wtorek, 5 lutego 2013

Jezioro w górach



Jazda trwała około dwóch godzin. Wjeżdżaliśmy na jakieś wzniesienia i pokonywaliśmy strome zakręty. Nikt nic nie mówił.
Na ciemnym niebie widziałem korony wysokich sosen, których czerń przesłaniała nieco spektakl milionów gwiazd. Byliśmy gdzieś na dalekiej północy.
     W pewnej chwili odgłos silnika furgonetki zamilkł. Pojazd poruszał się dalej. Nie miałem pojęcia. Jak furgonetka może poruszać się bez pracującego silnika.
W końcu samochód zatrzymał się pod sosnami.
Wysiedliśmy.
      - Ostatni odcinek drogi pokonamy pieszo – wyszeptał Axel.  Potrwa to około czterdziestu minut i niezwykle ważne jest, abyśmy zachowywali się tak cicho, jak to tylko możliwe. Rób dokładnie to, co my, nie hałasuj i nic nie mów. I nie zapalaj papierosa!
     Zanurzyliśmy się więc w czystą czerń. Tempo marszu było dość monotonne.
Czasami jeden z bliźniaków chwytał moje ramię, aby pomóc mi przejść przez mały strumień,
Lub okrążyć niewidoczny głaz.
    Mieli na oczach gogle, które uznałem za noktowizory. Nie rozumiałem, dlaczego i mnie nie wyposażono w takie urządzenie.
    Weszliśmy na jakieś wzniesienie, po czym zeszliśmy na płaską równinę, gęstą od drzew.
W końcu zatrzymaliśmy się i usiedliśmy na grubej podściółce z opadłych sosnowych igieł. Schowaliśmy się za dużymi głazami
    Axel wyszeptał:
    - Jesteśmy na miejscu. Przed nami jest małe jezioro. Kiedy nadejdzie świt, ujrzysz je między sosnami. Poczekamy tu. Obyśmy mieli szczęście. Nie mów nic i nie wydawaj żadnych dźwięków.
    Szczęście? Co to u diabła miało znaczyć?

Materializacja



Nie widziałem kompletnie nic, jedynie wąski, niebiesko – zielony przebłysk świtu na wschodzie.
  Wyszeptałem do Axela:
     - Co mam robić?
     - Po prostu obserwuj to, co widzisz. Na pytania przyjdzie czas później – odpowiedział.
Teraz najważniejsze jest to, by obserwacja odbyła się w całkowitej ciszy. Nie ruszaj się więc, chyba, że ci powiem. Oni błyskawicznie wykrywają ciepło, hałas i ruch.
    Byłem więc cicho.
Wszyscy, cała nasza czwórka, siedzieliśmy bez ruchu jak głazy. Nagle bliźniacy dali sygnał.
     - Zaczęło się – wyszeptał Axel – Proszę cię! Nie wydaj żadnego dźwięku i nie ruszaj się, dopóki ci nie powiem.
Wytrzeszczyłem wzrok, usiłując dostrzec, co takiego mogło się „zacząć”.
      Nie widziałem kompletnie nic, za wyjątkiem czegoś, co wyglądało na szarą mgłę, tworzącą się nad powierzchnią jeziora. Myślałem, że to zwykła poranna mgła. Wznosiła się przez około pięć minut i nagle zobaczyłem……
      W mgnieniu oka mgła zmieniła się w fosforyzujący, niebieski neon, a następnie przybrała kolor wściekłej purpury.
     Wtedy Axel i jeden z bliźniaków położyli ręce na moich ramionach. Dobrze zrobili.
Z sieci purpury we wszystkich kierunkach wystrzeliły czerwone i żółte błyskawice. Gdyby mnie nie trzymali – podskoczyłbym.
     I wtedy pojawiło się TO.  W pierwszej chwili nieomal przezroczyste, ale dość szybko jaśniejące.  BYŁO!
Doskonale widoczne ponad jeziorem, którego odbijającą światła wodę widziałem teraz bardzo wyraźnie.
    TO POWIĘKSZAŁO SIĘ!
Naprawdę nie wiem, czego oczekiwałem, ale założyłem, że jeśli cokolwiek zobaczę, będzie to coś w rodzaju latającego spodka. A tu nie było mowy o spodku! TO było trójkątne, a górę miało ta zakrzywioną, iż całość wydawała się mieć kształt szlifowanego kryształu.
     Kiedy tak zastanawiałem się nad tym, co widzę, usłyszeliśmy „wiatr”. Wdarł się w korony drzew, aż kilka szyszek i gałęzi spadło na ziemię.
      Dwie mocne ręce na ramionach zacisnęły się ostrzegawczo. Dzięki temu nie poruszyłem się.
 W tym samym czasie z „tego czegoś”, co urosło już do niewyobrażalnych rozmiarów, wystrzeliły rubinowe, laserowe wiązki. Jednocześnie „kryształ” wisiał wciąż nieruchomo w swej pierwotnej pozycji nad jeziorem.
     Jeden z bliźniaków odezwał się cicho, aczkolwiek dźwięk jego głosu był dla mnie jak piorun.
     - Cholera! Badają teren! Zauważą nas!
Nie miałem czasu zastanawiać się, o co mu chodzi. Ujrzałem jednak, jak kilka rubinowych wiązek dotyka sosen!
     Jednocześnie „to coś” powiększyło się i osiągnęło średnicę około dwudziestu siedmiu metrów.
     Wszystko odbywało się w całkowitej ciszy, nawet elektryczne wyładowania nie dawały charakterystycznych „trzasków”. W pewnej chwili zacząłem jednak odbierać wibracje  na niskiej częstotliwości.
      - Kierują światło na zwierzęta – tłumaczył Axel cicho i spokojnie, ale jego szept był pełen napięcia. – Wiązki wyczuwają ciepłotę biologicznych ciał, dlatego z pewnością namierzą i nas.

Pobieranie wody



W pewnej chwili obie dłonie na moich ramionach zacisnęły się jeszcze mocniej i pociągnęły mnie, a właściwie odrzuciły do tyłu.
    Tam, gdzie jeszcze przed chwilą byliśmy, rozległ się głośny „trzask”, a kilka gałęzi z pobliskich sosen runęło nam na głowy.
    Wtedy ostatni raz spojrzałem na tę dziwną trójkątną rzecz i zobaczyłem, jak WODA Z JEZIORA LEJE SIĘ W GÓRĘ – było to coś w rodzaju wodospadu „postawionego na głowie”!
         Potężna maszyna zasysała jezioro!
Wylądowałem na tyłku, ale bliźniacy podnieśli mnie i wlokąc między sobą, biegli dalej, aż w końcu rzucili mnie jak worek ziemniaków pod wiszącą skałę.
     Axel upadł na mnie i cała nasza czwórka zbiła się w gromadkę, niczym myszy zapędzone do pułapki.
    Axel ciężko dyszał. Bliźniacy również.
Ja nie oddychałem prawie wcale i dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z tego, że skała lub gałąź rozcięła mi dres i na nodze mam krwawiącą ranę.
      Tym razem jednak nie potrzebowałem szeptanych instrukcji, by być cicho i siedzieć bez ruchu.
Skamieniałem z przerażenia, które trudno opisać słowami. Ale czułem dreszczyk emocji.
     WIDZIAŁEM!
Zostaliśmy tam jeszcze jakiś czas. Mogło to trwać od pięciu minut do pięciu godzin.
      W strefie, w której nie istniał czas, usłyszałem jak jeden z bliźniaków mówi:
     - Teraz wszystko jasne.
Wydawało mi się to absolutnie najśmieszniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Jeśli cokolwiek było jasne, nie miałem zielonego pojęcia, co.
       Axel zapytał, czy jestem ranny. Bliźniacy wstali i spokojnie, jak gdyby nigdy nic, wysikali się obserwując otoczenie. Po raz pierwszy zauważyłem, że na niebie świeci słońce, sosny są ciemnozielone, a od jakiegoś czasu śpiewają ptaki.
    Wstałem trzęsąc się i zwymiotowałem – co najmniej trzy razy.
Axel skakał wokół mnie, badając moją ranę na nodze ( niezbyt dużą, ale obficie krwawiącą), więc to ja zacząłem:
     - Tak, wiem – nic nikomu nie mówić!
     - Nie, nie to chciałem powiedzieć. Ta rzecz znikła i wszystko jest już w porządku.
Gapiłem się na niego z niedowierzaniem i zirytowany stwierdziłem:
     - W takim razie zapalę papierosa.

Alaska




Zapaliłem papierosa wyciągnąwszy paczkę z kieszeni dresu.
Papierosy były wymięte i połamane, ale znalazłem jednego, który nie ucierpiał. Usiadłem na skale i zapaliłem.
Jeden z bliźniaków utykał. Drugi nonszalancko czyścił paznokcie małym patyczkiem.
    A ja? Kaskada skrywanego gniewu pulsowała w całym moim ciele sprawiając, że trzęsły mi się ręce.
Moja rzeczywistość kompletnie się rozsypała. Kraina La-La ukazała swoje prawdziwe oblicze.
W końcu Axel powiedział, że woda w strumieniu jest zdatna do picia, ale jeden z bliźniaków pokręcił przecząco głową. Zrozumiałem, że powinniśmy natychmiast oddalić się z tego miejsca, co też uczyniliśmy.
    - Więc – zapytał Axel w czasie marszu – co wyczułeś?
      Wybuchnąłem śmiechem.
- Jesteś kompletnym świrem! Muszę być spokojny, wyluzowany i w dobrej formie, aby cokolwiek wyczuć. Ale założę się o własny tyłek, że masz wielki problem, prawda?
     Nagle, w odległych rejonach zmysłów, zupełnie nieświadomie wpadłem na odpowiedź na to pytanie.
      - To było coś w rodzaju szumu. Nie było tam istot inteligentnych, mimo to wszystko znajdowało się pod kontrolą.
Axel zmarszczył brwi patrząc na stok wzgórza, z którego schodziliśmy.
     - Ale co robiła ta rzecz? – zapytał niepewnie.
     - Na miłość boską! Była SPRAGNIONA! Najwyraźniej pobierała wodę. Ktoś, gdzieś potrzebuje wody, więc – jak myślę – po prostu przychodzi i ją sobie bierze. Nie trzeba być medium, aby to zauważyć! Tak! To „statek” dostawczy wysłany na Ziemię! Jedźmy na Ziemię, zróbmy zakupy, weźmy, czego nam trzeba i już.
    Dalsza droga, aż do furgonetki, upłynęła w milczeniu. W samochodzie były nie zniszczone papierosy i kanapki. Ruszyliśmy.
     - Wiesz Axel – powiedziałem w końcu – oni naprawdę chcieli zabić leśne zwierzęta. Jaki to może mieć sens? Czytałem, że niektóre UFO palą ludzi. Czy to prawda?
     Nie czekając na odpowiedź, bo wiedziałem, że jej nie otrzymam, dalej mówiłem do siebie:
     - Pewnie tak. Domyślam się, że my również zostalibyśmy spaleni, prawda? Wy, koledzy, jesteście zdaje się, do tego przyzwyczajeni. Uczestniczycie w czymś takim, co jakiś czas, zgadłem?
    Kiedy w końcu dotarliśmy do pasa startowego, okazało się, że jest on zapełniony samolotami poczty USA-Alaska. Kilku białych mężczyzn w płaszczach w kratę i kowbojskich kapeluszach, siedziało na drewnianych ławkach
     - Czy oni wiedzą, kim jesteś? – kiwnąłem głową w kierunku „Szeryfów”.
- Powiedziano im, że jesteśmy z ochrony środowiska i obserwujemy ptaki. Badamy zniszczenia spowodowane kwaśnymi deszczami.
     - Co za bzdura – zachichotałem. – Oni wiedzą, co tu się dzieje. Prawdopodobnie to od nich dowiedzieliście się o statku, który przybywa na Ziemię jak do sklepu.
   Bliźniacy usiedli za sterami odrzutowca. Po kilku minutach mijaliśmy wysokie pasmo wspaniałych gór.
     - Czy masz jakiekolwiek  przeczucia, w jaki sposób ten obiekt się porusza? – zapytał Axel.
Spojrzałem na niego i wybuchnąłem śmiechem. Chyba sobie żartuje! „Obiekt” – dobre sobie.
       - To musi być coś w rodzaju „kosmicznego odkurzacza”, ale tak naprawdę nie mam pojęcia, co to może być. To nie przenosi się z miejsca na miejsce. To WYRASTA. Pojawia się. Materializuje. Miało kształt trójkątnej piramidy. Nie był to spodek.
Widząc to, byłem zszokowany. Gdybyś mi chociaż powiedział, że ma to być materializujący się, lewitujący trójkąt, może mógłbym spokojniej to obserwować.
     Axel rzucił: - Ogromnym ryzykiem było wystawienie ciebie na to „pojawienie się”. Nie mieliśmy prawa tak postąpić. Jedynym usprawiedliwieniem dla tego ryzyka, jest związek naszych działań z bezpieczeństwem państwa.

Skoczyć czy nie skoczyć - oto jest pytanie



Rynek rysuje swoje i z tym trzeba się zgadzać.
Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba!.
Można nie być na rynku, oooo…….to jest piękna zaleta!. Nie widzimy sygnałów – nie ma nas na rynku. 
Ale granie pod prąd bez stopa?... to katastrofa!!! Zresztą granie bez stopa w zgodzie z trendem jest też niedopuszczalne. Rynek przecież może w każdej chwili wykonać gwałtowny skok w przeciwną stronę.
                 I nie ma tłumaczenia:- “ Nie zdążyłem postawić stopa, bo rynek mi uciekł i nie chciałem realizować straty”.  
             To na co czekasz inwestorze? Na cud? – “Ale wskaźniki były na samej górze”.  
Tak, ale po pewnym czasie one się schłodziły, nie spadło i dalej w górę pojechało!                
 Pokazywałem granie na przebicie spadkowej linii trendu? Co dalej?........piszę o daytradingu.              
              Tu nie zostawia się pozycji z dnia na dzień. To się nie opłaca.
Jutro też dzień, to po pierwsze primo.
        A po drugie primo: higiena psychiczna! Bo wszystko w cyklu idzie: wdech-wydech, dzień-noc, radość-melancholia. U kobiet mocniej: śmiech i łzy. A trzeba przecież na luziczku być. A z otwartą pozycją zawsze napięcie jest. Przecież stopa należy przesuwać…..
             Dla daytradera nie istnieje wczoraj, ani jutro. Tylko dziś. Tylko Tu i Teraz.
Daytrader to taki grecki generał. A moje pisanie jest subiektywne. Każdy rozumie je, jak chce. I każdy podejmuje decyzje samodzielnie. Czytelnicy bardzo potrzebują się na kimś oprzeć, kto poprowadzi. Ja to rozumiem. Piszę te listy do samego siebie i sam siebie prowadzę. Na giełdzie i przez życie też.
       A oprzeć się na kimś? Niech ktoś za mnie myśli? Wolność oddać? To całkiem chore jest!
Jest takie cudne zdanie autorstwa Osho, na ten temat:
      - WIESZ, DLACZEGO ISTNIEJĄ GURU? – BO JESTEŚ GŁUPCEM!

Proste Ma być. Sam się prowadź. Masz do tego boskie narzędzie – to twój umysł!
Nikt nie przeżyje życia za mnie, tylko ja sam. Nikt nie przeżyje życia za ciebie – tylko ty sam.

Jeśli piszę: skocz, nie bój się, skrzydła wyrosną ci w locie! – to tak zrobiłem ze swoim życiem, to nie jest teoria, tylko praktyka.
       Mam na myśli odzyskanie wolności i drugi rozwód. Nic nie sugeruję. O sobie tylko piszę. Poczułem Wolność. Oddycham pełną piersią! Czy nie bałem się skoczyć? Bałem się trochę, to nie proste było.               
             Ale ten lęk przed nieznanym potrafiłem okiełznać. I podkreślam, że nie ma uniwersalnej recepty na życie. OK. – szczęście jest we mnie, itd. - Tak, są Prawdy Objawione. Lecz trzeba je połknąć, one mają działać, a nie pozostać na papierze.
 Znalazłem receptę na życie: to Recepta Zbyszkowa. U mnie działa, a tobie może zaszkodzić.
             Szukaj swojej recepty!
A jak należy myśleć o rynku? Wcale nie myśleć! Tylko sygnały AT dla daytraderów.
Wczoraj coś mi się wydawało, dziś zmieniam zdanie, przecież wszystko jest dynamiczne.

PS. Jednak skocz……życie tak piękne jest!

Potrzask

Jest sposób na wyrwanie się z każdego potrzasku. Podam ten sposób na przykładzie zapasów, ale jest to sposób uniwersalny i można go stosować we wszystkich trudnych momentach życiowych.
    Wyrywamy wtedy do przodu jednym kwantowym skokiem.



Rzecz dzieje się na olimpiadzie. John Mack, trener amerykańskiego zawodnika „Byka - Flamma, przestrzega swego ucznia przed zapaśnikiem rosyjskim:
 -„Ten zawodnik, Ivan Katruvsky, z którym walczysz, jest najlepszy na świecie. Ale tak naprawdę, nie jest tak dobry, jak ty. On ma tylko silny chwyt. Jak ktoś się w nim znajdzie, to koniec. Katruvsky użył tego chwytu w dwudziestu ośmiu ostatnich walkach i wygrywał po dziesięciu sekundach. Uważaj na niego.  Nie daj mu się w ten sposób złapać!
Jak cię złapie, to po tobie!”

     Byk uważnie wysłuchał instrukcji Macka i ruszył na matę.
·         Pierwsze trzy minuty- remis. Nagle..wrzawa na widowni! Ludzie się cieszą! Słychać krzyki: Zabij go!!!!
·         To bardzo miłe i delikatne. Jak zwykle przy boksie i zapasach.
·         Ivan trzyma Flamma w żelaznym uścisku.
·         Mack machnął ręką i  wyszedł do szatni. Już po Byku – pomyślał.
·         Nagle sala zawyła!!!
·         Co jest? Czyżby jednak?....Mack wraca biegiem. Słyszy; Wygrał Byk Flamm!!!!
·         Owacja ciągła trwa. Pyta Byka w tym ryku; - jak to możliwe?- byłeś w imadle!
·         Byk: - jak mnie jebnęło! Skręcił mnie całkiem. Patrzę: jaja. Ugryzłem z całych sił!
·         Ty wiesz, jaką masz siłę, gdy się w swoje jaja ugryziesz? Każdy uścisk puści!

Kara za grzechy



                                                    Głęboko wierzący człowiek, szuka odpowiedzi na pytanie: 
-„Dlaczego na mojej drodze życia spotykam same kolce? Dlaczego jestem tak nieszczęśliwy?                             
                         Może to kara za moje grzechy z poprzednich wcieleń?”

Chodzi więc regularnie do świątyni, próbuje nawiązać bezpośredni kontakt z Bogiem, co mu się kiedyś udało, teraz  już bez kapłana-pośrednika, który nie potrafi mu pomóc. Bo radzi tylko: -„Musisz cierpieć – Bóg tak chce”.
                   Człowiek cierpiący jest już u kresu wytrzymałości…
                             Zaczyna wzbierać w nim złość….. I któregoś razu, gdy jest sam w świątyni, zdobywa się na odwagę i krzyczy na cały głos- wyje: -„Panie Boże, modlę się do ciebie regularnie! Dlaczego nie odpowiadasz?????”
  
      Ten krzyk rozpaczy wywołał w świątyni wielokrotne, gasnące echo…..Naraz…u sklepienia świątyni pokazała się Jasność i rozległ się Głos z Nieba:
    
     Nie odpowiadam, bo WYCZERPAŁEŚ SWÓJ  LIMIT  POBORU  DANYCH - 7 GIGA!

sobota, 2 lutego 2013

Drzwi do świadomości

Te wszystkie posty mają głęboki sens: mają zadanie OBUDZIĆ CIEBIE! Bo mnie już obudziły.
Co się wtedy dzieje? Może zgłupiejesz? Ale możesz też zmądrzeć.




Miliony ludzi żyją, jakby byli wpatrzeni w lustro. Wydaje im się, że tym, co w nim widzą, jest ich twarz. Myślą, że to ich imię, ich tożsamość, poza którą nie ma już niczego więcej.
Będziesz musiał wejść nieco głębiej. Będziesz musiał zamknąć oczy. Będziesz musiał spojrzeć do wewnątrz. Będziesz musiał na­uczyć się milczeć. Jeśli nie osiągniesz absolutnej ciszy wewnątrz siebie, nigdy nie dowiesz się, kim jesteś. Ja ci nie powiem, bo te­go nie da się powiedzieć. Każdy musi sam to odnaleźć. Jedno jest pewne - istniejesz. Prawdziwym wyzwaniem jest sięgnąć do naj­głębszego rdzenia, aby odnaleźć siebie. I tego uczę od lat. To, co nazywam medytacją, nie jest niczym innym jak mechanizmem, który pomoże ci odnaleźć siebie.
Nie pytaj mnie. Nie pytaj nikogo. Odpowiedź nosisz w sobie i musisz udać się w głąb siebie, żeby ją odnaleźć. Jest tak blis­ko - obrót o sto osiemdziesiąt stopni i staniesz z nią twarzą w twarz. 
Obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Stań na głowie!
Zaskoczy cię to, że nie jesteś swoim imieniem, nie je­steś swoją twarzą, swoim ciałem, nie jesteś nawet swoim umys­łem. Jesteś częścią całej egzystencji, jej piękna, majestatu, bło­gości, nieogarnionej ekstazy. Poznanie samego siebie oznacza osiągnięcie pełni świadomości.

Mahomet i Koran




Gdy Mahomet głęboko medytował na górze Hira, nagle usłyszał głos, który nakazał: -„Czytaj”. Będąc zupełnym analfabetą, odparł: -„Jakże mam czytać? Nie umiem czytać, jestem analfabetą”
Głos ponownie nakazał: -„Czytaj!”. – i to z dużo większą stanowczością. Mahomet zawahał się. Zaczął drżeć ze strachu. Jak mam czytać?
I kiedy głos zabrzmiał po raz trzeci: -„Czytaj” – Mahomet znalazł się na granicy miedzy wyższym i niższym. Doskonale wiedział, że jest niższej sferze, i tu czytać nie może. Jednak głos dobiegał z innej sfery, i nalegał: - „Czytaj”.
            Otworzył zatem oczy i ujrzał, że wkroczył w inny świat. Mógł czytać, rozumiał.
Trwało to latami. Mahomet nie otrzymał Koranu jednego dnia. Koran wsączał się w niego całe życie. Wcześniej był zupełnie zwyczajnym człowiekiem. Nagle stał się inny. Dlatego nigdy nie mówił: -„Jestem synem Boga”, jak w przypadku Jezusa.
     Mahomet mówił: -„Jestem zwykłym człowiekiem, sługą, posłańcem między dwoma światami”.
 Był prostym, niewinnym człowiekiem. Dlatego niższe się zamknęło, a wyższe otworzyło. To się po prostu stało.
Za pierwszym razem tak się przestraszył, że nikomu nic nie powiedział. Gdy przyszedł do domu, miał wysoką gorączkę. To wszystko takie dziwne! Jak mógł czytać? A to, co widział, było tak odmienne, nie pochodziło z tego świata. Sam nie mógł uwierzyć, wszystko stanęło na głowie. Gorączka trzy dni nie ustępowała, a on trwał zatopiony w modlitwie. Po czym, z wielkim oporem, powiedział swojej żonie, co się zdarzyło.
„Byłem w inny świecie – rzekł –Nie mów o tym nikomu, bo pomyślą, że jestem szalony”.
        Od tego pamiętnego dnia Mahomet prowadzony był nie przez swoje ego, ale przez siły ponad nim – stał się instrumentem.
Gdy otwiera się wyższe, wszystko wywraca się do góry nogami. Twoja logika przestaje działać, rozum nie ma już żadnego zastosowania. To, co wiedziałeś, staje się zupełnie nieistotne. Wylewa  się twoja filiżanka z wiedzą.
    Zamknięcie się na niższe i otwarcie na wyższe jest niezbędne, prawdziwie konieczne, jeśli chodzi o przetrwanie ludzi. Ludzka rasa przetrwała jedynie dzięki kontaktom z tym, co wyższe. Dwadzieścia imion z ostatnich trzydziestu wieków: Mitra, Budda, Mahavira, Zaratustra, Krishna, Lao Tzu, Jezus, Mahomet………dwadzieścia imion…..Okaże się, że bez nich przetrwanie ludzkiej rasy byłoby nie do pomyślenia.
         Darwin może twierdzić, że przetrwaliśmy dzięki walce, zwierzęcej walce o byt, i ma rację, jeśli chodzi o nasze przetrwanie jako zwierząt. Lecz jako ludzie przetrwaliśmy dzięki temu, że przez cały czas przenikały do nas siły wyższe.
     Ilekroć pojawia się budda, wyższe przenika do niższego. Dzięki takim postaciom cała ludzkość wchodzi w głęboki kontakt z czymś wyższym. Budda staje się pojazdem, przejściem, pomostem. Wiele jest takich pomostów, dzięki nim człowiek nie jest tylko zwierzęciem, jest czymś więcej.
     Jeśli człowiek przetrwa tylko jako zwierzę, nie będzie to miało sensu. A znamiona takiego przetwarzania widoczne są na całym świecie. Kto zastanawia się nad sytuacją, dochodzi do wniosku, że nasze Życie stało się bezsensownym, absurdalnym powtarzaniem banałów..... Kręceniem się wokół własnej osi.
Nie żyjemy, jesteśmy jedynie czymś zajęci.
     Tylko ludzie nie mający za grosz świadomości mogą myśleć, że to jest życie. Tylko bardzo ubogie mózgi mogą tak zakładać. Jeśli pomyślisz, że to już wszystko, życie traci sens. Jest bezsensowne, bo jako zwierzę, człowiek nie specjalnego znaczenia. Człowiek jest bowiem wzrastaniem, wznoszeniem się ponad zwierzęcość.
   Budda mawiał, że życie to cud, błogosławieństwo.. Krishna tańczył, śpiewał i celebrował życie. My natomiast jesteśmy smutni – siedzimy i patrzymy, jak życie upływa niczym bezsensowna podróż donikąd. Nuda, wciąż powtarzalna nuda….lecz dla Krishny życie jest świętowaniem, tańcem, rozkwitem.. Dlaczego? Ponieważ wszedł w kontakt z tym, co wyższe. Gdy jesteś w kontakcie tylko z tym, co niższe, życie jest banalne, bezsensowne, jest jedynie powtarzaniem rutynowych czynności.

Atomowy wybuch



       Świat nie skończy się w atomowym wybuchu, ale może dokonać żywota przez taką bezsensowność. Ilekroć pomyślę o końcu świata, staje mi przed oczami wizja nie morderstwa, ale samobójstwa. Jeśli ten bezsens będzie narastać, ludzkość popełni samobójstwo. Może i na skutek atomowej eksplozji, ale powodem będzie pragnienie popełnienia samobójstwa.
     Jedyna zbawcza siła, to wyższe. Naukowcy dowodzą, że w głębokiej medytacji zapada się w mocny sen, bez marzeń sennych. Mózg wytwarza wtedy fale alfa. Tak samo jak w mocnym śnie bez marzeń. Czyli medytacja to sen bez marzeń sennych – i koniec!
        Nie tak jest! Głęboka medytacja, to stan spoza snu bez marzeń sennych. Stan bezfalowy, w którym całkowicie ustają fale mózgowe. Czujniki rejestrują tylko do punktu, w którym znikają fale mózgowe. Stanu bez fal nie można zmierzyć.
     Skoro stan buddy przypomina sen bez marzeń, po cóż tracić czas na medytację? Czemu nie zażyć jakiejś pigułki? Wtedy pojawią się te same fale bez medytacji. Czemu nie skorzystać z pomocy chemii? Tak jest łatwiej, to świetna droga na skróty.
      Różnica jest taka, że można latami łykać pigułki, a życie i tak nie nabierze sensu.
Pojawią się fale alfa, ale człowiek wciąż będzie taki sam, będzie krążył po tych samych utartych szlakach. Nie stanie się mądry, nie stanie się buddą. (budda-przebudzony)
Nie będzie w stanie celebrować życia, ani powiedzieć: -„Jestem szczęśliwy, że się urodziłem, jestem szczęśliwy, że po prostu jestem”.
    Świadomość Buddy nie może być zarejestrowana, bo nie ma natury falowej. Naukowcom to nie wystarcza. Im się wydaje, że mają narzędzia wystarczające do tego. A to jest tak, jakbyś chciał miarką metrową zmierzyć ile jest powietrza wokół. Jeśli będziesz myślał, jak ci naukowcy, dalej będziesz pytał o sens życia. Życie dla ciebie będzie bezsensowne.
Życie nabiera sensu, gdy czuje się obecność tego, co boskie. Sens jest możliwy wtedy, gdy istnieje to, co wyższe. Sens zawsze wypływa spoza ciebie, nie może wypływać od ciebie.
    Gdy potrafisz wznieść się ponad siebie, życie dopiero wtedy nabiera sensu.
Bo życie jest bezsensowne, gdy jesteś otwarty tylko na to, co niższe.
Wtedy powtarzasz, tę samą rzecz, raz po raz.. W wyższym natomiast, powtarzania nie ma. Tu mamy do czynienia z wieczną świeżością, wiecznym dziewictwem.. Każdy moment jest wiecznością. I wtedy życie nabiera sensu – staje się ważne.

PS. (Mam nadzieję, że Einstein nie czytał I-Cingu. Mam nadzieję, że nie czytał Starej chińskiej Wyroczni. I-Cing ma bowiem kilka tysięcy lat. Jest tam powiedziane, że I-Cing opiera się na pięciu wymiarach. Pierwszy to długość. Drugi wymiar, to szerokość, trzeci wysokość, czwarty, to czas, a piąty wymiar, to Nawigacja. I-Cing w tłumaczeniu Burdziaka.)

Drzwi do Wyższego



Budda, Mahavira, czy Krishna to nie tylko imiona i formy cielesne. Stali się tacy, bo urzeczywistnili bycie bez formy. Teraz też nie mają formy. Są wieczni. A ty możesz być z nimi w każdej chwili.
 Potrzebne jest tylko jedno: Zamknięcie się na to, co niższe.
    Wtedy otwierają się drzwi do wyższego, wtedy znika czas.
Bo czas, jak i przestrzeń, to zjawiska należące do niższej sfery.
    Uczeni mówili, że czas składa się z czasu i przestrzeni. Einstein przekształcił to w jedno: powiedział, że czas jest czwartym wymiarem przestrzeni. Stworzył pojęcie „czasoprzestrzeni”.
Gdy otwierasz się na wyższe, przenosisz się w świat bezczasowy i pozaprzestrzenny – nie ma tam ani czasu, ani przestrzeni.
    Gdy się otwierasz na wyższe….otwiera się przed tobą zupełnie inny świat. I nie tylko wchodzisz z nim w kontakt. Dostępujesz także głębokiej z tym komunii. Wtedy ciebie nie ma. Roztapiasz się, istnienie możliwe jest tylko z tym, co niższe.
    Właśnie dlatego tak bardzo się upierasz przy pozostaniu w niższym, gdyż w tym, co wyższe, nie będzie ciebie. Gdy tylko odczujesz wyższe, zawierz mu. Powierz się wyższemu. Wtedy znikniesz. Będziesz prowadzony. Staniesz się instrumentem, przekaźnikiem tylko. Pustym bambusem.
   I tego właśnie boi się twoje ego, twój umysł. Że znikną razem z tobą. Nie będą mogły już nad tobą panować. I podsuwają ci swój strach, jako twój. Ale jest już za późno. Prędzej, czy później, to się stanie, zamkniesz bramę dla niższego, wejdziesz w wyższe, bo przeczytałeś te słowa. ( Przeczytałaś?)

PS.na zdjęciu autor przed Drzwiami do Wyższego.
Natomiast na kilka tysięcy lat przed Einsteinem, chińska wyrocznia - I Cing podała termin czwartego wymiaru jako Czas. I piątego - Nawigacja. 
Jeśli to kogoś interesuje, wystarczy kliknąć; Nassim Haramein

Proste ma być

Kochaj swoją rodzinę, ale przebywaj tylko z osobami, które na ciebie dobrze działają. A jak ty sam na siebie działasz?


  • Najtrudniej dotrzeć do siebie samego.
  • Najważniejsza jest prostota.
  • Należy odczuć, jakiego świata jesteś cząstką.
  • Nasze życie jest tym, co zeń uczynią nasze myśli.
Marek Aureliusz

piątek, 1 lutego 2013

Mam tsy latka



Życie składa się z lewej i prawej, czarnego i białego. Dopiero wtedy jest równowaga i są dwa skrzydła. A latać można tylko na dwóch skrzydłach, na jednym się nie da. 
Na jednym skrzydle latają - czytaj: -kręcą się w kółko, tylko świętojebliwcy, którzy potrafią wyłącznie pouczać i osądzać innych. Limeryk polskiej Noblistki - Wisławy Szymborskiej znamy. A jak inni pisali?

Mam tsy latka, tsy i pół,
chujem sięgam ponad stół.
Do psedskola chodzę z wódką,
mam fartusek z prostytutką.
Ja pierdolę to psedskole,
misia, Kasię, panią Olę.
Tylko jeża nie pierdolę,
bo jeż strasznie w jajca kole.
(ew. "bo ten skurwiel strasznie kole")
ale jeża ogolimy ...
i go też wypierdolimy. 

       Ludwig Jerzy Kern




Trumna nie ma kieszeni

Niektóre posty aż proszą się o powtarzanie.....

OBIETNICA



        Żył sobie pewien człowiek, który ciężko pracował przez całe swoje życie,
oszczędzał wszystkie  pieniądze, a przy tym był wielkim sknerą.
        Krótko przed swoją śmiercią, powiedział do żony:  -                                               
                                  -"Kiedy umrę, chcę, żebyś wszystkie moje pieniądze włożyła razem ze mną do trumny. Chcę je zabrać ze sobą na drugi świat."
      Tak więc zmusił swoją żonę, żeby mu obiecała, że spełni tę prośbę po
jego śmierci. No i zmarł. Leżał w trumnie, jego żona siedziała obok ubrana na czarno, a
obok niej siedziała jej przyjaciółka. Po skończonej ceremonii, tuż przed
zamknięciem trumny, żona powiedziała, żeby chwilkę zaczekać. Podeszła do
trumny i włożyła do niej małą metalową kasetkę, którą przyniosła ze sobą.
          Wtedy jej przyjaciółka powiedziała: -" Dziewczyno, wiem, że nie jesteś na
tyle głupia, żeby włożyć wszystkie te pieniądze razem z twoim
mężem do trumny”.
           Lojalna żona odpowiedziała: " Posłuchaj, jestem chrześcijanką,
nie mogę cofnąć swojego słowa. Obiecałam mężowi, że włożę pieniądze do
trumny, i dotrzymam obietnicy".
Przyjaciółka zapytała zdziwiona: -" Czy chcesz mi powiedzieć, że rzeczywiście
wkładasz wszystkie pieniądze do trumny?"
             - „Oczywiście, że tak", - powiedziała żona, - "zebrałam wszystkie
pieniądze, wpłaciłam na swoje konto i wypisałam mu czek. Jeśli potrafi
zrealizować ten czek na tamtym świecie, będzie korzystał ze swoich pieniędzy”!

Jesteś orłem na forexie

Czytelnicy maile piszą. Podsuwają mi tematy.
To jest jak rzeka, która płynie. A ja tylko płynę z prądem tej rzeki. Płynę do Oceanu. A ten Ocean.....To Bieszczady i lato. Przestanę wtedy pisać. Pewnie od czerwca. Będzie przerwa. Długa. Wakacje. A potem zobaczymy. Człowieku, przecież nic nie musisz, ale wszystko możesz.
Oto urywek wykrojony z maila czytelnika, aby anonimowość zachować:

Gram głównie na świece 1 H,  rzadko na 5, 15 m. Właśnie zamknąłem dzisiaj pozycję na EURUSD, zagrałem oczywście na sygnał 18/55 (te średnie nazwałem Oddech życia - Ty Wiesz dlaczego:) na 1H 10 stycznia i miałem czekać na sygnał zamknięcia tzn. przecięcia średnich, ale dzisiaj psycha mi siadła i zamknąłem pozycję zgarniając 5000 pips. Dla mnie szok, a może być jeszcze wyżej bo średnie się nie przecieły.

Skojarzenia.....Dziś dzień z przyjaciółmi. Bardzo miły dzień. I jutro dzień z przyjaciółmi, i w niedzielę. Nie gram dziś. W tym tygodniu zarobiłem na chleb. Teraz to wydać należy. Na luziczku jestem. Lubię pisać, więc piszę.....
    Oddech życia...ładnie napisane. Ja ....Nikim jestem. Nikt 139. Błękitny Wicher z Tzolkina.
A po "naszemu"? Czuję się Wolny, czytaj: -szczęśliwy. A co myślą o mnie zwykli Kowalscy mam gdzieś, broń Boże nie w dupie, za bardzo swoją dupę szanuję.
              Właśnie wszedłem na stronę wędrówek po Bieszczadach. I tam piszą o Domu Ludzi z Mgły.....
To jest dopiero piękne! Będę tam!
Nie napinaj się. Nie myśl o przyszłości - to nie taksówka do nieba! OK.
To odpuszczam: - może tam będę, a może nie będę?
            Bo o co chodzi? Chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto! A błoto jest w mieście, w tłumie, wśród zwykłych Kowalskich.
  Kto jest zwykłym Kowalskim? - ten, który rodzi się nie wiadomo po co, żyje nie wiadomo po co, i w końcu umiera, żeby zwolnić innym miejsce. Nie jesteśmy tu po to, aby żreć, wydalać i osądzać innych.
      Dwie rzeczy w  życiu są pewne; urodzenie i śmierć. Urodzenie już było......Nie zabierzesz na tamten świat swoich zabawek, nie zabierzesz niczego, ze świata materii, nie zabierzesz swoich osądów, kto jest normalny, a kto jest nienormalny.
Tylko barwa twojej aury się liczy. Biała powinna być.
     
        
                 Jesteś Orłem. ( Jest wiele wersji, najbardziej lubię swoją - jest zwięzła)


                                                                                                                                                                                                Chłopiec z małej wioski w górach podpatrzył, gdzie jest gniazdo orła. Wspiął się na skały i zabrał z gniazda jedno jajko. Wrócił do domu i podłożył jajko pod kurę, która wysiadywała już swoje jajka. Wykluł się orzeł. Popatrzył na siebie i na kury, zauważył, że jest inny i wytłumaczył sobie, że kurą nie jest, a więc musi być kogutem. 
( ta logika narzędzia, którym jest umysł, zaprowadziła go na manowce )
         Nauczył się robić to samo co kury, oraz piać najlepiej z kogutów – kukuryku.!   
 Kiedyś na jesieni, zauważył wysoko na niebie jakiegoś ptaka, który szybował z rozpostartymi skrzydłami w ciągu wznoszącym pod cumulusem. Zagrało w nim serce. Może to mój brat – pomyślał ? 
                 I zamarł z zadartą głową, zachwycony widokiem...................                                               
Kury to zauważyły. I powiedziały : na co patrzysz, ty głąbie, to ORZEŁ tam w górze, a ty jesteś kogutem!.
          I orzeł opuścił głowę. Zrobiło mu się bardzo smutno. Dał spokój z patrzeniem do góry i po wielu latach umarł jako kogut.                                                                                                    
A jeśli Ty jesteś orłem, wśród kur ?



Lot do bieguna - rok 1947


Ten lot do bieguna jest faktem. Zachował się dziennik admirała. Nie podważono jego autentyczności:

Admirał Richard Byrd - dziennik (luty, marzec 1947 rok)
Lot badawczy ponad biegunem północnym

Muszę napisać ten pamiętnik w sekrecie i potajemnie. Dotyczy on mojego arktycznego lotu 19 dnia lutego w roku 1947. Przyszedł czas, kiedy racjonalność mężczyzny musi zamienić się w nicość a ten musi zaakceptować konieczną prawdę. Dokumentacja ta... prawdopodobnie nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale muszę spełnić swoją powinność i zarejestrować tu coś dla wszystkich, do przeczytania pewnego dnia. W świecie zachłanności i wyzysku rodzaju ludzkiego nie można nadal tłumić tego co jest prawdą...




       Dalej następują zapisy dotyczące samego lotu.............





DZIENNIK LOTU: BAZA - OBÓZ ARKTYCZNY 2/19/1947

0600 h

Wszystkie przygotowania do naszego lotu na północ zakończone. Zabieramy się z pełnymi zbiornikami paliwa o 0610 h.
0620 h

Mieszanka paliwowa w głównym silniku wygląda na zbyt "bogatą", zostały wprowadzone poprawki i teraz Pratt Whittneys pracuje gładko.

0730 h

Testowanie radia z bazą naziemną. Wszystko w porządku i odbiór radiowy normalny.



             Potem jest opisany pobyt we wnętrzu Ziemi, który opuszczę, a przytoczę tylko urywek z monologu
Mistrza:


Nasze interesy wobec was rozpoczęły się zaraz po tym jak wasza rasa wywołała eksplozję bomby atomowej nad Hiroshimą i Nagasaki w Japonii. W tym czasie wysłaliśmy nasze latające pojazdy zwane "Flugelrads" (termin niemiecki - przyp. tłum.), na powierzchnię aby zbadać co zrobiła wasza rasa. To jest oczywiście przeszła historia drogi Admirale ale muszę kontynuować. Widzisz... nigdy nie interesowaliśmy się wcześniej waszymi rasowymi wojnami, barbarzyństwem ale teraz musimy. Ta energia nie jest dla ludzi, mówię tu o energii atomowej. 


    I w związku z tym urywkiem taka myśl: - Owszem, od 1945 roku zagraża nam zagłada atomowa, teraz jeszcze terroryzm atomowy, jest to balansowanie ludzkości nad przepaścią, ale w 1945 roku te dwie bomby zapobiegły stratom wojsk amerykańskich. Uratowały życie 600 do miliona dwustu tysięcy Amerykanów. Japończycy walczyli z fanatyzmem, a więc ich też zginęła by cała masa, w tradycyjnym ataku. A więc paradoksalnie bomby atomowe uratowały też więcej Japończyków, niż zabiły.


Ale jak na razie, ani na Księżyc, ani na orbitę broń atomowa nie jest wpuszczana przez Obcych. (dwa wypadki Apollo)