Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2024

Wędrowiec








Schodzę z Bukowego Berda po nocnym deszczu. 


Pogoda się poprawia, ziemia szybko obsycha, przebija się słońce, wiatr przyjemnie chłodzi.

Schodzę szybko, czuję się lekki, wczoraj rano zjadłem resztki prowiantu, głód i pragnienie popędza, więc pewnie nie minęła godzina, kiedy wchodzę do maleńkiej miejscowości pod tytułem Muczne.

Jest budka – sklepik - drzwi otwarte na oścież, wchodzę, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć za sprzedawcą i słyszę: - idę, idę!     

   Pani sklepowa wyłania się z chałupy, która stoi za sklepem.

Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.

    Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie?

- Może być babeczka!

 

Pani sklepowa się śmieje.

- Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.

To nawijam drugi grzeczny:

 

Wchodzi hydraulik do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie podać?

- Może być rurka!

 

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.

Na zdjęciu ogródek piwny z Chmiela.

Ostre słońce przygrzewa. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam z lubością i przymkniętymi powiekami.

    Sielsko jest. Cisza, spokój.

Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie, patrzą na plecak.

- A pan skąd idzie?

- Z Woli Michowej.

- Ooo! To daleko jest!

- Ale ja idę etapami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.

- Na Bukowym Berdzie?

Potwierdzam.

- I popielice dały panu spać?

- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.

- My panie z bratem, to w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.

 - No! - Brat pana miejscowego odzywa się po raz pierwszy.

Po czym następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.

Konsumpcja trwa.

- A teraz dokąd?

- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.

- Że też panu się chce tak chodzić....

- A co tu robić w tej bieszczadzkiej Krainie Nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.

Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:

- Kraina Nicnierobienia powiadasz pan?

A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?

Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

 - No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz drugi brat mego rozmówcy.

- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

 Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.

- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:

Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!

- No! - odezwał się po raz trzeci i ostatni brat mego rozmówcy.

   Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.

- Pięknie jest! - usłyszały.

Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź i zaraz zorientowałem się, że panie są zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów - robią sobie zdjęcia na przemian. Do zdjęcia ustawiają się na przemian obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Poza tym wygląda na to, że partnerka szybciej zaszłaby w ciążę, niż partner pieszo na pierwsze piętro.

    Absolutnie nie oceniam, opisuję tylko to, co widzę.

 Mijam leśniczówkę i staję przed wejściem do karczmy.                                         

Spodobało mi się to miejsce.

 Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

 A tu polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (właściwie to nie krzyknęło, tylko zawyło):

- Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.

I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.

Schabowy to dobra odmiana może być....

Mięsa miałem nie jeść, no nie wiem......

- Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!! – irytuje się ciało.

Dobrze już, dobrze, tylko nie tym tonem do mnie!

Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.

Oraz dopomyślałem: - planów nie zmienia tylko martwy albo głupi!

    Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. Nastąpiły miłe, niezadługie chwile oczekiwania.

Była cisza, głos z ciała umilkł. Lekki zefirek przynosił fale upojnego zapachu goździków nagrzanych słońcem.

Sprawny pan kelner przynosi jedzonko i absolutnie nie trzyma palca w kapuście.

Pojadłem - pycha! 

Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.



Patrzę na zdjęcia z sentymentem. Od tego rajdu Wola Michowa, Balnica, Fereczata, Wołosate, połoniny, Muczne, Smolnik, Lutowiska, Chata Socjologa i z powrotem do Woli Michowej, za chwilę minie lat dziesięć.

 


środa, 12 października 2022

Rozbitek

 


 Wychodząc z Wołosatego wiedziałem, że Tarnicę omijam. To nie moje klimaty. Tarnica jest jak Krupówki w Zakopanem.

Tłumów unikam, w 2013 roku zawitałem na Tarnicę już po południu, kiedy przerzedziło się wyraźnie. Moim atutem było pozostanie tam na noc, z każdą godziną było coraz milej, ludzi szybko ubywało i grubo przed zachodem słońca zostałem sam. Resztę opisałem w Wędrówkach Bieszczadzkich 2013. 



Nabyłem doświadczeń bieszczadzkich, dlatego obok Tarnicy tylko przemknąłem i wio w dół, do Przełęczy Goprowców.

    Tu znalazłem kiedyś czarne skarpetki w białe kropki - był post o skarpetkach.

 Z Przełęczy Goprowców piękna ścieżka prowadzi na Bukowe Berdo. Wejście ostre, tu spotyka się sprawnych turystów. Idę w stronę Mucznego. Na ostatnim szczycie przed zejściem do Mucznego spotykam interesującą samotną dwudziestkę. Jest kelnerką z Mucznego, rok już pracuje, a nie była jeszcze w górach. Dziś przyszła naprawić ten błąd i jest olśniona pięknym dniem i widokiem. Pozachwycaliśmy się więc wspólnie.






Na wschodzie Ukraina aż po horyzont.

Sympatyczna kelnerka poszła, zostałem ze swoimi myślami. Cudny dzień się chylił powolutku, po dłuższej chwili ruszyłem na spanie w kierunku szałasu na Pszczeliny. (dalej będzie mój ulubiony akapit)

Szedłem ci ja niespiesznie, ponieważ miałem czas i dlatego myślałem. Bo gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł:

- „Jest przecudnie, ale gdyby tak wspięła się tu jakaś sprawna kobitka i przyniosła piwo....... I już wyobrażam sobie tę „jakąś sprawną kobitkę”, jak kroczy w moją stronę po tym pradawnym dnie Oceanu Tetydy, już widzę jak macha do mnie i z lubości ogromniej, która mną owładnęła zaczynam mruczeć jak kotek: - mruuuuuuu.                                                  

Przy marzeniach to można się rozmarzyć!

Więc stara anegdota, odrobinę ufryzowana przez autora.

                         Wyspa bezludna.

Prawie bezludna, bo tkwi na niej jeden facet-rozbitek. Idzie sobie ten facet po plaży, patrzy, a tu coś płynie. Beczka płynie. Płynie i jest coraz bliżej, więc coraz większa ona jest, w końcu ta beczka wylądowała na piasku plaży. Za beczką (okazało się) przypłynęła kobieta. Ona, ta kobieta jakby pchała tę beczkę? Kobieta była młoda, tudzież piękna.

     Kiedy ta młoda, tudzież piękna kobieta powstała z wody w całej swojej mokrej krasie i zobaczyła faceta-rozbitka, coś w niej zadrgało i mówi: - To pan tu tak sam?

        Rozbitek: - No tak, przeważnie sam, nie licząc małp i krokodyli.

        Piękna Ona: - to teraz będzie pan miał do syta tego, czego najbardziej panu brakowało!

        Rozbitek: Wooowwww!!! To w tej beczce jest piwo???

wtorek, 19 listopada 2019

Myśli osobiste w drodze do przełęczy


Rano ruszyłem z Mucznego.
Jest pochmurno, a w nocy padało, dlatego namiot zwijałem niestety na mokro.
Podchodzę na Bukowe Berdo. Błoto, ślisko, na górę wszedłem nieźle umazany. 
Na górze widoki mokre, ale ….. idzie się!
I nie narzeka się!
Mijam grupki turystów idących w przeciwną stronę. Nie ma innej możliwości – jest dziewiąta dziewięć: - wyszli z Wołosatego. Taki kawał drogi przeszli, a zebrało im się na gadanie namiętne.
     Są widoki. 
Mgliste, pochmurne, groźne, lecz jednocześnie niecodzienne. 
A oni, sądząc z usłyszanych urywków, gadają o smutkach.
Kto jest na co chory…. Coś o pracy…. Że ktoś złamał sobie coś……
Czemu tak wielu ludzi jest przypartych potrzebą gadulstwa?  
Wiem, są chorzy na słowotok.                                              
Ale mnie to wisi.
Przede mną trudne, bo mokre zejście do Przełęczy Goprowców. 
                                                                                                            

Przyczyna gadulstwa?
Ludzie boją się ciszy, bo boją się siebie.
Ok – porozumiewać się trzeba, lecz jeśli już mówię, powinienem pamiętać o pierwszym przykazaniu – zwięzłość kolego i koleżanko!
Nie wspominam tu o nagminnym wystękiwaniu co chwila yyyyyy.... oraz o tym, że cisza jest dobrem wspólnym.
A ona – ta cisza, potrafi się w człowieka wbudować.

Są sprawy nieuniknione, albo inaczej: - niezależne od nas. Na przykład pogoda, albo starzenie się.
Tu pozostaje tylko pełna akceptacja, bo przykładowo w smugę cienia wpadamy już.... dość młodo.                                        
Patrzę na ludzi, którzy chcą jakby przelicytować przeciwnika – stawiają opór rzeczywistości i przez tę szamotaninę starzeją się skokami.
Trochę się wypogodziło.
Widok z Krzemienia w stronę Tarnicy.


Docieram do szałasu. Nadpływa mgła, robi się ciemno, ponuro wręcz. Nic to, jeśli się akceptuje każdą pogodę, bo ona przecież nie będzie inna niż jest. 
Można coś zjeść oczywiście niespiesznie. 
W trakcie jedzenia przebija się słońce. W takim pięknym miejscu jestem dzięki pogodzie sam ..... no cudnie jest!




Siedzę i myślę (bo mam czas) - Zamiast poddać się i cieszyć każdym dniem i każdą chwilą, ludzie zasiadają w Smutnej Poczekalni  i w swym zdziecinnieniu odmawiają zgody na to, co nieuchronne. 
Odmawiają zgody na to co jest.
Mnie to wisi, jednak tym ze Smutnej Poczekalni tylko krok do stetryczenia, do tak częstego narzekania na młodych.
Każdego dnia ginie w mózgu i to nieodwracalnie, kilka tysięcy neuronów, dlatego po pierwsze primo: - tak ważne są wszelkie hobby i głód wiedzy, tudzież każda forma gimnastyki umysłowej.    
      Po drugie primo: - unikajmy schematu, wyjeżdżonej koleiny życia. Zróbmy co pewien czas coś nowego, nieco szalonego nawet, nie bójmy się ryzykować (jednak nie jeździmy na rowerze z granatem w kieszeni) – takie działanie jest tym dla mózgu, czym wysiłek fizyczny na powietrzu dla ciała.
    
Ruch fizyczny zastąpi wiele lekarstw, natomiast żadne lekarstwo nie zastąpi racjonalnego wysiłku fizycznego.

Tu każdy ma swoją własną miarkę kilometrową. Nie podskoczysz wyżej niż możesz.

To strona fizyczna.
Jeśli chodzi o to co w głowie ...... To jedyna maksyma: - nie zgłupieć!
Tu  mam na myśli tzw. „pozytywne myślenie”. 
Nie przepadam za tym terminem, bo stykam się z wieloma osobami w starszym wieku, które pod tym hasłem oddają się samooszukiwaniu.
   Jeden z drugim krzyczy: - jak dobrze, jak dobrze!
A naprawdę myśli: - brrr! Śmierć nadchodzi! Ależ ja się jej boję!
I po co tak?
Zerkam w górę. Tam będę podchodził. I w tej chwili tylko to się liczy.


P.S - Nie mam zamiaru nikogo pouczać. 
To były refleksje osobiste, być może mylne, bo mokrość dookólna dopiero się suszyła.

wtorek, 8 marca 2016

Naprzód do Smolnika

Jest upalne popołudnie, kiedy wyruszam ze Stuposianów.

Idę skrajem szosy. Ruch jest dosłownie zerowy.
Po kilometrze widzę zbliżający się samochód SG.
Zatrzymuje się przy mnie.
Pan żołnierz pyta: - A dokąd to pan idzie taki obładowany?
No tak, oprócz plecaka niosę przecież pełną reklamówkę z zakupami z Mucznego.
- Naprzód idę, naprzód, proszę szanownego pana żołnierza.
- A w reklamówce co?
- Jedzenie jak pan widzi – podnoszę zakupy, widać wyraźnie chleb, pojemnik jajek itp.
- No to szerokiej drogi!
I pojechali.

Dochodzę do Sanu i postanawiam tu gdzieś nad wodą postawić namiot.
Schodzę przy moście w krzaki.
     Ależ śmietnisko! Czego tu nie ma! Opony, miski, lodówki, stosy butelek, toreb foliowych, gruzu. Jakieś resztki ogrodzenia, pełno drutów. Wycofuję się skwapliwie do bocznej drogi, idę nią kilkaset metrów, widać jakieś resztki baraków w ruinie. I wielki śmietnik wszędzie. No nie, za takie sąsiedztwo dziękuję.
      Wracam do szosy, już nie próbuję szukać miejsca po drugiej stronie mostu. Odechciało mi się biwakować w tym miejscu.
Idę dalej szosą, rozglądając się na lewo i prawo, gdzie by tu namiot na łące pod lasem postawić.
Nadjeżdża kolejny samochód SG i staje przy mnie.
- A dokąd to pan idzie taki obładowany? Pyta tym razem pani żołnierka.
- Naprzód idę, naprzód, proszę szanownej pani (żołnierki?) i rozglądam się za miejscem na biwak.
- Tu nie można, ziemia prywatna, będzie kara. Niech pan szuka noclegu pod dachem. Najbliżej to w Smolniku będzie.
I odjechali.
    Zapomniałem, że jestem przy samej granicy z Ukrainą, a SG ma oko na przemytników. Wyraźnie chcieli usłyszeć także po jakiemu mówię.
Idę, a nieprzespana noc daje o sobie znać, oczy się kleją i ziewam na potęgę. 


Myślałem o wejściu na Otryt, ale zupełnie i całkowicie mi się odechciało. Jutro też dzień, dość wrażeń na dziś, ta podpowiedź pani żołnierki o noclegu pod dachem nie jest głupia.

Mijam skrzyżowanie do Dwernika i po pewnym niedługim czasie osiągam maleńki Smolnik, a w nim szybciutko znajduję lokum, które wydaje mi oazą przytulności.


Parę zdań zamieniam z gospodynią i hop na piętro. Ciepły prysznic, kolacja, kilka zdjęć z ciekawym światłem i spać, spać!




Cisza, spokój, nie ma harcujących popielic, w nogach położył się kot gospodyni. Wpadam w otchłań na całe dziesięć długich godzin.

środa, 2 marca 2016

Przed bramą raju

Pojadłem, posiedziałem, teraz w drogę miły bracie!
Ruszam i opowiadam sobie jak wnuczek rozmawiał z dziadkiem.

Dziadku, jak ci smakował cukierek?
- Był bardzo dobry.
- Dziwne! Ania go wypluła, pies go wypluł, a tobie smakował...

Staję przed tablicą informującą o toczącej się budowie. Ładny ten budynek będzie.

Boziuniu, jak pięknie jest na świecie!
Brzuch pełen, dzień z cudowną pogodą trwa, nie mam depresji, ani żalu do nikogo, oraz idę naprzód!
Uszedłem może sto metrów, obejrzałem się.

I znowu naprzód.
Naraz obok zatrzymuje się samochód. Za kierownicą siedzi facet i pyta:
- Może podwieźć pana? Jadę do Wilczej Jamy....
 - Nie, nie, uprzejmie dziękuję, bo wie pan, ja tak bardzo lubię chodzić, to dla mnie ogromna przyjemność, a za propozycję serdecznie dziękuję!

Przyjazny świat, przyjaźni ludzie, żyć się chce!

Mijam tablicę z podaną odległością do Stuposian, gdy obok zatrzymuje się kolejny samochód.
- Może pana podwieźć?
Patrzę: - w środku jadą moje znajome trzy kobitki-turystki z Mucznego.....

Błyskawicznie przypomina mi się następująca anegdota:
        Powódź.
Jan Kowalski siedzi na dachu swego domu i modli się do Boga o pomoc.
Przypływa amfibia, wołają z niej: - wsiadaj Janek!
Janek na to: - Nie! Pomodliłem się, Bóg mi pomoże i uratuje mnie i dom!
Woda wzbiera.
Jan siedzi już na kominie. Przypływa amfibia: - Janek wskakuj!
- Nie! Pomodliłem się, Bóg uratuje mnie i mój dom!
Dom się zawala, Kowalski tonie.
      Dusza Jana Kowalskiego staje przed bramą raju.
Naprzeciw wychodzi Święty Piotr. Dusza Jana występuje z pretensją do św. Piotra: - modliłem się tak żarliwie, byłem skrupulatnym wiernym, a tu co? Taka zapłata? Bóg mi nie pomógł!
Św. Piotr zagląda do laptopa i mówi: - hola, hola. A kto po ciebie dwa razy amfibię przysyłał?
Nic nie dzieje się bez powodu, to wiem.
Więc co z tą aktualną sytuacją ?
Tym razem czuję, że to Anioł zaaranżował tę podwózkę, przysłał amfibię i daje sygnał: - natychmiast wsiadaj!
Aniołowi się sprzeciwiać?
Plecak ląduje w bagażniku, wsiadam.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Muczne

Wio w dół

Schodzi się dobrze, ziemia prawie całkiem już obeschła. Zrobiło się upalnie, ale wiatr przyjemnie chłodzi.
Schodzę szybko, czuję się lekki, a więc pewnie minęło mniej niż 45 minut, kiedy wchodzę do Mucznego.
To maleńka miejscowość.
 
Jest budka – sklepik, i drzwi otwarte na oścież, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć gdzie sprzedawca i słyszę: - idę, idę!
Nadchodzi pani sklepowa z chałupy, która stoi za sklepem.
Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.
Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:
- Poproszę ciastko!
Jakie?
- Może być babeczka!

Pani sklepowa się śmieje.
Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.
To nawijam drugi grzeczny:

Wchodzi hydraulik do cukierni:
- Poproszę ciastko!
Jakie podać?
- Może być rurka!

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.
Ostre słońce, patelnia dosłownie. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam je z lubością i przymkniętymi powiekami.
Sielsko jest. Cisza, spokój.
Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie.
- A pan skąd idzie?
- Z Woli Michowej.
- Ooo! To daleko jest!.
- Ale ja idę odcinkami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.
- Na Bukowym Berdzie?
Potwierdzam.
- I popielice dały panu spać?
- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.
- My z bratem, w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem na dół. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.
Następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.
Konsumpcja trwa.
- A teraz dokąd?
- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.
- Że też panu się chce tak chodzić....
- A co tu robić w tej bieszczadzkiej krainie nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.
Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:
- Kraina nicnierobienia powiadasz pan?
A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?
Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

- No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz pierwszy brat mego rozmówcy.
- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.
- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:
Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!
- No! - odezwał się po raz drugi brat mego rozmówcy.
Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

piątek, 26 lutego 2016

Na luziczku


Za moment zejdę z połoniny i ahoj Przygodo!-  Pójdę dalej.


Nade mną coraz większe okna błękitu. Zbliżam się po raz kolejny do drogowskazu.


Na horyzoncie Ukraina.
Jasna kropka oświetlonego słońcem Mucznego widoczna w środku zdjęć.


Na tym zdjęciu maleńkie Muczne bez słońca jest na samym dole nieco po lewej.

Czuję się tak lekko! I mam czas!
To jest to sławne „na luziczku”. Wydaje mi się, że nie niosę plecaka, czyżby adrenalina?
W tej ciszy, w tej cudownej okolicy i pustce..... cokolwiek jest – jest bogiem.
Aby poczuć w sobie ten pierwotny, naturalny stan, wystarczy zapomnieć o wszystkich religiach wymyślonych przez przebiegłych ludzi.
Wystarczy być zwyczajnym, wystarczy być sobą. Tylko wtedy możesz naprawdę być w teraźniejszości.
     Ludzie starają się robić coś nadzwyczajnego, niepospolitego, bo inaczej uważają, że marnują życie na prozaiczne czynności.
To są gry ego. To są chore stany świadomości.
    Kiedy zrzucasz maski, bo nie ma przed kim grać, stajesz się zwyczajny.... nagle to, co nazywamy błahostkami, przestaje nimi być.
Wszystko staje się uświęcone. Zwykła wędrówka i wszelkie inne działanie staje się uświęcone. A więc także medytacyjne.
Wtedy zagłębiasz się w życie, a ono otwiera przed tobą swoje tajemnice. Stajesz się otwarty, wrażliwy i chłoniesz.

Idę przeniknięty uroczystym, wzniosłym nastrojem w tej zbliżającej się chwili pożegnania z Duchem Góry.
(Będę już ruszał w dół, bo jeszcze chwila a odfrunę).

Dziękuję ci Duchu Góry, oraz dziękuję innym.
- Jakim innym?
Dziękuję mojemu Aniołowi.

- Za co?
Za nic. Za to że On jest.

I sobie dziękuję za to, że zdarzyło mi się:

wiele razy zmoknąć na deszczu
potknąć o kamień
z zadartą głową śledzić lot orła
zgubić klucz w trawie
obserwować taniec świetlików
spotykać przyjaznych ludzi
iść naprzód w samotności pod dachem nieba
zachwycać się każdą chwilą, śmiać się i płakać
i często mieć wrażenie, że czegoś ważnego nie wiem.