wtorek, 28 stycznia 2025

Wierzby przydrożne

Wzdłuż polnej drogi, którą jechałem po jajka rosną stareńkie wierzby. Wczesną wiosną prawie wszystkie zostały elegancko ogolone. Ktoś powie: - Oto mamy wzruszający obrazek charakterystycznie polski. Jednak to byłaby refleksja niesłuszna – wszak Sobieszewo przed wojną było słynnym niemieckim kurortem i nazywało się Bohnsack.

Ponieważ akurat panowało ciekawe światło, na co jestem uczulony, więc zatrzymałem się dla uwiecznienia chwili. 















poniedziałek, 27 stycznia 2025

Logistyka

 O świcie przebieżka z kijkami, a przy okazji sprawdzam czy są nie tyle bursztyny, ile piasek bursztynowy.



Nie było nic. Wracam przewiany zimnym wiatrem i jadę na drugą stronę Wyspy po jajka kurzęcie.

A jak po jajka, to zgodnie z zasadami logistyki przywiozę także kubełek nawozu kurzęciego jako papu pod pomidory. Wszak początek maja - szklarnia czeka.












Do tej drugiej strony Wyspy mam tylko kilka minut jazdy rowerem – jak wiadomo Wyspa Sobieszewska duża nie jest.

Po powrocie komunikuję się z ukochaną żoną, ponieważ niedostatek komunikacji może zniszczyć każdy związek.

sobota, 25 stycznia 2025

Piąta fala na Wig 20?

 Jeśli coś wydaje się głupie, ale działa, to głupie nie jest. 

Jeśli jeden obrazek jest więcej wart niż tysiąc słów, to trzy obrazki ile są warte?





czwartek, 23 stycznia 2025

Wycie wilków

 


Zdarza się, że kiedy jestem sam, na przykład w lesie, a dzień jest piękny, to wtedy wzbierająca radość osiągając apogeum wymusza śpiewanie. I śpiewam. Nie ważne co, nie ważne jak, ważne że słyszę swój głos, zaśpiewam i idę dalej. 


Simona Kossak pisała, że goryle także śpiewają, a dzieje się to wtedy, gdy jest dość jedzenia, terenowi łowieckiemu nic nie zagraża, a w rodzinie panuje spokój. Goryle siadają wtedy w kółku, obejmują się, jeden przytula drugiego, po czym zaczynają śpiewać. Ten śpiew można porównać do czegoś pomiędzy wyciem psa, a śpiewem człowieka.


 
Teraz wiem także, że wilki grupowo niekoniecznie wyją z powodu księżyca w pełni. One śpiewają z tego samego powodu, z jakiego goryle to robią. I wygląda to tak, że siedzą wkoło, basior zapodaje nutę, a wtedy odzywa się reszta watahy. Każdy wilk śpiewa po swojemu, każdy ma swoją nutę, swoją zwrotkę. A czuje się w tym grupowym chórze niewysłowioną szczęśliwość i taką radość życia, że aż słuchacz nie wierzy własnym uszom.











Wspomniany nocny koncert usłyszałem po raz pierwszy w 2014 roku na samotnym biwaku pod Chryszczatą i pomyślałem, że to ludzie wyją. Mianowicie studenci z bazy Rabe popili sobie, podkradli się na dwieście metrów i udają wilki, żeby sprawdzić jak zareaguję. Nie zdążyłem nagrać, wszystko działo się z zaskoczenia, ale w głowie zostało na zawsze.

Czyli zwierzęta śpiewają wtedy, gdy są szczęśliwe. A człowiek kim jest?

Pewien starszy maszynista z Piły
Miał psy cztery, co po nocach wyły
Podczas pełni księżyca
Wycie jednych zachwyca,
Innym zaś odgłos ten nie jest miły.

środa, 22 stycznia 2025

Taternictwo



Zabyśko stał długą chwilę urzeczony widokiem skalnej ściany.

- To rozumiem! To rozumiem! – powtarzał cicho.

Następnie rzucił się do taternictwa i trzeba przyznać, że kolejne chwyty wykonywał sprawnie, tudzież z rozwagą.










Patrzyłem na tę jego mozolną wspinaczkę i przypomniał mi się wiersz pod tytułem Taternictwo.

Wygóglałem ów wiersz i zawołałem:

- Mam tu wiersz o taternictwie, przeczytać ci?

- Dawaj! – odkrzyknął Zabyśko.

 

W stronę, gdzie nad Zakopanem

Giewont sobie sterczy,

Wali szosą San za Sanem

Oraz kupa Jelczy.

 

Walą co dzień już od rana,

Klakson cięgiem ryczy –

A w tych Jelczach i w tych Sanach

Sami taternicy.

 

Jedzie Fela, Edek, Nunek,

Zyguś i dwie Zochy,

A wraz z nimi ekwipunek:

Ćwiary i karciochy.

 

Żeby mieli więcej gazu,

Gdy pójdą wysoko,

Jelcz podwiezie ich od razu

Aż nad Morskie Oko.

 

Stąd na ganki i filary

Droga jest już równa

Każden robi się Hillary

Albo Hillarówna.

 

Nie słyszelim o Bonattich

Ani o Tensingach –

Co za haki? Jakie haki?

My se pójdziem w szpilkach.

 

Chmury stroją szczyty grani

W siwawą plerezę –

Zeneeek! – wola jakaś pani –

Załóż się, że wlezę!

 

No i lezie pani owa,

Zenek lezie za nią –

Potem długo trza zdejmować

I Zenka i panią.

 

Miejsce zrobić trza na ścianie

Następnym wspinaczom.

Inne Zenki, inne panie

Też się drapać raczą.

 

- Super wiersz! – dobiegł głos ze ściany – jak się nazywa autor?

- Ludwig Jerzy Kern – odpowiedziałem.

- Już lubię tego pana – wyjaśnił pluszak.

 Czekałem cierpliwie, aż taternik będzie miał dość i taka chwila nadeszła. Wracaliśmy. Oczywiście po drodze piliśmy znowu sławną wodę arsenową.



Zabyśko mocno spragniony po wysiłku pił dużo. Domyślałem się, że jeszcze przeżywa to swoje pierwsze wejście na ścianę. Połknął ostatni łyk, po czym odbiło mu się cichutko (arsenowo) i rzekł:

- Fajnie było. Po dzisiejszej wspinaczce czuję się spełniony jako taternik, tylko ten wiersz mnie nurtuje, bo ponieważ, jak ty to mówisz, nie wszystko zrozumiałem.

- Czego nie zrozumiałeś ponieważ?

- Wymieniony w wierszu ekwipunek taterniczy mnie dręczy, mianowicie ćwiara i karciochy. Nie wiem co to jest i dlaczego ja tego nie mam?

- Nie masz wspomnianego ekwipunku, ponieważ on nie jest dla ciebie wskazany, mój ty milusiński – to wyposażenie Zenków i innych debili, których w końcu ratownicy muszą znosić ze ściany. A ty jesteś sprawnym, przyzwoitym  taternikiem i do tego nie nazywasz się Zenek. Nieprawdaż?

- Prawdaż, prawdaż, chyba że tak – odpowiedział Zabyśko, jednak czułem, że zgodził się z moim wyjaśnieniem tylko z powodu wrodzonej grzeczności.