Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Tetydy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Tetydy. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2024

Łuska Bystrego

 









Nasz dobry znajomy Landrynkowy Zając, bardzo fotogeniczna i sławna Ruda Myszka, oraz Bałwanek, którego umyśliłem posadzić obok jakiegoś pięknego zimowita, z którym miał się komponować.



O jakim to oceanie mowa na tablicy Łuska Bystrego?

Ano stoimy oto na dnie pradawnego Oceanu Tetydy. Następuje badanie organoleptyczne ciekawej faktury słupa fliszu, na którym Nadleśnictwo Baligród umieściło opis. No nie językiem badanie, tylko dotykamy i czujemy niezwykle twarde, ostro skrystalizowane krawędzie – co kojarzy się może nie od razu z brzytwą, ale z tarką do jarzyn, albo ostrym papierem ściernym jak najbardziej.



Idzie się skrajem drogi, w cudnej samotności się idzie, lekko się idzie – a to nic dziwnego, bo plecak waży tylko 8 kg. Nie zabrałem bowiem namiotu - planuję spanie w wiacie Jeziorko Bobrowe. Teraz pozostaje napić się wody arsenowej i zasięgnąć języka w Młynie Kamieni o położeniu grobu Darka Karalucha.


Tylko pomyślałem o grobie Darka i natychmiast nadpłynął limeryk Szymborskiej Wisławy:

Tu leży Jan Przywsza.

Obok niego żona bywsza.

Jak widać z porównania dat

te zgony dzieli kilka lat.

Nieboszczka była dłużej żywsza.

środa, 12 października 2022

Rozbitek

 


 Wychodząc z Wołosatego wiedziałem, że Tarnicę omijam. To nie moje klimaty. Tarnica jest jak Krupówki w Zakopanem.

Tłumów unikam, w 2013 roku zawitałem na Tarnicę już po południu, kiedy przerzedziło się wyraźnie. Moim atutem było pozostanie tam na noc, z każdą godziną było coraz milej, ludzi szybko ubywało i grubo przed zachodem słońca zostałem sam. Resztę opisałem w Wędrówkach Bieszczadzkich 2013. 



Nabyłem doświadczeń bieszczadzkich, dlatego obok Tarnicy tylko przemknąłem i wio w dół, do Przełęczy Goprowców.

    Tu znalazłem kiedyś czarne skarpetki w białe kropki - był post o skarpetkach.

 Z Przełęczy Goprowców piękna ścieżka prowadzi na Bukowe Berdo. Wejście ostre, tu spotyka się sprawnych turystów. Idę w stronę Mucznego. Na ostatnim szczycie przed zejściem do Mucznego spotykam interesującą samotną dwudziestkę. Jest kelnerką z Mucznego, rok już pracuje, a nie była jeszcze w górach. Dziś przyszła naprawić ten błąd i jest olśniona pięknym dniem i widokiem. Pozachwycaliśmy się więc wspólnie.






Na wschodzie Ukraina aż po horyzont.

Sympatyczna kelnerka poszła, zostałem ze swoimi myślami. Cudny dzień się chylił powolutku, po dłuższej chwili ruszyłem na spanie w kierunku szałasu na Pszczeliny. (dalej będzie mój ulubiony akapit)

Szedłem ci ja niespiesznie, ponieważ miałem czas i dlatego myślałem. Bo gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł:

- „Jest przecudnie, ale gdyby tak wspięła się tu jakaś sprawna kobitka i przyniosła piwo....... I już wyobrażam sobie tę „jakąś sprawną kobitkę”, jak kroczy w moją stronę po tym pradawnym dnie Oceanu Tetydy, już widzę jak macha do mnie i z lubości ogromniej, która mną owładnęła zaczynam mruczeć jak kotek: - mruuuuuuu.                                                  

Przy marzeniach to można się rozmarzyć!

Więc stara anegdota, odrobinę ufryzowana przez autora.

                         Wyspa bezludna.

Prawie bezludna, bo tkwi na niej jeden facet-rozbitek. Idzie sobie ten facet po plaży, patrzy, a tu coś płynie. Beczka płynie. Płynie i jest coraz bliżej, więc coraz większa ona jest, w końcu ta beczka wylądowała na piasku plaży. Za beczką (okazało się) przypłynęła kobieta. Ona, ta kobieta jakby pchała tę beczkę? Kobieta była młoda, tudzież piękna.

     Kiedy ta młoda, tudzież piękna kobieta powstała z wody w całej swojej mokrej krasie i zobaczyła faceta-rozbitka, coś w niej zadrgało i mówi: - To pan tu tak sam?

        Rozbitek: - No tak, przeważnie sam, nie licząc małp i krokodyli.

        Piękna Ona: - to teraz będzie pan miał do syta tego, czego najbardziej panu brakowało!

        Rozbitek: Wooowwww!!! To w tej beczce jest piwo???

piątek, 22 kwietnia 2022

Prawie u źródła

Wchodzę pod górę ścieżką zwierzęcą. Jak wygląda taka ścieżka zwierzęca? Ona jest bardzo wąska, prawie niewidoczna, bo ile łąki mogą podeptać stawiane ostrożnie kopytka sarny czy koziołka?


Wchodzę więc, już mam telefoniczny zasięg - patrzę kto mi przysłał smsa. Oto operator informuje o promocji. Co za bzdury! Toż to śmietnik informacyjny spoza siódmej góry! Po 18.00 wyłączam telefon – w ten prosty sposób ograniczam do minimum kontakt z cywilizacją. Wczoraj niestety z powodu czyhania na długie cienie popołudniowe zapomniałem wyłączyć. Na godz. 18.00 ustaliłem przed wyjazdem ewentualny kontakt z najbliższymi. Nie mam zasięgu przy namiocie, on stoi jakieś sto metrów niżej. (No może 99 metrów niżej). W takim miejscu bateria niepotrzebnie zużywa się na czuwanie. Poza tym..... mam wakacje, czyli nie ma mnie. O 18.00 wchodzę na lokalny szczyt, gdzie mam zasięg, włączam telefon, patrzę, czy ktoś dzwonił. Pojawiają się tylko całkiem nieliczne smsy od znajomych. Ci moi znajomi wiedzą w czym rzecz i szanują wakacje Zbyszka. W odpowiedzi zawsze ślę jakąś fotkę plus dwa słowa i jeśli nie mam zamiaru robić zdjęć mogę telefon wyłączyć.   


 
Ten krótki moment łączności ze światem przynosi poczucie ulgi. Co za rozkosz i szczęście, że jestem tu sam i z nikim nie muszę rozmawiać, ani nikogo słuchać! Zupełnie mi wystarcza, gdy zejdę raz w tygodniu do ludzi. Wtedy rozmowę z kimkolwiek odbieram uroczyście i niezwykle uważnie – wszak każda jednostka napotkana na naszej drodze może okazać się nauczycielem. 

Słowa mają wielką wagę i moc, lecz tylko wtedy, gdy są przemyślane i zwięzłe.





 Trwa gorący, upalny dzień. Wieje Notos - wiatr z południowych stron. Zejdę do strumienia na chlapu-chlapu. Droga na przełaj prowadzi przez zwartą zieloność, na dole przebijam się przez gąszcz mięty wysokiej po pas.

Kiedy znajdę się już u podnóża góry, w miejscu obfitym w wodę, gdzie zbiegają się dwa potoki i wykonam kąpiel, lubię stamtąd ruszyć w górę korytem potoku wypływającego spod Chryszczatej. Idę po kamieniach, po łupkach. Woda tu niska, łupki odsłonięte, idzie się po nich wygodnie, prawie jak po schodach. Idę w ten sposób nawet kilometr. Po jakich pięknych łupkach stąpam! Czterysta milionów lat temu Bieszczady leżały na dnie Oceanu Tetydy. Stawiam więc kroki na milionleciach! 




 Na płynącą wodę to mogę patrzeć godzinami. 

- Po pierwsze primo patrzę z powodu, że mam czas, bo gdybym go nie miał, tobym nie patrzył. 

- Po drugie primo woda tu jest krystaliczna, wypływa ze źródła oddalonego jak już wspomniałem o kilometr. Ona skrzy się w słońcu, żyje, podobnie jak języki ognia żyją. 

- No i po trzecie primo: - ta woda przemawia, szepcze swoim ciurczeniem.   

       

Jest w tym patrzeniu jakiś atawistyczny odruch, wydaje się, że właśnie na tym odruchu polega u ludzi gapienie się godzinami w telewizor.

Kiedyś bowiem ludzie siadywali wieczorami przy ognisku, rozmawiali przy tym niespiesznie albo milczeli. A dziś mają cywilizację, gapią się więc w telewizor, bo nie za bardzo lubią myśleć. Z telewizora zawsze jakiś "autorytet" wytłumaczy jak zwykły baran powinien żyć. Jednak niektóre zbuntowane jednostki zauważają, że cywilizacja indoktrynuje, a więc narzuca jarzmo, co ma się nijak do kontemplacji i jej zastąpić nie może, bo potok i ogień wycisza, powoduje powstawanie tych sławnych mózgowych fal alfa. W takich momentach człowiek staje się niebezpieczny - zaczyna być sobą. Natomiast telewizyjne propagandowe gadki mają zadanie robić wodę z mózgu - podle sterować tłumem, stadem baranów. 



To spadnięte gniazdo, pieczołowicie oblepione bieszczadzką gliną miało słusznej wagi około kilograma.






Kąpiel łączę z praniem bez mydła. Woda jest tym potoku tak miękka jak deszczówka. To zupełna odwrotność twardej wody spod Kowalowej Kapliczki na drodze do Balnicy. Ubranie pachnie świeżością po takim praniu-płukaniu w miękkiej wodzie. Na koniec jako golas unoszę ponad siebie pięciolitrową bańkę i następuje zimny prysznic po głowie i plecach !..... Woda ma może 10 stopni Celsjusza, dlatego przy tym prysznicu pojawia się samorzutne tudzież naturalne prychanie brrrr.

I następuje ożywcze uderzenie energii. Nigdy nie uderzono mnie kijem w rytuale kyosaku (zen), tylko o tym czytałem, lecz opisany zimny prysznic działa chyba podobnie. Leci zimność po głowie, po całym człowieku! Czuję mrowienie w dole kręgosłupa, przy kości ogonowej, za moment bańka pusta - teraz energia uderza w górę i wydaje się, że wystrzela uszami..... Samopoczucie jest po takim prysznicu …... no boskie! Trudno to opisać, jakby człowiek od środka stawał się uprany, czysty i nowy, jakby od żołądka podnosiły się bąbelki wesolutkiej wibracji.

Nieraz po wspomnianej ablucji wydawało mi się, że rosnę i pierwsze kroki robię nie dotykając ziemi. 

Ech, gdyby tak jeszcze zjawiła się tuż obok mnie (w sławnym Tu i Teraz) jakaś miła kobitka, nie tylko przychylnie nastawiona do życia, ale i spragniona miłości - rozmarzyłem się.....

Nie ma atoli kobitki, siadam więc ci ja na kamieniu i obserwuję płynącą wodę. A ona, ta woda buzuje między wystającymi łupkami, natlenia się, bombelkuje, tańczy w słońcu, śpiewa swoją pieśń. Strome brzegi porasta bujna zieloność.

Leci motyl cytrynek. Brzęczą owady, grają świerszcze.

Upał.

Ważka usiadła na kolanie. 

Łaskocze. 

Potok chlupocze. Leciutką falą nadciąga ten znany-nieznany zapach z jakiegoś zioła. Zapach subtelny a upojny, ekscytujący, nieokreślony. Rozszerzają się nozdrza. Gorąco rozleniwia. Ciało samo się rozluźnia, robi się odlotowo w całym człowieku! Aż się kiwnąłem. Jest przefantastycznie! Tu pasuje wierszyk znajomej Jana Gabriela, bliskiej mi Ewy Szczawińskiej:

"Każdy aniołek ma dwa skrzydełka i leci na nich prosto do raju.

Inaczej było w życiu Pawełka - on miał odloty tylko na haju".


To ciekawe, że słowo "alhaju" w języku arabskim oznacza "być w pielgrzymce" (wyprawa do Mekki?)

Być może tak wygląda wejście w ten sławny nie-umysł opisywany przez Osho, w umysł pionowy, albo to po prostu zwykłe, osobiste wpadnięcie w błogostan. Nie posuwamy się poziomo z A do B, ale następuje zatrzymanie w A. Potem z tego zatrzymania w A wzlatujesz myślą w górę do A jeden! Albo nigdzie nie wzlatujesz, bo na co ci to? Osiągasz, czy też z powodu rozpierającej cię dobroci dla świata wpadasz w kompletny luzik i znikasz, roztapiasz się. Nie ma przeszłości, ani przyszłości, jest totalny reset, tudzież rozciągnięte na maksa bezczasowe Tu i Teraz.

I jestem pewien, że dla takich właśnie magicznych "Chwilo Trwaj" nie tylko warto żyć, ale i o nich pisać.

środa, 27 marca 2019

Starodawne koleiny

Skamieniałe koleiny znajdowane są w różnych miejscach świata, Wyglądają jak pozostałość po ciężkich pojazdach terenowych.
Nikt nie spierałby się pewnie z takim tłumaczeniem, gdyby nie fakt, że zgodnie z opinią badacza, dr. Kołtypina, zajmującego się tym tematem, powstanie śladów należy datować na okres miocenu.

Podobne koleiny, do tej pory zostały znalezione na Malcie, we Włoszech, w Kazachstanie, we Francji, a także w Ameryce Północnej.
Jednym z najważniejszych miejsc jest Sofca, w Turcji, gdzie koleiny mają długość 75 kilometrów. I miejscami głębokość do półtora metra.



Dr. Kołtypin, przypisuje ich istnienie jakiejś zaawansowanej cywilizacji, istniejącej w bardzo odległych od nas czasach.
Czyli mamy kolejną wiadomość z zakresu Archeologii Zakazanej, a takie wiadomości po pierwsze primo: 
- nie są lubiane przez naukowych ortodoksów, bo trzeba wysilać mózgownicę aby próbować je wytłumaczyć.                                                                                        - po drugie primo: - próby tłumaczenia Nieznanego narażają na szwank dotychczasowy dorobek naukowca, a tego oni się boją jak ognia.   
                                                                                               

Jest trochę materiałów o koleinach, zwłaszcza w języku angielskim. Podają one zazwyczaj, że ślady zostały pozostawione ok. 700 lat pne. przez wozy ciągnięte przez osły i wielbłądy.
     Można także przeczytać, że w tym czasie, ziemia była mokra i plastyczna jak glina, więc pojazdy niemalże tonęły w błocie. Po pewnym czasie ziemia wyschła i utrwaliła ślady.
       I sprawa zamknięta, znaczy zamieciona pod dywan.

Na obrazku bardzo przepiękna koleina o głębokości jednego metra wyciśnięta w sławnym mazistym bieszczadzkim błocie powstałym z łupków. Jak wiadomo łupki narodziły się wiele milionów lat temu z osadów oceanicznych, wszak kiedyś Bieszczady znajdowały się na dnie Oceanu Tetydy.


      A więc mamy koleinę i załóżmy, że od tej pory już nic tędy nie będzie jeździć.
Owszem, ta koleina stwardnieje, kiedy nie pada, a słońce przypieka. Ale przy pierwszym deszczu to co jest najwyżej zacznie siadać, a woda płynąc rowkiem napotka kamienny podkład i już nie będzie głębiej. Po niewielu latach ślady się najpierw spłaszczą, a potem zanikną.
    Ten upływ czasu widać na dawnych nieużywanych drogach gruntowych, na przykład na drodze biegnącej z dawnej wsi Rabe na górę 686. 
Od deportacji mieszkańców minęło 70 lat i miejscami już trudno rozeznać, gdzie ta droga była. O zobaczeniu kolein nie ma mowy.

     Wyjaśnienia naukowców dotyczące opisywanych skamielin zawierają  jak się wydaje celowy błąd merytoryczny, gdyż  mówi się tu o mokrej ziemi, która skamieniała, a ślady nie są wcale wyciśnięte w ziemi, lecz w powulkanicznych popiołach, a miejscami w gorącej jeszcze magmie.
      Oto jakieś ciężkie pojazdy przemieszczały się w czasach wulkanicznych, gdy wulkany wylewały lawę i sypały pyłem.
Powstałe ślady z czasem utrwaliły się niczym muszki zatopione w bursztynie, a ich wiek da się oszacować z pomocą geologii.


Dlatego właśnie doktor Aleksander Kołtypin prowadząc badania w Dolinie Frygijskiej, oszacował, że koleiny powstały podczas epoki zwanej miocenem, czyli mają 12 do 14 milionów lat.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Historia jednego łupka

Kilka lat temu, na wielotygodniowym biwaku u podnóża Chryszczatej, zafundowałem sobie kamienny stół.     
      A dokładnie był to kamienny blat z miejscowego łupka. Przyniosłem go z potoku, położyłem na podstawie z pnia i ten fakt niezwykle mnie uradował.
Stół jest bowiem sprzętem niezwykle istotnym w każdym gospodarstwie domowym.

Lubię zbierać ciekawe kamienie.
I muszelki.....
      Łupek przemawiał do mnie odległą historią. Przecież ten kamień pochodzi z dna Oceanu Tetydy, z ediakaru i liczy sobie bagatelka 600 milionów lat!
Kamienny blat dzięki temu zyskał na znaczeniu. Oto moje ówczesne gospodarstwo – Zbyszkowo Chryszczata. W reklamówkach widać zapas szyszek, natenczas to na ich gorącu głównie gotowałem.




Polubiłem ten stół..... 

Na kamienny blat patrzyłem z zadowoleniem, oraz z lubością. Czułem, że i on ma duszę.
Okazuje się, że można polubić wszystko – także kamień.
      Darzyłem ten łupek tak wielkim sentymentem, że w następnym roku załadowałem go do plecaka i przywiozłem na rowerze do Kołyby.
    Od góry 686 do przełęczy to było wchodzenie na piechotę z rowerem przy boku.
Od przełęczy Żebrak, zaczął się niezapomniany zjazd.
Niezapomniany, bo kamień ważył z 10 kg, a to przy mojej wadze dało się odczuć sporą bezwładnością – szusowałem jak ta lala!
Z początku trzeba tu hamować na serpentynach, a potem w dół, ile fabryka rowerowa da!
       Zjeżdżałem na granicy wypadnięcia z drogi - wiatr wyciskał łzy z oczu, szumiał w uszach, do których docierał tylko wizg opon! 
Drzewa migały. Wpadałem w fale na przemian zimniejszego i cieplejszego powietrza. To był wyjątkowy i niezapomniany zjazd.

W Woli Michowej łupek znalazł swoje tymczasowe miejsce w poszerzanych schodach. 


W ubiegłym roku zmieniła się koncepcja schodów – najpierw wyłuskałem łupek z trawy - poprzednie schody zdążyły bowiem zarosnąć - i znowu miałem kamienny stół przy namiocie.




W końcu ten płaski kamień wylądował w nowych schodach.