotkałem tylko kilka osób, a droga zajęła mi cały dzień! Pusto, pusto.

Zbliżam się do przełomu Osławy pod Duszatyniem. Szerokie miejsce parkingowe, nowo wybudowana droga. Tłumów tu nie ma.....



Popełniam, błąd i zamiast skręcić do Komańczy w lewo, idę prosto. Jeszcze raz muszę zdejmować buty, jest jeszcze jedna przeprawa przez wodę - piąta. 


Płyty betonowe bardzo śliskie, bo są obrośnięte glonami, idzie się po nich, jak po lodzie. Pomyślałem, że to błąd na mapie, a w rzeczywistości szedłem już drogą do Rzepedzi. Robiłem liczne przystanki nad Osławą, więc zrobił się już wieczór, gdy szedłem drogą leśną w stronę szosy obok tartaku w Rzepedzi.
  
   
Przełom Osławy pod Duszatyniem przepiękny, i cała trasa także. Warto było dla tych widoków przejść taką długą trasę!
     Ponad godzinę czekałem w Rzepedzi na autobus do Nowego Łupkowa. Autobusy nie trzymały się rozkładu jazdy, z powodu przebudowy szosy do Sanoka. Wreszcie przyjechał autobus, ale stanął dużo dalej, wsiadły szybko dwie osoby, ja biegłem, ale autobus odjechał. Machałem, krzyczałem - gdzie tam! Stanąłem zaskoczony nie wiedząc, co robić.
   W tym momencie zatrzymał się obok mnie  samochód, którego kierowca widział, że uciekł mi autobus. Zapytał dokąd chcę dojechać, i dodał, że jedzie do Nowego Łupkowa. To ci zdarzenie – anioł działa!
       Wsiadłem i po kilometrze wyprzedziliśmy ten autobus, który mnie nie zabrał, tak, że w Nowym Łupkowie byłem wcześniej od niego. Jeszcze tylko niecałe trzy kilometry torami, i byłem przy znajomych sygnalizatorach, świecących czerwono dzień i noc. Stacja w Łupkowie, gdzie zatrzymał się czas.
 Czułem się, jakbym wracał do domu.

      
 Potem to uczucie powtarzało się wielokrotnie, aż do momentu, gdy przeniosłem serce do innego miejsca w Bieszczadach.
Na liczniku tego dnia wyskoczyło 40 km.
I to była rekordowa długość wędrówki z małym plecaczkiem.
Tym razem byłem zmęczony i doszedłem do wniosku, że to jest maksymalna odległość jednodniowa, na jaką powinienem sobie pozwolić.
Tej myśli się trzymałem.
       Potem najdłuższe trasy dzienne, to było 25 km, ale to już z pełnym obciążeniem, gdy szedłem na biwaki samotne za Chryszczatą.