Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskroniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskroniec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2026

Zaskroniec

Bieszczady, wrzesień 2025 - spotkanie na drodze do Huczwic. Zaskroniec sporych rozmiarów, także w porównaniu z szeroką w tym miejscu drogą. Usnął mocno w jesiennym słońcu i mógł go przejechać samochód, dlatego trąciłem gościa nogą i to dwukrotnie, aby się wycofał.



 

środa, 11 grudnia 2019

Zaskroniec i Piękna Zygzakowata


Wola Michowa. 


Wstał pogodny, letni dzień. Oczywiście buszuję po łąkach, kiedy dzwoni telefon – Wiesia Abramowa pyta, czy chcę uczestniczyć w odłowieniu zaskrońca.
Jasne! Wracam po rower. Szalony zjazd


Po kilkunastu minutach wchodzę na podwórko Wiesi.
Przy domu Wiesi żyły trzy zaskrońce, każdy długi na dwa metry. Dzielnie robiły za koty i łapały myszy, przez co urosły do maksymalnych rozmiarów. Przychodziłem za ten dom o słonecznych porankach wiele razy, usiłując zrobić zdjęcie, jak się rano wylegują na słońcu. Tylko raz się udało, bo są one niezwykle czujne. A dziś będzie jak się okazuje eksmisja ostatniego. Poprzednie dwa Wiesia wyniosła do Osławy z pomocą Andrzeja.

Nie przepadam za żmijami – mówi Wiesia - wczoraj wchodzę do drwalki po drewno, a ten leży na wierzchu i na mnie patrzy. Wiem, że to zaskroniec, ale czy on musi być taki wielki? Brrr!

Skradamy się cichutko za dom. Ja trzymam worek, Wiesia uzbrojona w widły. Najpierw się dziwię – przecież to tylko zaskroniec….. Lecz sprawy nabierają zaskakującego rozpędu - nie wiadomo kiedy Wiesia przydusza delikwenta do ziemi – ależ on wielki! I jaki niebieski pod brzuchem! 



                                                            

Długie ciało zwija się sprężyście. Szybkie zdjęcia i Wiesia krzyczy: - łap do worka!


To tylko zaskroniec, ale nie mam jakoś odwagi chwycić go gołą ręką - robię to przez worek. Zwierzę zupełnie jak węgorz oplata mi dłoń i ramię - boi się i broni jak umie - pręży, ściska, a mnie robi się przykro, chociaż to łowy bezkrwawe. 
Przecież nie chcę ciebie skrzywdzić - wysyłam myśl - a on jakby zrozumiał - uchwyt puszcza! I już „żmija” w worku. Sprawnie poszło.
Rozmawiamy chwilę, po czym podnoszę worek – mamy przecież wynieść „żmiję” nad Osławę.
A tu worek pusty! Była mała dziura, która wystarczyła pacjentowi do ucieczki.
Rozglądamy się: - 15 metrów dalej mknie wężowy bicz. Rzucamy się w pogoń, ponowna łapanka kończy się sukcesem i idziemy z delikwentem nad rzekę.
Do widzenia panu! 

Dzień okazał się żmijowy: - wchodziłem na górę wracając do Kołyby. Doszedłem do miejsca przeznaczonego na palenie ogniska i naraz widzę, że w słońcu grzeje się Piękna Zygzakowata! 




I to maksymalny okaz jak na ten gatunek, bo o długości około 70 cm. No nie mierzyłem, dlatego około. Jak wskazuje słowo żmija - ten okaz jest jadowity, dlatego słowo "około". 
- Czy ta żmija jest bardzo jadowita? - zapytała pewna atrakcyjna turystka na dole, w Nalewkarni u Bogdana, gdzie pokazywałem zdjęcia. 
- Niech pani pójdzie ze mną na górę i spróbuje ja chwycić - odpowiedziałem. - - Wtedy przekonamy się jak bardzo jest jadowita - odparłem jadowicie.
Turystka nie skorzystała z jadowitej propozycji, być może szkoda, ponieważ opisując ją użyłem słowa "atrakcyjna".
Jednak żmiję opisałem słowem z wyższej półki: - "piękna".  

czwartek, 19 kwietnia 2018

Kierunek Roztoki

Budzę się - akurat wstaje słońce - jest godzina szósta, niedziela 4 września 2016.
Ceremonia śniadania.


Przy pakowaniu plecaka reflektuję się i chowam w zaroślach nienapoczęty słoik dżemu. Będę we wtorek tędy wracał – pomyślałem – wtedy go zabiorę.


      
Będzie lżej iść, zawsze pół kilo mniej. Wody konsekwentnie nie potrzebuję nieść, po drodze są dwa źródła za Roztokami.
(Jak się jednak okazało Los zarządził nieco inaczej i zawitałem w to 
 miejsce po słoik dopiero po sześciu tygodniach. Ale po kolei)

Jest 7.30 gdy spakowany staję na drodze. Zdjęcie własnego cienia i wio!

Czerwona główka dla kogoś potrzebującego.


Zaskroniec – ma żółte plamki na głowie a na grzbiecie brak zygzaka.
Można go jednak pomylić z bieszczadzką żmiją czarną melanistyczną – ona także nie ma zygzaka na grzbiecie, a różni ją od zaskrońca jedynie brak żółtych plamek na głowie. Dlatego nowicjuszom radzę się nie zbliżać.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Ruszam

Jest sobota 3 września 2016 godz. 09.09. 

Zeszło się nieco - nie jest to świt jak planowałem, ale co tam!
Nie muszę się spieszyć! Nic nie muszę.....
A wokół dzień wrześniowy rozwija się jak marzenie.

Ruszam!
Jejku! Radość mnie rozpiera. Cieszę się.... cieszę się jakbym był dzieckiem i biegł beztrosko za motylem!
Przecież w każdym z nas jest wewnętrzne dziecko.

Chwile podobnej szczęśliwości, nawet bez widocznego powodu, zdarzały mi się także w trakcie małżeństw. Wtedy moje obie żony wyjeżdżały co ciekawe z taką samą sentencją: - „Cieszysz się, jakby ci ktoś w kieszeń nasikał!”. .
       Ano niech będzie słowami Moich Byłych.
Kiedy przywołuję dzięki zdjęciom tę chwilę ruszania z Kołyby, dobrze pamiętam, że cieszyłem się wtedy tak, jakby ktoś nasikał mi w obie kieszenie! Tak działa WOLNOŚĆ! (bowiem).

Oto jestem panem samego siebie.
Idę i jestem zadowolony....
Idę łąką, potem przez mostek nad strumyczkiem, a rozglądam się pilnie czy przypadkiem nie pojawi się Czerwony Kapturek goniony przez wilka, a ja go uratuję. Nie wilka, ów sobie poradzi.... Czerwonego Kapturka uratuję, a wilka odgonię mówiąc – a sio!
Czerwony Kapturek zapała wdzięcznością...... i takie tam.

Wchodzę na tory kolejki bieszczadzkiej.

Poranek jeszcze. Wokół ciepła lato-jesień, ptaki pitolą – idzie się!

Wczesną wiosną przejeżdża po torach Trująca Chemiczna Drezyna z Majdanu, szprycując zielsko. Dlatego nie chodzę torami przez co najmniej miesiąc, a najlepiej dwa miesiące. Potem już chodzę, a zielsko i kwiaty zaczynają znowu rosnąć. Bieszczadzka przyroda wydaje się niezniszczalna i oto pomiędzy torami urosły dorodne dziewanny. Czyż nie jest uroczo?

Dobrze się idzie po podkładach wąskotorówki. One mają przychylniejsze odległości dla długości kroków piechura.
W odróżnieniu od odległości w podkładach kolei zwykłej, które wymuszają głupie kroki.
      Tędy kolejka nie jeździ od czasów Stachury.
Schodzę z torów przy leśniczówce i idę leśną drogą w kierunku Balnicy.
Przed leśniczówką mylny drogowskaz – Balnica 1,5 km. Tyle to jest do Kapliczki Kowalowej, bo do Balnicy - stacji kolejki jest trzy razy tyle.

Pora jest żmijowa – z pobocza drogi wolno odpełza Piękna Zygzakowata Czarna zanim zdążyłem ją sfotografować. Już za leśniczówką zmykają dwa wielkie zaskrońce. Trzeciego cykam. Mierzy pewnie półtora metra.

Pierwszy przystanek przy Źródełku Kowalowym.
 
Plecak wydaje się potężny przez dwa śpiwory – lubię wyspać się w cieple.....

Opiłem się sławnej twardej świętej wody. Na wiele godzin znika po niej apetyt. Nadleśnictwo Komańcza wzięło przykład od kolegów z Baligrodu i postawili na Balniczku most z prawdziwego zdarzenia.



Tutejsza woda jest tak mocno zmineralizowana, że pomimo zagotowania nie zaparzy się na niej kawa.
Drzeworyt sympatyczny - Matka Boska Leśna.

Podążam do Wojtka Judy.
Plecak nie tyle ciąży, co ugniata kręgosłup. Pod plecami mam zeszyt – bieszczadzki komputer, jednak za nim jest garnek i miska. One są ustawione na sztywno i nie dają ani milimetra ugięcia przy kolejnych krokach. Jest rada na to, aby osłonić kręgi: - podkładam pod plecy raz jedną dłoń, a raz drugą i tak pomału (przecież nigdzie mi się nie spieszy) zbliżam się do przystanku Balnica.