sobota, 8 września 2012

HARMONICZNOŚĆ czyli powtarzalność



Konkurencja jest dobra dla klienta. Mądrą konkurencję, która ma coś do przekazania - popieram. Będzie urywek z bloga, który traktuje o Harmoniczności............A teraz garść myśli, z nieco przerobionego maila do jednego z moich uczniów:
              -"Idę drogą Ganna, Carolana ( on podawał okienka - nie podawał jak liczył) Gann wkurwił się na ludzi, nie wiem o co biegało, spalił notatki, wziął i umarł. Albo mu pomogli. Jak Tesli. Z tego co wiem, nie ma w Polsce literatury na temat. Miałem w ręku niewydaną książkę Ganna…… To Liczby Planetarne. A astrologia? To nauka królów. Ja reprezentuje dziedzinę o stopień niższą - astronomię ( niby zimną matematykę ). Tak, ale boskość jest i w astrologii, i w astronomii. Boskość jest we wszystkim. Wiesz, nie chcę pisać na blogu o niektórych sprawach. Nie muszę pokazywać "kuchni". Piszę szczerze: gdy w jakimś momencie nie wiem, co będzie, piszę po prostu: nie wiem. Schowałem się za liczbami podawanymi w abonamencie na Wig 20. Działają. A sam zobaczyłeś, że Zapory Gwiezdne możesz policzyć na wiele lat naprzód. Tak samo wąska grupa potrafiąca liczyć Forex, jest zadowolona. Moi uczniowie robią się coraz bardziej samodzielni. Wchodzą pomału na swoje ścieżki duchowe. Dzięki temu, że piszę o pieniądzach, blog jest czytany przez wielu. ( wrzesień - już 300  tysięcy wejść ) Pokazuję inne aspekty życia. Najpierw pomogłem sobie ( czytaj: obudziłem się, ale to dopiero początek ) I dopiero wtedy, pokazując swoją drogę, mogę pomóc innym się obudzić. Ale tylko tym, którzy tego chcą. Bo wielu chce dalej spać. To ich wolna wola i prawo. Nie wolno się narzucać. W ramach moich możliwości poprawiania świata, staram się budzić ludzi z letargu, w którym tkwią, pisząc „listy do samego siebie”. Bo pisanie sprawia mi ogromną radość i odbieram to pisanie tak, jak sam bym chciał, żeby KTOŚ do mnie pisał". 
    PS. Grzyby skończyły się chwilowo. Czekam na podgrzybki. Ostatnia seria zdjęć sprzed tygodnia.

piątek, 7 września 2012

Skamieniałe Miasto



Przypominanie sprzyja zapamiętaniu….Ten blog nie jest przeznaczony dla zwykłego Kowalskiego, dla którego najważniejsza jest kasa. Życie składa się z wielu aspektów, a kasa ( czytaj: granie na giełdzie ) jest tylko jednym z nich. Była piątka w dół po 16 września na Wigu 20? A jak precyzyjnie działają daty zwrotu, pokazałem kilka dni temu. To o czym pisać?
            Zwykły Kowalski ma niskie wibracje i śpi. Nie szukam kontaktu z takimi ludźmi. Blog czytają w większości ci, którzy wchodzą, lub są już - na ścieżce rozwoju duchowego. Starają się siebie poukładać.  Akceptują siebie. Akceptują Tu i Teraz. Wyrywają się przeszłości i nie czekają też na taksówkę do Nieba.
    Podobne przyciąga podobne: złodziej trzyma ze złodziejem, ksiądz z księdzem, czarownica z czarownicą, czarodziej z czarodziejem. I czarodzieje trzymają z czarownicami. Podobne wibracje się przyciągają.
             Niech Moc będzie z nami.

 Inspirujące spotkanie czarodzieji w Skamieniałym Mieście. Dowiedziałem się wielu rzeczy, poukładam je sobie dopiero. Miejsce jest pełne magii. Nie pochwalam pisania na zabytkach, ale na jednym ze zdjęć jest ładna kaligrafia z 1865 roku, pana Jendrzeja, dlatego to zdjęcie zamieszczam. Piekiełko, bo czerwone zabarwienie skał. W skałach niezwykle symetryczne wgłębienia, czego to przyroda nie wymyśli…..Na trzecim od dołu – czarownica z akuratnym nosem.
            Otóż dowiedziałem się o wielu nowych faktach z dziedziny zgonów ludzi poprzez samozapalenia od środka ciała. Coraz bardziej prawdopodobna staje się teoria o znalezieniu się tych ludzi na drodze silnej wiązki energetycznej. To mogą być fale akustyczne, tzw hiperdźwięki. Pożar wewnętrzny zaczyna się od miejsc w ciele najbardziej uwodnionych – brzucha, mózgu. Gwałtownie rośnie temperatura części ciała, która jest na drodze wiązki. Woda zawarta w tym miejscu rozkłada się na wodór i tlen. Na tę mieszankę działa temperatura 3 tysiące stopni w sekundę. Ale w wielu przypadkach, temperatura osiąga znacznie wyższe wartości. Zapalają się dzieci, zapalają się dorośli. Nie są to liczne przypadki. Ale wszystkie, z powodu swej „inności” są dobrze udokumentowane. Są podawane zaskakujące szczegóły. Jeszcze napiszę o tym dokładniej.
                Dowiedziałem się także, że w 1972 roku w trakcie wysadzania dynamitem skał granitowych w Teksasie, przy budowie autostrady, znaleziono metalowy kubek. Kubek był wrośnięty w caliznę granitu.  (ważne są dawniejsze znaleziska, sprzed Internetu, nie dzisiejsze, bo dziś byle pętak wrzuca śmieci do netu i trzeba się przez nie przekopywać. 95 % informacji bieżących w necie to zupełne pierdoły ).
         Kubek ma 16 cm wysokości i 16 cm średnicy w górnej części, na spodzie zaś 20 cm. Jest cyzelowany w piękny relief przedstawiający kwitnące słoneczniki. Geolodzy określili wiek skał granitowych, w których się znajdował na nie mniej niż 25 milionów lat.
        Kubek jest wykonany z dwóch metali szlachetnych: platyny i palladu. Do otrzymania tych metali w postaci wysokiej czystości, trzeba ich roztopione tlenki poddać elektrolizie w temperaturze 4500 – 5000 stopni Celsjusza.
       

wtorek, 4 września 2012

Bursztynowa Komnata i Złoty Pociąg - epilog



Historyk sztuki odkrywa tajemnice Bursztynowej Komnaty i Złotego Pociągu


Powszechnie uważa się, że miejsca, w których ukryto w czasie II wojny światowej dobra polskiej kultury, są ciągle nieznane. Legendarnego Złotego Pociągu czy Bursztynowej Komnaty poszukuje wielu śmiałków pragnących zapisać się na kartach historii. Okazuje się jednak, że władze od dawna wiedzą, gdzie znajdują się te tajemnicze „skrytki”. Co ciekawe, nie tylko nie zgadzają się na wskazanie ich dokładnego położenia, lecz nawet nie przyznają się do tego, że posiadają taką wiedzę.

Roman Tomczak (redaktor czasopisma Odkrywca) rozmawiał z historykiem sztuki, Mirosławem Antonim Figlem, o tym, dlaczego te miejsca są owiane tajemnicą i jakie fakty dotyczące m.in. Złotego Pociągu i Bursztynowej Komnaty udało mu się ustalić w czasie 15 lat badań.

Dość słów… pora na fakty i konkrety

Roman Tomczak: W marcu, w internecie, pojawiła się relacja ze spotkania poświęconego m.in. tematowi niemieckich depozytów, który Pan referował. Muszę przyznać, że to co Pan wtedy mówił, głęboko mną wstrząsnęło. Okazało się, że poszukiwane przez dziesięciolecia miejsca ukrycia, chowanych w ostatnich miesiącach wojny przez Niemców skarbów kultury, Pan odnalazł i udokumentował w niecałe pięć lat! Pomyślałem sobie wówczas o setkach artykułów na ten temat, książkach, filmach i programach publicystycznych. Wielu ludzi nadal namiętnie szuka tego, o czym Pan już dawno wie…


Mirosław Antoni Figiel: Nie wiem wszystkiego, wiem dość dużo. Tu jednak potrzebne jest jedno wyjaśnienie – my przecież nie rozmawiamy o skarbach, np. templariuszy czy wodza Hunów Attyli. My mówimy o przypadkach, gdzie jeszcze żyją świadkowie, już nieliczni, którzy byli obecni przy ukrywaniu tych rzeczy. Są one dość dobrze udokumentowane, tylko że my, mieszkańcy i gospodarze tego terenu, na ogół nie mamy dostępu do tych dokumentów. Ale słynna swego czasu tzw. lista Józefa Gębczaka, z wykazem skrytek sporządzonych przez Günthera Grundmanna, ostatniego Konserwatora Zabytków Dolnego Śląska, była listą prawdziwą. Miejsca, które się na tej liście znajdowały, okazały się rzeczywiście skrytkami pełnymi depozytów muzealnych i dóbr kultury.

R.T.: Ta lista była starannie ukrywana przez powojenne władze polskie. Korzystano z niej?

M.A.F.: Ależ oczywiście. Moim zdaniem, w odpowiednim momencie lista mogła zostać stronie polskiej podsunięta, właśnie po to, aby uniknąć masowego szabru. I tak wielu rzeczy nie udało się zabezpieczyć. Słynna jest historia Zamku Czocha, gdzie rozszabrowano wiele skrytek, w tym znajdujące się w jednej z nich rzeczy należące do skarbca carów rosyjskich. To, co przez wieki było zbierane jako kolekcja, zostało bezpowrotnie stracone przez rozparcelowanie i rozproszenie po Europie. To jest jedna z najbardziej spektakularnych sytuacji dowodzących, jak szybko trzeba działać, uzyskując pewne informacje.

R.T.: W swoim wystąpieniu dość kategorycznie Pan stwierdził, iż wie, gdzie znajduje się Bursztynowa Komnata, której do dziś poszukuje kilka rządów i łowcy skarbów na całym świecie. Pana zdaniem kopia pokazana z wielką pompą w 2003 r. w Carskim Siole pod Petersburgiem, to oryginał!

M.A.F: Oczywiście, że oryginał. Wiem także, gdzie Bursztynowa Komnata została ukryta pod koniec II wojny, i w jak dramatycznych warunkach się to odbywało. Wiem także, kiedy ją stamtąd wyjęto. Wiem jak dotrzeć do tego schowka i wiem, że prawdopodobnie nie został całkowicie opróżniony.
R.T.: To poszlaki. Nie ma Pan dowodów.

M.A.F.: Bezspornych dowodów nie mam, to prawda. Ale gdyby ktoś zapytał publicznie Pana Gerharda Schrödera, który był wówczas kanclerzem Niemiec, albo Pana Władimira Putina, późniejszego prezydenta Rosji, to kto wie, czy nie potwierdziliby tych informacji. Ale to już polityka. A ja nie zajmuję się polityką. Choć wiem, że polityka zajmuje się mną. Poza tym wystarczy niewielki wysiłek eksploracyjny i to miejsce będzie można ujawnić i pokazać… a jest, także z innych względów, niezwykle interesujące.

R.T.: To dlaczego wciąż się utrzymuje, że Bursztynowa Komnata nie została odnaleziona?

M.A.F.: Odpowiedź jest oczywista i logiczna. Jeżeli została pozyskana, czy lepiej powiedzieć – odzyskana – przy pomocy metod i technik służb specjalnych, a nie oficjalną drogą międzypaństwowych uzgodnień, to ukrycie faktu, że jest to oryginał – w języku służb specjalnych nazywa się to chyba „zalegendowaniem” – jest naturalną konsekwencją przyjętych metod postępowania. Obiekt jest. Nie został zniszczony czy rozszabrowany, cieszy serca i oczy, a za kilka czy kilkanaście lat będzie ponowna radość jeśli wyjdzie na jaw, że to oryginał. Same plusy.
R.T.: Dlaczego zatem ten skarb nie został przekazany drogą oficjalną, jawnie?

M.A.F.: O, i to jest właśnie to, co służy jako argumentacja moich obecnych działań. Przecież od końca II wojny światowej sprawy dóbr kultury nie zostały uporządkowane. Przecież ciągle mamy roszczenia do strony niemieckiej, do strony rosyjskiej. Rosjanie do Niemców, Niemcy do Polaków. Więc cały czas, o dziwo, w jednoczącej się Europie, ta kwestia stanowi nierozwiązany problem. Moim zdaniem dlatego, że istnieją środowiska, którym zależy na tym, żeby to się toczyło według ich scenariusza.

R.T.: Co zakłada ten scenariusz?

M.A.F.: Po 1945 r. nastąpiła w Europie zmiana najgłębsza z możliwych – przesunięto granice państw i nastąpiła wymiana ludności. Pierwotnie ustalono, że granica pomiędzy Polską i Niemcami będzie przebiegała na Nysie Kłodzkiej, a nie na Nysie Łużyckiej. Metodą politycznych manipulacji w rozmowach z aliantami, głównie Amerykanami, Rosjanie przesunęli tę granicę na zachód.

R.T.: Wiedzieli o skarbach ukrytych w Sudetach i chcieli je mieć po swojej stronie?

M.A.F.: Mało, że wiedzieli. Niech Pan porówna fakty. Działania wojenne w 1945 r. na terenie Dolnego Śląska, po zdobyciu Wrocławia, potoczyły się w kierunku na Legnicę, Głogów, wzdłuż linii Sudetów. Aż do maja Sudety były w rękach niemieckich! Tam, przez te trzy miesiące, funkcjonowała administracja niemiecka. Mieli trochę więcej czasu i mogli przewidzieć rozwój wydarzeń. Prawdopodobnie ta wiedza o zmianie przebiegu granicy spowodowała, że zmianie uległy, w konsekwencji, także metody postępowania wszystkich uczestników ówczesnych zdarzeń. Stąd lista Józefa Gębczaka. Stąd próba ratowania dóbr, które zostały wcześniej jedynie prowizorycznie zabezpieczone. Niektóre prowizorycznie, a niektóre bardzo dobrze, w doskonale przemyślany sposób. Żeby uratować je przed zorganizowaną rekwizycją wojsk radzieckich, działaniami prywatnych ludzi, szabrowników, a nawet, tak też bywało, przed prywatą niektórych przedstawicieli organizującej się administracji polskiej. Słyszał Pan pewnie słynne historie o powojennej polskiej administracji, gdzie różne ciemne typki, które tu przyjechały na szaber, z samych siebie „robiły” lokalną władzę… Tylko po to, aby nikt nie patrzył im na ręce. Do dzisiaj, w podejściu do spraw o których teraz rozmawiamy, daje się wyczuć coś z tamtej atmosfery powojennego Dzikiego Zachodu, skarbów czekających na śmiałków, którzy mają odwagę ryzykować i szukać. Ta nieumiejętność, niezdolność do rozwiązania tego problemu przez czynniki oficjalne, z czegoś przecież musi wynikać. I to jest główny powód mojego działania. Żeby nareszcie lokalna, dolnośląska administracja zrozumiała, że to my jesteśmy gospodarzami na tym terenie. Że problemy te naprawdę istnieją. I, że nic o nas bez nas.

R.T.: A może Niemcy i Rosjanie też muszą to zrozumieć?

M.A.F.: Przede wszystkim. Bo informacje są w ich rękach. Rosjanie np. mają dość dobre informacje na ten temat. Dobrze wiedzą, czego my jeszcze nie wiemy i czego szukamy. Ale przede wszystkim pełną informację mają Niemcy. Przecież oni te dobra kultury ukrywali.

R.T.: W swoim wystąpieniu mówił Pan o drugim, podziemnym Wrocławiu, o Złotym Pociągu, szabrowanym już nie jeden raz. O zabytkowym, srebrnym kandelabrze, sprasowanym tak, aby zmieścił się w szybie wentylacyjnym tunelu, w którym stoi Złoty Pociąg. A więc ktoś już wiedział wcześniej, gdzie on jest, mimo że oficjalnie nic na ten temat nie wiadomo. O ilu jeszcze miejscach ukrycia skarbów kultury Pan wie?

M.A.F.: Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest możliwa. Przyjąłem taką zasadę, że tę moją wiedzę mogę i powinienem właśnie teraz weryfikować w sensie jej społecznej dostępności. Kiedy zaczynałem swoją pracę w 1997 r. miałem do czynienia z zupełnie innym otoczeniem informacyjnym. O internecie funkcjonującym w takim jak obecnie zasięgu, wtedy jeszcze nie myślano. Wykonywanie dokumentacji wideo z prowadzonych prac było wówczas całym zadaniem logistycznym. A dziś, proszę bardzo, kamera w komórce, szybki dostęp do internetu i informacja jest, prawie natychmiast, na forach światowych.

R.T.: Skoro Pan to wszystko wie, dlaczego zatem nie zainteresowały się tym inne instytucje państwowe, uniwersytety, historycy, archeologowie?

M.A.F.: To byłoby logiczne i zdroworozsądkowe. Nie zawsze jednak tego typu relacje muszą przebiegać drogą zdrowego rozsądku. Różne grupy mają przecież swoje różne interesy. Także państwa, w tym te trzy najbardziej zainteresowane, mają swoje interesy, itd. Człowiek taki jak ja, który do tych kwestii podchodzi z czysto społecznego punktu widzenia, jest dla nich niezrozumiały. Muszę więc spokojnie uwiarygodnić się w tych kwestiach. Stąd np. nasza dzisiejsza rozmowa. Moją intencją jest rozpoczęcie pewnego ciągu zdarzeń. Jeżeli zrobię to dobrze – z konieczności – uruchomię proces rozmawiania pomiędzy służbami i urzędami, i rozliczania w tej wspólnej Europie spraw, które de facto rozpoczęła II wojna. Ja nie szukam skarbów, choć satysfakcja z ujawniania i ich pokazania może być ogromna. Dla mnie to są dobra kultury, które trzeba ujawnić i zabezpieczyć.

R.T.: Słuchając Pańskiego wykładu pomyślałem sobie, że skoro ten facet tyle wie, odkrył tak wiele skrytek, to pewnie nie jest pierwszym… Że może wszystkie poniemieckie skarby już dawno rozszabrowane są przez poszukiwaczy. Władze o tym wiedzą, nikt oprócz nich o tym nie wie, dlatego tak nośne jest reklamowanie Dolnego Śląska jako krainy tajemnic i skarbów. Skarbów, których już nie ma…

M.A.F.: Zapewniam Pana, że to, co jeszcze jest do odkrycia, może być na ustach całej Europy i może stać się sensacją z pierwszych stron gazet, nie tylko w Europie. Te tajemnice są, a skoro są, to je odkryjmy.
R.T.: Nie chce Pan na razie „pokazywać palcem” miejsc, gdzie są skrytki, ale przecież wspominał Pan o sztucznym wzniesieniu we Wrocławiu, które jest zamaskowanym bunkrem zawierającym archiwum miasta. Mówił Pan o odkrytych pomieszczeniach w Zamku Książ. Niech Pan teraz coś powie o Sudetach…

M.A.F.: No dobrze. Otóż Sudety to jest m.in. Złoty Pociąg. Tam sobie stoi. Myślę, że dobrze by było pokazać to miejsce, choćby z uwagi na fakt, iż od pewnego czasu podnoszony jest problem wydrążenia tunelu pod górami, mającego połączyć Czechy z Polską. Nie trzeba go drążyć… bo ten tunel istnieje. Właśnie w nim stoi Złoty Pociąg. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się to miejsce wskazać.

R.T.: Ten pociąg jest już pusty?

M.A.F.: Myślę, że w większej części tak. A ponieważ instalacja tego tunelu jest gigantyczna – znam jego konstrukcję i wiem, gdzie jest wylot po stronie polskiej i prawdopodobnie po stronie czeskiej – być może jest tam coś jeszcze oprócz pociągu…

R.T.: Czy to możliwe, że Złoty Pociąg jest stale rozkradany?

M.A.F.: Nie wiem. Mówię uczciwie – nie wiem. Niech Pan pamięta, że mijają lata. Między rokiem 1997 a naszą rozmową minęło 15 lat. To jest mnóstwo czasu.

R.T.: Sudety to jednak nie tylko Złoty Pociąg. Czy coś jeszcze?

M.A.F.: Oczywiście, że coś jeszcze.

R.T.: Kilka czy kilkanaście miejsc?

M.A.F.: Jak dobrze policzyć to nawet kilkadziesiąt. Przy czym ja znam kilka. O kilkunastu słyszałem. Biorąc jednak pod uwagę tzw. zainwestowanie w teren, czyli mając świadomość, jaka była skala prac, które się tam wówczas działy, oraz analogię pomiędzy poszczególnymi miejscami ukrycia, to przy pewnym doświadczeniu i rozpoznaniu powtarzalności rozwiązań wychodzi, że są to raczej pewne rzeczy. Powiem Panu, że to nie tylko Sudety. Obszarem, który wymaga „ruszenia”, jest cały Dolny Śląsk. Na przykład podziemny Wrocław to gigantyczne założenie, budowane od połowy XIX wieku, bo Wrocław już wtedy był przygotowywany do roli twierdzy. Instalacje były logiczne, planowe, wieloletnie w realizacji, uzupełniane o najnowsze zdobycze techniki i najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne. Między innymi znane z budowy metra.

R.T.: Mogły być użyte na skrytki dla skarbów?

M.A.F.: Technika ukrywania była bardzo różnorodna. Z tego co wiem, rzeczywiście w znacznej części wykorzystywano wcześniej przygotowane instalacje. Tak działał m.in. Grundmann, który typując poszczególne schowki, analizował stan ich zachowania i bezpieczeństwo. Historia Bursztynowej Komnaty także świadczy o tym, że została świetnie schowana na terenie Dolnego Śląska.

R.T.: Ale Pan twierdzi, że w końcu ją wydobyto…

M.A.F.: Tak. Zrobiła to na przełomie tysiącleci współdziałająca ze sobą grupa rosyjsko-niemiecka. Niemcy pokazali Rosjanom gdzie ona jest i wyjęli ją wspólnie. Stąd taka feta przy pokazywaniu tej rzekomej kopii.

R.T.: Rosjanie i Niemcy porozumiewają się nad naszymi głowami?

M.A.F.: Dlatego to co teraz robię, jest próbą wymuszenia, w obecnej sytuacji, traktowania nas jako partnerów. Im bardziej samodzielnie będziemy wyjaśniać te sprawy, tym na większe zrozumienie drugiej strony napotkamy. Dopóki ci, co ukrywali razem z tymi, którzy mają na ten temat wiedzę, patrzą na nas jak na „chłopaczków” biegających po lasach z wykrywaczami metali i nic nie znajdujących, póty będą czekali spokojnie. Natomiast jeśli się okaże, że potrafimy coś pokazać, ujawnić, wówczas, moim zdaniem, zmusimy naszych przyjaciół do współpracy.

R.T.: Dlaczego nie możemy dzisiaj tam pójść?

M.A.F.: No dobrze, a jaki będzie tego efekt? Ja mogę zaraz Panu pokazać, gdzie znajduje się podziemny dworzec, z którego Grundmann wysyłał pociągi z muzealiami. Tylko co z tego wyniknie? Wie Pan, kiedy praca naszej grupy nie była już nikomu potrzebna, a kolejny Wojewoda nawet nie miał pojęcia o tym, że jego poprzednik coś takiego powołał, zacząłem korespondować z różnymi instytucjami w Polsce, prosząc o zajęcie się tą sprawą i przejęcie dokumentacji zebranej przez nasz zespół. Nie przyniosło to jednak spodziewanych rezultatów.

R.T.: Kto w takim razie jest obecnie zainteresowany tym, co Pan wie?

M.A.F.: Jestem przekonany, że społeczeństwo. I to jest moja największa siła. Mogąc stworzyć wokół tego sprzyjającą atmosferę dla wiedzy i ustaleń, chcę doprowadzić do tego, aby ludzie się tymi tematami coraz bardziej interesowali. Zresztą, proszę przeanalizować kilka ostatnich zdarzeń m.in. dynamikę promocji Dolnego Śląska jako regionu pełnego tajemnic… Dla mnie to potwierdzenie, że moja wiedza, fakty, które mogę ujawnić, trafiają na właściwą falę. A więc być może przyszedł nareszcie czas, żeby to wykorzystać, żeby się w końcu upodmiotowić w tej sprawie. Będę się starał zrobić to rzetelnie i profesjonalnie. Nie po to, aby wzbudzać pustą sensację, tylko wskazać, że to czemuś może służyć, że jest w tym jakiś sens. Chcę wskazaniem miejsc ukrycia dóbr kultury rozpocząć proces wchodzenia społeczeństwa na swoje miejsce. Tu jesteśmy my gospodarzami. Dzisiaj na równi z samym znaleziskiem, interesuje nas proces dochodzenia do poznania prawdy. Ludzie chcą być obecni, chcą uczestniczyć w tym, co się wokół nich dzieje, a współczesna technika daje im takie możliwości.

R.T.: Czuje się Pan bezpieczny ze swoją wiedzą?

M.A.F.: Proszę o następne pytanie (śmiech). Albo, jeśli Pan pozwoli, odpowiem metaforycznie. Jest takie wschodnie powiedzenie, że jeśli ktoś gotów jest dla prawdy poświęcić swoje życie, to do niej dojdzie.

R.T.: Dziękuję Panu za rozmowę.



Mirosław Antoni Figiel jest historykiem sztuki oraz byłym przewodniczącym Zespołu do Spraw Prowadzenia Postępowań w Przypadkach Uzyskania Informacji o Miejscach Ukrycia Dóbr Kultury powołanego przy Wojewodzie Dolnośląskim.

Pełen wywiad można przeczytać w czerwcowym wydaniu magazynu Odkrywca(6/2012)



DORA



W 1940 r. Hitler przedstawił konstruktorom szereg założeń, które miało spełniać jego "wymarzone dziecko" – ogromna armata, która miała być zdolna do przebicia 1 metra stali, 7 metrów betonu lub 30 metrów ziemi. Zespół inżynierów rozpoczął intensywne prace nad projektem. Po długich wahaniach nad wyborem kalibru spośród 70 cm, 80 cm i 100 cm, wybrano kaliber 80 cm jako najlepiej spełniający warunki podane w wytycznych Hitlera. Poligonem doświadczalnym było Rugenwalde ( obecnie Darłowo ). Wiosną 1941 r. Adolf Hitler osobiście brał udział w próbnym strzelaniu. Był zachwycony możliwościami swojej nowej Wunderwaffe. W 1942 działo przekazano Wehrmachtowi.
 80 cm Eisenbahn Kanone 5 – „Dora” to największe działo, jakie kiedykolwiek zbudowano. Jego parametry techniczne mogą wprawić w osłupienie: kaliber lufy 802 mm, masa samej lufy 400 ton, całkowita masa działa:1350 ton, długość lufy: 32 metry, całkowita długość działa: prawie 43 metry! Oficjalnie działo nazwano „Schwere Gustav”, czyli „Ciężki Gustaw”, od imienia jego głównego konstruktora – Gustawa Kruppa. Nazwa „Dora” (od imienia Dorothea) została nadana działu przez artylerzystów z obsługi .
               „Dora” była potężnym stalowym monstrum, poruszającym się na 40 - osiowym podwoziu na swoim stanowisku ogniowym, które tworzyła para dwóch równoległych torów kolejowych. Do jej obsługi sformowano specjalny 672 dywizjon artylerii kolejowej liczący 500 artylerzystów dowodzonych przez generała majora. Do transportu i montażu działa niezbędne było ok. 1400 osób, natomiast pełne zaplecze techniczne działa, jego zabezpieczenie i cała obsługa angażowały łącznie 5000 osób! Montaż działa na miejscu strzelania trwał 6 tygodni! Przy niemieckiej organizacji….Do składu tego licznego zespołu zalicza się robotników przymusowych, członków organizacji Todta, żołnierzy batalionu ochrony, obrony przeciwlotniczej, żołnierzy batalionu transportowego, eskortę myśliwską, jednostkę zwiadu lotniczego, komendanturę, piekarnię polową, kompanię maskującą, oddział poczty polowej, a nawet dwa polowe domy publiczne po 20 „pensjonariuszek” w każdym z nich (sic!).
Okazja do pierwszego bojowego użycia „Gustawa” pojawiła się latem 1942 r. podczas oblężenia Sewastopola – najpotężniejszej i najsilniej umocnionej twierdzy z tamtego okresu. Niezwykle silnie ufortyfikowana i obsadzona przez 106 tys. żołnierzy i 8 tys. marynarzy stanowiła ciężki orzech do zgryzienia dla Wehrmachtu. Po wielu miesiącach oblężenia postanowiono zmieść Sewastopol z powierzchni ziemi przy wykorzystaniu zmasowanego ostrzału artyleryjskiego. Wtedy właśnie „Dora” przeszła swój chrzest bojowy, oddając swoje pierwsze strzały. Tutaj mogła wreszcie pokazać, po co została stworzona. „Gustaw” potrafił wystrzeliwać w ciągu godziny od 2 do 3 pocisków o wadze 4,75 tony na odległość 47 km lub dwa pociski o „monstrualnej” wadze 7,1 tony na odległość 38 km. Podczas oblężenia Sewastopola wystrzelono w ciągu 5 dni 48 pocisków kalibru 802 mm z odległości ponad 30 km.
          Rosjanie swój największy magazyn amunicji umieścili pod dnem zatoki Siewiernaja. Niemcy mieli dobry wywiad i skierowali ogień Dory na to miejsce. Nad magazynem była woda zatoki i 30 metrów dna. Schowek wydawał się całkiem bezpieczny. Pierwszy, drugi i trzeci pocisk Dory uderzyły blisko celu. Czwarty uderzył dokładnie w miejsce, gdzie znajdował się magazyn. Nie przebił się jednak przez dno. Tak samo następne: piąty, szósty, siódmy i ósmy. Trafienia, ale bez przebicia. Niejako „przy okazji” pociski „Dory” zatopiły tylko niewielki okręt rosyjski znajdujący się w pobliżu.
 
       Niemcy załadowali teraz do działa siedmiotonowy pocisk. Wystrzał. Pocisk się przebił. Ogromna detonacja wstrząsnęła zatoką i Sewastopolem. Powstało małe tsunami.  I przestał istnieć główny skład amunicji.
             3 lipca 1942 r. po intensywnym miesięcznym ostrzale twierdza padła, a „Ciężkiego Gustawa” odesłano z powrotem na poligon w Darłowie. W styczniu 1944 r. superdziało przetransportowano pod Leningrad, ale nie oddało tam żadnego wystrzału z powodu kontrofensywy sowieckiej i wyparcia Niemców z tego rejonu – nie dotarło po prostu na swe stanowisko bojowe. 
               „Dory” użyto ponownie we wrześniu 1944 r. podczas Powstania Warszawskiego. Około 30 pocisków wystrzelonych przez „Dziecko Hitlera”, (jak czasem ironicznie określano działo) spadło na Warszawę, powodując wiele dotkliwych zniszczeń. Stanowisko „Dory” mieściło się w okolicach Pruszkowa.

Grzegorz Turnau

"...Znów mija ta godzina
co mosty przypomina
prawdziwe jak powietrza stal
lecz każdej stali twardość -
nad marnościami marność -
i dni młodości
i dni młodości będzie żal

Na zegarze mija właśnie
jedenasta jedenaście

Dwa filary, dwie przepaście

Jedenasta jedenaście

Światła jeszcze mi nie gaście"

sł. i muz. Grzegorz Turnau.-----Przysłał Paweł N.

Powtarzające się liczby.




-  Mam pewien problem, otoz od pewnego czasu kiedy spojrze przypadkowo na zegarek, obojetnie gdzie, w domu, w szkole, na telefonie, lub czasami nawet na jakies ogloszenia itp, gdziekolwiek gdzie sa numery, praktycznie caly czas widze liczby typu: 11:11, 23:23, 12:12, 21:21 itp... dzis w nocy obudzilem sie, ide do kuchni i przypadkowo rzucilem okiem na zegarek, a tam godzina 3:33. Ma ktos moze cos podobnego? Co to oznacza?
--------- Widzę że nie będę tu oryginalny, również mam ten sam problem i to już od bardzo dawna, chodzi tu w szczególności o godziny 12:12, 22:22, 01:11, 3:03, 3:33 non stop, w przypadkowych sytuacjach, jak zlikwidowałem cyfrowy zegarek w pokoju to schodząc do kuchni widziałem te godziny na mikrofali, i tak wszędzie, zwariować idzie. Jedynym powiązaniem z powtarzającymi się cyframi w moim życiu jest to iż urodziłem się 08.08.1988 roku może to ma jakiś związek z tym wszystkim, nie wiem. Fajnie że nie jestem sam z tym problemem :) Gdyby jednak ktoś trafił na jakieś sensowne rozwiązanie proszę o kontakt
--------- przerobiłem troche ten temat i znam odpowiedz. Chodzi o wibracje...za każdym razem jak nasza świadomosc odbiera wzmocniony sygnal np.podwójna 11,czy potrójna 3 mamy do czynienia z przechodzeniem naszej świadomosci na wyzszy poziom energetyczny..cos jak przechodzenie elektronu na wyzsze poziomy energetyczne
------------ Hej! mam to samo co i raz widze 11:11, 21:21 , 14:14 itd..... to jest synchronizacja naszej samoświadomości w wyższymi wymiarami, otwierają się portale dla informacji płynącej do nas z kosmosu..
        -------------------------------------------------------------------------------- -------------------------
                       
                 Dwa pytania i dwie odpowiedzi od ludzi, którzy więcej rozumieją. I do mnie liczby pukają. Mówię wtedy: to Siły Wyższe porozumiewają się ze mną w ten sposób. I dziękuję za wskazówki, których udzielają mi za pomocą liczb. Dla mnie to konkrety materialne, ale i duchowe. Na przykład liczba 23 oznacza, tak, jak w kodzie telegraficznym – przerwane połączenie, rozstanie z miejscem lub osobą, zakończony temat. Chociaż nieraz ten związek z miejscem trwa lata. Przy Jana Pawła w Warszawie, mieszkanie 1423. Mieszkałem tam 14 lat. Na czternastym piętrze. To temat rzeka. Robert Wilson w książce „Kosmiczny spust”, napisał : -„Zauważasz liczby? To Kosmiczne Centrum Koincydencji daje ci przekaz!” Teraz tylko ten przekaz należy zinterpretować - dojść, o co biega. „Szukajcie, a znajdziecie”. To jest wiadomość przesłana przez siły Dobra. Przez Kosmicznego Operatora. A może przez naszego Anioła Opiekuńczego? Szukają z nami połączenia. Ogólnie znaczy ona: - budzisz się, już widzisz więcej niż inni, szukaj ścieżki rozwoju duchowego. Dowiedz się więcej o sobie – poznaj siebie. Jeśli nie poznasz siebie, zawsze będziesz się bał…Jaką ty jesteś liczbą? Numerologia się kłania. A portret numerologiczny jest bardzo szczegółowy. (Liczba szczęścia, serca, przeznaczenia, długi karmiczne itd.)
I odpowiadam na pytania o liczby mistrzowskie: liczby te liczymy z imienia i nazwiska. Z daty urodzenia zsumowanej do jednej cyfry liczymy liczbę osobistą. Numerologia dzieli ludzi na 9 grup. Astrologia ogólnie na 12 grup. Kalendarz Majów – Tzolkin, na 260 części – jest więc najdokładniejszy.

Historia niemieckich broni V





V3 – jedna z trzech niemieckich broni odwetowych (niem. Vergeltungswaffe), zaprojektowanych podobnie jak latająca bomba V-1 i rakieta V-2 w okresie II wojny światowej, jednakże w odróżnieniu od V-1 i V-2, V-3 nie była rodzajem pocisku kierowanego, lecz działem, w którym prędkość pociskowi nadawały eksplozje, wywoływane kolejno w miarę poruszania się ładunku wewnątrz lufy.
Prace rozpoczęto w 1943 roku w Hillersleben koło Magdeburga oraz w Zalesiu na południe od Międzyzdrojów na wyspie Wolin, gdzie zainstalowano trzy działa V-3.
Technologiczną innowacją było zastosowanie wielu ładunków napędzających, rozmieszczonych wzdłuż lufy, które eksplodując zaraz po minięciu ich przez pocisk zapewniały dodatkowe przyspieszenie. Z uwagi na dogodność i łatwość użycia, zamiast materiałów wybuchowych wykorzystano silniczki rakietowe, rozmieszczone symetrycznie parami, pod niskim kątem (poniżej 30°) względem lufy. Z takim układem urządzenia wiążą się niemieckie kryptonimy Hochdruckpumpe (Pompa Wysokociśnieniowa) i Tausendfüßler (Stonoga). Posiadało 127 – metrowej długości lufę kalibru 150 mm. Pocisk był 3 – metrowej długości .
Prędkość wylotowa pocisku miała wynosić 1 500 m/s przy zasięgu 165 km.
          Testy w Międzyzdrojach wypadły pomyślnie. Zaczęto takie działa ustawiać we Francji do ostrzału Londynu. Anglicy przeprowadzili dwa naloty, na teren budowy bunkrów dla dział. Pierwszy nalot był nieskuteczny. W drugim zastosowano ciężkie, pięciotonowe bomby. Jedna bomba miała bezpośrednie trafienie. Zginęło 200 osób pracujących na dnie bunkra. I zawaliły się sąsiednie konstrukcje. Zniszczenia były tak znaczne, że Niemcy zaprzestali budowy w tym miejscu.
          Strzelali za to na Londyn z innego miejsca. Tu zastosowali niezwykle masywną kopułę, która nasuwała się na wylot bunkra, po oddaniu strzału. Wielokrotne angielskie naloty nic nie osiągnęły. Kopuła wytrzymała. A wokół niej powstał krajobraz księżycowy - teren pełen kraterów po bombach.

Na obrazku betonowe podpory do działa V – 3 koło Międzyzdrojów. Konstrukcje wyrzutni V – 1, jak i działa V – 3 zabrali Rosjanie.

             

poniedziałek, 3 września 2012

YONAGUNI - Archeologia podwodna

A to japońska wyspa Yonaguni, głębokość 30 metrów. Obiekt megalityczny. Nie taka jest historia ziemi, jak nas uczyli w szkole. Kiedyś bazalt kroili nożem....
Monumenty Yonaguni – podwodne struktury kamienne odkryte w 1985 roku przez nurka, przewodnika wycieczek podwodnych, Kihachirō Aratake. Poszukiwał on nowych miejsc dogodnych do obserwacji rekinów.
Kamienne struktury (zwane także "piramidami z Yonaguni") znajdują się w pobliżu wyspy Yonaguni, położonej na wschód od Tajwanu, w archipelagu Riukiu należącym do japońskiej prefektury Okinawa. Regularny układ skał pod wodą, a także kształty przypominające rzeźby m.in. głów zaintrygowały badaczy. Niektóre teorie powstania monumentów łączą te zagadkowe ruiny z mitycznymi cywilizacjami Atlantydy czy Lemurii. Od 1999 roku badania prowadzi Morien Institute.
.

ATLANTYDA?



Astronomia jest ważna, ale pod nogi też trzeba patrzeć. A dokładniej na dno mórz i oceanów. Co tam jest? Technika coraz lepsza, pomaga zaglądać w te rejony. Jestem zauroczony poszukiwaniami zatopionych miast. W jeziorze Titicaca, u wybrzeży Kuby i najpłycej zatopionej Dwarki w zatoce Kimbatha. Tu akurat jest słaba widoczność.  Ale wydobyto szereg przedmiotów, które są datowane na 30 tysięcy lat. Dwarka ważna, bo tu mieszkał Krishna. Piszę posta o Dwarce. Ale świat ciekawy jest! A u wybrzeży Kuby podwodne budowle są na głębokości prawie kilometra. Oto zdjęcia. Podmorski Manhattan. A może Atlantyda?

Złoty pociąg III Rzeszy



Złoty Pociąg wyruszył w listopadzie 1944 r. z zakładów zbrojeniowych w Petersdorfie. Lokomotywa ciągnęła 12 wagonów wyładowanych złotem i kosztownościami. Tego skarbu do dziś nie znaleziono.



Jak mówi czarna legenda hitlerowskich skarbów, Złoty Pociąg został zatrzymany, a cała obsługa - zamordowana. Niemieckich kolejarzy i żołnierzy zastąpili esesmani. Potem pociąg wjechał tajnym tunelem do podziemnego kompleksu w górze Sobiesz pod Piechowicami na Śląsku, w rejonie Jeleniej Góry. Ma tam być do dziś.
Co wiózł tajemniczy pociąg?



Zależnie od źródeł, w wagonach znajdowało się złoto Wrocławia, Bursztynowa Komnata, część depozytów Centralnego Banku Rzeszy, dzieła sztuki zrabowane w Polsce i Rosji, ewentualnie tajne archiwa III Rzeszy.
Wymieniane przy tej okazji Złoto Wrocławia jest wciąż nieodkrytym realnym skarbem. Był to wielki zbiór cennych przedmiotów oddanych do depozytu przez ludność Dolnego Śląska, na mocy wydanego w 1944 r. zarządzenia ministerstwa finansów III Rzeszy.
Czy złożony z 12 wagonów pociąg ze skarbami mógł zostać
ukryty w górze Sobiesz?
       Niektórzy znawcy tematu twierdzą, że nie miało to sensu. Inni dowodzą, że przecież w pobliskich Piechowicach znajdowała się fabryka zbrojeniowa i część tego obiektu mogła mieć w górze wielopoziomowy schron połączony z zakładem podziemnym tunelem.
        Podobno przy drodze z Piechowic na Cichą Dolinę i w okolicach Grzybowcy są wejścia do tuneli zamknięte stalowymi bramami. Złotego Pociągu i za czasów PRL-u, i w III RP, szukało wielu polskich łowców skarbów. Bez skutku. W 1995 r. zainteresowanie tymi zrabowanymi dobrami powróciło za sprawą Władysława Podsibirskiego, persony wówczas właściwie nieznanej w środowisku polskich poszukiwaczy skarbów.
Władysław Podsibirski nie dysponował żadnymi nieznanymi dotąd dokumentami mogącymi naprowadzić na
ślad Złotego Pociągu.
Miał jednak spory dar przekonywania i w maju 1995 r. podpisał umowę z ministerstwem finansów. Umowa zapewniała Podsibirskiemu określone znaleźne, jeśli Złoty Pociąg odszuka. W podpisaniu tego dokumentu nie ma właściwie niczego sensacyjnego, jak usiłują twierdzić dziś młodzi dziennikarze piszący i mówiący o tej sprawie przy okazji drenowania "szafy Lesiaka".
Po pierwsze, prawo dotyczące rozliczeń między łowcami skarbów a skarbem państwa było i jest niezbyt precyzyjne. Gdyby Podsibirski nie zabezpieczył się umową, to jeśliby znalazł Złoty Pociąg, zamiast procentowym udziałem mógłby zostać nagrodzony dyplomem i pamiątkowym zegarkiem na rękę.
Po drugie, ówczesne władze pamiętały, że za czasów PRL-u historycy, archeolodzy, a szczególnie amatorzy - rozmaici łowcy skarbów, nie jedno znaleźli. Lepiej więc było się zabezpieczyć i mieć Podsibirskiego na oku. A nuż coś odkryje?
Sensacyjna jest za to mnogość śladów wskazujących, że jakiś
pohitlerowski skarb
rzeczywiście wciąż czeka na swego odkrywcę.
              - W Górach Sowich, w podziemiach, ukryliśmy skrzynie z cenną zawartością - pisał w swym testamencie niemiecki saper, major Leonard von Schreck.
A może Złoty Pociąg nie był pociągiem szynowym tylko drogowym? W marcu 1945 r. do twierdzy w Srebrnej Górze przyjechała od strony Ząbkowic Śląskich kolumna kilkudziesięciu ciężarówek. Według relacji świadków, transport ten był tak tajny, że konwojujący go esesmani nakazali mieszkańcom miasteczka - pod karą śmierci! - pozostać w domach i zasłonić okna.
Świadkowie twierdzili, że ciężarówki wyjechały ze Srebrnej Góry puste, a wyjazd transportu poprzedziła seria wybuchów. Zakładano, że Niemcy ukryli coś w podziemiach twierdzy, po czym wysadzili wejścia do lochów.
Po wojnie próbowano ten rejon zbadać - do dziś niczego nie znaleziono. Pod koniec II wojny światowej wycofujące się wojska hitlerowskie ukryły wiele dóbr i archiwów, znalezionych później przez Amerykanów
w sztolniach kopalni
na terenie Niemiec. Także w Polsce odkryto nie jeden nazistowski skarb pochodzący z rabunku. Poza tym jakiś Złoty Pociąg rzeczywiście istniał. Był to pociąg ze złotem zrabowanym na Węgrzech.
Węgierski Złoty Pociąg wyjechał pod koniec kwietnia 1945 r. z Budapesztu. Amerykanie odkryli go w Tunelu Tauryjskim w pobliżu Bockstein w Austrii. Skład tworzyły 24 wagony wyładowane kosztownościami zrabowanymi zamożnym Węgrom pochodzenia żydowskiego. Były tam skrzynie pełne złotych obrączek i świeczników, diamentów, biżuterii, a także ponad 1 tys. 200 cennych obrazów. 11 maja 1945 r. ten skarb przejęli amerykańscy żołnierze.
"Polskiego" Złotego Pociągu, jak dotąd, nie znaleziono
Autorem tekstu jest Tadeusz Oszubski
 Komentarz Zbyszka;- Czy ci indywidualni poszukiwacze nie zlokalizowali miejsca postoju „Złotego Pociągu”, nie jestem pewien. Szukały tego pociągu także władze PRL-u. Wydano na poszukiwania sporą kasę. Poza tym, Niemcy wiedzą, co ukryli i gdzie ukryli. Wiele z ekip poszukiwaczy na Dolnym Śląsku to Niemcy – potomkowie tych, którzy ukrywali. Mają dokładne namiary. Zostają po nich wyłomy w ścianach i dziury w ziemi. To opróżnione skrytki…….Widziałem takie świeżo powstałe w tym roku. Niemcy byli mistrzami kamuflażu. Stalowe drzwi do tuneli? To za proste by było. Rosjanie patrzyli na te wrota i nic? Oni działali według schematu: zrabować, resztę zniszczyć i podpalić. Polscy szabrownicy nie byli lepsi.
       Na 66 kilometrze linii kolejowej Wrocław – Wałbrzych było podobno rozwidlenie. Tory biegły wąwozem w kierunku zamku Książ. Dziś śladu po tych torach nie ma. I jakby samego wąwozu nie ma.
       Podziemne dworce kolejowe. Podziemny Wrocław. Niewiele jest materiałów na ten temat. Tunel pod górami do Czech. Gotowe podziemne połączenie kolejowe……

niedziela, 2 września 2012

Jak zniszczyć karierę nazwiskiem



Promuję mądre kobiety. Są często mądrzejsze od mężczyzn. Zdecydowanie częściej!

 Większość z Was, gdyby zapytać o to, czy imię lub nazwisko mają wpływ na Wasze życie, odpowie przecząco. Bo niby jakie to może mieć znaczenie? Oczywiście od razu spytam, czy zgodzilibyście nazywać się Kulawy Jąkała lub Pański Pies... A wśród nas chodzą osoby, których imiona po przetłumaczeniu nie brzmią zbyt sympatycznie.
Gdyby tylko chodziło o to, że nie kojarzą się zbyt dobrze, to pół biedy. Niestety za niezbyt fortunnie nadanym imieniem idzie w parze zła karma i odwrotnie, z pełnym dobrego potencjału nazwiskiem wiąże się sukces i dobrobyt właściciela.
Nie będę się wgłębiać w to, że każde imię i nazwisko jest związane z pewną wibracją, która jest ukryta w numerologicznym zapisie i powinno być harmonijne z datą urodzenia osoby, która je nosi. Skupię się tylko na znaczeniu, ponieważ jak mówi stara łacińska sentencja nomen omen, czyli imię jest znakiem! Jest pierwszym wysłannikiem i wizytówką jego nosiciela, która często wyprzedza osobiste spotkanie.

Dobrze dobrane imię i nazwisko może znacznie ułatwić karierę i sprowadzić szczęście, a feralne je skutecznie uniemożliwić. Niezbyt dobrze wróżą mieszanki kulturowe typu Brajan Kowalski czy Dżasmina Kujawska. Właściciele takich ,,mixów’’ mogą mieć problemy z tożsamością, ponieważ w ich imieniu i nazwisku zderzają się dwa odmienne wzorce życia, dwie różne historie i tradycje. Nie bez powodu przy prośbie o podanie nazwiska pytamy o to, jaka jest godność danej osoby i tak właśnie powinno być. Dane personalne nie powinny nas zawstydzać.

Cóż jednak zrobić, kiedy los w postaci niezbyt rozgarniętych rodziców poskąpił nam szczęścia? Wyjściem z sytuacji jest pseudonim o dobrym wydźwięku lub świetnie dobrane, przybrane nazwisko. Ostatecznie panie mogą zlustrować kandydata na męża pod tym kątem. Nie bez powodu życie mężatki zmienia się diametralnie. Tak jak rzeka, której zmieniono nazwę, zmienia bieg, tak po zmianie nazwiska, które nastąpiło na ślubnym kobiercu, los danej kobiety najczęściej wygląda zupełnie inaczej. Czasem dużo lepiej, a czasem niestety nie...

Wśród miliarderów i ludzi na samym szczycie społecznej hierarchii, rzadko spotyka się źle brzmiące lub niezsynchronizowane z datą urodzin takiej osoby imię. Przypadek? Nie sądzę. Właściwie jestem pewna, że osoby, które dorabiają się wielkich fortun, korzystają z pomocy sprawdzonych doradców ezoterycznych. Przykładem może być Bill Gates (nazwisko z angielskiego oznacza bramy, wrota). Skoro w potencjale ma już drzwi, czego jeszcze mogło mu brakować do osiągnięcia sukcesu? Tak, tak, tylko okien (ang. windows).

Do najbardziej świadomych i spektakularnych zmian dochodzi w świecie show-biznesu. Nic dziwnego, że Norma Baker (ang. piekarz) zrobiła karierę pod bardziej magnetycznie wibrującym pseudonimem Marilyn Monroe, a nasza rodzima, przaśne brzmiąca Czesława Cieślak została Violettą Villas.
Gdyby Andrzej Gołota pomyślał o jakimś zapleczu energetycznym, ukrytym w przybranym nazwisku bądź pseudonimie, pewnie miałby swój upragniony pas, a tak wielokrotnie okazywało się, że król jest goły... o przepraszam – nagi.
Kolejnym przykładem talentu, który przez źle dobrane imię i nazwisko prawdopodobnie dąży do zaprzepaszczenia, jest młoda dziewczyna o niesamowitym głosie, a mianowicie Klaudia Kulawik. Czy ktoś ją jeszcze pamięta? Podwójny ciężar ukryty w imieniu i nazwisku sprawia, że tej niewątpliwie utalentowanej osobie bardzo ciężko będzie iść przez życie prosto, osiągnąć artystyczny, a nawet prywatny sukces! Taki zestaw, to jak przysłowiowa kula u nogi.

Pamiętajmy, że imię jest znakiem i nawet jeżeli ktoś jest nieświadomy tego, co się za nim kryje, nie oznacza, że to nie oddziaływuje. Czy znaki drogowe przestają oznaczać to co oznaczają, jeżeli patrzy na nie ktoś nie znający przepisów ruchu drogowego?
Do przyszłych rodziców serdecznie apeluję, sprawdźcie czym chcecie obdarować swoje dziecko. Pewnie niejedną mamę zszokuje fakt, że dała swojej ukochanej córci na imię ,,Kulawa’’. Tak, tak. To nie jest niesmaczny żart. Dźwięczne imię Klaudia to nic innego, jak żeńska forma łacińskiego claudus czyli kulawy, a słodkie Balbinki to dokładnie ,,jąkały’’.
Ale to i tak nic wielkiego w porównaniu do Dominiki i Dominika. W dosłownym tłumaczeniu te imiona to z łaciny domini canes, co oznacza ,,psów pana’’.

Czy można być, aż tak niefrasobliwym, aby dawać swojej pociesze imię bez świadomości i sprawdzenia tego, co dokładnie oznacza? Okazuje się, że jak najbardziej. Wiele osób to ofiary wizji rodziców na temat tego, jak ma wyglądać ich kariera.
Na szczęście po osiągnięciu pełnoletności każdy z nas jest pełnoprawnym kowalem swojego losu i możemy świadomie kształtować swoje życie. Również poprzez tajemnicę i potencjał zawarty w naszym pełnym imieniu i nazwisku.                                                                    
    Autorką tekstu jest Wróżka Merkurja – Blog <solarius> Piotra Gibaszewskiego.


                        

Jaki dziwny skansen




Przyjechali dziennikarze ze Szwajcarii. „Asia, zabierz nas w Karkonosze – poprosili. Ale koniecznie pociągiem. Mamy opisać, jak turysta z Europy, bez samochodu, może podróżować do najciekawszych, polskich atrakcji”.

I zadrżałam i ucieszyłam się równocześnie. Pociągiem na ogół podróżuję do Warszawy, ostatnio jechałam też do Drezna. Nie było źle. W sumie niewiele wiem o dolnośląskich pociągach, więc przejażdżka z ciekawskimi gośćmi wydała mi się atrakcyjna. Byłam też ciekawa, ile kosztuje taki wyjazd i jak Dolny Śląsk wypadnie w oczach szwajcarskich redaktorów.

Umówiliśmy się tak, oni (dwie osoby – Jonas i Robert) będą starali się radzić sobie sami, my będziemy ich wspierać i pomagać tylko kiedy trzeba. Trochę miałam wrażenie, że nasi goście traktują wizytę w Polsce jak pracę w kraju Trzeciego Świata, ale co tam. Wszystko ich ciekawiło, nawet cieszyło, więc nie mogło być źle.

Śniadania nie chcieli jeść. „Za wcześnie na śniadanie” – uznał Jonas – „Zjemy w pociągu” – przemilczałam ten pomysł (w końcu mieliśmy ich wspierać w ostateczności i po cichu zrobiłam kanapki). Wybraliśmy pociąg do Jeleniej Góry, który odchodzi z Wrocławia przed ósmą, gość więc miał prawo nie jeść tak wcześnie. Taksówką dojechaliśmy na dworzec (25 zł) i zaczęły się schody, bo przecież nasz wrocławski dworzec w nieustannym remoncie. Postanowiliśmy oszczędzić im szukania kasy na „dworcu tymczasowym” (bilet dla dwóch osób 36 zł) , widziałam jak z lekkim strachem patrzyli na przejścia do peronów i w końcu jak z niedowierzaniem wsiedli do pociągu.

Był prawie pusty, kto w niedzielę jedzie pociągiem do Jeleniej Góry? Nie wiem, jaki skład jeździ na ogół do Jeleniej, ten nasz przypominał mroczne czasy PRLu. Niedomykające się okna, zatkana ubikacja z latającymi po jej kątach kawałkami papieru toaletowego, zacinające się drzwi pomiędzy wagonami. I ten zapach. Zapach zatkanej toalety radośnie panoszący się po korytarzu.. Dla nas ciągle normalka. Ale dla Jonasa i Roberta nie. Gdy tylko ociężale ruszyliśmy, pierwszy postanowił poszukać baru (wyjaśniłam, że pani z bułeczkami i wózeczkiem nie będzie chodzić), drugiemu zachciało się do toalety. Z poszukiwań (szumnie powiedziane, raptem cztery wagony) wrócili z oczami okrągłymi jak spodki. „To wszystko jest bardzo dziwne, bardzo dziwne” – mamrotał Robert. Jonas z wdzięcznością natomiast przyjął moje kanapki, nabrał sił i rzucił się do fotografowania mijanych stacyjek. „Coś się tu stało?” – pytał? To po powodzi, tak? A co z torami? Dlaczego tak wolno jedziemy? Dlaczego stoimy?

W sumie dla kogoś nieobeznanego z polskimi realiami to może być dziwne, że odcinek ponad stu kilometrów, który dzieli Wrocław od Jeleniej Góry, tym pociągiem pokonuje się w trzy godziny i piętnaście minut. Stacyjki po drodze są w strasznym stanie, poniszczone, pozabijane okna, czasem to stara budka pokryta graffitti. Żal serce ściska. Widoki mało zachęcające, a jednak – a może właśnie dlatego - nasi Szwajcarzy robili zdjęcia na każdym przystanku i będą je dalej pokazywać światu. A ja nie wiedziałam, jak im bez wstydu wytłumaczyć, dlaczego to wszystko tak wygląda. Może będziemy kiedyś drugą Irlandią, ale na Szwajcarię to raczej się nie zanosi.

Od Marciszowa widoki robią się bardzo piękne, choć np. stacyjka w Janowicach Wielkich woła o pomstę do nieba. Za chwilę z okien widać Sokoliki, potem cudnie odnowiony pałac w Wojanowie i w końcu Jelenia Góra! Na dworcu sympatyczny bar i decyzja, co dalej. Naszym celem była Przesieka. Z dworca jedzie tam autobus nr 4 (bilet w autobusie 4,50 zł). I tu się zaczynają schody, nie tylko dla obcokrajowców. W rozkładzie jazdy jest następująca informacja o autobusie, który odchodzi o 11.58: 11.58 NR 58* przy czym N oznacza, że autobus jeździ w niedzielę a gwiazdka, że nie jeździ. I bądź tu człowieku mądry! Ale przyjechał. W Przesiece byliśmy po 30 minutach (niedziela, nie było korków, a i pasażerów zaledwie kilku). Podróż, która samochodem trwałaby niecałe dwie godziny, nam zabrała prawie sześć godzin. I cały czas nie wiem, jak to logicznie wytłumaczyć naszym gościom.



Mroczne sekrety Londynu




 Spowity mgłą, często otulony deszczem, z wieloma zakamarkami kryjącymi mrożące krew w żyłach historie. Czy może być bardziej tajemnicze miasto niż Londyn?

Spacerując po stolicy Wielkiej Brytanii, myślimy zwykle o odwiedzeniu największych atrakcji turystycznych. Nie ma się co dziwić, Big Ben, London Eye, Pałac Buckingham, katedra św. Pawła, czy muzeum figur woskowych Madame Tussauds, to punkty obowiązkowe na mapie miasta. Jednak warto się bardziej wysilić i poznać prawdziwego ducha metropolii. Jest tajemniczy i obecny niemal na każdym kroku.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                             Historia pod poziomem metra

Dla jednych to najstraszniejsza atrakcja brytyjskiej stolicy, dla innych jedyna okazja, by poczuć na własnej skórze, jak setki lat temu wyglądało życie w mieście.
Tak czy inaczej, London Dungeon to mroczne miejsce warte odwiedzenia. Znajduje się przy Tooley Street, nieopodal stacji London Bridge, na południowym brzegu Tamizy.               
                Śmiałków, którzy tu dotrą, czeka wyprawa głęboko pod tunele londyńskiego metra. Tam skrywają się sekrety Londynu, które odkrywać można spacerując ulicami XVII-wiecznego miasta dotkniętego epidemią dżumy. Kto chce poczuć więcej emocji, powinien wybrać się tu po zmroku. Ogromne wrażenie robi też pożar miasta w 1666 roku i wizyta u Sweeney’a Todd’a - fryzjera i seryjnego mordercy. Wrażenie przeniesienia się w czasie jest tym większe, że brutalne i krwawe wydarzenia historyczne, w realistyczny sposób odgrywają
                                                              fantastycznie ucharakteryzowani profesjonalni aktorzy.
Wśród mrożących krew w żyłach atrakcji jest też przejażdżka łódką przez Bramę Zdrajców do twierdzy Tower, by tam uczestniczyć w rozprawie. Każdy o mocnych nerwach może też przyjrzeć się okrutnym torturom w więzieniu „Newgate Prison” oraz odkrywać ciała
                                                                                         wszystkich ofiar Kuby Rozpruwacza.

 
                                                                                                                             Okrutny Kuba

Z historią samego Kuby Rozpruwacza, zwanego po angielsku Jack the Ripper, również wiąże się wiele tajemniczych historii. Przede wszystkim była to postać autentyczna, żyjąca w Londynie w II połowie XIX wieku. Do tej pory nie wiadomo jednak, czy był to mężczyzna, czy kobieta. Postać określano też pseudonimami „Morderca z Whitechapel” (The Whitechapel Murderer) oraz „Skórzany Fartuch” (Leather Apron).
Kuba Rozpruwacz, jako seryjny morderca, siał postrach w Londynie. Od 1888 do 1891 roku na światło dzienne wyszło jedenaście jego zbrodni. Plądrował okolice Whitechapel, w londyńskiej dzielnicy East End, będącej wtedy rejonem biedoty znanym z wysokiej przestępczości. Tam zabijał, głównie kobiety. Jak się później okazało, wszystkie zamordowane były prostytutkami i wszystkie zginęły przez podrzynanie gardła.                                        
                                                                                     Były też w podobny sposób okaleczane.
        Kuba Rozpruwacz nigdy nie został schwytany. Został natomiast najsłynniejszym seryjnym mordercą wszech czasów. Śladów jego działalności setki osób szuka dziś we wschodnim Londynie. Organizowane są nawet specjalne wycieczki podążające tropem sławnego mordercy. Dlaczego rzesze ludzi wciąż tak bardzo fascynuje ta sprawa? To też tajemnica. Tak samo, jak odgłosy tupania, przeraźliwe piski i płacz, które czasami słyszą pracownicy pubu na rogu Commercial i Fournier Street. Podobno właśnie do tego miejsca   
                                       Kuba Rozpruwacz przychodził wypatrywać swoich przyszłych ofiar.


                                                                                                      Widmo w centrum miasta

St. James Park to jedno z popularniejszych miejsc w Londynie. Okazuje się jednak, że nie tylko osoby poszukujące wytchnienia upodobały sobie to miejsce. Po parku często przechadza się dziwna postać. Podobno odziana w czerwoną suknię kobieta… nie ma głowy. Legenda mówi, że padła ofiarą swojego męża, który ją zamordował, a odrąbaną głowę zakopał właśnie w parku. Historia miała wydarzyć się ok. 1800 roku. Teraz kobieta przechadza się po parku, w charakterystycznej czerwonej szacie, ukazując się od czasu do czasu spacerującym  
                                                                                                              mieszkańcom i turystom.
Jedna z historii opowiada o tym, jak w 1972 roku jadący obok parku motocyklista, spowodował wypadek. Jak się tłumaczył w sądzie, chciał ominąć przemykającą przez jezdnię zjawę w czerwieni. Mężczyzna został oczyszczony z zarzutów.

 Autorką tekstu jest Magdalena Lalik