Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chyża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chyża. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 października 2024

Jabłka z gatunku Pac-pac



2024, koniec sierpnia, Mchawa.

Zawędrowałem do Mchawy dwukrotnie w tym roku. Powód odwiedzin zasługuje na osobny wpis.

Dzień to był słoneczny, gorący, chociaż noce już sygnalizowały nadchodzącą jesień. Szedłem tu bezdrożami z Huczwic, gdzie spodziewałem się zastać zimowity w całej krasie. Tak sobie (bowiem) wykombinowałem, że pory w bieżącym roku jakby przyspieszyły, to i zimowity powinny być nieco wcześniej. Niestety zimowity miały swój harmonogram i ani myślały się pojawić.

- Nie chcą witać zimy? To może zimy  w tym roku nie będzie? – główkowałem. Azaliż spotkały mnie w zamian inne atrakcje, które stopniowo opiszę.




Na razie jest koło południa, busik do Sanoka mam za trzy godziny, zdecydowałem przysiąść w cieniu na górze niedaleko cmentarza i zejść na przystanek dopiero na kilkanaście minut przed czasem.

Siedzę ci ja sobie więc, stopy bose odpoczywają w bezpośrednim kontakcie z Matką Ziemią, zamykam oczy i nastawiam uszy na odbiór. Gdzieś daleko słychać pracujący traktor, szczeka pies, coś zaskrzypiało - odgłosy jak to na wsi.

Naraz uszy łowią delikatny, nietypowy dźwięk. Takie pac!

I znowu pac. A potem pac! Pac!

Zaraz, zaraz, znam to pac - przecież tak odzywały się spadające przy końcu letniska gruszki w ogrodzie cioci.

Siedzę przy drodze, po drugiej stronie, głęboko w dole stoi chyża, od niej biegnie w górę szpaler mocno starych jabłoni.




Napłynęła ślinka. Trzeba sprawdzić koniecznie. Idę. Tu nie ma żadnych ogrodzeń, wstęp wolny, widzę jabłek spadniętych multum, część rozkwaszona. Wyszukuję nieobite, próbuję – no niebo w gębie!


To nie żadne tam jabłka z sadów komercyjnych, tylko stara odmiana bieszczadzka, wczesnojesienna. Jabłka jasnożółte, te odkryte na słońce miały delikatny czerwony rumieniec. Miąższ soczysty, lekko słodki, rozpływał się w ustach. A zapach jaki! Zjadłem dwa, a trzy zapakowałem do plecaka, żeby ukochana żona także spróbowała.

Do tej pory mam w pamięci charakterystyczny sygnał od jabłek z Mchawy – pac! pac!



 




piątek, 15 grudnia 2023

Stuletnia czereśnia z krainy Bojków

Zaczynam podchodzić i słyszę silnik traktora. Okazuje się, że po raz pierwszy będę biwakował na wykoszonych łąkach. W pierwszej chwili robi mi się smutno, bo cieszyłem się na arnikę, atoli w każdej sytuacji można znaleźć plusy dodatnie.


Rozmawiam z panem traktorzystą - przed nim już ostatnie pokosy. Ma kłopot z konarami sosen, zwalonymi śniegową okiścią, które leżą w pewnej odległości od drzew. Nie widać ich w wysokich trawach i dopiero huk w ostrzach oznajmia, że właśnie najechał na taką przeszkodę.

Traktor jest olbrzymią maszyną - ma oprócz kosiarki także drugi zespół, teraz uniesionych na kilka metrów w górę pilarek do wycinania tarniny i zalesień z sukcesji leśnej o grubości ręki.

Pogadaliśmy, traktorzysta skosił, co miał i zjechał do szosy. Zostałem sam na tych wygolonych do łysego łąkach. Dziwne uczucie – oto znalazłem się w odludziu, niby w dzikości, a jednocześnie w parku – Ogrodzie Eden? Dzięki kośbie widać dokładnie rzeźbę terenu. Po odjeździe kosiarki cisza aż dzwoni w uszach, tylko podmuchy wiatru poświstują w igłach sosen. Traktor wykosił ogromny obszar, musiał pracować tu kilka dni, dlatego nie widać żadnych zwierząt, towarzystwo usunęło się odstraszone hałasem. Obchodzę okolicę, wypatrując miejsca pod namiot i z radością odkrywam enklawy kwiatowe.




 Na północnym zachodzie wznosi się masyw Chryszczatej.


Przed deportacją miejscowej ludności Bojków w roku 1947, stało tu kilkanaście chyż. Nieco poniżej znajomej, stuletniej czereśni rosnącej na lokalnym szczycie, o której pisałem kilka razy, stała jedna z takich chałup. Po gospodarstwie został tylko prostokąt ogrodu, wyznaczony przez krzaki porzeczek. Kilkudziesięcioletnie krzaki porzeczek, nigdy po wojnie nie owocujące, o co dbały zastępy saren, jeleni, a później sprowadzone w Bieszczady żubry. Roślinożercy co roku wiosną pracowicie objadają z gałązek młode przyrosty, tak pełne witamin. Stary ogród przez te kilkadziesiąt lat mocno zarósł buczyną.


 Stara czereśnia, częściowo uschnięta - już zagnieździł się na niej siarkowiec, a jak się okazuje jeszcze owocuje! I jak ogromne ma owoce!





Kilka czereśni znajduję na niskiej gałęzi młodszego drzewa, natomiast te największe leżą w trawach pod staruszką. Większość już nadgniła (jest 18 lipca) azaliż udaje mi się wyszukać taką ilość owoców nadających się do jedzenia, że poczułem sytość!

Tuż przy czereśni biegnie stary bojkowski trakt, przy którym jeszcze kilka lat temu były okopy z pierwszej wojny, obrośnięte jagodziną. Ten odcinek już zatracił historię - został splantowany ciężkim sprzętem.

Na lokalnym płaskowyżu, o którym piszę, są tylko trzy stare drzewa – czereśnia ze zdjęcia, stuletnia grusza (było zdjęcie wilka pod tą gruszą), oraz 150. letni jawor, który pojawi się na blogu w pierwszych postach styczniowych.



Natomiast tuż obok ścieżki biegnącej na Chryszczatą rośnie kilka, co najmniej trzystuletnich buków, które uchowały się z powodu rozgałęzień, rozwidleń, zaczynających się od samego dołu. Ktoś by powiedział, że są pokraczne, a dla mnie to pomniki przyrody, w których mieszkają leśne duchy. Atoli dla drwali, takie drzewa są niepieniężne, nieużyteczne, jednak właśnie dzięki temu trwają dalej.

Przypominają mi się porady Osho o tym, jak stać się nieużytecznym dla społeczeństwa, aby ono zostawiło ciebie w spokoju.


Rozpisałem się, a tu święta za pasem. Do zobaczenia na początku stycznia.

                     Wiernym Czytelnikom życzę Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2024.