Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parzydło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parzydło. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Jesteśmy częścią jednej orkiestry

 


Kiedy masz poczucie humoru, stajesz się religijny. Natomiast smutek, powaga, są oznaką osób negujących życie.

Poza tym powaga jest tarczą miernoty.

Nie jesteśmy sierotami. Ziemia to nasza matka. Niebo jest naszym ojcem.

Cały olbrzymi wszechświat należy do nas, a my do niego. Jesteśmy częścią jednej orkiestry.

    Usłyszeć muzykę bytu – oto jedyna autentyczna religia. Ta religia nie ma świętych pism, bo ich nie potrzebuje. Tej religii wystarcza cisza. To z tej ciszy rodzi się modlitwa, wdzięczność i wtedy całe istnienie zamienia się w boskość.

 

                                                               Osho

 

PS. Jeśli potrafisz zbierać kwiaty tylko dla swojej własnej osobistości, oznacza to, że jesteś na właściwej drodze.









                                  

                                                                  


czwartek, 18 listopada 2021

Rowerem po starej drodze łemkowskiej

Wola Michowa, czerwiec. 

Padało dwa dni, świat ocieka wilgocią, a tu piątek, zapasy jedzeniowe się skończyły (nie ma prądu, nie ma lodówki). Chwilowo nie pada, pojadę po cotygodniowe zakupy. Piję herbatę, oglądam zdjęcia z ostatniego rowerowania. Trasa do przełęczy ponad Cisną, potem przez Żubracze i w górę przez Solinkę. Szosa puściutka, od przełęczy zjazd super ekstra, na dole skręcam do mostu. Dalej pod górę trzysta metrów idę piechotą, dla mnie za stromo na rowerze. Dojeżdżam do podnóża Hyrlatej. Bardzo przepiękna wycieczka, parzydło kwitnie obficie. Nikogusieńko.








 

I jazda powrotna Solinka – Żubracze. No to już istne szaleństwo zjazdowe! Od przełęczy natomiast spokojny i dłuuugi zjazd aż do samej Woli.

Ale teraz po zakupy, nawet słońce wyjrzało.  Smaruję łańcuch, wsiadam, staję na pedałach, żeby sobie dupki na muldach nie odbić i wio ścieżką w dół! Od samiuśkiej chałupy jest tu z górki. I już znajomy szum wiatru w uszach, jedynie niecała minuta zjazdu do szosy, a spodnie mam mokre do połowy uda. Nic dziwnego, łąka urosła po pas i stoi cała w kroplach. Co mi tam, za godzinę wyschnę. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Na szosie jak zwykle zupełne pustki, jadę pogwizdując – tak mnie cieszy jazda rowerem. Rozważam dwie możliwości: - mogę zajechać do sklepu w Nowym Łupkowie, albo do Smolnika. Jeszcze nie zdecydowałem i to jest piękne. Podobno życie jest tajemnicą?

Wydaje się, że w Polsce mamy obecnie jakby zadupie mentalne, albo pat. To taka faza w cyklu psychicznym narodu, kiedy rządzący – tu bez urazy - narzucili gawiedzi (swoim wyborcom) odwrócenie pojęć. Na przykład kraść znaczy teraz „nam się należy”, a kłamać to „informować”. Przyglądałem się nieraz takiemu jednemu, który często przemawia z telewizora, nie słuchałem, ponieważ on w zasadzie nic sensownego nie mówi, tylko przyglądałem się, jak on macha łapami. Góra, dół, góra, dół i na boki. To specjaliści od mowy ciała tak instruują: - rozłożysz łapy, pomachasz i od razu naród ciebie pokocha. Spece od propagandy stosują wszystkie sztuczki, żeby głupich ludzi skołować.

Decyduję skręcić jednak do bliższego sklepu, ponieważ na niebie coraz mniej błękitu. Przycisnę pedały i pojadę skrótem – starą drogą łemkowską nad samą Osławą. Przycisnąłem, było z góry, wpadłem w koleinę pełną błota i efekt widoczny na zdjęciu. Trzeba było nie tylko rower uprać, bowiem azaliż nie ma on błotników i sławne bieszczadzkie błoto przywaliło mi od przodu, po siedzeniu, po czapce. Plecak zasłonił plecy i od niego zacząłem pranie na wymuszonym postoju.








 Na pierwszym zdjęciu widać pojazd leżący w rzece za cykorią podróżnikiem.

Sprawne zakupy poczynione i pruję z powrotem, tym razem po asfalcie. Ujechałem kawałek, a tu jak nie lunie! Nawet gdybym chciał, to nie ma się gdzie schować. Jadę w strugach deszczu i sobie myślę (bo mam czas, gdybym czasu nie miał, tobym tylko jechał): - jest plus dodatni w każdym zdarzeniu, więc także musi być i w tym. Oto ubranie i rower po praniu są teraz płukane deszczówką, a człowiek prany po raz pierwszy. Czyli cztery plusy dodatnie, gdyż do kompletu się nie kurzy na drodze.

środa, 15 lutego 2017

Nocna burza pod Przełęczą

Czerwiec po deszczu – nasączona wilgocią roślinność kipi w całej gamie odcieni zieloności. Pusto – ani jednego człowieka, ani jednego samochodu. Czyli jest bardzo przyjemnie.


Och! Jak dobrze się idzie!
Nie wiadomo kiedy minąłem Sękowiec i dochodzę do mostu na Sanie.
Zaraz za mostem Zatwarnica.








Tutaj także nie widać ani jednego człowieka. Jest po piątej – sklep już zamknięty, ale nic to: - jedzenia na kolację i śniadanie wystarczy, a potem dojdę do Smereka.
    Parzydło w Suchych Rzekach.




Wchodzę do BPN. 
Nogi same niosą, słychać tylko miarowy szelest żwiru pod butami.
Dalekie pomruki burzy za plecami robią się coraz głośniejsze, mija kwadrans i zaczyna padać. Najpierw krople są drobne i pojedyńcze, potem powiększają się i nieco gęstnieją. Do szałasu pod przełęczą Orłowicza mam jeszcze dwie godziny.
      Droga dochodzi do ściany lasu i odtąd biegnie w górę. 
Zaczynam podejście.

Idę i myślę. (bo mam czas). A czas jest przecież święty.

Gdzieś przeczytałem, że szczególnie głębokie jest przeżywanie świętości czasu w górach i w samotności. Odkąd zakochałem się w Bieszczadach, niosę w sobie wrażenie, że tu trwa wieczne święto. Trwa nieustannie niedziela. Albo jak mnie ktoś poprawił:- trwa piątek po pracy.
     Żyjemy w świecie znaków i jesteśmy zanurzeni w mistyce codzienności bardziej niż głaz w Czarnym Stawie.
Góry uczą także szlachetności, czyli wymagania od siebie. Tak przynajmniej głoszą Dialogi KonfucjańskieSzlachetny wymaga od siebie, prostak stawia żądania innym.
      Już samo wchodzenie na górę wymaga wysiłku, który jako bezinteresowny i podjęty w wolności ma charakter pewnej ofiary. Tym większej ofiarności wymaga wchodzenie z drugim człowiekiem.
Bo jest tu rezygnacja ze swoich przyzwyczajeń, dzielenie się wysiłkiem, kostką cukru, czasem, kawałkiem chleba i poczuciem odpowiedzialności za los partnera.
    Niebylejakie te myśli, ale.... staję się coraz bardziej mokry, czuję, że strużki wody docierają właśnie do majtek.
Jednak peleryny nie zakładam. Nie lubię iść w pelerynie.
Jeszcze godzinka, a i tak już przemokłem.
Przemokłem – to wyschnę.
      
Kiedy wreszcie dochodzę do wiaty, jest już zmierzch. 
Jestem przemoczony do imentu – więc przebieranko. Rozwieszam mokre rzeczy, szykuję gotowanie zupy. Pół godziny i mam gorące jedzenie - bardzo wskazane po zmoknięciu.
     Zapadają ciemności - ależ uderzył piorun! 
Echo niesie po górach. 
Za chwilę wali drugi piorun i trzeci. Potem cała seria.
No teraz to dopiero leje!
    Zjadam napędzany zachwytem, niestety pioruny uderzają na zachodzie, po drugiej stronie połonin, od Wetliny, a stąd nie ma widoku na zachód, wiata stoi przed Przełęczą Orłowicza, widok dzienny jest na pasmo Otrytu.
Ależ sceneria! Boski teatr błyskawic dla jednego widza!
      Błysk - czujesz się oślepiony - migają powidoki, a z nieba salwa za salwą!
Burza przeżywana w górach nie da się porównać z niczym!
I nie chodzi tu o burzę przy byłej Strażnicy WOP w Łupkowie, obok Tunelu. Chodzi o burzę przeżywaną na odludziu i w samotności.
Wtedy.... ja na przykład - staję się bardzo pokorny i malutki, zupełnie jak karzełek z bajki. Na wszelki wypadek dochodzę także do wniosku, że mogę być również grzesznikiem.
Tak odczuwam Bliskość.
Jeśli nie przeżyłeś samotnej, nocnej burzy w górach, nie mogłeś doświadczyć Obecności.

Rozświetlany raz po raz upiornym światłem gromów, kończę posiłek i układam się do spania na stole.
Popielice przepłoszone dymem harcują, ale bardzo delikatnie.....
Kurcze jak twardo na tym stole! Czy trzeba tak cierpieć?
Lecz kto nie przeżył samotnej nocy w górach.....

Nie ma lepszego usypiacza od monotonnego szumu deszczu na gontach.....