Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosjanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosjanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2023

Williamson Diamonds


 Rosjanie zawsze chwalili się wielkimi osiągnięciami i to w każdej dziedzinie. Owszem, były i sukcesy, ale spod podszewki przebija się jakąś podła mania wielkości. Oni zawsze musieli być pierwsi, najwięksi i odnosić same zwycięstwa. A tak naprawdę jest to propagandowy sposób ściemniania, mający ukryć rzeczywistą małość. Paradoksem jest, że wymieniony sposób postępowania jest charakterystyczny także dla innych nacji, mianowicie widzimy go u wszystkich ludzi władzy o mentalności mafijnej.

      Nie inaczej było z powojennymi poszukiwaniami diamentów w Jakucji. Rosjanie wymieniają nazwiska kilku odkrywców, ale nie przyznają się, że najpierw wysłali do Afryki szpiegów, do tamtejszej kopalni diamentów „Williamson Diamonds” w Mwadui, aby podpatrzeć co i jak.

     John Thoburn Williamson przyjechał do Rodezji w 1934 roku.  Wszystko traktował naukowo, ukończył Uniwersytet McGill i napisał rozprawę doktorską. Po przyjeździe do Afryki pracował dwa lata dla Tanganyka Diamonds and Gold Development, więc po prostu wiedział, gdzie trzeba szukać diamentów.

      Te wszystkie bajki, opowiadania o cudownym znalezieniu diamentów, o przypadku, czy też zrządzeniu losu, o jednym jedynym kopnięciu, czy zawadzeniu butem o grudkę, która okazała się diamentem, czy o tubylcach grających w kamienie, które okazały się diamentami, to wszystko wyssane z palca. Williamson był po prostu znakomitym, doświadczonym geologiem i znał się na tych rzeczach.

       Sowicie opłaceni szpiedzy pracujący dla Rosjan, przez kilka lat niuchali, aż dowiedzieli się, że trzeba szukać kominów kimberlitowych. Chodzi o bardzo stare wulkany, sprzed wielu milionów lat. A jako że stare, wiec uległy naturalnej i silnej erozji i już w niewielkim stopniu przypominają wulkaniczny krater. Ponieważ upłynęły całe milionlecia, krawędź takowego wulkanu może mieć tylko kilkanaście metrów przewyższenia ponad otaczający teren, do tego sam krater jest niewielki (afrykański ma rozmiar 140 ha) i dlatego trudno go było dostrzec nawet w afrykańskim pustkowiu, a co dopiero powiedzieć o poszukiwaniach w syberyjskiej tajdze


 Jako że książki nie są dla idiotów, polecam Czytelnikom zapoznanie się z frapującą historią odkrycia afrykańskich diamentów i ją pominę. Napiszę natomiast jak wyglądały liczby dotyczące wydobycia diamentów z Mwadui w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Liczby przemawiają do mnie bosko, jako do zapalonego matematyka

     Otóż koparka jednorazowo zagarniała łyżką sześć ton ziemi i wrzucała urobek na 32. tonową wywrotkę. W ciągu godziny napełniano sześć wywrotek. To dawało dziennie 13 tysięcy ton. Rocznie trzy i pół miliona ton.

     Jeśli dobrze poszło, w jednej sześciotonowej szufli urobku mogło znajdować się pół karata diamentów.

W urobku rocznym natomiast było tych diamentów sto kilogramów. Ktoś powie, że to szaleństwo podobne do poszukiwania szpilki w stogu siana. Zgoda, jednak ta szpilka była bardzo cenna, bo ważyła sześćset tysięcy karatów.

Wydobycie opłacało się i to bardzo. Diamenty nie były duże, największy znaleziony w opisywanych latach miał 256 karatów. Azaliż nie tylko wielkość się liczy.

W październiku 1947 roku znaleziono w Mwadui diament, który przeszedł do historii, choć ważył tylko 54 karaty. To był unikat z powodu swego koloru. Nazwano go „różowym goździkiem”. John Williamson podarował  ten diament królowej Elżbiecie w prezencie ślubnym. „Różowy goździk” po oszlifowaniu ważył 23,6 karata i stanowił środek broszy – kwiatu, którego płatki były również diamentami z Mwadui.

       Inne historyczne diamenty

Piggot. Został przywieziony do Anglii w 1775 roku przez lorda Piggota, gubernatora Madrasu i natychmiast sprzedany. W 1818 kupił go Ali Pasza, wicekról Egiptu. Piggot stał się jego ukochanym diamentem, choć miał innych niemało. Pewnie Ali Pasza wiązal z tym diamentem jakieś nader miłe wspomnienia ze Szkatułki Cennych Chwil, bo zażądał, aby po jego śmierci diament zniszczono i tak się też stało – został rozbity na proszek.

Orłow – zdobił berło rosyjskich carów.

Szach – znaleziony w Indiach w XVI wieku, to nim Persowie okupili zamordowanie posła carskiego dworu.

Pasza Egiptu, Gwiazda Polarna, Wielki Mogoł, Florentinne, Nassak, Hope, Jubileusz – ofiarowany królowej Wiktorii w szesnastą rocznicę jej koronacji.

Regent, Gwiazda Południa, Kohinoor z brytyjskiej korony.

 

Sancy – kupiony w Konstantynopolu w 1870 roku przez francuskiego ambasadora dla dworu Ottomana. Jakub II sprzedał go w 1695 roku Ludwikowi XIV. 17 sierpnia 1792 roku diament został skradziony ze skarbca i ślad po nim na wiele lat zaginął. Dziś własność Luwru.

Tak więc i diamenty mają swoje życiowe rysy.


środa, 20 października 2021

Szanować inność

 Wyspa Sobieszewska.

Cykliczne opuszczanie miejskiej betonozy jest koniecznością, przynajmniej dla mnie, bo przecież każdy żyje po swojemu. Początek tegorocznych wakacji nastąpił w moim przypadku nad Zatoką Gdańską.

Maj. Nad morzem zimno, nie wieje za mocno, ale można skostnieć – temperatura odczuwalna może 5 stopni. Stopni Celsjusza, jak podkreślam za każdym razem, ponieważ bloga czytają także ci ze świata, którzy za pomocą translate zapoznają się z treścią. A u nich na przykład stopnie są w fahrenhajcie i byliby się pogubili.

Więc zimno nad wodą, co prawda da się wytrzymać do pewnego stopnia, jak rzekł Celsjusz, co przełożone na odległość wynosi dwa wejścia na plażę. Wejście przy numerze 7, wyjście dziewiątką. Jest przed sezonem, poranek, dlatego ludzi zero. Niewielki (zimny) wiaterek, flauta. Znajduję jeden bursztyn i dziękujemy panu.





Jest dziewiąte wejście, czuję się przewietrzony dostatecznie – wpadam poza wydmy, tudzież w ciszę. Morze szumi przy flaucie swoje delikatne szu szu, to cudny dźwięk w porównaniu do miejskiego hałasu, ale starczy.

I cieplej się od razu zrobiło, bo tu nie ma wiatru. Skręcam w las. Nie chodzę już z wykrywaczem, nie znoszę zardzewiałych rupieci do domu, ale kilka butelek 0,7 z roku 1943, oraz maluszki po lekarstwach przywiozłem a jakże.  




Żyłka poszukiwacza skarbów zostaje na zawsze. Więc idę zobaczyć, co słychać w miejscowych wykopkach. To znaczy, co pozostawili ci, którzy kopali. Bo jak wiem, fanty to tu są naprawdę niezwykłe. Zima była łaskawa, prawie żadna, teren sprzyjający - czysty piasek, więc las wygląda jak księżyc w kraterach, jakby okopy były dopiero co wykonane. Okopy czy ziemianki.


Koczowały tu przecież tysiące ludzi przez wiele miesięcy. Nie wiedzieli co będzie z nimi. Rok 1945, maj, wyspa okrążona. Wokół Rosjanie. Propaganda niemiecka jeszcze dyszała, więc żegnali się z życiem. Ale jeszcze żyli, a zawsze jest nadzieja, więc jedli.

Jeśli jesteś tylko odrobinę wrażliwy i wejdziesz do lasu na tej (niepowtarzalnej) wyspie, od razu poczujesz traumę ludzi, no Niemców dokładnie, którzy są winni, bo rozpętali wojnę, bo postawili na Hitlera, duża część postawiła na Hitlera. I natychmiast refleksja: Minęło od tych czasów, wyborów (1933) prawie 90 lat i przykładowo dziś Polacy to na kogo stawiają? Pytam, bo mam komfort: - po raz pierwszy w życiu zapisałem się zgodnie z głosem duszy – w Spisie Powszechnym podałem Łemko - ani Polak, ani Ukrainiec.

Szanujmy inność, oraz pokój.


















wtorek, 28 stycznia 2020

Fulguryt


Co pewien czas wracam do dziecięcych wspomnień z letniska. Dziś o zbieraniu ”piorunów”.


Zbierałem je razem z wiejskimi dziećmi. Ktoś te dzieci prawidłowo poinstruował, a one z kolei mnie oświeciły, że szklane kluski znajdowane przy torach kolejowych w okolicach Chotomowa pod Warszawą, to „pioruny”. Niestety nie mam zdjęć "piorunów" o tym kształcie.
Na zdjęciu "piorun" z Sahary.


Tory biegły w tym miejscu nasypem o wysokości może trzech metrów, wokół łąki. Odcinek kolejowy całkiem prosty, czyli niby nic szczególnego, a „piorunów” było tyle, że po krótkim czasie mieliśmy ich pełne kieszenie.            
     Te szkliste, ciężkie wałeczki o długości 15 cm zwykle były wrzecionowate, nieco grubsze w połowie długości, rzadziej zdarzały się rurki. Miały barwę od żółtej poprzez brąz do prawie czarnej. Przez ich całą długość biegł kanalik, idealnie centryczny okrągły otwór, o średnicy około 5 mm.


Dziś wiem, że prawidłowa nazwa szklistego efektu błyskawicy brzmi fulguryt i jest to stopiona od uderzenia pioruna ziemia, żwir, piasek, w każdym razie krzemionka. W mieście można wypatrzeć bezfulgurytowe ślady uderzenia pioruna na chodniku. Jest to wyraźnie wypalona, osmolona na brązowo dziurka na ćwierć palca. Nieraz w niewielkiej odległości da się także zobaczyć następne wypalenie, a kiedy pójdziemy po linii wyznaczonej przez dwa trafienia, odkryjemy ich jeszcze więcej. To znak, że głęboko pod ziemią płynie rzeka wznosząca, która w tym miejscu zakręca gwałtownie w dół. 

Barwa fulgurytu jest zależna od podłoża w które bije błyskawica. Natomiast miejsce obfitujące w fulguryty oznacza, że pod nogami mamy silny, ukryty w głębi ziemi ciek wodny, który ściąga wyładowania elektryczne.



Na piorunozbieraniu byłem dwukrotnie, przy sośnie obok domu cioci pojawiła się kupka szklanych klusek. Jako, że o wiele bardziej kręciło mnie zbieranie amunicji i różności wyposażenia wojskowego, na tym zakończyła się przygoda z fulgurytami.  Pozostałości wojennych była bowiem w okolicy obfitość, ponieważ na tym terenie (Ziemia Niczyja biegła od Wisły przez Chotomów do Bugo-NarwiRosjanie w 1944 roku zatrzymali front naprzeciwko Niemców przez sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień. Czekali aż Niemcy wykończą Powstanie Warszawskie.
O fulgurytach przypomniałem sobie dopiero niedawno nad morzem. Tu uderzenie pioruna potrafi stworzyć rzeźbę - dziwoląga z piasku.




środa, 16 października 2019

Hipotermia


Każdy słyszał określenie „Generał Mróz”.
Nie bez powodu mówili tak Niemcy, mając na myśli warunki zimowe w Rosji w czasie II wojny.
30 procent żołnierzy niemieckich z Ostfrontu zginęło, lub nabyło inwalidztwa z powodu mrozu, zimą 1941/1942.
      Rosjanie nie bardzo o tym wspominali, bo Generał Mróz umniejszał znaczenie ich heroicznej walki.
W grudniu 1941 roku na terenach walk temperatura spadła do minus 40 stopni Celsjusza. Dziś wiemy także, że jest jeszcze temperatura odczuwalna. Rosyjskie stepy, silny wiatr, temperatura odczuwalna pewnie minus 60.                      Następuje gwałtowne wychłodzenie organizmu. 
Nie wolno dotknąć do żelaznej części karabinu dłonią bez rękawiczki, bo skóra natychmiast przymarza.   
Broń zacina się, a najmniejsze rany na takim mrozie oznaczają co najmniej niezdolność do walki.
     Rosyjska zima spowodowała, że po raz pierwszy wśród napastników pojawiło się zwątpienie w zwycięstwo, a przecież z głowy wszystko się bierze, wiara rozumiana jako prawidłowa myśl, jest tu niezbędna.
   
W latach 60 -tych ubiegłego wieku prasa niemiecka szeroko rozpisywała się o przypadku kolejarza, który przez nieuwagę został zamknięty w wagonie-chłodni, a było to przed dniem wolnym od pracy.
     Pisał na kartce, że jest przekonany, iż zamarznie bez pomocy. Rzeczywiście tak się stało.
Gdy po dwudziestu godzinach otworzono wagon. Kolejarz już nie żył, a na ciele pokazały się symptomy zamarznięcia.
    Jednak ta śmierć zastanawiała, ponieważ jak się okazało urządzenie chłodnicze było wyłączone.
Zgon nastąpił wyłącznie pod wpływem sugestii.

Każda rzecz ma dwie strony – dostrzeżesz w zimie artystyczne piękno, pod warunkiem, że nie musisz do nikogo strzelać, jesteś najedzony, ciepło ubrany i nie zatraciłeś umiejętności wpadania w dziecięcy zachwyt.







poniedziałek, 6 lutego 2017

Obszar 4474

Był ranek, 24 kwietnia 1984 roku 
Prezydencki samolot Air Force One wystartował z bazy lotnictwa wojskowego Hickam w Honolulu. Ronald Reagan wyruszył na spotkanie z Zhao – premierem chińskiego rządu. 
      W planie lotu przewidziano międzylądowanie na wyspach Guam. Lot upływał bez zakłóceń, samolot wleciał nad środkowy Pacyfik i zmierzał w kierunku Chin.  Prezydent rozmawiał właśnie  przez telefon ze swoimi współpracownikami w Waszyngtonie, gdy nagle połączenie zostało przerwane.

Pilot poinformował, że łączność samolotu ze światem zewnętrznym została całkowicie zerwana na wszystkich kanałach.
Najpotężniejszy człowiek świata przez ponad godzinę nie mógł się kontaktować z członkami własnego rządu.

Nie można było za to obwiniać Rosjan, ani nikogo innego, bo w tym samym czasie cały świat miał problemy z łącznością.
Wojskowi byli zaniepokojeni, w Waszyngtonie ogłoszono alarm: - Prezydent Stanów Zjednoczonych zaginął!
Doświadczony pilot prezydenckiego samolotu domyślał się, jaka jest przyczyna zakłóceń.
      
Winne było Słońce odległe od Ziemi o 149 milionów kilometrów!
Na tarczy Słońca pojawiło się mnóstwo czarnych plam, które zajęły powierzchnię 280 000 kilometrów kwadratowych.
    To był ogromny aktywny obszar, który oznaczono jako 4474.
Ten obszar w ciągu kolejnych dni intensywnie badali astronomowie zarówno z Ziemi, jak i z krążących wokół Ziemi satelitów.
Obserwacje Słońca są prowadzone przez wyspecjalizowane obserwatoria, właśnie oglądam zdjęcia robione helioskopem 1,6 metra Mac Math na Kitt Peak - Arizona.

Poniżej Obserwatorium Słoneczne na Jeziorze Wielkiego Niedźwiedzia (Big Solar Observatory).


Nad Jeziorem Wielkiego Niedźwiedzia można także odpocząć.







Obserwatorium to jest ulokowane w pobliżu Pasadeny w Kalifornii, pośrodku wysokogórskiego jeziora, zapewniającego chłodzenie i stabilizowanie warstw powietrza w sąsiedztwie teleskopu, dzięki czemu uzyskiwane obrazy są lepszej jakości.

A obszar 4474 aż kipiał od nagromadzonej energii elektrycznej i magnetycznej!
To skutkowało gigantycznymi eksplozjami, zwanymi rozbłyskami słonecznymi.
      Słońce wysyłało w kosmos najsilniejsze promieniowanie rentgenowskie, jakie kiedykolwiek zmierzono, dodając do tego zdarzające się niezwykle rzadko rozbłyski „białego światła”.
        Na oczach astronomów w obszarze aktywnym 4474 doszło do wybuchu o sile równoważnej miliardom bomb wodorowych.
Wybuch nagrzał atmosferę Słońca do kilkudziesięciu milionów stopni i wyrzucił w przestrzeń trylion kilogramów słonecznej materii.
     Fala uderzeniowa walnęła w przestrzeń międzyplanetarną!
Ta osłabiona już odległością fala, po dotarciu do Ziemi i w zderzeniu z ziemskim polem magnetycznym wywołała burzę geomagnetyczną.
Kłopoty z łącznością to właśnie zasługa tej burzy. Jednocześnie w takich momentach możemy obserwować i fotografować fantastyczne zjawisko zorzy polarnej.

Słońce bez przerwy produkuje energię. Pomijając chwile rozbłysków, ilość tej energii wysyłanej średnio w ciągu roku jest taka, że gdyby udało się przechwycić tylko drobną jej cząsteczkę, wysyłaną w czasie jednej setnej sekundy i wykorzystać ją na Ziemi, pokryłaby ona zapotrzebowanie całej ludzkości w ciągu dziesięciu tysięcy lat!

Ludzkość jest całkowicie zależna od kaprysów Słońca. 
Muszą ukorzyć się przed nim prezydenci, a orbitujący wokół Ziemi astronauci są wobec jego potęgi nic nieznaczącą drobinką. Niewielkie zmiany jego aktywności skutkują globalnym ociepleniem lub ochłodzeniem, przesuwają strefy klimatyczne, przemieniają tętniące życiem krainy w pustynie i odmieniają losy cywilizacji, w tym być może i naszej.
       Nie chciałbym przynudzać, wybrane zagadnienia z astronomii są moją pasją, na przykład Liczby Planetarne, a także inne ciekawostki w rodzaju Stonehenge, kręgów kamiennych w Odrach, czy Wielkiej Piramidy, ale jedna rzecz wydaje się całkowicie pewna – jeśli ludzkość przetrwa dostatecznie długo, nie unicestwiając się przedtem samodzielnie, będzie musiała poradzić sobie bez Słońca.

PS. Nie wolno patrzeć prosto w Słońce - groźba uszkodzenia oczu. A już broń boże patrzeć przez teleskop. Wielu dawniejszych astronomów straciło przez to wzrok. Do obserwacji Słońca służą helioskopy.