Historyk sztuki odkrywa tajemnice Bursztynowej Komnaty i Złotego Pociągu

Powszechnie uważa się, że
miejsca, w których ukryto w czasie II wojny światowej dobra polskiej kultury,
są ciągle nieznane. Legendarnego Złotego Pociągu czy Bursztynowej Komnaty
poszukuje wielu śmiałków pragnących zapisać się na kartach
historii. Okazuje się jednak, że władze od dawna wiedzą, gdzie znajdują się te
tajemnicze „skrytki”. Co ciekawe, nie tylko nie zgadzają się na wskazanie ich
dokładnego położenia, lecz nawet nie przyznają się do tego, że posiadają taką
wiedzę.
Roman Tomczak (redaktor czasopisma Odkrywca) rozmawiał z historykiem
sztuki, Mirosławem Antonim Figlem, o tym, dlaczego te miejsca są owiane
tajemnicą i jakie fakty dotyczące m.in. Złotego Pociągu i Bursztynowej Komnaty
udało mu się ustalić w czasie 15 lat badań.
Dość słów… pora na fakty i konkrety
Roman Tomczak: W marcu, w internecie, pojawiła się relacja ze spotkania
poświęconego m.in. tematowi niemieckich depozytów, który Pan referował. Muszę
przyznać, że to co Pan wtedy mówił, głęboko mną wstrząsnęło. Okazało się, że
poszukiwane przez dziesięciolecia miejsca ukrycia, chowanych w ostatnich
miesiącach wojny przez Niemców skarbów kultury, Pan odnalazł i udokumentował w
niecałe pięć lat! Pomyślałem sobie wówczas o setkach artykułów na ten temat,
książkach, filmach i programach publicystycznych. Wielu ludzi nadal namiętnie
szuka tego, o czym Pan już dawno wie…
Mirosław Antoni Figiel: Nie wiem wszystkiego, wiem dość dużo. Tu jednak
potrzebne jest jedno wyjaśnienie – my przecież nie rozmawiamy o skarbach, np.
templariuszy czy wodza Hunów Attyli. My mówimy o przypadkach, gdzie jeszcze
żyją świadkowie, już nieliczni, którzy byli obecni przy ukrywaniu tych rzeczy.
Są one dość dobrze udokumentowane, tylko że my, mieszkańcy i gospodarze tego
terenu, na ogół nie mamy dostępu do tych dokumentów. Ale słynna swego czasu
tzw. lista Józefa Gębczaka, z wykazem skrytek sporządzonych przez Günthera Grundmanna,
ostatniego Konserwatora Zabytków Dolnego Śląska, była listą prawdziwą. Miejsca,
które się na tej liście znajdowały, okazały się rzeczywiście skrytkami pełnymi
depozytów muzealnych i dóbr kultury.
R.T.: Ta lista była starannie ukrywana przez powojenne władze polskie.
Korzystano z niej?
M.A.F.: Ależ oczywiście. Moim zdaniem, w odpowiednim momencie lista mogła
zostać stronie polskiej podsunięta, właśnie po to, aby uniknąć masowego szabru.
I tak wielu rzeczy nie udało się zabezpieczyć. Słynna jest historia Zamku
Czocha, gdzie rozszabrowano wiele skrytek, w tym znajdujące się w jednej z nich
rzeczy należące do skarbca carów rosyjskich. To, co przez wieki było zbierane
jako kolekcja, zostało bezpowrotnie stracone przez rozparcelowanie i
rozproszenie po Europie. To jest jedna z najbardziej spektakularnych sytuacji
dowodzących, jak szybko trzeba działać, uzyskując pewne informacje.
R.T.: W swoim wystąpieniu dość kategorycznie Pan stwierdził, iż wie, gdzie
znajduje się Bursztynowa Komnata, której do dziś poszukuje kilka rządów i łowcy
skarbów na całym świecie. Pana zdaniem kopia pokazana z wielką pompą w 2003 r.
w Carskim Siole pod Petersburgiem, to oryginał!
M.A.F: Oczywiście, że oryginał. Wiem także, gdzie Bursztynowa Komnata została
ukryta pod koniec II wojny, i w jak dramatycznych warunkach się to odbywało.
Wiem także, kiedy ją stamtąd wyjęto. Wiem jak dotrzeć do tego schowka i wiem,
że prawdopodobnie nie został całkowicie opróżniony.
R.T.: To poszlaki. Nie ma Pan dowodów.
M.A.F.: Bezspornych dowodów nie mam, to prawda. Ale gdyby ktoś zapytał
publicznie Pana Gerharda Schrödera, który był wówczas kanclerzem Niemiec, albo
Pana Władimira Putina, późniejszego prezydenta Rosji, to kto wie, czy nie
potwierdziliby tych informacji. Ale to już polityka. A ja nie zajmuję się
polityką. Choć wiem, że polityka zajmuje się mną. Poza tym wystarczy niewielki
wysiłek eksploracyjny i to miejsce będzie można ujawnić i pokazać… a jest,
także z innych względów, niezwykle interesujące.
R.T.: To dlaczego wciąż się utrzymuje, że Bursztynowa Komnata nie została
odnaleziona?
M.A.F.: Odpowiedź jest oczywista i logiczna. Jeżeli została pozyskana, czy
lepiej powiedzieć – odzyskana – przy pomocy metod i technik służb specjalnych,
a nie oficjalną drogą międzypaństwowych uzgodnień, to ukrycie faktu, że jest to
oryginał – w języku służb specjalnych nazywa się to chyba „zalegendowaniem” –
jest naturalną konsekwencją przyjętych metod postępowania. Obiekt jest. Nie
został zniszczony czy rozszabrowany, cieszy serca i oczy, a za kilka czy
kilkanaście lat będzie ponowna radość jeśli wyjdzie na jaw, że to oryginał.
Same plusy.
R.T.: Dlaczego zatem ten skarb nie został przekazany
drogą oficjalną, jawnie?
M.A.F.: O, i to jest właśnie to, co służy jako argumentacja moich obecnych
działań. Przecież od końca II wojny światowej sprawy dóbr kultury nie zostały
uporządkowane. Przecież ciągle mamy roszczenia do strony niemieckiej, do strony
rosyjskiej. Rosjanie do Niemców, Niemcy
do Polaków. Więc cały czas, o dziwo, w jednoczącej się Europie, ta kwestia
stanowi nierozwiązany problem. Moim zdaniem dlatego, że istnieją środowiska,
którym zależy na tym, żeby to się toczyło według ich scenariusza.
R.T.: Co zakłada ten scenariusz?
M.A.F.: Po 1945 r. nastąpiła w Europie zmiana najgłębsza z możliwych –
przesunięto granice państw i nastąpiła wymiana ludności. Pierwotnie ustalono,
że granica pomiędzy Polską i Niemcami będzie przebiegała na Nysie Kłodzkiej, a
nie na Nysie Łużyckiej. Metodą politycznych manipulacji w rozmowach z
aliantami, głównie Amerykanami, Rosjanie przesunęli tę granicę na zachód.
R.T.: Wiedzieli o skarbach ukrytych w Sudetach i chcieli je mieć po swojej
stronie?
M.A.F.: Mało, że wiedzieli. Niech Pan porówna fakty. Działania wojenne w 1945
r. na terenie Dolnego Śląska, po zdobyciu Wrocławia, potoczyły się w kierunku
na Legnicę, Głogów, wzdłuż linii Sudetów. Aż do maja Sudety były w rękach
niemieckich! Tam, przez te trzy miesiące, funkcjonowała administracja
niemiecka. Mieli trochę więcej czasu i mogli przewidzieć rozwój wydarzeń.
Prawdopodobnie ta wiedza o zmianie przebiegu granicy spowodowała, że zmianie
uległy, w konsekwencji, także metody postępowania wszystkich uczestników
ówczesnych zdarzeń. Stąd lista Józefa Gębczaka. Stąd próba ratowania dóbr,
które zostały wcześniej jedynie prowizorycznie zabezpieczone. Niektóre
prowizorycznie, a niektóre bardzo dobrze, w doskonale przemyślany sposób. Żeby
uratować je przed zorganizowaną rekwizycją wojsk radzieckich, działaniami
prywatnych ludzi, szabrowników, a nawet, tak też bywało, przed prywatą
niektórych przedstawicieli organizującej się administracji polskiej. Słyszał
Pan pewnie słynne historie o powojennej polskiej administracji, gdzie różne
ciemne typki, które tu przyjechały na szaber, z samych siebie „robiły” lokalną
władzę… Tylko po to, aby nikt nie patrzył im na ręce. Do dzisiaj, w podejściu
do spraw o których teraz rozmawiamy, daje się wyczuć coś z tamtej atmosfery
powojennego Dzikiego Zachodu, skarbów czekających na śmiałków, którzy mają
odwagę ryzykować i szukać. Ta nieumiejętność, niezdolność do rozwiązania tego
problemu przez czynniki oficjalne, z czegoś przecież musi wynikać. I to jest
główny powód mojego działania. Żeby nareszcie lokalna, dolnośląska
administracja zrozumiała, że to my jesteśmy gospodarzami na tym terenie. Że
problemy te naprawdę istnieją. I, że nic o nas bez nas.
R.T.: A może Niemcy i Rosjanie też muszą to zrozumieć?
M.A.F.: Przede wszystkim. Bo informacje są w ich rękach. Rosjanie np. mają dość
dobre informacje na ten temat. Dobrze wiedzą, czego my jeszcze nie wiemy i
czego szukamy. Ale przede wszystkim pełną informację mają Niemcy. Przecież oni
te dobra kultury ukrywali.
R.T.: W swoim wystąpieniu mówił Pan o drugim, podziemnym Wrocławiu, o Złotym
Pociągu, szabrowanym już nie jeden raz. O zabytkowym, srebrnym kandelabrze,
sprasowanym tak, aby zmieścił się w szybie wentylacyjnym tunelu, w którym stoi
Złoty Pociąg. A więc ktoś już wiedział wcześniej, gdzie on jest, mimo że
oficjalnie nic na ten temat nie wiadomo. O ilu jeszcze miejscach ukrycia
skarbów kultury Pan wie?
M.A.F.: Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest możliwa. Przyjąłem taką
zasadę, że tę moją wiedzę mogę i powinienem właśnie teraz weryfikować w sensie
jej społecznej dostępności. Kiedy zaczynałem swoją pracę w 1997 r. miałem do
czynienia z zupełnie innym otoczeniem informacyjnym. O internecie
funkcjonującym w takim jak obecnie zasięgu, wtedy jeszcze nie myślano.
Wykonywanie dokumentacji wideo z prowadzonych prac było wówczas całym zadaniem
logistycznym. A dziś, proszę bardzo, kamera w komórce, szybki dostęp do
internetu i informacja jest, prawie natychmiast, na forach światowych.
R.T.: Skoro Pan to wszystko wie, dlaczego zatem nie zainteresowały się tym
inne instytucje państwowe, uniwersytety, historycy, archeologowie?
M.A.F.: To byłoby logiczne i zdroworozsądkowe. Nie zawsze jednak tego typu
relacje muszą przebiegać drogą zdrowego rozsądku. Różne grupy mają przecież
swoje różne interesy. Także państwa, w tym te trzy najbardziej zainteresowane,
mają swoje interesy, itd. Człowiek taki jak ja, który do tych kwestii podchodzi
z czysto społecznego punktu widzenia, jest dla nich niezrozumiały. Muszę więc
spokojnie uwiarygodnić się w tych kwestiach. Stąd np. nasza dzisiejsza rozmowa.
Moją intencją jest rozpoczęcie pewnego ciągu zdarzeń. Jeżeli zrobię to dobrze –
z konieczności – uruchomię proces rozmawiania pomiędzy służbami i urzędami, i
rozliczania w tej wspólnej Europie spraw, które de facto rozpoczęła II wojna.
Ja nie szukam skarbów, choć satysfakcja z ujawniania i ich pokazania może być
ogromna. Dla mnie to są dobra kultury, które trzeba ujawnić i zabezpieczyć.
R.T.: Słuchając Pańskiego wykładu pomyślałem sobie, że skoro ten facet tyle
wie, odkrył tak wiele skrytek, to pewnie nie jest pierwszym… Że może wszystkie
poniemieckie skarby już dawno rozszabrowane są przez poszukiwaczy. Władze o tym
wiedzą, nikt oprócz nich o tym nie wie, dlatego tak nośne jest reklamowanie
Dolnego Śląska jako krainy tajemnic i skarbów. Skarbów, których już nie ma…
M.A.F.: Zapewniam Pana, że to, co jeszcze jest do odkrycia, może być na ustach
całej Europy i może stać się sensacją z pierwszych stron gazet, nie tylko w
Europie. Te tajemnice są, a skoro są, to je odkryjmy.
R.T.: Nie chce Pan na razie „pokazywać palcem” miejsc,
gdzie są skrytki, ale przecież wspominał Pan o sztucznym wzniesieniu we
Wrocławiu, które jest zamaskowanym bunkrem zawierającym archiwum miasta. Mówił
Pan o odkrytych pomieszczeniach w Zamku Książ. Niech Pan teraz coś powie o
Sudetach…
M.A.F.: No dobrze. Otóż Sudety to jest m.in. Złoty Pociąg. Tam sobie stoi.
Myślę, że dobrze by było pokazać to miejsce, choćby z uwagi na fakt, iż od pewnego czasu podnoszony jest problem
wydrążenia tunelu pod górami, mającego połączyć Czechy z Polską. Nie trzeba go
drążyć… bo ten tunel istnieje. Właśnie w nim stoi Złoty Pociąg. Mam
nadzieję, że w najbliższym czasie uda się to miejsce wskazać.
R.T.: Ten pociąg jest już pusty?
M.A.F.: Myślę, że w większej części
tak. A ponieważ instalacja tego tunelu jest gigantyczna – znam jego konstrukcję
i wiem, gdzie jest wylot po stronie polskiej i prawdopodobnie po stronie
czeskiej – być może jest tam coś jeszcze oprócz pociągu…
R.T.: Czy to możliwe, że Złoty Pociąg jest stale rozkradany?
M.A.F.: Nie wiem. Mówię uczciwie – nie wiem. Niech Pan pamięta, że mijają lata.
Między rokiem 1997 a
naszą rozmową minęło 15 lat. To jest mnóstwo czasu.
R.T.: Sudety to jednak nie tylko Złoty Pociąg. Czy coś jeszcze?
M.A.F.: Oczywiście, że coś jeszcze.
R.T.: Kilka czy kilkanaście miejsc?
M.A.F.: Jak dobrze policzyć to nawet kilkadziesiąt. Przy czym ja znam kilka. O
kilkunastu słyszałem. Biorąc jednak pod uwagę tzw. zainwestowanie w teren,
czyli mając świadomość, jaka była skala prac, które się tam wówczas działy,
oraz analogię pomiędzy poszczególnymi miejscami ukrycia, to przy pewnym
doświadczeniu i rozpoznaniu powtarzalności rozwiązań wychodzi, że są to raczej
pewne rzeczy. Powiem Panu, że to nie tylko Sudety. Obszarem, który wymaga
„ruszenia”, jest cały Dolny Śląsk. Na przykład podziemny Wrocław to gigantyczne
założenie, budowane od połowy XIX wieku, bo Wrocław już wtedy był przygotowywany
do roli twierdzy. Instalacje były logiczne, planowe, wieloletnie w realizacji,
uzupełniane o najnowsze zdobycze techniki i najnowocześniejsze rozwiązania
technologiczne. Między innymi znane z budowy metra.
R.T.: Mogły być użyte na skrytki dla skarbów?
M.A.F.: Technika ukrywania była bardzo różnorodna. Z tego co wiem, rzeczywiście
w znacznej części wykorzystywano wcześniej przygotowane instalacje. Tak działał
m.in. Grundmann, który typując poszczególne schowki, analizował stan ich
zachowania i bezpieczeństwo. Historia Bursztynowej Komnaty także świadczy o
tym, że została świetnie schowana na terenie Dolnego Śląska.
R.T.: Ale Pan twierdzi, że w końcu ją wydobyto…
M.A.F.: Tak. Zrobiła to na przełomie tysiącleci współdziałająca ze sobą grupa
rosyjsko-niemiecka. Niemcy
pokazali Rosjanom gdzie ona jest i wyjęli ją wspólnie. Stąd taka feta przy
pokazywaniu tej rzekomej kopii.
R.T.: Rosjanie i Niemcy porozumiewają się nad naszymi głowami?
M.A.F.: Dlatego to co teraz robię, jest próbą wymuszenia, w obecnej sytuacji,
traktowania nas jako partnerów. Im bardziej samodzielnie będziemy wyjaśniać te
sprawy, tym na większe zrozumienie drugiej strony napotkamy. Dopóki ci, co
ukrywali razem z tymi, którzy mają na ten temat wiedzę, patrzą na nas jak na „chłopaczków”
biegających po lasach z wykrywaczami metali i nic nie znajdujących, póty będą
czekali spokojnie. Natomiast jeśli się okaże, że potrafimy coś pokazać,
ujawnić, wówczas, moim zdaniem, zmusimy naszych przyjaciół do współpracy.
R.T.: Dlaczego nie możemy dzisiaj tam pójść?
M.A.F.: No dobrze, a jaki będzie tego efekt? Ja mogę zaraz Panu pokazać, gdzie
znajduje się podziemny dworzec, z
którego Grundmann wysyłał pociągi z muzealiami. Tylko co z tego wyniknie?
Wie Pan, kiedy praca naszej grupy nie była już nikomu potrzebna, a kolejny
Wojewoda nawet nie miał pojęcia o tym, że jego poprzednik coś takiego powołał,
zacząłem korespondować z różnymi instytucjami w Polsce, prosząc o zajęcie się
tą sprawą i przejęcie dokumentacji zebranej przez nasz zespół. Nie przyniosło
to jednak spodziewanych rezultatów.
R.T.: Kto w takim razie jest obecnie zainteresowany tym, co Pan wie?
M.A.F.: Jestem przekonany, że społeczeństwo. I to jest moja największa siła.
Mogąc stworzyć wokół tego sprzyjającą atmosferę dla wiedzy i ustaleń, chcę
doprowadzić do tego, aby ludzie się tymi tematami coraz bardziej interesowali.
Zresztą, proszę przeanalizować kilka ostatnich zdarzeń m.in. dynamikę promocji
Dolnego Śląska jako regionu pełnego tajemnic… Dla mnie to potwierdzenie, że moja
wiedza, fakty, które mogę ujawnić, trafiają na właściwą falę. A więc być może
przyszedł nareszcie czas, żeby to wykorzystać, żeby się w końcu upodmiotowić w
tej sprawie. Będę się starał zrobić to rzetelnie i profesjonalnie. Nie po to,
aby wzbudzać pustą sensację, tylko wskazać, że to czemuś może służyć, że jest w
tym jakiś sens. Chcę wskazaniem miejsc ukrycia dóbr kultury rozpocząć proces
wchodzenia społeczeństwa na swoje miejsce. Tu jesteśmy my gospodarzami. Dzisiaj
na równi z samym znaleziskiem, interesuje nas proces dochodzenia do poznania
prawdy. Ludzie chcą być obecni, chcą uczestniczyć w tym, co się wokół nich
dzieje, a współczesna technika daje im takie możliwości.
R.T.: Czuje się Pan bezpieczny ze swoją wiedzą?
M.A.F.: Proszę o następne pytanie (śmiech). Albo, jeśli Pan pozwoli, odpowiem
metaforycznie. Jest takie wschodnie powiedzenie, że jeśli ktoś gotów jest dla
prawdy poświęcić swoje życie, to do niej dojdzie.
R.T.: Dziękuję Panu za rozmowę.
Mirosław Antoni Figiel jest historykiem sztuki oraz byłym
przewodniczącym Zespołu do Spraw Prowadzenia Postępowań w Przypadkach Uzyskania
Informacji o Miejscach Ukrycia Dóbr Kultury powołanego przy Wojewodzie
Dolnośląskim.
Pełen wywiad można przeczytać w czerwcowym wydaniu magazynu Odkrywca(6/2012)