Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch święty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch święty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 marca 2023

Opowieść o kamieniu szlachetnym

Na początku nie było nic. Potem stała się światłość i rozświetliła płaszczyznę. Były w niej, jak to w płaszczyźnie, tylko dwa wymiary – szerokość i długość. Poza tym dalej nie było nic, ale było to już o wiele lepiej widać.

Za sprawą Ducha Świętego według jednych, a Miss Ewolucji według drugich, na płaszczyźnie pojawiły się istoty żywe, oczywiście także dwuwymiarowe, czyli płaskie, nazywane Płaszczakami.

Płaszczaki mnożyły się rodząc płaskie dzieci, powstawały kolonie Płaszczaków, plemiona, całe narody. Płaski Postęp Cywilizacyjny odebrał Płaszczakom starą płaską religię, zastępując ją nową religią, jeszcze bardziej płaską. Płaska Grupa Trzymająca Władzę zorientowała się (bowiem), że z pomocą tej spłaszczonej nowej doktryny, będzie łatwiej spłaszczać niedostatecznie jeszcze spłaszczone umysły podległych osobników. Jednocześnie prowadzono kampanię (płaską) szczucia na siebie nawzajem (płaskiego szczucia).

      Wszystko przebiegało zgodnie z planem (płaskim) i społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy: - Płaskie i Jeszcze Bardziej Płaskie, walcząc między sobą. Wszystko to cieszyło niezmiernie Płaską Grupę Trzymającą Władzę.

Aż tu pewnego razu, zupełnie bez ostrzeżenia na Krainę Płaszczaków Coś spadło. Nie wiadomo skąd spadło, bo przecież świat był płaski, więc to Coś musiało spaść Znikąd. Spadło i rozpadło się od razu na dziwne kawałki, bowiem te kawałki nie chciały się mieścić w dwóch wymiarach, wykazując konieczność weryfikacji pojęć fizyki Płaszczaków.

    Pewna odważna grupa naukowców wystąpiła z tezą wywracającą dotychczasowy świat: - otóż ogłosili oni, że poza znanym światem, może istnieć jeszcze jeden wymiar, mianowicie trzeci! Ten kompletny absurd najpierw wyśmiano, potem wspomnianych naukowców odsądzono od czci i wiary, a na koniec uznano, że są zagrożeniem dla Płaskiego Establishmentu, więc wytoczono im wiele procesów (na podstawie płaskiego prawa). W końcu władza osiągnęła sukces - zaszczuta grupa ucichła.

A na razie, w głębokiej tajemnicy zaczęto badać dokładniej to spadnięte Coś.

Okazało się, że są to kawałki  szlachetnego kamienia. A mówiąc dokładniej są to dwa rodzaje takich kawałków: - jedne są gładkie i wypolerowane z jednej strony, więc Płascy Badacze nazwali te kawałki marmurem.

Drugi rodzaj odłamków był nieforemny, pozbawiony regularności i takie odłamki Płaszczaki nazwały drewnem.

Po latach naukowe Plaszczaki podzieliły się na dwa obozy: - pierwszy z nich zaczął przymierzać do siebie i składać kawałki marmuru, co się nawet nadzwyczaj udawało. Kawałki pasowały do siebie idealnie, a w związku z tym naukowcy Plaszczaków sądzili, że odkryli jakąś nową potężną geometrię i nazwali ją „względnością”.

     Drugi obóz zbierał poszarpane, nierówne kawałki, osiągając jakiś cząstkowy sukces – odkryto pewne powtarzające się wzory. Atoli nierówne kawałki składane w całość, dalej były zagadką, bo tworzyły większą nieregularną bryłę. Tę bryłę nazwano modelem standardowym, a jej brzydota nikogo nie zachwycała.

     Próbowano także dopasowywać równe kawałki do nierównych, jednakowoż nic to nie dało.

Obie grupy zgodziły się na teorię, co do pochodzenia kawałków – oto musiał nastąpić Wielki Wybuch, który rozerwał jakiś obiekt. Obiekt ten był prawdopodobnie kamieniem szlachetnym wspaniale symetrycznym, o niespotykanej piękności, oraz znajdował się w przestrzeni o trzech wymiarach. Kamień ten był jednak niestabilny, dlatego pewnego dnia w wyniku Wielkiego Wybuchu wziął się i rozpadł, po czym w odłamkach spadł do świata Płaszczaków.

A jeśli spadł, to znaczy, że istnieje pojęcie „z góry” i wtedy pewien genialny Płaszczak wpadł na pomysł, aby wszystkie odłamki przesunąć „do góry” i próbować złożyć w całość w tym czymś, co nazwano roboczo trzecim wymiarem.

    Azaliż była to teza wielce obrazoburcza i większość Płaszczaków poczuła się zaniepokojona tym nowym podejściem, ponieważ nikt z nich nie rozumiał co znaczy „do  góry”.

Z tej przyczyny, z dbałości o sondaże opinii publicznej (płaskie sondaże) całość badań Płaska Władza nakazała trzymać w ścisłej tajemnicy przed społecznością Płaszczaków, karmionych na co dzień, z pomocą płaskiej telewizji rządowej, wiarą o istnieniu jedynie słusznych dwóch wymiarów. To było działanie dla dobra ogółu, w obawie przed potencjalnymi zamieszkami, czy nawet rewolucją. Społeczeństwo miało pracować, cieszyć się miską ryżu (płaską miską płaskiego ryżu), słuchać Władzy i nie myśleć niepotrzebnie o jakimś wyimaginowanym trzecim wymiarze, który mąciłby im w głowach. W płaskich głowach.

     Trafił się jednak pewien genialny Płaszczak, który potrafił z pomocą komputera wykazać, że kawałki nazywane marmurowymi można traktować jako zewnętrzne fragmenty obiektu i dlatego są one gładkie, podczas gdy kawałki „drewniane” – nieforemne, pochodzą z części wewnętrznej obiektu.

      Przeprowadzono wirtualny eksperyment, który udał się wyśmienicie i oba rodzaje kawałków zostały złożone w zgrabną całość w trzecim wymiarze. Płaszczaki z podziwem patrzyły na to, co odkrył przed nimi komputer.


A był to mianowicie wspaniały kamień szlachetny, w doskonałej trójwymiarowej symetrii. Sztuczny podział pomiędzy dwoma zbiorami fragmentów został zlikwidowany za pomocą czystej geometrii.

     Teraz wypadałoby eksperymentalnie potwierdzić wyliczenia komputera i zbudować maszynę, która praktycznie potrafi podnieść kawałki „do góry”, w ten trzeci wymiar i tam je złożyć zgodnie z obliczeniami w piękną całość.

Był tylko jeden problem: - do urzeczywistnienia eksperymentu potrzebna była ogromna energia, około tryliona razy większa niż ta dostępna w krainie Płaszczaków.

     Część Płaszczaków była usatysfakcjonowana samymi obliczeniami teoretycznymi. Nawet bez weryfikacji czuli oni piękno wzorów i uznawali je za wystarczające dla rozwiązania problemu unifikacji. Grupa ta wskazywała, że prawidłowe rozwiązanie najtrudniejszych problemów to takie, które jest najpiękniejsze. Wspomniana grupa miała również rację uważając, że trójwymiarowa teoria nie ma rywala.

      Druga grupa Płaszczaków podniosła jednak krzyk, że sprawdzenie praktyczne musi być i nie należy zajmować się problemem, bo to tylko marnuje cenne zasoby w pogoni za niczym.

I tak trwa debata w krainie Płaszczaków, podobnie jak w naszym rzeczywistym świecie. Trwa i będzie jeszcze trwać jakiś czas. Ma to jednak, tak jak wszystko inne również pozytywną stronę.

Osiemnastowieczny filozof Joubert ujął sprawę następująco: - Lepiej omawiać kwestię, nie znajdując jej rozwiązania, niż rozwiązać ją bez omawiania.


wtorek, 14 marca 2017

Pomieszkać na Fereczatej


Chwila dziejowa!
Za kilka dni doprowadzę wreszcie wątek bieszczadzkiej namiotowej wędrówki z 2015 roku do końca. Mam moc przygotowanych wątków z 2016 roku, a wakacje 2017 tylko patrzeć, jak zapukają do drzwi.
     Jednak dobrze wiem, że nie przyspieszę ani nie opóźnię, czyli tak ma być!

Wchodzę mozolnie, bo jest ślisko. Co prawda od kilku godzin nie pada a stromość wejścia sprzyja spływaniu wody, jednak bieszczadzka glina potrzebuje czasu, aby stracić swą sławną mazistość.
      Miejscami chwytam się gałęzi, bez tego ani ani.
Wejście ze zrębu na szczyt nie trwa długo. 
Od rana nie mogłem narzekać na brak humoru, jednak teraz, niemal z każdym krokiem czuję się, jakbym wstępował w wibrującą falę radości.
      Wszystko wydaje się niezwykłe, dusza się unosi, człowieka ogarnia miłość do całego Wszechświata, serce zamieniło mi się w strunę nastrajaną do zagrania jakiejś rozległej wspaniałej melodii.
       Problemy świata zostały daleko na dole.


I już plecak zdjęty – a ja rosnę! Rosnę!
1102 metry i znajomy szeroki widok.

Zanim postawiłem namiot, pozbierałem kilkanaście niedopalonych papierosów - i do ogniska z nimi! Przez szczyt Fereczatej prowadzi  szlak. Jak już pisałem, w ciągu dnia przechodzi tędy tylko kilka - kilkanaście osób. 
Do godz 9.00, oraz po 17.00 nikogusieńko.
Teraz jest bardzo przyjemnie oraz idealnie czysto. Sycę się dobrze znajomym widokiem.


Czytam i przepisuję z zeszytu swoje bieszczadzko - biwakowe przemyślenia i dochodzę do wniosku, że w chwilach ich pisania musiałem być natchniony Duchem Świętym, jeśli coś takiego jest.
       Czarni podpierają się dość często tym pojęciem w chwilach braku innego sensownego argumentu, przy dowodzeniu swojej racji.
    Ja nie potrzebuję nikogo do niczego przekonywać. 
I nie muszę mieć racji.
Dzielę się tylko swymi wrażeniami z pobytu w tych bieszczadzkich Ogrodach Edenu, do których dostęp ma przecież każdy i z największą przyjemnością piszę listy do samego siebie.
      Uważam, że wolność jest najważniejsza i każdy ma nie tylko prawo, ale i obowiązek kroczenia własną drogą.
Nie powinno się nikogo na nic nawracać.

Młody ksiądz w zapale wypowiadanego owieczkom z ambony kazania, podnosi rękę w stronę nieba i mówi:
Zaprawdę, powiadam wam moi drodzy parafianie! Często przechadzam się po rynku, chodzę także obok naszej, miejscowej knajpy i gdy widzę pijanego, który akurat wychodzi z knajpy, wołam do niego gromkim głosem: - Nawróć się!

Cugotuję, ognisko przygotowane, trzeba skocz po wodę. Źródło jest o rzut beretem.

Przy źródle znajduję trojaczki i już wiadomo jaka będzie zupa.
Chodzę w tę i z powrotem po ścieżce. Jest tu bowiem tylko jedna ścieżka wschód – zachód. Nazwałem jej kilometrowy odcinek szczytowy : „Ścieżką Zdumienia”.
     Ogarnęło mnie (bowiem) na niej zdumienie, niepokój a nawet egzystencjalny lęk, kiedy usiłowałem sobie wyobrazić, jak zadziwiająco mali i nieistotni jesteśmy z perspektywy Wszechświata.
       Z ludzkim istnieniem wiąże się wiele paradoksów:
Aby sięgnąć gwiazd, trzeba stanąć mocno na jakimś trwałym fundamencie, lecz co ma być tym fundamentem?
       Bez urazy, ale nikt tego nie wie.
Butna ludzkość chciałaby poznać Wszechświat, lecz nie wydaje się żeby było to kiedykolwiek osiągalne.
Następny paradoks: - przedmioty mają masę i ciężar, nie wiemy jednak, dlaczego tak jest. Częściową odpowiedzią jest grawitacja, nie wiadomo jednak dlaczego takie oddziaływanie występuje we Wszechświecie.
      To tajemnica.
I jeszcze jeden paradoks: - Skąd wiemy, że czas biegnie tylko do przodu, a nie wstecz?
Nie wiemy i wydaje się coraz bardziej pewne, że nigdy się tego nie dowiemy.
Czyż nie miał racji Osho, powtarzając, że życie jest tajemnicą?


Niedługo po południu nadciągnęła mgła. Poczułem się totalnie odizolowany od świata. Cisza dzwoni w uszach. Extra i super!
Do wieczora nikt nie przechodził szlakiem - wiadomo pogoda. Mnie mgła nie przeszkadza. Zdjęć na tej górze narobiłem już taką furę i to przy każdej pogodzie, że starczy. Chodzi jedynie o to, żeby tu sobie trochę pomieszkać. 

  

sobota, 23 stycznia 2016

Spotkanie z księdzem

 
Akurat skończyłem jeść.
Przeglądam zdjęcia, zachmurzyło się, nie ma już wędrujących plam słońca.
Od Tarnicy nadchodzi samotny turysta w średnim wieku, z niewielkim plecaczkiem.
   Ten turysta jest pełen radości. To się już daje odczuć z jego „dzień dobry”.
Potem pada jeszcze kilka słów i czuję, że ta jego radość jest jakoś tak poddańczo nabożna.... 
Włączam więc dyskretnie nagrywanie, bo podenerwowanie z powodu belek spod Krzemienia, już mi przeszło i czuję się opanowany nastrojem do słuchania inaczej myślących.
    Tolerancja znaczy się wzięła górę.
A coś mi się widzi, że być może spotkałem na swej drodze księdza....
 
Nieznajomy najpierw wychwala pomysł postawienia krzyża na Tarnicy, potem narzeka na zmniejszającą się liczbę wiernych.
Słucham tego słowotoku, i już chcę wtrącić swoje trzy grosze, gdy odbieram myśl od Anioła: - Czekaj! Jeszcze nie teraz!

Nieznajomy ośmielony moim milczeniem zaczyna opowiadać:

Spędziłem kiedyś dzień na zwiedzaniu Tysiąca Wysp, położonych na rzece Świętego Wawrzyńca, między stanem Nowy Jork a Kanadą.
Podróżując na północ, odkryłem piękny błękit nieba z rozproszonymi na nim białymi chmurkami, soczyście zielone listowie i idealną temperaturę powietrza.

Przyjechałem do chatki przyjaciół położonej nad rzeką. Zjedliśmy wspólny obiad, trochę pobiegaliśmy i pospacerowaliśmy nad nieustannie szumiąca wodą. Potem pojechaliśmy do jakiejś zatoki na obchody rocznicy ślubu przyjaciół.
Byliśmy w ekskluzywnym salonie w nadrzecznym pensjonacie. Jedzenie było drogie i przepyszne, obsługa bez zarzutu, na najwyższym poziomie.
To było miejsce dla wybranych.
I tacy byli przybyli tu goście: bogaci, z najwyższych sfer.
Wokół był luksus i jeszcze raz luksus!
Na dodatek był cudny widok na rzekę, połyskującą w świetle popołudniowego słońca, a następnie wspaniały zachód.
Czułem się wspaniale, otaczał mnie prawdziwy przepych i bogactwo....
Wracałem do domu już po zmierzchu, z sercem pełnym radości i ze słowami psalmu na ustach: - „O Panie, jakże wspaniałe są Twoje dzieła”.

Nic nie mówię, ale wzbiera we mnie radość: - za chwilę zrealizuję pierwszą Intencję.
Na razie widzę landszaft ze złotym jeleniem na rykowisku, jeleń się uśmiecha, stoi w krwawym zachodzie słońca, na czole ma namalowany krzyż.
W uszach dudni mi dźwięk pękniętego dzwonu.

Boziuniu! Ale mi się trafiła gratka! Teraz tylko ładnie rozegrać to, co się dzieje....

Czytelnicy znają klasyczne dwa słowa z amerykańskich kowbojskich filmów: - bez urazy....

Wstaję.
Zakładam plecak.
Niespiesznie zakładam.
Milczenie.
Facet jakby czuł się dotknięty, że on tak przecudnie karmelkowo i różowo, a ja, czyli słuchacz, nic.
Ani be, ani me, ani kukuryku.
Nieraz tak miło jest nieco przeciągać sprawę.....
     
Plecak założony.
Ustawiam go równiutko na plecach: nieco w lewo. Za dużo. To poprawka. Teraz jest w sam raz. Zapinam uprząż na piersi.
Pyk!
Zamilkł dźwięk pękniętego dzwonu. W ciszy, która mnie objęła słyszę: - Teraz nawijaj!

Staję przed facetem.
Patrzymy sobie w oczy.
Uśmiech proszę!
Z mojej strony następuje autentyczny uśmiech, znaczy wystarczająco szeroki aby pokazać zęby. W takim szczerym uśmiechu podkreślają się także kurze łapki w kącikach oczu....

Bez urazy, czy pan jest księdzem? - pytam grzecznie, wyraźnie, z dykcją, stojąc w gotowości do drogi.

Tak – odpowiedział nieco zmieszany autor monologu.

W takim razie to, co teraz powiem, powinno do pana dotrzeć.
Bez urazy oczywiście.
Oto psalm, który panu dedykuję:

O Stwórco, jak wspaniałe wydają się Twoje dzieła tym, którzy żyją na czyjś koszt, czyli są zwykłymi pasożytami”.

A co do krzyży stawianych w górach.....
Dla mnie te żelazne krzyże, stawiane na szczytach nie tylko bieszczadzkich gór, są symbolem pychy, arogancji i zawłaszczania wspólnego dobra – przestrzeni.
      Mało macie miejsca w kościołach i obok nich?
Nie szanujecie inaczej myślących.
A myślących po waszemu jest coraz mniej, bo oni, dzięki Bogu, wymierają pomału.
Dokończę myśl: - kiedyś ci, którymi udaje się wam manipulować, wymrą całkiem.
I nic wam nie pomoże fałszowanie statystyk.
Na Zachodzie Europy kościoły są puste. I oby tak samo stało się w Polsce.

Na razie stanowimy skansen z tym naszym demonstracyjnym wyskakiwaniem do Europy z krzyżem, Maryją niepokalaną i Jezusem.
Europa jest świecka.
Kiedyś także ludzie w Polsce odkryją, że są zrobieni z wolności.
A każdy wolny człowiek rozumie, że nie jest mu już potrzebny czarny pośrednik.
Gdzie zgubiliście poszanowanie dla drugiego?
Gdzie podziała się tolerancja?
Zamiast poszanowania bliźniego, rozpiera was pycha, szczujecie ludzi na siebie.
Poszanowanie, tolerancja, to są bardzo subtelne działania.
Pana firma ma na sumieniu ogrom grzechów, kłaniają się płonące stosy dla nieposłusznych, oraz wymordowanie milionów „nawracanych” siłą.
Chcecie uczyć ludzi, jak mają żyć, a czy sami potraficie żyć według głoszonych nauk?
          Amen!


Odchodzę i zauważam, że facet dostał wypieków.
Zupełnie niepotrzebnie.
Czyż nie powtórzyłem po dwakroć memu czarnemu bratu, służącemu Największej Korporacji: - bez urazy?

Odchodzę, ale jestem cały drżący, w tę przemowę włożyłem bowiem serce.
W każdym razie czuję, że w oratorskim wystąpieniu pomógł mi nie tylko Anioł, ale pewnie sam Duch Święty.


Tolerancja – Stanisław Sojka

Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?
Budować ściany wokół siebie - marna sztuka
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczą
Czasami tylko tego pragnę, tego szukam

Na miły Bóg,..
Życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać

Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci
Daleko raj gdy na człowieka się zamykam

sobota, 30 maja 2015

Duch Święty - koronny świadek

Mam czas, to piszę. Bo gdybym czasu nie miał.....

Znalazło się zdjęcie tablicy z bramy do Ogrodu Biblijnego w Myczkowcach. Bardzo pasuje do tekstów teologicznych.
Proszę przeczytać uważnie treść z tablicy.
   


Rozumiem tę treść następująco: 
Nie idź jak baran w tłumie, bo będziesz zgubiony. Szukaj, rób użytek z własnego mózgu, a nie jest to łatwa droga niestety.....

Pisarz i katolik Rudolf Kramer-Badoni zadaje sobie pytanie (i nam): - Czy Kościołowi jak klubowi, wolno ustanawiać statuty, które muszą być akceptowane przez każdego,kto zamierza doń wstąpić? Pycha kościelnych władz jest przykra. Co się nie podoba i nie jest zalecane, tego nie wolno ci widzieć – treści przekazanych poleceń, które nie zyskały błogosławieństwa, nie wolno ci było słyszeć. I zawsze Duch Święty oświeca dostojników kościoła! Nieuchwytny koronny świadek!
Kramer-Badoni w swojej książce: „Ciężar bycia katolikiem” jeszcze raz powtarza: - „Czy kościół ma prawo przy każdej podejmowanej decyzji przywoływać na świadka Ducha Świętego?Skąd bierze się wobec tego nieustanny tradycjonalistyczny chaos, który trzeba stale porządkować (aby przygotować miejsce dla nowych nonsensów).”

Zarys historii objawień wykazywałby karygodną lukę, gdyby nie wspomnieć o dwu sławnych niewiastach: Katarzynie ze Sieny i Joannie Orleańskiej.
Widzenia, jakie nawiedziły te dziewice, zajmują wśród fenomenów religijnych miejsce szczególne, bowiem one obydwie, powołując się na objawienia, odegrały ważne role polityczne. Strategia kościoła jest godna podziwu, jak zauważył Bruno Ballardini.
Ta strategia opiera się na maksymie jezuity Hermanna Busenbauma (1600-1668) wyrażonej w dziele: „O teologii moralnej”.
 
Otóż: -”Jeśli dozwolony jest cel, dozwolone są także środki”

Tu pasuje akapit z życiorysu Stalina: - Stalin w latach dwudziestych wraz z innymi rewolucjonistami-bandytami napadał na banki na Kaukazie, żeby zdobyć pieniądze dla Lenina.

Pasuje także maksyma z „Mein Kampf”: - „Kłam dostatecznie długo, wtedy przynajmniej część kłamstw stanie się prawdą”.

Na tej maksymie opierają się dalej rządy w państwach, gdzie kler trzyma za rękę polityków.

Katarzyna ze Sieny.
Urodziła się około roku 1347 jako dwudzieste czwarte dziecko mistrza farbiarskiego Benincasa. Katarzyna podobno żyła „pogrążona całkowicie w swych mistycznych medytacjach”.
O dziecka była inna niż pozostałe rodzeństwo.
       W roku 1357 Katarzyna szczyciła się bezpośrednim obcowaniem ze swym „Oblubieńcem”, Jezusem Chrystusem, z którym wymienili się sercami i którego rany otrzymała. Ledwie osiągnęła wiek, w którym zaczęła coś rozumieć, ukazał się jej Pan ubrany w szaty papieskie z tiarą na głowie. Gestem błogosławieństwa wyciągnął ku niej rękę. Odtąd Katarzyna widziała w papieżu ziemskie wcielenie Chrystusa....
      Ten zręczny manewr – pisze Daniken, nasuwa mi na myśl Psalm 4,4: - „Wiedzcie, że dziwnym uczynił Pan świętego swego”.
Należało by zmienić ten tekst na: - „Kościół dziwnymi czynił świętych swoich”.
Jeszcze dosadniej wyraziła się katoliczka Anna Connoly, w książce „Toksyczni święci”. Według niej chrześcijańscy święci byli neurotyczni, a ich myśli mroczne i odpychające. Kult cierpienia jest szkodliwy dla doktryny i sprzeczny z przesłaniem Jezusa.

Katarzyna ze Sieny w wieku 23 lat przeżywa mistyczną śmierć. Przez cztery godziny uważano Katarzynę za zmarłą. W tym czasie ukazuje się jej Pan, Świętość Świętych”.
W białej wełnianej sukni i narzuconym na nią czarnym płaszczu Katarzyna przebiegała ulicami Sieny. Głośno było o jej wizjach i stanach ekstatycznych. Stała się postacią znaną w mieście. Tam, gdzie się znalazła dokonywał się cud po cudzie. Lud odbywał do niej pielgrzymki.
       Od roku 1374 datuje się jej przyszłe „posłannictwo na ziemi”. To posłannictwo najpierw przejawiało się tym, że dyktowała płomienne „polityczne listy” do królowych i królów, papieży i biskupów (dopiero w ostatnich latach życia z konieczności nauczyła się pisać).
Namiętnie zagrzewała do udziału w krucjacie:
Bóg tego chce i ja tego chcę”.

Jak widać Katarzyna nie miała w sobie bynajmniej pokory i skromności chrześcijańskiej. Cokolwiek inicjowała, powodowana jakoby religijną żarliwością, w rzeczywistości miało polityczne skutki.
Agitowała za powrotem papieża do Rzymu i w 1377 roku dopięła celu.
      Stale i to aż nazbyt wyraźnie podkreśla się jej ufną naiwność, i objawienia jako źródło inspiracji, a przemilcza rolę Katarzyny jako narzędzia polityki.
Cudów sprawdzić się nie da, ale ugruntowana dzięki cudom władza kościelno-polityczna istnieje nadal.

I to jest właśnie to, o czym mówił Osho i za co Ameryka go otruła : - polityk i kapłan idą ręka w rękę, tłumacząc ludziom, że bez nich egzystować nie można.

Należy to widzieć, jeśli się nie jest „porażonym ślepotą”. (I Mojżesz 19,11).