Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwester. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwester. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2024

Sztuka miękkiego upadania

 


Mądrość zmierza do tego jednego punktu: - obudź się, przypomnij sobie sztukę odpo­czywania. Zawsze miałeś ją w sobie, ciągle jeszcze wiesz, jak to robić, chociaż społeczeństwo usiłuje to z ciebie wyprzeć.

Możesz to sobie przypomnieć i kiedy to ci się uda, po­wróci twoje poczucie dziecięcej swobody. Na pewno nieraz  wi­działeś, jak dziecko się przewraca, ale nie robi sobie krzywdy, nie łamie kości. Spróbuj sam – przewracaj się jak dziecko.

Pewien psychoanalityk przeprowadził eksperyment. Dał ogło­szenie do gazety: - Zapłacę dużo pieniędzy komuś, kto przyj­dzie do mnie do domu i przez cały dzień będzie naśladował to, co robi moje dziecko. Cokolwiek ono zrobi, zrobić musi także ta osoba.

Pojawił się młody zapaśnik i powiedział, że chce spróbować. Już w połowie dnia prawie nie mógł się ruszać, miał dwa zwichnięcia. A dziecko było zachwycone i podekscytowane. Bo kie­dy ono podskakiwało - on także; kiedy wdrapało się na drzewo - zapaśnik wdrapał się za nim; kiedy zeskoczyło - on także mu­siał skoczyć. I tak przez kilka godzin. Dziecko zapomniało o je­dzeniu, o całym świecie. Miało świetną zabawę z tego, że zapaś­nik ledwo za nim nadąża.

Wczesnym popołudniem zapaśnik po prostu zrezygnował. Powiedział psychoanalitykowi: - Nie chcę żadnych pieniędzy. To dziecko wykończyłoby mnie, gdybym został do wieczora. I tak muszę się natychmiast udać do szpitala. Dzieciak jest nie­bezpieczny. Skończ te eksperymenty.

Każdy dzieciak ma nieskończone pokłady energii, a co cie­kawe - nie męczy się. Nie ma w nim napięć. Widziałeś śpiące dziecko? Czy patrzyłeś, jak ssie swój kciuk, jak bardzo to lubi, jak dobrze mu się śpi i śni? Jego ciało jest w stanie wspaniałe­go rozluźnienia.

Wszyscy słyszeliśmy o tym, że pijacy na całym świecie, mimo że się przewracają, nie doznają żadnych większych obrażeń cia­ła. Każdego ranka znajduje się ich gdzieś na ulicach i odwozi do domów. Dlaczego pijacy nie łamią sobie nóg czy rąk? Bo nie wiedzą, że się przewracają, a w związku z tym nie napinają mięś­ni. To właśnie wewnętrzne spięcia są powodem większości zła­mań. Upadając miękko - nic sobie nie złamiesz. Dzieci tak ro­bią, pijacy tak robią. Czemu ty tak nie robisz? Jak to się stało, że zapomniałeś?

Czy zwróciłeś uwagę na to, że czujesz swoje ciało tylko wte­dy, kiedy coś cię boli, kiedy jesteś spięty? Czy masz świadomość posiadania głowy, kiedy cię ona nie boli? Kiedy twoje ciało jest całkowicie zrelaksowane, nie czujesz, że je posiadasz. W tym za­pomnieniu pojawia się możliwość odkrycia tego, co także istnie­je w tobie: twojej istoty duchowej.

W stanie rozluźnienia czujesz, że nie jesteś ciałem, ale czymś wiecznym, nieśmiertelnym. Żadna religia świata nie jest ci po­trzebna, bo masz świadomość, że jesteś osobą religijną. Być religijnym nie oznacza wierzyć w konkretnego Boga, w papieża, w jakąś ideologię. Religia to poznanie tego, co jest wieczne w tobie, co stanowi sedno twojego istnienia: twoją własną boskość, piękno, wdzięk, chwałę. Sztuka relaksacji oznacza do­świadczanie spraw niemierzalnych, niematerialnych: swojej prawdziwej istoty.

Zdarzają się chwile, kiedy bezwiednie wchodzisz w stan roz­luźnienia. Serdeczny śmiech, taki do rozpuku, nie ten nakaza­ny przez umysł, ma działanie odprężające. Dlatego jest on uzna­wany za jedno z najlepszych lekarstw na odzyskanie dobrego samopoczucia. Jednak taki śmiech należy do rzadkości - został uznany za niewłaściwy przez tych, którzy są także przeciwnika­mi stanu odprężenia.

Ludzkość została zamieniona w śmiertel­nie poważny szpital psychiatryczny.

Przypomnij sobie, jak chichoczą dzieciaki. Całe ciało jest za­angażowane w ten śmiech. A ty? Śmiejesz się tylko głową, praw­da? Jest to kolejna czynność intelektualna.

Uważam, że serdeczny śmiech jest lepszy niż modlitwa, po­nieważ przynosi odprężenie. Modląc się, stajesz się spięty. Śmie­jąc się, zapominasz nagle o wszystkich nakazach i sprawach po­ważnych. Przez krótką chwilę jesteś ponad to. Kiedy znów będziesz się śmiał - zwróć na to uwagę. Pomyśl, w jakich jeszcze sytua­cjach ci się to zdarza. Jesteś odprężony po akcie miłosnym... cho­ciaż to także jest wbrew zasadom narzucanym nam przez rzą­dzących tym światem.

Facet przewraca się na drugi bok i udaje, że śpi, a tak naprawdę walczy z poczuciem winy za popełniony grzech. Kobieta płacze, bo znów została wykorzystana. Na do­datek ma rację - przecież nie czuje żadnej przyjemności, żadnej satysfakcji. Nie wie, co to orgazm. Pięćdziesiąt lat temu na ca­łym świecie trudno było doszukać się jakiejkolwiek kobiety, która przeżywałaby orgazm. Czy można wyobrazić sobie ohydniejszy spisek przeciwko lu­dzkości ? Mężczyzna chce zakończyć jak najszybciej. Siedzi w nim Biblia albo Koran, albo Bhagawadgita i potępia jego uczynek. Jest więc przekonany, że robi coś złego. Chce uporać się z tym jak najszybciej. Ale i tak po zakończeniu czuje się winny. Jakże mógłby się odprężyć? A zanim kobieta zacznie cokolwiek odczuwać - jest już po wszystkim.

W kościołach, w świątyniach, w większości spotkasz kobiety, stare kobiety. Kiedy kapłan mówi o grzechu, one doskonale zdają sobie z tego sprawę. To był grzech, bo nie odczuwały żadnej przyjemności, były wykorzystane jak przedmiot. Jeżeli jednak pozbyłyby się poczucia winy, wszystkich zahamowań, doznałyby w akcie miłosnym prawdziwego odprężenia. Przyjrzyj się swojemu życiu i spróbuj znaleźć więcej momentów, w których stan rozluźnienia przychodzi naturalnie. Jeżeli je­steś dobrym pływakiem, kiedy znajdujesz się w wodzie, spróbuj po prostu unosić się swobodnie, bez żadnych ruchów. Poczujesz uległość wobec nurtu rzecznego, stawanie się częścią rzeki.

Staraj się odnaleźć stan rozluźnienia na wiele różnych spo­sobów, a wkrótce odkryjesz jego tajemnice. Będzie to jedno z najważniejszych osiągnięć - uwolni cię od pracoholizmu.

Nie oznacza to wcale, że staniesz się leniwy. Wręcz odwrotnie - im bardziej jesteś odprężony, tym więcej masz w sobie siły, napływa do ciebie więcej energii. Twoja praca zacznie mieć znamiona twórczości, a nie wytwórczości. Wszystko będziesz robił pełnią siebie, z miłością. I będziesz miał do tego ogromną energię.

Stan rozluźnienia nie wpływa negatywnie na twoją pracę. Po­woduje jedynie to, że wykonujesz ją z sercem i wyobraźnią. A teraz dowcip, aby wywołać u ciebie śmiech. Pozwoli on zredukować napięcie w twojej twarzy, w brzuchu, w ca­łym ciele, tak byś mógł poczuć w sobie zupełnie odmienny rodzaj energii. (Jeśli się nie śmiejesz, być może należysz do gro­na tych ludzi, którzy odczuwają stały ucisk w okolicy brzucha, jakby mieli tam kamienie.)

Joe, przyjaciel Paddy, zapisał się na wieczorowe kursy dokształcające dla dorosłych. Po jakimś czasie zapytał Paddy:

- Czy wiesz kim jest Ronald Reagan?

- Nie wiem - odpowiedział Paddy.

- To prezydent Stanów Zjednoczonych, ty głupku. A może wiesz chociaż, kto to jest Margaret Thatcher?

- Nie wiem - odpowiedział Paddy.

- Jest premierem Wielkiej Brytanii. Widzisz! Tobie też przydałby się taki kurs.

- Tak? No to ja mam pytanie do ciebie, Joe. Czy wiesz kto to jest MickO'Sullivan?

- No, nie wiem...

- Cóż - odparł Paddy - to jest ten facet, który pieprzy się z twoją żoną, gdy ty jesteś na kursie.

                                            OSHO

 

To był ostatni wpis w tym roku i wydaje się on mocno aktualny, jako że zbliża się wypoczynek świąteczny.

Życzę Tobie Czytelniczko - Czytelniku zdrowego relaksu, tudzież szampańskiej zabawy sylwestrowej. Do zobaczenia w styczniu 2025!


środa, 11 listopada 2020

Czarownica z Certyfikatem


Kto chce, ten wie o co chodzi: - To jest proces. kk tonie pod własnym ciężarem. To dobra wiadomość, bo przecież sekta jest praprzyczyną zła dziejącego się w Polsce. Uwaga: po II wojnie z sektą liczyli się wszyscy! Komuniści, Platforma i oczywiście obecni troglodyci mentalni - czytaj dziadersy.

Dla okazania jedności z młodymi, każdy wpis poprzedzam Symbolem Buntu Kobiet

*****  *** Dziadersy muszą odejść! 

-------------------------------------------------------------------------------------

Grudzień-styczeń 2016. Piątek. Sylwestrowy wypad w Bieszczady zbliża się do końca. Właśnie wstaje krystaliczny i bardzo zimny poranek (minus dwadzieścia stopni Celsjusza). Jestem rozczarowany brakiem śniegu. Jest go jak na lekarstwo, może 5 cm. 


Jestem rozczarowany brakiem śniegu, ale w nagrodę są te przecudne bieszczadzkie noce!!!! 


W niedzielę wracamy z Henrykiem do Warszawy. A na razie zasuwam po wodę. Mróz nie zdążył jeszcze całkiem zamrozić strumyka. 




Zaraz po śniadaniu zaczyna padać i jak to w Bieszczadach z każdą godziną pada coraz  intensywniej. Świat pięknieje w oczach, no robi się po prostu cudnie! Pada do wieczora i wydaje się, że jest już dostatecznie cudnie. Idziemy spać.

Sobota. Rano zmieniony świat - białośnieżnie. Pada i jak widać padało też całą noc.


Jutro rano mamy jechać, a tu na szosie utworzyły się zaspy! Sypią aniołowie białym puchem. - pada dalej. Z drobnymi przerwami co prawda aniołowie sypią, ale już dość, dość!!! Ile można? A co będzie, jak autobus nie przyjedzie? Bo to Bieszczady przecież. Uderzający kontrast – ach jak niedawno tak było! Tylko stolik ten sam.



Wieczorem schodzimy do szosy. Pług przejechał przed południem, więc widać doskonale, że od tej pory napadało 15 cm. nowego śniegu. Żywego ducha nie widać, no i zero samochodów. Dalej trzyma minus dwadzieścia. - Nie jest dobrze, ale nie beznadziejnie, powiedział Cygan, kiedy go w roku 1888 prowadzili na szubienicę za potrójne morderstwo – pocieszamy się z Henrykiem naszym starym dyżurnym dowcipem.

Niedziela. Rano podążamy żwawo do przystanku w Woli Michowej naprzeciwko sklepu Bogdana. (Nalewkarnia). Czekamy w napięciu, przytupując. Wreszcie kamień z serca - widać światła autobusu nadjeżdżającego od  Cisnej.                                                                                  Bilety, siadamy w cieple. Poza nami w autobusie tylko dwie kobiety. No i kierowca ma się rozumieć. Jedziemy. Mała Wola, Smolnik. Nikt nie wsiada, ani nie wysiada. Jedziemy wolno, zbliżamy się do podjazdu do Nowego Łupkowa. Jedziemy wolno, coraz wolniej. Silnik rzęzi, przerywa. Wprawne ucho łowi dźwięki, doświadczenie podpowiada: - cóś z paliwem, pewnie zamarza, bo co ma być przy tej temperaturze? …. Silnik gaśnie.                                                                               

Rozrusznik i ruszamy. Po pięćdziesięciu metrach powtórka z rozrywki. I jeszcze raz to samo. Jakoś udało się kierowcy wgramolić na samą górę i zakręcić przy cmentarzu. Stajemy naprzeciwko szkoły w Nowym Łupkowie.                                                                                 

Kierowca wyciąga telefon i dzwoni do Cisnej: - Halo! Stoję w Nowym Łupkowie, paliwo zamarzło, przyślijcie drugi autobus!  Wśród kobiet poruszenie.                                                                                       

Pytają: - panie, ile to potrwa? Kierowca: - a bo ja wiem? - Może ze dwie godziny, albo cztery.

Okazuje się, że jedna pasażerka jedzie do Gdańska na pogrzeb, ma się przesiąść w Warszawie. Druga ma z Warszawy samolot z lotem gdzieś tam. Obie eleganckie, wyfiokowane, w futrach. Obie najpierw zmierzają do Sanoka.

                              Czarownica bez Certyfikatu

Ta od pogrzebu w Gdańsku zaczyna narzekać: - Co to jest! Gdzie się nie znajdę ostatnio, to wszystko się psuje, albo pogrzeb. Dopiero męża pochowałam, a potem siostrę!

Słuchamy z Henrykiem w milczeniu tego co się dzieje. Odzywa się telefon kierowcy: - Halo! Nie ma kto przyjechać? Acha! Rozumiem. Jest komu, tylko nie ma sprawnego autobusu. To może ropy zimowej ktoś by podrzucił? Po południu dopiero?

Kobity w krzyk! – My bilety kupiłyśmy, co to jest!? 

Teraz Henryk sięga po telefon i wydzwania swego znajomego z Nowego Łupkowa. Facet zgadza się nas podwieźć do Sanoka za stówę. Henryk informuje pasażerki: - Jeśli panie chcą, możemy udać się do Sanoka we czwórkę.

Kobity w lament: - Dwa razy płacić?! Kto nam odda za bilet z Cisnej? A teraz jeszcze dochodzi taksówka po 25 od osoby?                                                                           - A to już wasza wola drogie panie – możecie jechać, albo nie jechać – odpowiada spokojnie Henryk - Za dziesięć minut my z kolegą opuścimy ten zepsuty pojazd, oraz wasze przemiłe towarzystwo.

(Dla wyjaśnienia bilet z Cisnej do Sanoka mógł w tym czasie kosztować 18 zł na przykład). Po dziesięciu minutach zajeżdża znajomy Henryka i pakujemy się do jego pojazdu całą czwórką jednak. Największa kobita obok kierowcy, z tyłu Henryk, ja w środku. obok mnie z prawej mniejsza kobita.

Następuje powolny zjazd w dół i może po pięciuset metrach, na wysokości Chleba Domowego Osławica, wywala z hukiem prawa tylna opona.                                                    Kierowca pozwala zostać nam w pojeździe. Henryk wysiada i robi zdjęcie rozwalonej jak od wybuchu (prawie na całym obwodzie) opony, ja flirtuję z tą kobitką od pogrzebów, bo po długim poście wydała mi się ona atrakcyjna. Kierowca sprawnie zmienia koło, ja flirtuję, jeszcze do mnie nie dociera, że coś jest nie tak.

Ruszamy. Moja sąsiadka ma na imię Marta, ja w swym żywiole: - Pani Marta grzechu warta, hi hi hi, ha ha ha!                                  

Jedziemy. Jednak dosłownie w mgnieniu oka, oraz natychmiast chęć flirtowania wyparowuje ze mnie – uderza silny ból w nodze! W tej nodze od strony pani Marty.                                                                                             

To z powodu ciasnoty – myślę sobie. Siedzimy tu ściśnięci na tylnym siedzeniu we trójkę, upchani jak śledzie w puszce, każdy śledź zimowo ubrany, a najwięcej miejsca zajmuje pani Marta w swym futrze, dlatego noga boli. Jeszcze mam wesołe myśli: - Chłopie! Atrakcyjna kobitka, co innego powinno ci sztywnieć, a nie noga!                                                       

Dziwny ten ból – jest silny, a boli nie boli – jakoś tak noga zupełnie zesztywniała, całe udo aż do stopy prawie bez czucia, a w biodrze wyraźne mrowienie. Wiercę się w ciasnocie ogólnej i kręcę ile mogę, a mogę tylko  tyle co nic i staram się poruszać nogę po parę centymetrów w przód i tył. Już się nie odzywam, już o niczym innym nie myślę, tylko o tym, żeby dojechać do Sanoka i wysiąść!

I jest wreszcie dworzec autobusowy w Sanoku! Hurra! Wygramalam się z tą sztywną nogą i powiadam wam - cud! Cud!                                                                                   Kiedy tylko wysiadłem sztywność gwałtownie i natychmiastowo ustąpiła. Wróciło pełne czucie. Noga jest jak nówka!

Przy obiedzie wymieniamy myśli z Henrykiem. Opowiadam o zdrętwiałej nodze. Coś mnie tknęło i mówię do kolegi: - Przypominasz sobie, co ta kobita mówiła? Że tam gdzie ona jest wszystko się psuje, albo pojawiają się pogrzeby? Paliwo zamarzło przez nią, oponę wywaliło, z jej powodu rozbolała mnie noga. To Baba Jaga jakaś, albo cóś, w każdym razie ma złą energię. A ja ją próbowałem podrywać!

O szesnastej wsiadamy do Neobusa. Ciepełko, przytulnie. Idziemy na sam tył. Wsiadają kolejni pasażerowie, wśród nich widzimy nasze obie znajome.

- Oho! - Mówię do HenrykaPodejrzana Energia nie chce nam odpuścić. Ciekawe co się teraz zepsuje.

I nie trzeba było długo czekać: - po przesiadce w Niebylcu w kolejnym autobusie zepsuło się ogrzewanie. Jechaliśmy do Warszawy w kurtkach, czapkach, rękawiczkach. Ale to akurat nie był problem – podróż w zimnie nie męczy tak, jak podróż w nadmiernym cieple.

Morał z tej bajki: - unikajmy Czarownic bez certyfikatu, lecz nie mylmy ich z przyzwoitymi bieszczadzkimi Czarownicami z Certyfikatem.

                      Czarownica z Certyfikatem

To są takie? Jak najbardziej są! Na dowód zdjęcie Czarownicy z Certyfikatem, a więc Krysia Rados ze Szwejkowa w stroju służbowym. Na pierwszym zdjęciu zza winkla wygląda nieżyjący już ulubieniec Krysi - Ferdek. Kiedy pojawiłem się w Szwejkowie, Ferdek miał już swoje lata. Chyba lubił mnie bardzo - namiętnie bowiem wypróżniał się za namiotem. Kultura pełna. Nie z frontu przed wejściem, tylko za.




P.S. Żeby nie było niedomówień: - Krysia była wobec mnie zawsze korekt, nic do niej nie mam, a biwakowanie 2013 przy byłej strażnicy WOP w Łupkowie bardzo miło sobie wspominam.

                              Żyj tak, żeby nie zgłupieć.

Odrobina autopromocji: - patrzę z sentymentem na zdjęcia (poniżej autor bloga, ten sam czas, a Krysia fotografem) i przypomina się zalecenie Osho – dla zdrowia psychicznego, znaczy żeby nie zgłupieć, tudzież aby cieszyć się życiem, pozwalaj sobie od czasu do czasu na nieco szaleństwa.


czwartek, 6 lutego 2020

Dworzec Autobusowy Sanok


W lipcu ubiegłego roku znalazłem się na świeżo otwartym Dworcu.



Poprzedni budynek Sanockiego Dworca Autobusowego był z poprzedniej epoki.
Albo inaczej: - wspominam z sentymentem bar Motylek z Dworca Autobusowego w Sanoku i ten zegar elektroniczny, który w lecie 2016 roku sygnalizował gołoledź, zaniżając jednocześnie lata o dziesięć.


Nowy Dworzec mamy oczywiście dzięki Unii Europejskiej. Bardzo przepiękny budynek z łącznikiem kolej - autobus. Drewno pociągnięto nowoczesnym impregnatem, który wyeksponował urok sęków. Drewno kocham, urzeka mnie rysunek słojów, a im więcej sęków w wygładzonej desce, tym wydaje mi się ładniejsza. Jakie mam myśli patrząc na taką belkę? Że potrzebuję ją dotknąć i pogłaskać, co oczywiście zrobiłem. Wrażenia? Jedwabista, niemal intymna gładkość - jakbym dotykał pupki niemowlaka.


Snuję się po pachnącym świeżością budynku, za godzinę mam autobus do Warszawy









Pusto, kręcą się tylko trzy młode z plecakami. Gapię się na nie, bo na kogo mam się gapić jak tylko one. Deliberują ze sobą zaciekle, pytają o coś ochroniarza w dyżurce, po czym wyraźnie zawiedzione podchodzą do mnie.
- Może pan wie jak dostać się do Komańczy?
- Wiem. Bezgotówkowo to najlepiej na własnych nogach.
- A daleko to?
- Średnio daleko, będzie 40 km, czyli ponad 8 godzin marszu.
- Eeee…. To daleko, plecaki ciężkie. A autobusem jakimś?
- Autobusy nie jeżdżą do Komańczy.
- A pociągiem?
- Można, ale to jutro dopiero……
- No to klops!
- Niezupełnie, można taksówką.
- Co pan? Za drogo będzie. My skromne studentki.
- Wcale nie będzie drogo, taksówkarz weźmie najwyżej 50 zł. a ponieważ jesteście we trójkę, to wypadnie na jedną jak za autobus, kiedy jeszcze jeździł. Poza tym targujcie się. Ja kilka razy jechałem stąd taksówką do Woli Michowej, a to 70 km z okładem i znajomy taksówkarz jadąc w noc sylwestrową wziął tylko stówkę. Mogę wam podać nr telefonu?
- Przemyślimy sprawę.
I poszły. Minęło z pół godziny i widzę że dziewczyny wracają.
- To prosimy ten telefon.                                                                              Widać przemyślały sprawę. Podałem nr do mego znajomego (wszyscy taksiarze mają tu ksywki) czyli Radia Maryji.

Teraz będzie lokowanie produktu.
Właśnie wsiadałem do autobusu, kiedy na parking zajechała z impetem taksi nr 42, a do niej pospiesznie zmierzały trzy dziewczyny z plecakami.
Szerokiej drogi!