Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komańcza.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komańcza.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Zima w Bieszczadach

A dokładnie to pożegnanie bieszczadzkiej zimy.





Zaprawdę, powiadam wam: - przewiany bieszczadzkim wiatrem, odurzony zapachem lasu i wiosennym ciepłem, oślepiony odblaskami słońca na śniegu, oczarowany rozległością przestrzeni pod błękitnym dachem nieba – w czasie porannego spaceru, po trzykroć swój zachwyt zawarłem w okrzyku:     
 - O kurwa jak cudnie jest!








Śnieg właściwie było widać dopiero od Komańczy.
W nocy chwycił mróz, na powierzchni utworzyła się skorupa. 
Szło się miejscami jak bo beli styropianu, jak po stole, tylko słychać było głuche dudnienie w metrowej warstwie pod butami.
W śniegu odciśnięte ślady żubrów, jeleni, wilków, lisa, zająca. Po horyzont nie widać ani jednego człowieka! Co za resetujące odludzie!
Znalazłem krowi dzwonek, czyżby tylko tyle zostało po krowie?

wtorek, 26 stycznia 2016

Świecące bombki


Przyjechaliśmy z Henrykiem do Sanoka Neobusem o północy. Stąd ruszyliśmy w zamarzające właśnie, grudniowe Bieszczady znajomą taksówką....
Jechaliśmy sprawnie, droga była czarna.
      Jechaliśmy sprawnie, jednak podróż gdzieś od Komańczy zrobiła się całkiem nietypowa.
Staram się odpowiednio dobrać słowa: - dwukrotnie groził nam..... wypadek. Możliwość zaistnienia tego niecodziennego zdarzenia, wzbudziła w pasażerach niekłamaną wesołość.
      Gorzej było z kierowcą. Jemu było nie do śmiechu....
Wszystko skończyło się jednak dobrze, dzięki pomysłowi Henryka, żeby taksówkarz nie dojeżdżał do Kiry, gdzie zwykle wysiadaliśmy.
    Wysiedliśmy wcześniej – na skrzyżowaniu.
Rano ślady pokazały, że wykonaliśmy bardzo słuszny ruch......

Przed domem jeszcze tej samej nocy rozwiesiłem świecące bombki.






wtorek, 22 października 2013

Wycieczka do Rzepedzi - 2



Zbliżam się do cerkwi w Smolniku, taka ciekawa chmura.

Kapliczka blisko skrzyżowania z drogą do Mikowa ( na przełęcz Żebrak ) i schodzę drogą w dół. 






Przeprawiam się przez cztery brody i wchodzę do Duszatynia.


Po miejscowości została tylko nazwa i rozległa płaska przestrzeń w dolinie. Stoi tu tylko jeden "budynek" - drewniany bar - piwiarnia. A na polu namiotowym widać dwa namioty. Czyli kompletna pustka. No tak, wszystkie miejscowości w pobliżu Chryszczatej spaliło wojsko.

 Idę więc dalej. Mijam Prełuki. Na cmentarzu stoją tylko dwa nagrobki, reszta zniszczona. 
Po drodze spotkałem tylko kilka osób, a droga zajęła mi cały dzień! Pusto, pusto.

Zbliżam się do przełomu Osławy pod Duszatyniem. Szerokie miejsce parkingowe, nowo wybudowana droga. Tłumów tu nie ma.....



Popełniam, błąd i zamiast skręcić do Komańczy w lewo, idę prosto. Jeszcze raz muszę zdejmować buty, jest jeszcze jedna przeprawa przez wodę - piąta. 


Płyty betonowe bardzo śliskie, bo są obrośnięte glonami, idzie się po nich, jak po lodzie. Pomyślałem, że to błąd na mapie, a w rzeczywistości szedłem już drogą do Rzepedzi. Robiłem liczne przystanki nad Osławą, więc zrobił się już wieczór, gdy szedłem drogą leśną w stronę szosy obok tartaku w Rzepedzi.
  
   
Przełom Osławy pod Duszatyniem przepiękny, i cała trasa także. Warto było dla tych widoków przejść taką długą trasę!
     Ponad godzinę czekałem w Rzepedzi na autobus do Nowego Łupkowa. Autobusy nie trzymały się rozkładu jazdy, z powodu przebudowy szosy do Sanoka. Wreszcie przyjechał autobus, ale stanął dużo dalej, wsiadły szybko dwie osoby, ja biegłem, ale autobus odjechał. Machałem, krzyczałem - gdzie tam! Stanąłem zaskoczony nie wiedząc, co robić.
   W tym momencie zatrzymał się obok mnie  samochód, którego kierowca widział, że uciekł mi autobus. Zapytał dokąd chcę dojechać, i dodał, że jedzie do Nowego Łupkowa. To ci zdarzenie – anioł działa!
       Wsiadłem i po kilometrze wyprzedziliśmy ten autobus, który mnie nie zabrał, tak, że w Nowym Łupkowie byłem wcześniej od niego. Jeszcze tylko niecałe trzy kilometry torami, i byłem przy znajomych sygnalizatorach, świecących czerwono dzień i noc. Stacja w Łupkowie, gdzie zatrzymał się czas.
 Czułem się, jakbym wracał do domu.

      
 Potem to uczucie powtarzało się wielokrotnie, aż do momentu, gdy przeniosłem serce do innego miejsca w Bieszczadach.
Na liczniku tego dnia wyskoczyło 40 km.
I to była rekordowa długość wędrówki z małym plecaczkiem.
Tym razem byłem zmęczony i doszedłem do wniosku, że to jest maksymalna odległość jednodniowa, na jaką powinienem sobie pozwolić.
Tej myśli się trzymałem.
       Potem najdłuższe trasy dzienne, to było 25 km, ale to już z pełnym obciążeniem, gdy szedłem na biwaki samotne za Chryszczatą.