Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chimery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chimery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 grudnia 2023

Winowajca

 Część czwarta o sztucznej inteligencji.


Jako że nie ma przypadków, 10 września 2001 roku Bill Joy rozpakował zgromadzoną kolekcję materiałów w wynajętym właśnie mieszkaniu na Manhattanie, zaledwie o kilka przecznic od World Trade Center.

„Zacząłem układać książki w porządku alfabetycznym, według działów: - zarazy, broń A, broń biologiczna, broń chemiczna, wąglik. Nie było tam żadnego podręcznika anarchisty, myślę jednak, że gdyby rankiem 12 września do mojego mieszkania weszła policja, niechybnie skończyłbym w więzieniu”.

    Czyli wraz z uderzeniem samolotów w WTC, ulotniła się potrzeba napisania książki ostrzegającej przed podobną sytuacją. Joy postanowił teraz ostrzec ludzi przed coraz czytelniejszym niebezpieczeństwem widma samoreplikujących się robotów, głównie tych nano.

    Jakiś czas temu napisał o tym artykuł w Wired. Na podstawie własnych badań doszedł do wniosku, że najpoważniejsze zagrożenie stwarza biotechnologia. W tym czasie bowiem ogromne poruszenie w waszyngtońskich agencjach wywiadu wywołała możliwość,  że w Iraku pod rządami Husseina trwają prace nad patogenem, który miał się składać ze zmodyfikowanego genetycznie wirusa ospy i jadu węża.

Było to prawdopodobne, bo już w 1986 roku w Journal of Microbiology opublikowano artykuł, w którym poinformowano, że kurza ospa w obecności ekstraktu z jadu węża rozprzestrzenia się błyskawicznie i zabija ptaki w niezwykle krótkim czasie. A wywiad miał informacje, że Irak szuka sposobów na połączenie ospy i jadu kobry.          

Sztuczną formę życia powstałą przez umieszczenie sekwencji DNA pochodzącej z modyfikowanego genomu jednego organizmu w genomie drugiego, określa się chimerą. To określenie jak wiemy pochodzi od ziejącego ogniem potwora z greckiej mitologii, krzyżówki lwa, węża i kozła.

     (Inspektorzy poszukujący takiej broni po drugiej wojnie w Zatoce Perskiej odkryli, że bombardowania i embarga zniweczyły techniczne możliwości Iraku wyprodukowania chimer. Nie można więc odmawiać słuszności ostrzeżeniom Joya).

   W każdym razie Bill uwypuklił rolę, jaką w szybkim przenoszeniu wirusów pełnią podróże lotnicze. Także widział związek między masową produkcją żywności, a występowaniem choroby szalonych krów, a także odporności na antybiotyki. Wszystkie pojawiające się nagle choroby to dla niego albo przestroga Matki Natury, by ludzie się wreszcie opamiętali, albo działalność tajnych laboratoriów.

Widząc to wszystko, zastanawia się, czego jeszcze mogą dokonać źli ludzie. (Realista nie ma wątpliwości, że źli ludzie gotowi są do każdego draństwa).

    To niepokojące, jak wiele dokonań inżynierów genetycznych było dziełem przypadku. Dobrym przykładem jest australijski incydent z mysią ospą.

     Australia jest niezwykłym izolowanym ekosystemem, gdzie obce gatunki rozmnażają się z ogromną szybkością, ponieważ nie mają naturalnych wrogów. Jednym z takich gatunków są myszy, a ich populacja od czasu do czasu gwałtownie wzrasta. Są wtedy wszędzie. Dlatego poszukuje się intensywnie sposobów opanowania tej plagi. W 2000 roku dwóch badaczy z Canberry pracując nad nowym środkiem antykoncepcyjnym dla myszy, stworzyli coś potwornego.

     Dodali oni mianowicie jeden gen wirusowi mysiej osy, a wtedy nowy patogen samoistnie rozprzestrzenił się na sterylnie odizolowaną część laboratorium i zabił zaskakująco szybko wszystkie myszy doświadczalne. Po jakimś czasie w laboratoriach amerykańskich ponowiono próby z tą wersją wirusa i okazało się, że nie działają na niego żadne środki przeciwwirusowe, a także szczepionki. Nic nie pomaga i myszki odchodzą do Domu Pana.

        Potem badano z podobnym skutkiem zmanipulowaną ospę bydlęcą.

Mysia ospa na szczęście nie infekuje człowieka, jest jednak bardzo zbliżona do śmiertelnej dla ludzi czarnej ospy. Gdyby więc manipulacje przeprowadzono na ludzkiej ospie, a wirus jakoś wydostałby się z laboratorium – zagłada całej ludzkości stałaby się faktem.

      I teraz ciekawostka: - australijscy badacze zasięgnęli opinii Ministerstwa Obrony i opublikowali wyniki eksperymentów w „Journal of Virology”:

    „Naszym celem jest ostrzeżenie opinii publicznej o realnym zagrożeniu. Chcemy uzmysłowić społeczności naukowej, że powinna zachować ostrożność, bo stworzenie śmiercionośnych organizmów wcale nie jest takie trudne”.

    Cała ta historia, a zwłaszcza opublikowanie wszystkich szczegółów doprowadziła Joya do wściekłości. Jego zdaniem ludzie nie zdają sobie sprawy jak może wyglądać nowoczesna zaraza – a zwłaszcza taka, która została poddana genetycznym „ulepszeniom” pozwalającym jej na pokonywanie mechanizmów obronnych. Przecież powinniśmy pobrać lekcję z epidemii SARS, której skutkiem była śmierć 20% zarażonych osób, a infekcja przenosiła się drogą kropelkową.

(Książka Radykalna Ewolucja czy człowiek ulepszony przez naukę i technikę będzie jeszcze człowiekiem? w której wyczytałem powyższe o SARS została wydana w 2005 roku).

Gdy rozważamy zagrożenia scenariusza piekielnego ogarnia nas rozpacz, azaliż z małą nutką nadziei.

Ta dobra wiadomość niosąca nutkę nadziei brzmi: - Już tyle razy wieszczono koniec świata, a my dalej żyjemy.

      Niestety scenariusz piekielny różni się istotnie od tych wszystkich przewidywań. Jego podstawą jest bowiem geometryczny wzrost krzywej zmian.

Poza tym ….. nastraszyć człowieka, zasiać mu duszy katastroficzne wizje, to wygodny materiał dla demagogów politycznych wszelkiej maści. Ziarno niepokoju kiełkuje bowiem z łatwością na podatnym gruncie naszej wyobraźni. Widmo zagłady jest najlepiej sprzedającym się towarem na świecie.

    Joy zastanawiał się, czemu tak się dzieje i doszedł do wniosku, że przyczyną jest wpojone poczucie winy (indoktrynacja kościelna), oraz przekonanie, że jako ludzkość odpowiadamy grupowo za liczne grzechy. A więc nosimy w sobie podświadome przekonanie, że będziemy za nie ukarani.

      Wizje Armagedonu mają długą tradycję. O ile scenariusze optymistyczne wyrastają z zachwytu nad ludzkością wykradającą bogom ogień (czyli zachwyt z powodu złodziejstwa), o tyle scenariusze katastroficzne narzucają przekonanie o nieuniknionej karze za grzechy.

    W mitologii greckiej pierwsza kobieta, Pandora, otworzyła z ciekawości puszkę zapieczętowaną przez Zeusa. Tym sposobem uwolniła wszelkie zło i choroby, pozostawiając w środku jedynie nadzieję. Hindusi opowiadają sagi o poprzedzającym nieszczęścia złotym wieku, podobnie jak Konfucjanie, Zaratustrianie, Aztekowie, Lapończycy, wczesne ludy Islandii i Irlandii, a także plemiona północnoamerykańskie i syberyjskie.

    „Do kogo mam dziś mówić?

Grzech, który poraża ziemię

nie ma końca.

Do kogo mam dziś mówić?

Nie ma już prawych ludzi.

Ziemia jest poddana zbrodniarzom”.

 

Tekst powyższy zapisano ponad dwa tysiące lat temu w Egipcie.

W greckim micie Apollo, pożądający Kasandry, córki Priama i Hekuby, zesłał wybrance dar proroctwa. Ona jednak odrzuciła jego zaloty i bóg się zemścił, sprawiając, że nikt nie wierzył w jej przepowiednie, bez względu na to, jak bardzo były prawdziwe. Dziś terminem „kasandryczny” określamy wizję, która nie zawiera nic oprócz smutków, a nawet zapowiedzi zagłady (Jackowski się kłania). To jest dużo łatwiejsze niż poszukiwanie sposobów na uniknięcie przeznaczenia.

      Ciekawe, że historyczne wizje zagłady wiążą się z obawami dotyczącymi postępu technicznego. Jak napisano w Księdze Rodzaju, ludzie postanowili zbudować wieżę do nieba, żeby „uczynić sobie znak”. Spojrzał na nią Jahwe i zobaczył, że „to jest przyczyną, że zaczęli budować, a zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe”. Wieżę nazwano Babel, „tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi, stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni”.

     Nawet tak zdecydowana i drastyczna boska interwencja nie powstrzymała postępu cywilizacji, a jedynie ten postęp spowolniła.

W roku 1627 Francis Bacon opublikował słynną utopię Nowa Atlantyda, w której przewidział pewne elementy scenariusza piekielnego. Opisuje mianowicie działania naukowców, decydujących, jakie wynalazki należy upowszechniać, a które utajnić. Pragną w ten prosty sposób ochronić społeczeństwo przed ciemną stroną odkryć, a samych siebie przed odwetem ze strony niezadowolonych.

     Natomiast w 1788 roku Edward Gibbon w Zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego wyłożył teorię autodestrukcji społeczeństwa. W tej teorii wszystkie imperia dochodzą do pewnego momentu, poza którym rozwoju wydarzeń nie da się już powstrzymać.

„Cnota i prawda prowadzą do siły, siła do dominacji, dominacja do bogactwa, bogactwo do luksusu, a ten w końcu do słabości i upadku”.

     W 1794 roku wielebny Roger Malthus zauważył, że przemiany społeczne zachodzą z narastającą prędkością, a ludziom wydaje się to podniecające i dezorientujące zarazem.

    W 1808 roku Goethe opublikował pierwszą część swego monumentalnego dzieła, które za pomocą osoby Fausta, stało się jedną z podstawowych legend europejskiego folkloru. Jak wiemy Faust – niemiecki czarownik i astrolog zaprzedał duszę diabłu w zamian za wiedzę i moc (polska baśń o panu Twardowskim)

      Jednak najwspanialszy opis wpływu postępu technicznego na ludzką naturę, stworzyła Mary Shelley w powieści „Frankenstein – współczesny Prometeusz”.

W powieści mamy wgląd w duszę naukowca opętanego obsesją kreacji życia, który odrzuca stworzoną przez siebie istotę, chociaż potrafi ona myśleć i czuć.   

Tytuł tej powieści jest także dziś zaklęciem i amuletem. Za każdym razem, kiedy nowa, potężna zdobycz techniki, jak międzygatunkowe przeszczepy organów, inżynieria genetyczna, czy klonowanie, zaburza nasze pojmowanie istoty człowieczeństwa, słychać złowieszczy szept: - Frankenstein.

     W 1932 roku Aldous Huxley w „Nowym wspaniałym świecie” opisał ludzkie obawy przed światem opanowanym przez masową produkcję i bezmyślną rozrywkę. Akcja toczy się w roku 632 A.F.

 Huxley zastosował taką nazwę roku z przekory wobec powszechnie przyjętego liczenia lat naszej ery, A.D, Anno Domini, czyli po Chrystusie.  Autor przyjął za rok zerowy narodziny Forda, czyli A.F oznacza „after Ford”.

    W tym świecie producent samochodów Ford i jego Model T zajmują miejsce Chrystusa i krzyża. Warunkowanie psychologiczne, inżynieria genetyczna i soma – doskonały narkotyk dostarczający przyjemności tłumowi, stanowią filary nowego społeczeństwa. Rozmnażanie przeniesiono z kobiecego łona na taśmę produkcyjną. Robotnicy majstrując przy embrionach, produkują różne klasy ludzi niczym różne modele samochodów – Lincoln czy Merkury. Istnieje wiele klas nowych istot, od superinteligentnych Alfa Plus, po skarlałe, półdebilne Epsilony, a każdą z nich uwarunkowano tak, by kochała swoją pracę i swoje wyznaczone miejsce w społeczeństwie.

      Epsilony są więc niesłychanie szczęśliwe, sortując na przykład śmieci. Poza pracą życie upływa ludziom na nieustannej przyjemności: - kupują sobie różne, całkiem niepotrzebne im rzeczy, uprawiają wymyślne, szkodliwe dla zdrowia sporty, oraz pławią się w powszechnym, nieskrępowanym, technicznym seksie, bez zbędnego angażowania uczuć. Miłość, małżeństwo i rodzicielstwo uważa się za rzeczy obciachowe. Kontroler Świata wyjaśnia, że zadowolenie mas jest ważniejsze niż dobro i prawda.

     No i wreszcie dochodzimy do Roku 1984 Orwella. Książka została napisana w roku 1948, kiedy parowała jeszcze mocno trauma powojenna. Kataklizm wojny i związana z nim rzeź, rozwiały obietnice nadchodzącego raju, które głosili Stalin i Hitler. Orwell obnaża naturę tych potwornych dyktatorów, oraz mechanizmy ich władzy.

    Rok 1984 jest przepełniony sennymi koszmarami i specyficznym językiem, z pomocą których ukazuje się świat ery informacji. Informacji spreparowanej, służącej kontroli nad wiedzą, co zapewnia władzę niemal boską. Wielki Brat stworzył rzeczywistość, w której dotychczasowe pojęcia zmieniły znaczenie, a każda rzecz jest w istocie czymś zupełnie innym niż nazwa, jaką jej nadano.

    Ministerstwo Miłości torturuje. Ministerstwo Prawdy kłamie. Ministerstwo Pokoju wszczyna wojny, Ministerstwo Obfitości doprowadza do głodu.

A wszystko opiera się na informacji. „Wiedzieć i nie wiedzieć, mieć świadomość prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane, albo wręcz prymitywne kłamstwa” – oto sedno totalitaryzmu opisanego w książce Rok 1984.

Wielki Brat, Policja Myśli i Luka Pamięci weszły na stałe do naszego słownika. „Rzeczywistość Orwellowska” to najlepsze określenie na wyrażenie przepaści między językiem politycznym a moralną rzeczywistością.

      Pogląd, że ludzką naturę można zredukować do bezdusznej maszyny, umocniły prace Burrhusa Skinnera, który w połowie XX wieku zasłynął jako najznamienitszy psycholog od czasów Freuda. Jego doświadczenia nad odruchem warunkowym u gołębi i szczurów wykazały, że nagromadzenie dowolnego pożądanego działania kształtuje ich zachowania. Dlatego Skinner uznał, że nie istnieje coś takiego jak ludzki umysł, a zachowanie człowieka jest sumą skutków działania sił zewnętrznych. Kształtując odpowiednio system nagród, można dowolnie wpływać na ludzką naturę. W 1971 roku napisał książkę „Poza wolnością i godnością”, w której uzasadniał potrzebę porzucenia jednostkowych wolności dla osiągnięcia idealnego społeczeństwa. Czyli jeszcze jedna utopia.

      Jego pomysły zaczęły przypominać Nowy wspaniały świat, oraz Rok 1984 i straciły atrakcyjność. Także sama rzeczywistość w postaci reżimów Mao i Pol Pota, podważyła skuteczność takiego podejścia. Ideę pogrążyła skłonność ludzi do zachowań nie przynoszących im pożytku, do tego często nieprzewidywalnych.

     Nawet zwierzęta laboratoryjne często zachowują się nie tak jak „powinny”. Uczniowie Skinnera podsumowali pomysły swego niedawnego guru w „Harwardzkim prawie zachowania zwierząt”;

- „Przy określonej temperaturze, czasie, oświetleniu, żywieniu i warunkowaniu organizm będzie się zachowywał tak, jak mu się będzie do jasnej cholery podobało”.

     W 1964 roku Stanley Kubrick nakręcił film Dr Strangelove albo „Jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” – najwspanialszą czarną komedię wszech czasów.

Podobne dzieła i setki innych, tak skutecznie wzbudziły w ludziach przerażenie, że ustanowione zostało tabu dotyczące użycia broni A.

     Silent Spring, książka Racheli Carson zawiera natomiast ostrzeżenie ekologiczne – mamy tu sugestywny opis nadejścia wiosny w środowisku tak zanieczyszczonym pestycydami, że nie słychać już śpiewu ptaków, ponieważ wszystkie wyginęły.

Owszem, człowiek jest częścią natury, ale jako jedyny gatunek potrafi ją zmieniać na gorsze w sposób nieodwracalny. Carson pisze: - „Określenie władza nad naturą wynika z arogancji, jaka narodziła się w epoce neandertalskiej, kiedy zapanowało przekonanie, że natura istnieje dla wygody człowieka”.

Ta jej książka przyczyniła się do powstania ruchów ochrony przyrody i rozpoczęcia walki z tak zwanym „ciągłym postępem”.

     Otóż zmiana nie jest postępem, jeśli narusza fundamenty wspólnoty, której częścią są ludzie.

Miarą sukcesu ruchów ekologicznych jest to, że dwa pokolenia temu mniej niż jedna osoba na sto wiedziała, co oznacza słowo ekologia. Dla ludzi świadomych zagrożeń jest to mała pociecha.

    Obecnie na czoło wysuwa się widmo nagłej zmiany klimatu, a winowajcy upatruje się w paliwach kopalnych.

I to byłoby na tyle o smutkach, dlatego kończąc wpis, dla równowagi dodam coś na luziku.

      A do tego luzika akurat pasuje słowo winowajca, które pojawiło się kilka wierszy wyżej:

Ktoś zapytał: - Gdzie jest winowajca?

Między nami – odrzekły jajca. 


CDN

czwartek, 9 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy

Niniejszym poznajemy dwóch Konstruktorów Międzygalaktycznych: - Trurla i jego przyjaciela Klapaucjusza.
Czytelnik, znający co nieco treść Pisma, zauważy od razu niezwykłe podobieństwo owych, do lansowanego wizerunku Boga i jego oponenta - Archanioła Lucyfera.

O Bogu wiemy dużo, jak się niektórym wydaje.
Inni znowu twierdzą, że nie wiemy właściwie nic.
Bo skąd to mamy niby wiedzieć?
Z Pisma, czyli Biblii?
      Wielce uczeni teologowie odkryli w tym Piśmie osiemdziesiąt tysięcy nieścisłości lub merytorycznych błędów. A więc Pismo odpada.
        Są Księgi o wiele starsze - Rigweda, Mahabharata, Rhamajana, oraz informacje z tabliczek pokrytych pismem klinowym.
Z tych źródeł wiemy, że wśród wielu bogów dochodziło do różnicy zdań, a mówiąc konkretnie, bogowie prowadzili ze sobą wojny śmiertelne.
       Z Apokryfów natomiast, wyłania się obraz boga mściwego.
(Bóg do Mojżesza: - „nie chcą ciebie słuchać? Odsuń się nieco, ja się z nimi patyczkować nie będę - załatwię ich jednym strzałem!”)

To co starsze (czyli pierwowzór) jest bardziej wiarygodne od kopii. Więc fundamentem wiedzy teologicznej pozostają Apokryfy Starego Testamentu. 
      (W Polsce - Biblioteka Prymasowska. Słowo wstępne – Józef Glemp, kardynał, Prymas Polski)
Archanioł Lucyfer uważał, że człowiek w wydaniu boskim był nieudanym eksperymentem i należałoby coś poprawić w prototypach.....
     Substancja o nazwie lucyferyna służy świetlikom do przenoszenia światła. Kto tak tę substancję nazwał? Co chciał przez to przekazać?
Przypadek?
Przecież nie ma przypadków....

Archanioł Lucyfer sprzeczał się z Bogiem, bo miał odwagę, a być może także rację. Można to wnosić z nienawistnych konotacji, jakie Kościół dołączył do imienia zbuntowanego Archanioła.
       Archanioł w akcie buntu, albo..... miłości do człowieka, zaingerował genetycznie w jestestwo tych, którzy zamieszkiwali biblijną Sodomię i Gomorię.
     Bóg (natomiast) w swoim miłosierdziu działał zdecydowanie, unicestwiając oba miasta. Jednak Anioł (posłaniec Lucyfera?) ostrzegł Lota. I w ten sposób niektórzy „zainfekowani genetyczną popraweczką"” uratowali się jednak.
       Być może ta hipotetyczna ingerencja mogła się już zdarzyć na etapie biblijnego Ogrodu Eden. Przecież Adam także się zbuntował! (Historia z Ewą? - Zmanipulować można przecież dowolny fakt!)
Nasuwa się pytanie: czy genetyczna popraweczka Archanioła Lucyfera okazała się w końcu popraweczką, czy pogorszeczką?
Jednakowoż takie dywagacje, to tylko gdybanie.
       Za dużo znaków zapytania.

Od młodej (stosunkowo młodej - co wykazałem w poście o religii solarnej) religii chrześcijańskiej nie dowiemy się jak było. Ta młoda religia jest bowiem zakotwiczona w swojej prawdzie, a ta polega na symbiozie z politykami i ssaniu suwerena. 
     Bez urazy, ale PO także była w symbiozie, manipulowała i miała suwerena gdzieś. Może działała tylko nieco mniej bezczelnie. Jednym słowem jedni, drudzy i trzeci rządziciele są tyle samo warci. 
Czyli jest, jak było: - trwa rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem. 
Panie Zbyszek!!!!
Wracaj pan do meritum!

Wracam więc.
Nie znamy szczegółów, jak to było z naszym stworzeniem.
         Z pewnością działała miss Ewolucja.
A ingerencja genetyczna z zewnątrz?
      Mogła być dopiero na etapie człowieka Cro Magnion, ponieważ nastąpił wtedy zagadkowy skok cywilizacyjny.
Liczne opisy tworzonych przez bogów Chimer – pół zwierząt, pół ludzi, pasują jak ulał do eksperymentów genetycznych prowadzonych obecnie w wojskowych laboratoriach. Niektóre z tych Chimer dotrwały przecież do czasów mitologii greckiej i podbojów Cesarstwa Rzymskiego,
     Albo rację ma Stephen Wolfram: - Bóg wygenerował  świat za pomocą programu komputerowego. 

Nie wiemy, jak było, możemy tylko przypuszczać, czyli posłuchajmy opowieści....


Pewnego razu zdarzyło się, że świetny Międzygalaktyczny Konstruktor Trurl przybył szarą godziną do swego przyjaciela Klapaucjusza milczący i zadumany.....
    cdn.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Deszcz

To jest ostatni wpis w kwietniu. Kolejny pojawi się w maju.

Pada trzeci dzień.
Niespiesznie teraz pada....mgły unoszą się w kotlinach.
  

Z deszczem trzydniowym jest jak z chandrą, smutkiem. Wszystko przeminie.....kiedyś przeminie.
Gdy jest piękny słoneczny świat, nie sztuka być rozświetlonym wewnątrz. Natomiast przetrwać bieszczadzką deszczową trzydniówkę w radości, oto polska droga zen! Mnie się to w ubiegłym roku ponownie udało.
Być może, ten tekst zainspiruje innych, do szukania w sobie tego czarodziejskiego kamyka dającego radość.

Uniezależniłem się od deszczu – mam w namiocie dwie reklamówki napełnione suchymi otwartymi szyszkami, a pod plandeką zapas suchych patyków. W każdej chwili przy takim deszczu niespiesznym mogę rozpalić ogień i ugotować gorący posiłek.
          Gorący posiłek jest ważny.
Lecz najważniejsza jest umiejętność bycia zadowolonym, cieszenia się byle drobiazgiem.
Umieć znaleźć w każdej rzeczy jakieś jej plusy dodatnie, to jest właśnie cenne.
       Być może, miałem tę cechę „od zawsze”, tylko ona była uśpiona. Uśpiona pogonią za własnym ogonem, pogonią za wczorajszym dniem.
        Pada coraz intensywniej. Od razu robi się weselej.


W tym padaniu jest między innymi taki plus dodatni, że mam dostarczaną do namiotu wodę prosto z nieba. Codziennie pełen garnek i miska. Bo w huczących potokach woda jest mocno mętna. No i gdy pada nie kurzy się wtedy.
        Lubię deszcz. Zbieram pół szklanki wody z podłogi.

Mógłbym na ten deszcz także psioczyć, tylko po co, skoro on jest bardzo potrzebny.
Łąki były już tak spragnione. 
       Ziemia popękała. Ten deszcz, to jest dla nich dłuższe życie. Przecież czuję to, to jest takie proste, jestem tu częścią przyrody, czuję wibracje łąki, ziemi, drzew, całej tej góry 686.
Wystarczy nawet jeden dzień ostrego słońca i przyroda woła: - pić!
      A nie padało od tygodnia.

Chmury snują się tak nisko, że przykrywają szczyt z krzyżem. Wilgoć?
Jasne, że jest. Ale poza namiotem. Wentylacja w suficie namiotu ma zastosowaną racjonalizację z patyka, w efekcie, pod koniec trzydniówki szyszki trzymane w namiocie są nawet w połowie otwarte.
Pada malowniczo. 
    


Zbieram wodę z podłogi, bo odrobinę znowu podciekło.
Tak mam urządzone, że podcieka jedynie tyciu tyciu, tylko przy samym wyjściu i woda zbiera się w takich dwóch wgłębieniach w podłodze, w ilości pół kubka co kilka godzin. Czyli tyle, co nic.
        Śpiwór opatulony peleryną do wysokości kolan, od spodu i z góry. Tak, że jest suchutko. Co to znaczy praktyka.
Nie nudzić się ze sobą, gdy nie ma wokół żywej duszy, nikogo, oraz żadnej książki, telewizji, telefon wyłączony, bo nie ma zasięgu, to jest wyzwanie, i to jest piękne.
Nie nudzić się kiedy pada.
A właśnie pada pięknie.

Kobiet taka samotność namiotowa nie pociąga. Sama ze sobą w takiej dziczy? Nie ma z kim pogadać... Pożalić się na migrenę.

Przychodzi baba do lekarza: Co pani jest? Pyta lekarz. Mam migrenę. Proszę pani, - lekarz na to, - migrenę to może mieć królowa angielska, panią po prostu łeb napierdala.

Ktoś może kobietę napaść?Może.
Zgwałcić? To pół biedy, gorzej, gdy ukradnie... no nie torebkę, ale namiot, albo coś innego. Ale co innego ukradnie? Szminkę? Lusterko? Lakier do paznokci? A może serce? No, z sercem to rzeczywiście może się przydarzyć, można się zakochać w tym świecie wokół.....
        Bo jeśli chodzi o te inne rzeczy, to kto ukradnie, jeśli tu nie ma nikogo, a już szczególnie nie ma złodziei. Zero złodziei. W takiej dziczy złodziei brakuje totalnie.
Tu jest za daleko od szosy......
Złodzieje trzymają się bowiem innych ludzi, trzymają się zbiorowiska.
W Smolniku są na przykład.
       Natomiast tu są tylko wilki, niedźwiedzie, żmije i kleszcze. Te zwierzęta nie kradną, ani nie gwałcą, mogą tylko użądlić, albo schrupać pacjentkę. Na żywca schrupać.....Mniam!
W nocy, dla urozmaicenia, biegają po tobie myszy...Niedobrze jest spać na plecach i mieć otwarte usta, bo.... (Zbyszek!!! Przestań! Nie wygłupiaj się, nie strasz!.....)
Jejku! Jak ja się lubię nieraz powygłupiać!

Leje spontanicznie.

Człowiek naplątał w przyrodzie nieco. W końcu największym szkodnikiem ci on jest......
Takie mutacje popromienne przykładowo. Czarnobyl. W tym miejscu, a także w okolicach kazachstańskiego poligonu atomowego zrodziły się wilkopsy. One grasują stadami – watahami tak licznymi, jak to mityczne osiemdziesięcio osobnikowe stado wilków widziane ponad Jasielem.
W rejonie atomowego poligonu w Kazachstanie popromienne mutacje stworzyły rasę małych ludzi, maksymalnie metr czterdzieści, długie ręce prawie do ziemi i stopy o długości 70 cm....

Leje zamaszyście!

Nasłuchałem się o Czarnobylu od ziomków na Łemkowskiej Watrze. Rosyjscy badacze w 1997 roku podali szacunkową wielkość stada z rejonu Wołogdy na tysiąc dwieście sztuk! Groza! Watahy liczą tu do stu psów-wilków, które przemieszczają się jak szarańcza i wycinają na swojej drodze wszystko, co się rusza. Zaginęło wielu myśliwych.     Zostaje tylko karabin i rozwleczone ubranie.
         Wilkopies to chimera, która ma umaszczenie inne niż wilki i jest od wilka zdecydowanie bardziej agresywna. 
    

Oczy wilkopsa świecą nocą jak czerwone, atomowe latarnie. Zęby – kły, są olbrzymie. Atomowe. Atomowe oczy. Bo czemu mówić zaraz ślepia? Chimery mają atomowe światło w oczach, dzięki swojemu stwórcy. Taka chimera nie boi się człowieka. Mało tego: atakuje go bez wahania!

      Wilkopsy przetrzebiły najpierw stada łosi i dzików, a potem, czując głód zaczęły tymi ogromnymi watahami wychodzić z lasów. Zagrażają bydłu, owcom wreszcie i ludziom.
     Mają taktykę ludzką: - otaczają wieś z kilku stron i do ataku!
I nie respektują zasady zwykłego wilka: - pijanego nie ruszam. Nawet, jak uważali moi rozmówcy, zapach pijaka je zwabia.
Z tymi chimerami nie ma żartów.
Nie tylko na Ukrainie i Kazachstanie skażenie popromienne wywołało mutacje.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia badano florę i faunę atolu Einwetok, w dziesięć lat po tym, jak przeprowadzono tam próbę z bombą wodorową. Naukowcy znaleźli na wyspie niewiele śladów życia, ale to, co na Einwetok egzystowało, wzbudziło ich niepokój.
Raport w tej sprawie został w większej części utajniony, a w części jawnej opisano jedynie trochę radioaktywnej roślinności. Ze zwierząt przetrwały jedynie silnie zmutowane szczury.
Zwyczaje tych mutantów okazały się przerażające.......

Ulewa zamieniła się w wodospad. Zbieram wodę.

Pamiętajmy, że mamy swego opiekuna i zawsze możemy poprosić go o pomoc. Tę pomoc niesie Anioł, lub krasnoludki. Jednak lepiej poprosić Anioła, bo krasnoludki bywają nieprzewidywalne.
      A więc jeszcze raz ta nieśmiertelna anegdota o krasnoludkach:

Na Czerwonego Kapturka napadł wilk. Słychać wołanie: - Ratunku!
Niedaleko przechodzą krasnoludki i jeden z nich pyta: - Pomożemy? Co ty! - mówi inny. - Ona przecież nie jest z naszej bajki.
Pada równo. Zbieram wodę z podłogi.

Widać strużki wody spływające po zewnętrznych ścianach namiotu.      Jest cudnie!
      Deszcz faluje: raz jest monotonny, by za chwilę gwałtownie przyspieszyć. Teraz jest energiczny. Zacina ze zwykłej strony, czyli z północnego zachodu. Od pleców namiotowych.
     Przez uchyloną szczelinę patrzę na moknący świat.
     

 Faluje na wietrze mokra łąka przed namiotem, krople deszczu jak maleńkie piłeczki odskakują od kałuży na kamiennym blacie stołu, mokre drzewa uginają się pod podmuchami wiatru i potokami wody. Mokrość wokół.
    

Deszcz zaczyna walić po płachcie okrywowej jak serie z karabinu maszynowego. Mam czas, to nagrywam kilka minut tej kanonady. Bo gdybym nie miał czasu.....
       
Deszcz potężnieje. Po raz kolejny zbieram wodę z podłogi. 

Jest bardzo miło oraz niezwykle przyjemnie. Chyba pośpię, bo to pisanie maczkiem (Znowu piszę maczkiem) zmęczyło mnie co nieco.
Moszczę się w tym milusio ciepłym śpiworze – pingwinie. Po ścianach huczy deszcz, leją się strugi deszczu, wiadra deszczu......
    Skąd tam w górze tyle tej wody? Że to się wszystko nie urwie....
Niespiesznie odpływam w niebyt......
Jeszcze kojarzę że deszcz powoli słabnie, chociaż na wysokości dalej się turla ta pusta beczka z grzmotami.

Kiedy się obudziłem, deszcz już nie padał. Nade mną rozpostarty ogromny błękitny dach nieba. Chmury odpłynęły daleko i wyglądają bajkowo w świetle zachodu. Ach, jak pięknie!
    


Ogień zapalony, zupa grzybowa się gotuje, zszedłem popatrzeć na potok....Bo miałem czas. Brunatna woda pędzi z prędkością pociągu.
Żywioł!
   


Huk wielki. Żeby usłyszeć swoje myśli, trzeba krzyczeć. I to na całego. Wypróbowałem.
        W czasie Wielkiego Deszczu inaczej się myśli, inaczej się odbiera ciałem świat, inaczej się chodzi, po tym błocie bieszczadzkim.
W każdym razie razem z Wielkim Deszczem przychodzi Wielka Energia. Kilka razy to sprawdziłem.
      Gdy pod dachem jesteś w czasie burzy.....walą pioruny, elektryczność w powietrzu krąży.....a obok jest kobieta..... Gdybym mówił w takim momencie do kobiety, mój głos byłby bardziej dźwięczny, a oczy błyszczące!
     Kobiety są czułe na elektryczność. Kobiety są czułe na elektryczność zawsze. Nawet wtedy, gdy wydaje im się, że nie mają czasu na takie tam.
W czasie Wielkiego Deszczu inaczej się odbiera wszystko. A to wszystko jest lekkie, dynamiczne, radosne. Może to ten ozon na otwartej przestrzeni tak działa, w każdym razie deszcz dudni, a ty czujesz w sobie wzbierającą radość! Ozon to przecież gaz rozweselający. Zewnętrzny gaz. To jeden z dwóch gazów rozweselających, bo jest jeszcze drugi gaz. Wewnętrzny. Mianowicie od trzech dni, w tych drobnych lukach mniej intensywno deszczowych, gotuję gęstą grochówkę....
      Potem zawody: - liczę puszczane seriami bąki. Udało mi się puścić w jednej serii jedenaście razy!
I jak tu nie być w radosnym nastroju?

Wokół wykąpany, czysty bieszczadzki świat. Potoki huczą, budzi się nowe życie w każdym tutejszym żyjątku.
Zmienia się scenografia w tym Boskim Teatrze Siedem Gwiazdek:
      Zmierzch. 
Zachodzi słońce. Chłonę sobą ten zachód. Ciepłe powiewy powietrza pieszczą skórę. Coś pięknie pachnie. Nadpływają smugi delikatnych, upojnych, zwiewnych zapachów. To pachnie słynna czerwona koniczyna.
     Robi się coraz ciemniej.
Tuż nad głową, bezszelestnie przemknęło mi coś wielkiego. To musiał być puchacz, największy z sów. Miał z pewnością dwa metry rozpiętości w skrzydłach.
I już noc.